Adresy email, numery telefonów i adresy zostały usunięte z poniższego archiwum. Prawa autorskie należą do autorów.
Spis treści
- Menu
- Reporter 1/1996
- Reporter 2/1996
- Reporter 3/1996
- Reporter 4/1996
-
Reporter 5/1996
- Wstępniak: Od redakcji (Redakcja)
- Wstępniak: Teksty potrzebne (Redakcja)
- Wstępniak: Parę słów ode mnie (Cobretti)
- Na szybko: Virus Hare (Cobretti)
- Na szybko: Supermaratończyk (Cobretti)
- Na szybko: Życie na Marsie (Cobretti)
- Na szybko: F1 i Jaques Villeneuve (Cobretti)
- Na szybko: Softarg 96 (Cobretti)
- Warsztat: Zegar w JavaScripcie (Alex)
- Warsztat: O bieganiu (Cobretti)
- Reportaże: Tablice rejestracyjne (Yellky)
- Reportaże: Wakacje 1996 (Karinka)
- Reportaże: Kilka dni wolnego (Benek)
- Reportaże: Log z Irca (Cobretti)
- Ogłoszenia (Reporter)
-
Reporter 6/1996
- Wstępniak: Od redakcji (Redakcja)
- Wstępniak: Jak pisać teksty (Cobretti)
- Na szybko: XII maup (Kronos)
- Na szybko: Zaprosili nas (Cobretti)
- Na szybko: Benzyna (Cobretti)
- Warsztat: Odgadywanie (Akardo)
- Warsztat: Kurs askowania (Szaman)
- Reportaże: Dokąd na wakacje w 1997 (Denebola)
- Reportaże: Niemożliwe a jednak (Karinka)
- Reportaże: Baśnie z 1001 nocy (Miklex)
- Reportaże: IV ZEF 96 (Fish)
- Reportaże: Softarg 96 (Cobretti)
- Opowiadania: Zrób wczoraj dzis to co (..) (Stork)
- Opowiadania: Dewiacje natury ludzkiej (Piotruś Chałupko)
- Ogłoszenia (Reporter)
-
Reporter 7/1996
- Wstępniak: Sprawy techniczne (Cobretti)
- Na szybko: Król popu przybywa (Stork)
- Na szybko: Rewizja przyszłości (Kronos)
- Warsztat: Format pliku Targa (Akardo)
- Warsztat: Cegły z papieru (Cobretti)
- Reportaże: Pierwszy dzień (Miklex)
- Opowiadania: Victor A.D. 2155 (Stork)
- Opowiadania: Kleszcze (Denebola)
- Ogłoszenia (Reporter)
-
Reporter 8/1996
- Wstępniak: Sprawy techniczne (Cobretti)
- Na szybko: Bóg dusza wiara (Bart)
- Na szybko: Podatki & Bowe w sieci (Cobretti)
- Warsztat: Jak pisać Java-scripty dla lynxa (Fish)
- Reportaże: Hacker i Samuraj (Juan)
- Reportaże: List z Hameryki (Justyna Woźniak)
- Reportaże: Internet - problemy (Dar_ek)
- Reportaże: Trzygłowy smok (Tro_)
- Reportaże: Święci i grzesznicy (Sal Solo)
- Reportaże: Wakacje 96 - sposób na następne (SzYmI)
- Reportaże: Wycieczka (Miklex)
- Reportaże: Recenzja sztuki (AnushiA)
- Felietony: Pasożytnictwo - jest czy nie ma? (Denebola)
- Felietony: Pierwszy listopada (Cobretti)
- Opowiadania: "tu i teraz" (Jojo)
- Konkurs Reportera (Sokołek)
-
Reporter 9/1996
- Wstępniak: Sprawy techniczne (Cobretti)
- Na szybko: Zatwierdzone przez MEN (Michał Bartosz)
- Warsztat: Historia muzyki cz.1 (Stanley)
- Reportaże: List z Hameryki (Justyna Woźniak)
- Reportaże: Philipa K. Dicka poszukiwanie Boga (Alex)
- Reportaże: IrcParty (Karinka)
- Reportaże: Prawdziwi kibice (SzYmI)
- Reportaże: Sprawa Irca (Voytass)
- Felietony: Aborcja strikes again! (Dar_ek)
- Opowiadania: "Taki to już (...) (Piotruś Chałupko)
- Opowiadania: Ręka (Cobretti)
- Ogłoszenia (Reporter)
- Konkurs Reportera (Sokołek)
-
Reporter 10/1996
- Wstępniak: Sprawy techniczne (Cobretti)
- Wstępniak: Człowiek Roku (Cobretti)
- Na szybko: Zagadki & Liczba pierwsza (Cobretti)
- Warsztat: Przepisy świąteczne (Danuta Banecka)
- Warsztat: Historia muzyki cz.2 (Stanley)
- Warsztat: Tort Orzechowy (Cobretti)
- Reportaże: Halloween (Justyna Woźniak)
- Reportaże: 1000 lat Gdańska (SzYmI)
- Reportaże: Bileciki - odbiło mi, a jakże! (Cobretti)
- Felietony: Wigilia - symbole i obrzędy (Danuta Banecka)
- Felietony: Sami w kosmosie (Dar_ek)
- Felietony: Prawdy i przesądy (Denebola)
- Opowiadania: Archeolodzy sieci (Cobretti)
- Ogłoszenia (Reporter)
- Rozwiązanie zadań (Cobretti)
- Inne - Opowiadania
- Inne - Reportaze
- Inne - Felietony
- Inne - Personal Script 2.5
Reporter 1/1996
Wstępik
Autor: Cobretti
Wstępik.
[ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]
No to zaczęło się! Teraz tylko czekam na teksty od Ciebie, logi,
niesamowite pomysły i inne badziewia. W każdym razie tutaj idzie się na
ilość. Jakość będzie wtedy, jak będzie z czego wybierać:)))
Tyle tytułem tego niesamowicie pięknego wstępu.
Dodawanko
Autor: Cobretti
Dodawanko
[ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]
To niesamowite i obarczone błędem dodawanko niejednego zbija z tropu.
Znalazłem to w jednej z konferencji Fido, niezłe nie?
a + b = c
a + b = c | +a
2a + b = a + c | +b
2a + 2b = a + b + c | -2c
2a + 2b -2c = a + b - c
2 (a + b - c) = 1 (a + b - c)
2 = 1 !!!!!
Znasz podobne ciekawe zadanka? To oczywiście ma błąd, bo przez zero
dzielić nie można, ale o tym wiedza tylko Ci którzy się znają, dla całej
reszty jest to niesamowite, bo myślą ze znaleźli sposób na zagięcie
największej z nauk czyli Informatyki:))).
Kury i przygoda
Autor: Cobretti
Kury i przygoda
[ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]
- Logowanie rozpoczęte -
<Cobretti> Marzena: dobra, w taki razie bez chwili wahania podplywam do
Ciebie i wyciagam na brzeg.. (jakies 500 metrow do przeplyniecia) a potem to
juz tylko pozostaje metoda usta usta...
* marzena oswiadcza ze istotnie nie spala z agniecha....
- hm.. co za dziwne oświadczyny, przecież nikt nikogo nie posądzał...
<Cobretti> Agniecha: przeciez nie bedziemy jechac osobno:))))
<KURA1> cobra: ale ja lepiej plywam niz ty
<Cobretti> Agniecha: chcesz poprowadzic??
<agniecha> Cob: oo, dobry jestes w 1 pomocy widze..........:)))))
<rob> kura:jak lepiej plywasz to splywaj
- i tu się zaczęło przekomarzanie Roba z Kurą
<Cobretti> Agniecha: kurs ratownika..co prawda nie skonczony, ale troche
mam:)))
<KURA1> rob ty jestes osiol
<KURA1> rob : czyzby mile laskotalo cie slowko osiol?
<rob> kura:kawal z ciebie szczura
<agniecha> rob: rymowanki ???
- tak to działają na niektórych zwierzęta, i to pospolite
<Cobretti> Agniecha: nie ma problemu, mamy dwa sztucery w razie czego.
mozemy spokojnie ciagnac w kierunku majaczacych na choryzoncie gor...
<KURA1> rob : kura to ptok
<TOM> kura to nie ptak
<rob> kura:chyba cwok
<`dareski> kura to ssak
- potulna kura dwie matki ssa.. a moze ssie?
<agniecha> Cob: skad wiedziales ze gory sa moja miloscia ?????????
<rob> kura to ssak?
<rob> ciekawe co kura ssa?
<KURA1> robaczki
<TOM> kura to jajorod
- tak Tom wpadł na nowe przyporządkowanie Kury, jeżeli chodzi o sposoby
rodzenia
<rob> kura: bo ci jajka zdepcze
- to bylo nie fair, kura też chce mieć jajka...
<marzena> cob: a co z ratowaiem...jak mnie zostawisz do zdechne..(((
<rob> kura zyjesz? czy rosol z ciebie zrobili?
<agniecha> Cob: nie daj zdychac marzenie !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
<rob> niech zdycha
- Rob jednak jest nieludzki, tak jak Kura:))))
<agniecha> rob: bo zarzniesz kure ! uwazaj !
<Cobretti> Agniecha: jasne, a wieczorem rozbijemy oboz w jakiejs nie
przeniknionej jungli pelnej bagien, krokodyli, i innych paskudnych
stworzen (zebym mogl Cie wyratowac z klka razy)
<agniecha> Cobretti: zapowiada sie wyprawa pelna niespodzianek.....mam
nadzieje ze atrakcji nie zabraknie do konca pobytu........;)
Swiatła i tory
Autor: Cobretti
Światła i tory.
[ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]
Na pewno kiedyś jadąc pociągiem zdarzyło Ci się chociaż przez chwile
zastanowić co oznaczają te wszystkie dziwne symbole na trasie przejazdu. Po
co ich aż tyle, dlaczego są takie dziwne, niektóre niebieskie, niektóre
pomarańczowe, innych z kolei wprawne oko nie wypatrzy. A dodatkowe
urządzenia ukryte w szafkach przytorowych, na nastawniach i obok szyn? Do
czego one służą? Mało który pasażer wie dlaczego pociąg zwalnia na pewnych
odcinkach, jakie jest napięcie w trakcji, lub dlaczego ośki wagonów nie
urywają się na zakrętach. A już nie wspomnę o skomplikowanych w pełni
zautomatyzowanych górkach rozrządowych.
Może na początek trochę danych, które mogą się przydać choćby dzisiaj, gdy
będziesz wracał pociągiem do domu, lub jechał sobie nad morze lub w góry.
Trasa nie będzie taka monotonna a to co można odczytać z semaforów powie Ci
jak prawdopodobnie będzie zmieniała się prędkość pociągu.
Semafory, bo o nich mowa, maja największe znaczenie dla bezpieczeństwa
ruchu pociągów. Są jak światła na skrzyżowaniu, ale o wiele więcej niosą
informacji. Budowa semafora jest uzależniona od jego typu. Stosowane są
sygnalizatory kształtowe i świetlne. Zajmę sie tylko semaforami
świetlnymi, bo kształtowe są nie tak często spotykane. Ale jeżeli kogoś to
zainteresuje mogę omówić urządzenia mniej nowoczesne, znajdujące sie na
rzadziej uczęszczanych szlakach.
Semafor składa się z głowicy, masztu i podstawy. Podstawa jest wkopana w
ziemię i nic ciekawego o niej nie można powiedzieć, oprócz tego że jest
strasznie ciężka. Po można maszcie poznać jaki semafor właśnie mijamy.
Jeżeli jest to maszt pomalowany na jasny szary kolor, to na pewno nie
zapowiada to przyjazdu na stację, jest to semafor szlakowy samoczynny. Co
innego gdy spotkamy maszt w czerwono białe paski. Taki kolor oznacza, że
jest to semafor wjazdowy lub wyjazdowy ze stacji. Tak na marginesie, włócząc
się po lesie i zbierając grzyby, mając dodatkowo niedaleko tory kolejowe,
idąc po nich, bardzo łatwo można określić czy dochodzi się do stacji czy też
mamy przed sobą następne kilkadziesiąt minut wędrówki do jakiegoś miejsca,
skąd można by się zabrać pociągiem. Tyle o maszcie. Teraz głowica.
Głowica składa się z komór sygnałowych, układu optycznego oraz z płyty
tłowej z daszkami ochronnymi. Zadaniem płyty tłowej jest polepszenie
widoczności świateł, przez zwiększenie kontrastu. Daszki ochronne mają
zadanie chronić układ optyczny przed warunkami atmosferycznymi i
odblaskami promieni słonecznych. Światło musi być widoczne od 100 metrów na
trasach miejskich do ponad 500 metrów na szlakach głównych, gdzie szybkość
może przekroczyć 100 km/h. Ponieważ czasem zachodzi potrzeba podejrzenia
sygnału przez maszynistę stojącego obok semafora, każda soczewka zewnętrzna
ma tzw. sektor. Umożliwia to skierowanie części promieni świetlnych pod
semafor. W innym wypadku pod semaforem nie można by dojrzeć sygnału
ustawionego na kilkaset metrów. Takie kolorowe szkiełka doskonale nadają się
na kolorofony!!! Jest pięć kolorów: czerwony, pomarańczowy, zielony, biały i
niebieski!!
Istnieją również semafory miniaturowe, służące do dawania sygnałów
manewrowych, są usytuowane na podstawach przy torach, lekko pochylone o kąt
5 stopni, aby poprawić widoczność.
Sygnały na semaforach:
Ponieważ każdy semafor jest w stanie pokazać sygnał na następnym
semaforze, maszynista nie ma problemu z nagłymi zmianami szybkości lub
nagłym hamowaniem, po prostu wie co go czeka.
Sygnał S1 "Stój" czerwone światło
Sygnał S2 "Jazda z największą dozwoloną szybkością" jedno zielone światło
ciągłe
Sygnał S3 "Jazda z największą dozwoloną szybkością, a przy następnym
semaforze z szybkością nie przekraczającą 100 km/h" Jedno zielone światło
migające
Sygnał S4 "Jazda z największą dozwoloną szybkością, a przy następnym
semaforze z szybkością nie przekraczającą 40 lub 60 km/h" Jedno
pomarańczowe światło migające
Sygnał S5 "Jazda z największą dozwoloną szybkością a przy następnym
semaforze "Stój" Jedno światło pomarańczowe ciągłe
Sygnał S10 "Jazda z szybkością nie przekraczającą 40 km/h, przy następnym
semaforze największa dozwolona" Dwa światła: górne zielone ciągłe, dolne
pomarańczowe ciągłe
Sygnał S11 "Jazda z szybkością nie przekraczającą 40 km/h, a przy
następnym semaforze z szybkością nie przekraczającą 100 km/h" Dwa światła:
górne zielone migające, dolne pomarańczowe ciągłe
Sygnał S12 "Jazda z szybkością nie przekraczającą 40 km/h, a przy
następnym semaforze z szybkością nie przekraczającą 40 lub 60 km/h" Dwa
światła: górne pomarańczowe migające, dolne pomarańczowe ciągłe
Sygnał S13 "Jazda z szybkością nie przekraczającą 40 km/h a przy następnym
"Stój"" Dwa światła pomarańczowe ciągłe
Sygnał Ms1 "Jazda manewrowa zabroniona" Niebieskie światło ciągłe
umieszczone na semaforze wysokim lub niskim
Sygnał Ms2 "Jazda manewrowa dozwolona" Białe światło ciągłe na semaforze
wysokim lub niskim
Teraz sygnały na semaforach zaopatrzonych w sygnalizatory w postaci pasów
świetlnych pod głowicą
Sygnał S6 "Jazda z szybkością nie przekraczającą 100 km/h, a potem z
największą dozwoloną szybkością" Dwa światła: górne zielone ciągłe, dolne
pomarańczowe ciągłe a pod nim świetlny zielony pas poziomy
Sygnał S7 "Jazda z szybkością nie przekraczającą 100 km/h przy tym i przy
następnym semaforze" Dwa światła: górne zielone migające, dolne
pomarańczowe ciągłe a pod nim zielony poziomy świetlny pas
Sygnał S8 "Jazda z szybkością nie przekraczającą 100 km/h, a przy
następnym semaforze z szybkością nie przekraczającą 40 lub 60 km/h" Dwa
światła: górne pomarańczowe migające, dolne pomarańczowe ciągłe a pod nim
zielony pas świetlny
Sygnał S9 "Jazda z szybkością nie przekraczającą 100 km/h, a przy
następnym semaforze "Stój"" Dwa światła: oba pomarańczowe ciągłe, a pod
nimi zielony pas świetlny
Sygnał S10a "Jazda z szybkością nie przekraczającą 60 km/h, przy następnym
semaforze największa dozwolona" Dwa światła: górne zielone ciągłe, dolne
pomarańczowe ciągłe a pod nim pomarańczowy pas świetlny
Sygnał S11a "Jazda z szybkością nie przekraczającą 60 km/h, a przy
następnym semaforze z szybkością nie przekraczającą 100 km/h" Dwa światła:
górne zielone migające, dolne pomarańczowe ciągłe a pod nim pomarańczowy pas
świetlny
Sygnał S12a "Jazda z szybkością nie przekraczającą 60 km/h, a przy
następnym semaforze z szybkością nie przekraczającą 40 lub 60 km/h" Dwa
światła: górne pomarańczowe migające, dolne pomarańczowe ciągłe a pod nim
pomarańczowy pas świetlny
Sygnał S13 "Jazda z szybkością nie przekraczającą 60 km/h a przy następnym
"Stój"" Dwa światła pomarańczowe ciągłe a pod nimi pomarańczowy pas świetlny
Ciekawe dlaczego czasem widzimy lokomotywę tylko z jednym światłem
zapalonym...przecież ma ich aż trzy? Ja znam odpowiedz, a Ty??
Zakończonko
Autor: Cobretti
Zakończonko
[ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]
A następny numerek wkrótce Albo w kurtce. Mi jest to całkiem obojętne.
Oczywiście sam sobie nie poradzę bo czasowo nie wytrzymuje nawału
obowiązków. Pomożecie?!! Stare dobre zawołanie, koledzy towarzysze. Jak to
dobrze ze już się skończyła tamta epoka, pewnie by mi stronę ocenzurowali i
zniszczyli komputer:)) Póki co internet jest niezbędnikiem koniecznym i
tylko patrzeć jak stanie się codziennością każdej gospodyni domowej:))
Wracając do gospodyń, dodam jeszcze ze znam jedna, która korzysta z
internetu i ściąga sobie stamtąd przepisy kulinarne:))) Ale to pewnie
temat do innego Reportera poświeconemu gospodyniom domowym.
A wizytówki? Teraz nie wyobrażam sobie pisać do kogoś list i wysyłać go
poczta. Ostatnio jak musiałem się skontaktować z kumplem przez zwykły list
stwierdziłem ze to zacofanie. No cóż, jak skończę szkole znowu pewnie
pozostanę bez internetu i będę zacofany. Mam nadzieje ze tak się nie stanie
i do tej pory jakieś konkretne firmy oferujące przyzwoite usługi za
przyzwoita cenę będą rzeczą normalna.
I tak to mi wyszedł wstępniak na końcu, ale co mi tam i tak wszystko jest
poprzewracane do góry nogami. Taki np. rząd w Polsce lub sytuacja u
ruskich... cicho, bo mi tu zaraz GRU wpadnie a nie wiem jaki jest adres
E-mail do McGyvera i nie będzie mnie miał kto wyciągnąć:)))
Reporter 2/1996
Starter
Autor: Cobretti
Poszło
[ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]
Wstępniaki to dziwna instytucja. Nie cierpię ich a jednak umieszczam,
dziwne nie? Ale nie tylko to jest dziwne, jak np. nazwać coś co Ci się
przyśniło i potem to spotykasz w świecie realnym? To jest przegięcie i to
zaskakujące. Ostatnio miałem taką przygodę i jestem 100% pewny że to mi się
przyśniło a potem spotkałem się z identyczną sytuacją w życiu. Kurcze,
niesamowite jest to że wiedziałem co zobaczę przez okno pewnej knajpki w
Katowicach, zresztą nigdy wcześniej tam nie byłem, więc nie możliwe by było
żebym mógł pośrednio wpłynąć na sen.
Miałeś podobną przygodę? Myślę, że tak, że to się zdarza wielu ludziom
tylko nic o tym nie mówią, bo by to uchodziło za głupie. A to się jednak
zdarzyło, przecież nie byłem na prochach.
Firma
Autor: Cobretti
Firma
[ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]
Jestem właśnie na praktyce w jednej z firm komputerowych w Sosnowcu. Co da
się tutaj zauważyć? Jeden dość sporej wielkości budynek jest w całości
wykupiony przez firmę i w pełni przez nią zagospodarowany. Dostałem do
dyspozycji jeden z pokoi, który wcześniej zajmowała córka dyrektora. Do
dyspozycji mam komputer w sieci i komputer lokalny, niezłe maszyny. Monitor
jedynie trochę jakby monochromatyczny ale obleci, nie gra się tutaj tylko
pracuje.
Mam do dyspozycji całą wewnętrzną sieć firmy, i największe uprawnienia.
Gdybym chciał mogę skasować na dysku wszystko. I to nie tylko na jednym ale
na wszystkich. Cała firma jest praktycznie w moich rękach i zaufanie jakim
mnie obdarzono jest dość spore. Myślę, że to błąd, bo przez pomyłkę można
usunąć istotne dla firmy dokumenty, rozliczenia, przelewy, faktury. Oprócz
tego mogę monitorować prace wszystkich ludzi, więc nie mają oni w tej
chwili zapewnionej prywatności. Jak się okazało najwięcej gier było u szefów
wydziałów. Zresztą dyrektorów w tej firmie jest tak dużo, że pewnie sam
wkrótce awansuje na dyrektora od spraw praktyki.
Dużo oprogramowania, dość nowoczesny sprzęt, dostęp do internetu tylko
przez modem, ale niebawem będzie dzierżawione łącze światłowodowe więc
firma ma okazję zaistnieć w internecie. Co tutaj się robi... wszystko,
począwszy od sieci Novell, na kasach fiskalnych skończywszy. Jest własny
servis, są programiści, są ludzie odpowiedzialni za kontakty, marketing,
reklamę.
No i ludzie pracujący tutaj są okiej. Nikt na nikogo nie wrzeszczy, nie ma
pretensji, każdy wie co powinien wykonać i wykonuje to na czas. A obsługa
klientów jest na wysokim poziomie. Każdy klient mimo swoich niesamowicie
lamerskich i idiotycznych pytań jest zawsze obsłużony z tym samym
konkretnym podejściem i solidną pomocą.
To tyle, pracuje mi się tutaj wyśmienicie, tym bardziej, że nie jestem
limitowany i rozliczany. Mam robotę i muszę ją wykonać w terminie, jak tego
dokonam moja sprawa, a ja nie zamierzam się spóźnić ani o godzinę.
Monolog Serca
Autor: Vercia
Monolog Serca
[ Vercia ]
Zwiędłe kwiaty leżą na półce,
Już dawno pokrył je kurz.
Ja wciąż kocham Ciebie,
Lecz Ty nie kochasz mnie już.
Odjechałeś bez słowa pożegnania,
Zostawiając jedynie gorzkie wspomnienia.
Nie widziałeś też na mojej Twarzy,
Ani w oczach moich Twego cienia.
Krzyknęłam: Wróć! Zostań!
Ale Ty nie słyszałeś tego.
Zostałam ja, pustka i ból,
Wokół mnie samotność, dlaczego?
Odebrałeś mi wiarę i nadzieję,
I nikt nie może tego zmienić.
Ja ofiarowałam Ci moje serce,
Lecz Ty nie umiałeś tego docenić.
Ty i ja, to my,
Choć chcę, nigdy tak nie będzie.
Patrzę na gwiazdy, słońce, niebo,
Lecz Ciebie widzę wszędzie.
Czy warto kogoś kochać?
Pojawia się często pytanie.
Tak. Warto. Nawet trzeba,
Jeśli to odwzajemnione kochanie.
Ja jestem. Ciebie nie ma.
Słucham wiatru, może ma wieści o Tobie.
Dlaczego mnie nie kochasz?
Czy mamy zapomnieć o sobie?
Dowody matematyczne, dalsza część
Autor: Akardo
Dowody matematyczne
[ Krzysztof Wróbel - Akardo - █████████████████ ]
Tw. Każda liczba jest równa każdej innej.
Wniosek: wszystkie liczby są równe.
A oto dowód: weźmy średnią arytmetyczną dwóch liczb:
c=(a+b)/2 pomnóżmy tę równość przez dwa
2c=a+b pomnóżmy ją jeszcze przez (a-b), otrzymamy
2c(a-b)=(a+b)(a-b) teraz wymnóżmy nawiasy
2ac-2bc=a^2-b^2 przenosimy obie strony równania z odpowiednio
zmienionymi znakami i otrzymujemy
a^2-2ac=b^2-2bc dodajemy do obu stron c^2 (c do kwadratu)
a^2-2ac+c^2=b^2-2bc+c^2 zamieniamy to zgodnie ze wzorem skróconego
mnożenia
(a-c)^2=(b-c)^2 z obu stron wyciągamy pierwiastek drugiego stopnia (mówiąc
jaśniej, obie strony pierwiastkujemy)
a-c=b-c teraz dodajemy do obu stron c
a-c+c=b-c+c i ostatecznie otrzymujemy
a=b niemożliwe? a jednak...
To samo można udowodnić w inny sposób, a mianowicie założyć wstępnie, że
dwie liczby a i b są nierówne, przy czym a jest większe od b, tak że:
a-b=c, stąd
a=b+c teraz pomnóżmy obie strony tej równości przez a-b
a(a-b)=(b+c)(a-b) wymnóżmy nawiasy
a^2-ab=ab+ac-b^2-bc teraz przenieśmy ac na lewą stronę równania
a^2-ab-ac=ab-b^2-bc z lewej strony wyciągnijmy a przed nawias,
a z prawej b. Wtedy otrzymamy:
a(a-b-c)=b(a-b-c) podzielmy to przez wyrażenie, które znajduje się
w nawiasie, czyli (a-b-c) i ostatecznie otrzymamy
a=b ale przecież wyszliśmy z założenia, że a jest
różne od b...
Udowodnijmy jeszcze, że każda liczba jest mniejsza od zera. Aby to
udowodnić weźmy dowolną liczbę dodatnia A.
Wiadomo, że zachodzi: A-1<A
Pomnóżmy więc obie strony tej
nierówności przez (-A) (A-1)(-A)<A(-A)
zredukujmy nawiasy -A^2+A<-A^2
Dodajmy do obu stron A^2 -A^2+A+A^2<-A^2+A^2
i zredukujmy A<0
Hmm, czyli A jest liczbą mniejszą od zera, wbrew naszemu założeniu.
Dowody zaczerpnąłem z książki : "Lilavati" Szczepana Jeleńskiego.
A tu się myśli
Autor: Akardo
Zadanka
[ Krzysztof Wróbel - Akardo - █████████████████ ]
1) W pudle znajdują się następujące kapelusze: 2 białe i 3 czarne. Trzy z
nich włożono na głowy trzech panów A,B i C, którzy byli ustawieni "gęsiego"
w ten sposób, że pan A widział przed sobą panów B i C, pan B widział tylko
pana C, a pan C nie widział ani pana A, ani pana B. Żaden z nich nie
widział swojego kapelusza, nie odwracał się ani nie widział dwóch kapeluszy,
które zostały w pudle. Zapytano pana A, jaki ma kapelusz; odpowiedział, że
nie wie. Zapytano pana B; odpowiedział, że również nie wie. Wtedy pan C
oświadczył: "Wobec tych odpowiedzi panów A i B już wiem, jaki mam na głowie
kapelusz" - i podał uzasadnienie. Spróbuj odtworzyć rozumowanie pana C.
2) Wieśniak musi przewieźć przez rzekę wilka, kozę i kapustkę. Łódka
jednak jest tak mała, że może się w niej zmieścić tylko wieśniak i jedno z
tych trojga. Jeśli zostawi wilka z kozą, to wilk pożre kozę; jeśli zostawi
koze z kapustą, to koza zje kapustkę. Jak poradzi sobie wieśniak z
transportem ?
Zadania pochodzą z książki : "Lilavati" Szczepana Jeleńskiego.
Rozwiązania tych zadań oczywiście w następnym numerze Reportera.
Super test samochodu
Autor: Cobretti
Czy Audi A8 quattro podoła extremalnym warunkom?
[ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]
Próbie poddawana jest luksusowa limuzyna Audi A8 quattro, wyposażona w
pięciozaworowy silnik V6 o mocy 142 kW. Przed tym samochodem postawiono
wysoko poprzeczkę i w ramach testu ma on przebyć 100 tysięcy kilometrów, a w
ośmiu specjalnych etapach wykazać się najwyższą niezawodnością i
wytrzymałością. Tylko czy podoła?
Przy okazji testu firmowego, auto ma pobić kilka rekordów w Księdze
Rekordów Guinessa. Całość zmagań można oczywiście obserwować w internecie
po adresem "http://www.autobild.de".
Testy specjalne obejmują między innymi:
Wysoki komfort jazdy:
Na trasie 17 tys. kilometrów z Inglostadt przez Wiedeń, Węgry, Słowacje,
Czechy, Drezno, Berlin do Sztokholmu, a także podróże po pustyni i
lodowcach.
Oszczędność:
Tysiąckilometrowa trasa z Flensburga do Lindau przy zaplombowanym baku
Audi przejedzie na 80 litrach. Czyli nie może zużyć więcej niż 8 litrów na
100 km.
Ekstremalne różnice wysokości i temperatur:
Audi wyruszy z najgorętszego i najniżej położonego miejsca Badwater w
Dolinie Śmierci do najwyżej położonego odcinka drogi w USA - Mount Evans.
Różnica poziomów wynosi 4407 metrów, a różnica temperatur 50 stopni C.
Wytrzymałość:
W ciągu jednego dnia Audi będzie musiało przebyć na torze w Ehre większy
dystans niż zwycięzca 24-godzinnego wyścigu w Le Mans, czyli około 5
tysięcy kilometrów.
Jak podoła tym próbom to będzie autem nie do zdarcia o największej
niezawodności i będącym marzeniem wszystkich polskich kierowców, którzy
mając swojego malucha, fiacika, dacie lub innego wraka zmuszeni są większość
kasy pakować w naprawę samochodu. Osobiście nie pogniewałbym się gdybym
dostał takiego A8 pod choinkę, ale to jeszcze nie prędko.
Ender
Autor: Cobretti
Koniec już nastał
[ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]
Ale tylko tego numeru na szczęście. Już się robią następne i dlatego
jeszcze raz namawiam Cię do pisania artykułów na dowolne tematy, wszystko
co tu trafi będzie publikowane bo taki jest cel Reportera. W końcu każdy ma
coś do powiedzenia w pewnych kwestiach i czemu by z tego nie skorzystać.
A osobiście pracuję nad promocją moich stron co można zauważyć po
liczniku. Tutaj też mam gorącą prośbę o pomoc w informowaniu o moich
stronach innych ludzi. Przecież nie robię tego dla siebie tylko dla Ciebie.
Gdybym chciał sobie robić stronę to bym ją trzymał na pececie w domu.
Zapraszam także na łamy Reportera ludzi którzy nie mają okazji wypromować
swoich tekstów, wierszy i innej twórczości, nie koniecznie tekściarskiej.
Mam w planach dołączyć galerie obrazków i tym podobne badziewia, przecież
może to być gazeta multimedialna, dołożyć kilka .mid'ów i będzie nawet z
dźwiękiem. Ale to przyszłość, i w dodatku zależna od czasu jaki mogę
poświęcić sieci. Mając inne obowiązki różnie z tym bywa.
Zapraszam do następnego numeru, już za kilkanaście dni.
Reporter 3/1996
Na początek
Autor: Cobretti
Na początek.
[ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]
Załamanie pogody daje się ostatnio odczuć. Co zrobić, ostra zima i zimne
lato to nie najlepszy duet, szczególnie dla tych, którzy zaplanowali sobie
słoneczne wakacje. Zawsze można wyjechać na Mauritius, tam słońca z tego co
wiem nie brakuje a spotkać można przy okazji ludzi z branży filmowej. Same
gwiazdy okupujące najdroższe hotele lub też wypoczywające we własnych
hacjendach za niewyobrażalne sumy.
Jeżeli tylko będę miał trochę szczęścia to za kilka lat być może zaproszę
wszystkich na Mauritius poszaleć w mojej chacie... ale to chyba nigdy nie
uda mi się zrealizować... choć kto wie, wszystko się może wydarzyć.
No tak, ale kto by wtedy wydawał Reportera? Pytanie pozostawiam bez
odpowiedzi i zapraszam do reszty artykułów.
Strajk
Autor: Cobretti
Strajk.
[ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]
- Jak ja się dostane do szpitala? No jak? - głos zrozpaczonej starszej
kobiety daje sporo do myślenia.
- Za 20 minut mam pociąg do Wrocławia..., co oni sobie k** wyobrażają, że
ja ma czas? - tym razem jakiś biznessman pod krawatem.
- Mam miesięczny i mam płacić prywaciarzom? P** tych ch**, niech mi tu k**
zaraz p** autobus podstawią. - Dla odmiany opinia młodego zbulwersowanego
człowieka.
Tak zaczął się wtorek, 16 lipca 1996 roku w Sosnowcu. Zresztą nie tylko
tutaj ale wszędzie tam gdzie zastrajkowali bez ostrzeżenia kierowcy
autobusów i motorniczy tramwajów w Komunikacyjnym Związku Komunalnym
Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego w Katowicach. Nie chodzi o mnie, bo ja
akurat mam połączenie z każdym punktem do którego muszę dotrzeć, ale nikt
nie wziął pod uwagę ludzi starszych, muszących dotrzeć do szpitali, jak ta
kobieta. Nikt nie zatroszczył się o ludzi niepełnosprawnych, mogących
podróżować tylko w autobusach przystosowanych do przewozu wózków
inwalidzkich. Nikogo nie obchodzi co zrobi matka z dzieckiem, które musi
podróżować w wózku. Że już nie wspomnę o miejscach do których nie da się
dotrzeć inaczej jak tylko autobusem.
Prywatni przewoźnicy również nie byli przygotowani do tego strajku, brali
wszystkich nawet nie żądając zapłaty jeżeli ktoś nie miał. Zatrzymywali się
na każdym przystanku, nawet na tych, na których zwykle nie stawali. Pomimo
przeładowanych autokarów robili co się da żeby dogodzić wszystkim
potrzebującym gdzieś przejechać. Chwała im za to bo odwalają kawał niezłej
roboty. Za to na KZK GOP ludzie klną jak szewc i nie ma się czemu dziwić.
Oczywiście rozmawiałem z zawodowym kierowcą i spytałem się czemu
przeprowadzają strajk i to jeszcze bez określenia terminów, czyli do
odwołania. Odpowiedział że chodzi im nie tylko o pensje, a o pozycje
zawodowe w KZK GOP. Tam w ogóle nie istnieje zawód kierowca autobusu. Taki
kierowca to zwykły pracownik tylko oddelegowany do prowadzenia autobusu.
Oczywiście nie tylko to jest problemem. Autobusy są przestarzałe, nie ma
pieniędzy na remonty, trasy są kiepskie, warunki pracy niebezpieczne...
Zresztą tak można w kółko. Nie o to chodzi...
Autobusy nie jeżdżą już trzeci dzień. Ludzie starają się dostać tam gdzie
muszą kombinowanymi środkami. Nie rzadko biorą taksówkę, bo w niektóre
miejsca nie da się dotrzeć autokarami. Płacą za to dość spore sumy, marnują
czas, i muszą się usprawiedliwiać, że to przez KZK GOP. A KZK GOP nic, olał
wszystko i wszystkich, w ogóle nie słychać o wznowieniu kursów autobusowych
i tramwajowych. Mało tego, jest okazja żeby wyremontować przystanki, tory
tramwajowe, naprawić trakcje, i wykonać wszystkie prace które nie mogą być
wykonane podczas normalnych kursów pojazdów. Niestety, tu ludzie nie myślą
normalnymi kategoriami. Naprawa torów musi się odbywać w godzinach szczytu,
wtedy gdy tramwaje przewożą najwięcej ludzi. Tak samo jak ostatnio kładziona
nawierzchnia na drodze szybkiego ruchu z Sosnowca do Katowic. To jest
przegięcie, tak jakby nie można tego zrobić wczesnym ranem lub wieczorem,
albo nawet w nocy, bo do tego i tak nie trzeba światła dziennego.
Ech, żal mi ludzi, mających problemy z dojazdem tylko z powodu [censored]
KZK GOP, za to jestem pełen podziwu dla wszystkich, którzy skutecznie
pomagają innym dotrzeć w niedostępne miejsca. Czasem zatrzyma się któryś z
kierowców i spyta czy nie trzeba podwieźć, szczególnie jeśli chodzi o osoby
starsze, matki z dziećmi i osoby, którym przemieszczanie się sprawia
trudność, jak np. niewidomi, ludzie o kulach. Teraz widać jak GOP zabiega o
klienta. Z chęcią wziąłbym udział w procesie przeciwko KZK GOP. Sprawa jest
do wygrania w 100%. Bilet miesięczny to umowa, a KZK GOP umowę zerwał bez
ostrzeżenia. Ludzi z biletami miesięcznymi jest minimalnie licząc 25
tysięcy. KZK GOP nie miałby szans, i po takim procesie odechciało by się
im na przyszłość bzdurnych strajków.
Strajk w końcu zakończył się po pięciu dniach. KZK GOP z wielkiej swojej
pieprzonej łachy, w zamian za poniesione koszta, przedłużył ważność biletów
miesięcznych o 5 dni w nowym miesiącu. Ale i tak jeżeli ktoś by kupował na
nowy miesiąc bilet miesięczny musi zapłacić za cały miesiąc, więc pomysł
jest poroniony jak i cały KZK GOP.
Wyznanie
Autor: Vercia
Wyznanie.
[ Vercia ]
Chciałabym, abyś był przy mnie.
Powiedziałabym Ci,
jak bardzo Cię kocham.
Zrobiłabym to uśmiechem,
gestem, spojrzeniem.
Pokazałabym Ci to wszystkim,
czym można wyrazić miłość.
Kocham Cię całą sobą,
najmniejszą cząstką mojego ciała.
Mówiłabym Ci o miłości,
we wszystkich językach świata.
Gdybyś był przy mnie,
dałabym Ci moje serce,
i radość i śpiew ptaka.
Gdybyś był...
Ale Ciebie tu nie ma.
Jesteś daleko i nie wiesz,
jaki mógłbyś być szczęśliwy,
gdybyś był przy mnie.
Dowody matematyczne, dalsza część
Autor: Akardo
Dowody matematyczne c.d.
[ Krzysztof Wróbel - Akardo - █████████████████ ]
Zdarza Ci się pewnie często, że rozumując prawidłowo zadanie popełniasz
błędy. Lecz niekiedy zdarzają się również przypadki odwrotne, tzn. takie, że
pomimo błędnego rozumowania otrzymujesz prawidłowy wynik.
W dzisiejszym numerze chciałbym pokazać na konkretnych przykładach oba
przypadki.
Przypadek 1: "Niepewny wynik pomimo zastosowania pewnika."
Weźmy równanie x-1=2 zastosujmy pewnik i pomnóżmy dwie strony równania
przez x-5, otrzymamy:
(x-1)*(x-5)=2*(x-5) po wymnożeniu otrzymamy:
x^2-6*x+5=2*x-10 dla uproszczenia sprawy, będę pomijał znak *
x^2-6x+5=2x-10 stosujemy następny pewnik i od obu stron
odejmujemy liczbę x-7
x^2-7x+12=x-3 podzielmy teraz obie strony równania przez
liczbę x-3, otrzymamy:
x-4=1 a teraz do obu stron dodajmy 4
x-4+4=1+4
x=5
Co jest oczywiście błędem, ale przecież stosowaliśmy pewniki i prawidłowo
rozumowaliśmy?
Przypadek 2: "Poprawny wynik pomimo błędnego rozumowania."
Wyjdźmy z tego samego równania co wyżej:
x-1=2 dodajmy do jednej (!) tylko strony 10,
co jest oczywistym błędem,
x+9=2 pomnóżmy obie strony równania przez x-3, otrzymamy:
x^2+6x-27=2x-6 teraz od obu stron odejmijmy 2x-6,
x^2+4x-21=0 i podzielmy obie strony równania przez x+7,
x-3=0 czyli x=3
Co jest zgodne z równaniem x-1=2.
I co? Pomimo błędnego dodania 10 do jednej tylko strony otrzymaliśmy
prawidłowe rozwiązanie!
Ciekawostki zaczerpnąłem z książki : Szczepan Jeleński : "Lilavati".
Nowe zadanka matematyczne
Autor: Akardo
Zadanka matematyczne.
[ Krzysztof Wróbel - Akardo - █████████████████ ]
Mam nadzieję, że zagadki z poprzedniego numeru nie sprawiły Ci kłopotu.
Jeżeli rozwiązałeś je bez żadnych problemów zerknij na łamigłówki, które
zamieściłem tym razem. A oto one:
1) Do garnka trzeba nalać 4 litry wody. Gosposia ma jednak tylko naczynia
o pojemności 5 litrów i 3 litry. Jak sobie poradzi gosposia z tym problemem?
2) A teraz kilka zadanek matematycznych:
a) napisz największa liczbę za pomocą trzech cyfr.
b) jaką największą liczbę można napisać za pomocą czterech jedynek ?
c) napisz jeden używając wszystkich 10 cyfr.
d) narysuj kwadrat za pomocą trzech linii prostych.
e) cegła waży kilo i pół cegły. Ile waży cegła?
3) Wyszedłem z domu mając w kieszeni pewną liczbę złotówek i
pięciozłotówek; razem kwotę większą od 140 zł., a mniejszą od 150 zł.
Wydałem trzecią część posiadanej gotówki, pozostało mi tyle złotówek, ile
przedtem miałem pięciozłotówek, i tyle pięciozłotówek ile, przedtem miałem
złotówek.
Ile miałem złotówek, a ile pięciozłotówek gdy wychodziłem z domu ?
To tyle na dzisiaj. Powodzenia! Rozwiązania w następnym Reporterze.
Niektóre zagadki pochodzą z książki: Stanisław Kowal: "Rozmaitości
matematyczne".
Raport z Delirium 96 - party PC
Autor: Akardo
Raport z Delirium'96 - PC party
[ Krzysztof Wróbel - Akardo - █████████████████ ]
Party Delirium odbyło się w Bukownie, 11 i 12 lipca bieżącego roku. Było
organizowane przez jedną z największych polskich grup, Absence. Bukowno
położone jest niedaleko od Katowic, mojego rodzinnego miasta, dlatego
postanowiłem przejechać się i zobaczyć jak wyglądają scenowe party,
wcześniej bowiem nie miałem okazji brać udziału w tego typu imprezach. W
zasadzie do wyjazdu na party nakłonił mnie Fugaz, który to zjawił się u mnie
dzień wcześniej z kilkoma modułami, które planował wystawić w composach.
Jako, że odbywałem właśnie praktykę w firmie komputerowej, nie na rękę był
mi wyjazd, jednak jakoś się zebrałem i zaraz po prakcie wyruszyłem do
Bukowna.
Oczywiście spóźniłem się trochę, bowiem party rozpoczęło się ok. godziny
9, a ja przyjechałem o 17. Zabrałem troszkę kasy na wjazd, ale że przy
wejściu nikt nie sępił mnie o kasę, wlazłem za darmo. Jak się później
okazało spóźniłem się na 4 kanałowe compo, ale z relacji kilku osób
dowiedziałem się, że nie było one zbyt ciekawe. Zaraz potem rozpoczęło się
multi chanel compo w którym to udział brali muzycy z mojej grupy (tj.
ByteLand), a mianowicie Fugaz i Q_Sound. Organizatorzy przeprowadzili
selekcję modków i do konkursu dopuścili 20 w tym moduły Fugaza i Q_Sounda.
Poziom muzyki był różny. Obok ciekawych kompozycji, były moduły, które moim
zdaniem przejść selekcji nie powinny, bowiem były naprawdę bardzo
słabiutkie, niektóre nawet miejscami fałszowały.
Gdy na dworze troszeczkę się ściemniło został zainstalowany Big Screen, na
którym to można było pooglądać różne najnowsze demka. Ok. godziny 10
rozpoczęło się GFX compo, a zaraz za nim Ray compo. Osobiście jakoś nie za
bardzo interesuje się grafiką i w czasie gdy były wyświetlane prace uciąłem
sobie małą drzemkę. Fugaz obudził mnie gdy rozpoczęły się 512 bytes intro
compo, 4 kB intro compo oraz 64 kB intro compo. Z intr 512 bajtowych w
zasadzie żadne nie przypadło mi do gustu, za wyjątkiem intra Jaspera, które
zresztą wygrało. Poziom intr 4 kB i 64 kB też nie był najwyższy. Trudno było
wyróżnić jakieś najlepsze intro. Dużo efektów było ściągniętych z innych
intr czy dem, jednym słowem nic oryginalnego. Mnie jednak najbardziej
interesowało demo compo. Tutaj swoje prace wystawiło kilka bardziej znanych
grup, m.in. Pulse, Substance czy Dark Legions. I dema tychże grup zdawały
się dominować. Ciekawe demko zakodował również Ozir, który to stworzył
produkcje ze świetnymi efektami lecz pozbawioną designu. Zdarzyły się
również demosy na bardzo słabym poziomie, bowiem trudno w tych czasach
określić mianem "średnie", demko w którym to widzimy obracające się
sześciany. Ostatecznie wygrała grupa Pulse demkiem Unreala, z muzyką
Scorpika i grafiką Lazura. Niestety tytułów dem nie pamiętam.
Wszystkie wyniki były zresztą ogłoszone rano. Natomiast w nocy (komu nie
chciało się spać?) można było pooglądać różne filmy na video. Miały być
również filmy PC video, ale organizatorom coś nie wypaliło. Jak to na każdej
większej imprezie bywa nie obyło się również bez drobnych incydentów.
Najpierw ktoś zakosił jakiemuś gościowi portfel z kasą, a później zniknął
dysk twardy muzykowi z grupy Absence - Szudiemu. Było trochę zamieszania,
nawet organizatorzy przeprowadzili rewizje plecaków, ale ostatecznie dysk (i
chyba portfel też) się nie znalazły. Z tego to powodu, przeprowadzono małą
składkę na nowy twardy dla Szudiego, uzbierano coś ok. 1 mln. zł. Jak widać
na scenie nie brakuje również złodzieji (!!!).
Dla mnie radosnym akcentem było zajęcie drugiego miejsca w multi channel
compo przez Fugaza, za co wyżej wymieniony zainkasował cztery stówy.
Pierwsze miejsce w tej kategorii zajął Szudi, który za wygraną kasę być może
kupi sobie nowy twardy.
Podsumowując party było nawet niezłe. Zresztą trudno mi się wypowiadać na
ten temat bowiem nie byłem na innych tego typu imprezach. Ale atmosfera i
klimat nawet mi się podobały. Troszkę wyższy mógłby być poziom produkcji na
party, ale trudno się dziwić, nie tak dawno miała miejsce Próba Generalna 2,
tak, że autorzy nie mieli zbyt dużo czasu na przygotowanie czegoś nowego.
Ogólnie było całkiem fajnie i czekam na jakieś następne party, na które na
pewno się przejadę.
Odpowiedzi na zadania
Autor: Akardo
Odpowiedzi na zadania.
[ Krzysztof Wróbel - Akardo - █████████████████ ]
1) Pan C miał czarny kapelusz. Ale dlaczego ? Poniżej przedstawiam
rozwiązanie.
Panowie A i B nie wiedzieli jakie mają kapelusze, więc bardzo zaskakujące
wydaje się stwierdzenie C, że wie jaki ma kapelusz. Ale po kolei. Na
początek przeanalizujmy wszystkie możliwe sytuacje, które widzi pan A.
Oczywiście wszyscy panowie wiedzieli jakie kapelusze były w pudle przed
założeniem im na głowy. Pan A widzi następujące sytuacje:
Pudło z kapeluszami
| * * *
| o o
C | o * o *
B | o o * *
A
Jeżeli pan A nie wie jaki ma na głowie kapelusz nie może widzieć na
głowach panów B i C dwóch białych kapeluszy. W pudle były tylko dwa białe i
jeśli by założyć je tym dwóm panom, panowi A pozostał by tylko czarny i
logicznie rozumując powiedziałby, że wie jaki ma kapelusz. Oczywiście
zakładamy tutaj, że wszyscy panowie myślą logicznie.
Po wykluczeniu tej sytuacji pozostaje nam:
C | * o *
B | o * *
A
Teraz wcielmy się w rolę pana B. Słyszał informacje od pana A więc zdaje
sobie sprawę jaka sytuacja zaistniała. Pan B widzi przed sobą jakiś
kapelusz. Może widzieć czarny lub biały. Zauważmy, że jak widzi biały (u
pana C) to automatycznie wie jaki ma kapelusz na głowie (czarny
oczywiście), bowiem tylko jedna jest taka sytuacja na wyżej przedstawionym
rysunku. Ale pan B również jak pan A nie wie. Więc jaki kapelusz musi
widziec pan B ? Otóż czarny.
Pan C słysząc to wszystko domyślił się jaki ma kapelusz na głowie i podał
uzasadnienie, podobne jakie ja tutaj przedstawiłem.
2) Na początku wieśniak przewozi kozę. Zostawia kózkę na drugim brzegu i
wraca. Teraz zabiera wilka. Przewozi go na drugą stronę i zostawia go tam,
ale zabiera z powrotem kozę (bowiem zgodnie z założeniami zadanka wilk
pożarł by kozę). Teraz bierze kapustę i zostawia kozę. Transportuje kapustę
na drugi brzeg, wraca po kozę i po kłopocie. Prawda, że proste?
Z życia IRCa
Autor: Eidem
Z zycia IRCa.
[ Adam Raciniewski - Eidem - █████████████████ ]
Na IRCu nieładnie jest przejmować kanały ze splitu...
-Cwaniak- [KillEr] Server ops by warszawa.irc.pl to you on #warszawa
detected, removed.
*** Mode change "+o Cwaniak" on channel #warszawa by warszawa.irc.pl
Nie wolno też robić massdeopoow...
-Cwaniak- [KillEr] Massdeop on #warszawa detected by you!
*** Mode change "-oooo ARTO PRESTO Mago Eidem" on channel #warszawa by
Cwaniak
*** Mode change "-oooo ARTEK arci SmallCat ART" on channel #warszawa by
Cwaniak
...bo można samemu zostać zdeopowanym...
*** Mode change "-o Cwaniak" on channel #warszawa by TUX
...a wtedy osoby zdeopowane mogą odzyskać opki...
*** Mode change "+o Eidem" on channel #warszawa by TUX
-TUX- You have been opped via Phoenix v2.27 by Vassago
*** Mode change "+oo PRESTO ARTO" on channel #warszawa by Eidem
*** Mode change "+o Mago" on channel #warszawa by TUX
...i delikwenta ukarać.
*** Mode change "+b *!*waniak@*.sggw.waw.pl" on channel #warszawa by Eidem
*** Cwaniak has been kicked off channel #warszawa by Eidem (Przesadzasz!)
A w końcu wojny nie są nikomu potrzebne...
-Mago- [WallOp/#warszawa] panowie, to chyba wojna?
*** Mode change "+o ARTEK" on channel #warszawa by Eidem
-ARTO- [WallOp/#warszawa] i to niezla
...zwłaszcza z IRCopami...
*** You have been killed by operator Cwaniak cassandra.sggw.waw.pl!Cwaniak
(Ja przesadzam ?)
*** Use /SERVER to reconnect to a server
...bo skutki mogą być roożne i nieprzyjemne dla obu stron...
*** Eidem (███████████████████████) has joined channel #warszawa
*** Topic for #warszawa: DOBRY OP TO MARTWY OP
*** #warszawa Bunnes 832333315
*** Mode change "+o Eidem" on channel #warszawa by ARTEK
*** #warszawa *!*waniak@*.sggw.waw.pl Eidem!███████████████████████
832333716
*** #warszawa *!*@geralt.mimuw.edu.pl
PRESTO!~█████████████████████████████ 832333511
*** #warszawa *!*rtur@*.mimuw.edu.pl ARTO!████████████████████████████
832333511
...zawsze jednak prowadzą do tego samego.
*** Signoff: Mila (Ping timeout)
*** Signoff: DJ-23 (Ping timeout)
*** Signoff: hobbit (Ping timeout)
*** Signoff: Radetzky (Ping timeout)
*** Signoff by Radetzky detected
*** Signoff: Magic (Ping timeout)
*** Signoff by Magic detected
<Eidem> ops
<Eidem> no to kicha
<marzena> a nawet kaszana..
<Eidem> tia...
<Eidem> Split byl jakis, czy co?
<marzena> i salceson...
Tym nie mniej, mimo licznych narzekań na IRCopoow, czasem są oni
pożyteczni, umilając życie IRComaniakom, świadcząc usługi typowo
funkcjonalne...
<=beeth=> tia, 0 opoow na #warszawa(...)
*** Beeth (████████████████████████) has joined channel #warszawa
*** Mode change "+o Beeth" on channel #warszawa by warszawa.irc.pl
*** Mode change "+o Eidem" on channel #warszawa by Beeth
*** Beeth has left channel #warszawa
...a także informacyjne.
*** Beeth (████████████████████████) has joined channel #warszawa
<Beeth> Jezeli kogos interesuje reklama to polecam NOC REKLAMOZERCOW '96.
24
<Beeth> maja godz 21.00 w Sali Kongresowej. Bileciki po 25 zl do nabycia w
ZASP
<Beeth> (Aleje Jerozolimskie 25 tel. 621-94-54) lub w kasach Sali
Kongresowej od
<Beeth> 17 maja.
<hobbit> Rad : Ale jak sie dowiedzialem niedawno zaufania jeszcze nie
<Beeth>
<Beeth> 7 h filmow reklamowych z calego swiata ( tych top i tych
<Beeth> beznadziejnych). Kazdy wchodzacy otrzyma gwizdek (aby wyrazac swoja
<Radetzky> Cze Beeth loho :)
<Beeth> dezaprobate lub podziw) oraz na glowe szlafmyce.
*** Beeth has left channel #warszawa
Na koniec
Autor: Cobretti
Na koniec.
[ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]
Jak widzisz ten numer jest obszerniejszy i pojawiła się oprawa graficzna.
Czyli wszystkie chwyty dozwolone, jak zabraknie Ci pomysłu na tekst możesz
podesłać mi np. komiks! Zresztą to nie jest taki zły pomysł, może właśnie
sieć się nadaje do komiksów wyśmienicie!
No i pisz, pisz, pisz mi co w świecie piszczy (oprócz niedosmarowanych
osiek i starych drzwi na Zamku). Jestem otwarty na wszelkie przejawy
współpracy bo nie robię tego dla siebie tylko dla Ciebie właśnie. Może
sławny na początku nie będziesz, ale kto wie jak potoczą się losy
Reportera. Mam w planie wykupienie kilku największych stacji telewizyjnych,
a potem kablowych, jak dobrze pójdzie to zdobędę kilkanaście zachodnich
gazet tylko dla siebie, a internet staram się już opanowywać. Jest o co
walczyć.
He,he, to tyle jeżeli chodzi o plany, chyba trochę powyolbrzymiałem ale
liczą się chęci. Zapraszam do następnego numeru, postaram się o jakieś
niespodzianki, może z Twoją pomocą mi wyjdzie.
Reporter 4/1996
Tytułem wstępu
Autor: Cobretti
Tytułem wstępu.
[ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]
Ptaszki sobie śpiewają, słońce sobie świeci. Jednak czasami lato daje się
zauważyć, chociaż nie jest szczególne. Może to i dobrze, nie ma susz, nie ma
powodzi. Takie sobie przeciętne lato, którego nikt nie będzie pamiętał, lub
które zostanie nie zauważone.
Chociaż tutaj bym taki pesymistyczny nie był. W końcu to nie pogoda
decyduje o tym, czy zostało zapamiętane czy nie. Liczy się przede
wszystkim to, co się tego lata wydarzyło. A niech nikt nie próbuje mówić, że
nic mu się tego lata nie przydażyło, bo nie uwierzę.
Trochę przykrótki ten numer, ale z powodów braku czasu, pracy, wyjazdów i
innych nieprzyjaznych zbiegów okoliczności jest jaki jest. Wkrótce
niespodzianki, ale o tym w ostatnim artykule.
Prawa Irca
Autor: Cobretti
Prawa Irca.
[ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]
Zawsze kiedy akurat musisz przestać ircować przychodzą najlepsi kumple i
zaczyna się najbardziej interesująca rozmowa.
Na sieci wyobraźnia płata figle, w świecie realnym figle płatamy
wyobraźni.
Kiedy chcesz sobie z kimś spokojnie porozmawiać, to właśnie wtedy
dostajesz najwięcej msg'ów.
Lag pojawia się właśnie wtedy, gdy ktoś ma Ci coś ważnego do powiedzenia.
Rachunki za modem jakie by nie były to i tak są za wysokie.
Kiedy akurat masz ochotę sobie z kimś porozmawiać to akurat nie ma
odpowiedniej osoby na sieci.
Gdy musisz ircować na terminalu jednosesyjnym to właśnie wtedy dostajesz
najwięcej poczty.
Sieć sprawia, że stajemy się sobie bliscy, ale gdy staniemy się sobie
wystarczająco bliscy to okazuje się, że dzieli nas odleglość.
Gdy chcesz sobie ułatwić życie i ulepszyć skrypt to właśnie wtedy zaczyna
on zachowywać się nieobliczalnie.
Op jest najbardziej potrzebny w chwilach, w których i tak nie
wykorzystujesz jego możliwości.
Na Ircu czas wykazuje tendencje do szybkiego mijania.
Najbardziej czadowe rozmowy i tak odbywają się na msg... więc gadanie na
publicu to tylko czubek góry lodowej.
Na publicu można kogoś spotkać, a na msg z nim porozmawiać.
Chęć ircowania jest wprost proporcjonalna do braku czasu, a odwrotnie
proporcjonalna do ilości wykonywanych w tym momencie zajęć.
Topic to z reguły dodatkowa możliwość wymienienia z kimś swoich poglądów,
tudzież powiedzenia komuś nie jawnie o czym się w tej chwili myśli.
Tylko kanały na zaproszenie mają w sobie to coś co przyciąga innych,
którzy i tak nie mogą się dostać.
Boty stawiają ludzie, których byś nawet o to nie podejrzewał.
Najgorszy bot to głupi bot.
A lag i tak się od Ciebie nigdy nie odczepi.
Szybkość pisania na klawiaturze w dużym stopniu ma wpływ na ilość
popełnianych błędów językowo-gramatycznych.
Najlepsi przyjaciele na ircu znikają bez pożegnania na zawsze, nigdy nie
podając swoich namiarów in real.
Znajomości przypadkowe i niechciane i tak są lepsze niż te, o które
zabiegasz od dłuższego czasu.
Na Ircu każdy ma swoje tajemnice, kwestią czasu jest tylko dowiedzieć się
o nich, bo prędzej czy później i tak się wygadasz.
Przypadek sprawia, że poznajesz kogoś wyjątkowego, w ogóle z innego
wymiaru i na dodatek ten ktoś nie ma nic przeciwko temu aby kontynuować
znajomość nie tylko poprzez Irca.
I tak najciekawsi ludzie mieszkają najdalej.
Przez Irca nic nie jest tym czym się wydaje...
A to co jest tym czym się wydaje, tak na prawdę nim nie jest.
A w ogóle to co ja mogę w tej sprawie powiedzieć...
I tak wszystko się kiedyś kończy, nawet lag.
Wizja przyszłości
Autor: Cobretti
Wizja przyszłości.
[ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]
Jak będzie wyglądała nasza przyszłość za kilkanaście lat, za sto, za 200?
Tego w tej chwili nie wie nikt, ale można trochę się domyślić na podstawie
logicznych wniosków i zdrowego rozsądku. Gdyby do tego dołożyć trochę
wyobraźni powstałby właśnie taki przyszłościowy obraz ludzkości.
Interesująca mnie dziedzina to informatyka, nie wiem dlaczego, ale czuje, że
wszystko zmierza w kierunku skomputeryzowania dokładnie każdej płaszczyzny
nauki.
Czytniki CD, jeszcze do niedawna były drogimi i luksusowymi dodatkami,
może nawet bardziej bajerami, w które zaopatrywali się ludzie chcący innym
pokazać, że mają kompakt. Dzisiaj kompakt to rzecz tak samo naturalna i
oczywista jak dyskietka. Zresztą może nawet bardziej popularna jak
dyskietka, bowiem coraz mniej ludzi korzysta z dyskietek, właśnie dlatego,
że to co ich interesuje znajduje się na kompaktach, bądź też przegrywa
wszystko pomiędzy twardymi dyskami. Ale i teraz to co posiadamy to już
przeszłość. Jest takie powiedzenie, że jeżeli jakaś nowinka pojawia się
właśnie na rynku to jest to już staroć, bowiem i tak w laboratoriach
czołowych firm, produkty nad którymi pracują całe zastępy ludzi przewyższają
wszystkie ogólnie dostępne technologie. Oznacza to, że jeżeli mamy
najnowszy, najlepszy twardy dysk to firma dysponuje już następną generacją
twardych dysków, tyle tylko, że są one właśnie testowane.
Obecne CD-Rom'y to niesamowite kombajny, z zapisem wielowarstwowym. To już
nie te same krążki do których jesteśmy przyzwyczajeni. Twarde dyski
przekraczają coraz większe rozmiary i stają się technologicznie
niedoskonałe, bowiem są rzeczy o wiele bardziej nadające się do
przechowywania informacji.
Jeszcze trochę i dyski twarde i cd-romy zostaną zastąpione małymi
chip'ami, nie większymi niż pudełko zapałek, a mogącymi pomieścić
terabajty danych. I nie nastąpi to w tak dalekiej przyszłości, prace nad tym
są dość zaawansowane. Wystarczyłoby takiego chipa włożyć do jakiegoś złącza,
aby mieć do dyspozycji trochę więcej wolnego miejsca niż obecnie. Wszystko
do tego dąży, coraz więcej animacji, dźwięku, grafiki. Wkrótce rzeczywistość
zostanie zamieniona na porcję bajtów i bitów. Terabajt to dużo, ale tylko w
tej chwili, za kilkanaście lat, takie pojemności to będzie obowiązujący
standard.
Idźmy dalej. Dlaczego by nie przerzucić się na pamięci biologiczne. Prace
nad takimi pamięciami też trwają i są również dość zaawansowane. Białko ma
to do siebie, że jest substancją nie trwałą, ale gdyby udało się uzyskać
idealny syntetyk to sprawa została by rozwiązana.
A może by się pokusić o dołączenie komputera do ludzkiego mózgu? Czemu
nie, w tej chwili problemem jest niewiedza na temat funkcjonowania mózgu,
ale za lat kilkanaście, gdy dobrze poznamy wszystkie tajniki człowieka być
może sieci neuronowe będą mogły istnieć w środowisku, z którego zostały
zapożyczone.
Obecnie naukowcy są w stanie przeprowadzać operację wstawienia sztucznych
oczu, wraz z odpowiednim powiązaniem receptorów elektronicznych z sektorami
mózgu odpowiedzialnymi za wzrok i widzenie. Dlaczego by za kilka lat miało
nie udać się połączenie pamięci zewnętrznej z mózgiem. Być może udało by się
wykorzystać mózg do przechowywania informacji. Przecież i tak człowiek nie
jest w stanie wykorzystać wszystkich możliwości, które tkwią w tym
najważniejszym ludzkim organie. A gdyby tak udało się odtworzyć mózg?
To pytanie nęka wszystkich naukowców na całym świecie. Wiedzą jak to
zrobić, mają niezbedną teorię, ale nie są do tego przygotowani
technologicznie. Trzeba by bowiem zejść na poziom atomów i ingerować w ich,
jakże spójną strukturę i bardzo duże siły oddziaływań. Lecz i to wydaje się
osiągalne za kilkanaście lat. Gdyby udało się wniknąć w atomy i z nich
tworzyć wszystkie niezbędne materiały w elektronice, to dzisiejszy komputer
skurczyłby się do łepka zapałki i jeszcze byłoby miejsce na jego rozbudowę.
Niewiarygodne, ale nanotechnologie to znane naukowcom pole działań. I wcale
nie jedyne.
Tylko w całym tym rozumowaniu zapominamy o sobie samych. Jak wyglądała by
nasza przyszłość, przyszłość ludzi ery komputerów i robotów. Nie chciałbym
dożyć tej chwili, musiało by to być okropne.
Ludzie byli by wtedy odpadkami, zwykłymi śmieciami walającymi się po
naszej galaktyce. Wszystko byłoby sterowane komputerami, każdy proces
byłby pod kontrolą maszyny. Sprzęt zepsuty ulegał by samo naprawie i
doprawdy nie wiem, czy człowiek byłby do czegoś potrzebny. Chyba tylko
patrzył by się i płakał, że doprowadził do takiej katastrofy. Byłaby to
zagłada całkiem odmienna od wszystkich dotychczasowych, od tych jakie sobie
jesteśmy w stanie wyobrazić.
Wszystko pod kontrolą maszyn. Nowe maszyny produkowane przez istniejące
maszyny. Być może następnym ogniwem na drodze ewolucji mają być roboty? Być
może człowiek jest tylko jednostką przejściową? Czyżby Darwin nie
przewidział tego, że istnieje jeszcze następny szczebel - etap na drodze
zmian i ewoluowania. Wynikało by z tego, że następnym zagrażającym ludzkości
będzie świat stworzony przez człowieka.
Co ludzie by robili w przyszłości? Zatracili by całkowicie swoją wiedzę i
umiejętności, bowiem nie było by to im do niczego potrzebne. Zachowali by
tylko instynkt samozachowawczy i być może zdziczeli by, stając się czymś na
kształt dzisiejszych małp. I byli by traktowani jak małpy, zamykani w
klatkach i chodowani ku rozrywce i uciesze robotów.
A co by było dalej? Co by przyszło po robotach? Może coś co by na nich
żerowało - rdza? Może kurz i pył, który jest szkodliwy dla części
elektronicznych? Może krzem, amoniak?
A przecież istnieją teorie życia zrodzonego na bazie krzemu i amoniaku, a
nie na bazie węgla i wody jak obecnie. Nikt nigdy nie potwierdził tej teorii
ale też nie może jej zaprzeczyć. Mogłoby powstać nowe życie zrodzone na
pyle, kurzu i pozostałościach po robotach.
Ale tak na prawdę to tylko gdybanie. Równie dobrze, wszystko może ułożyć i
potoczyć się w inny sposób. Robotyka może wkroczyć wraz z technomedycyną w
ciało ludzkie. Ludzie mogli by częściowo ulegać cyborgizacji, co byłoby dość
dobrym rozwiązaniem. Sprzężenie człowieka z komputerem to najlepsze
rozwiązanie dla obojgu. Dodatkowe, nie odkryte, drzemiące w człowieku
możliwości zostały by wreszcie przebadane i wzmocnione.
Dar przewidywania przyszłości, telekineza, telepatia, sterowanie emocjami,
wzmocnienie siły fizycznej, nieśmiertelność. To jest to do czego ludzkość
dąży i stara się osiągnąć.
Komputery i cała wiedza elektroników na pewno zostanie spożytkowana z
myślą o ludziach. Problem tylko czy będzie to dla ludzi korzystne czy też
nie.
Jeszcze inny scenariusz zakłada niesamowicie długą i nieobliczalną w
skutkach wojnę pomiędzy "ludźmi" a pseudoludźmi, maniakami cyborgizacji. Kto
wygra? Wiadome, ludzie nie będą mieli szans. A może? Kto wie, na temat
przyszłości można snuć tysiące epizodów, i żaden może się nie sprawdzić.
Może też sprawdzić się każdy, bowiem nie jest wykluczone, że dojdziemy w
końcu do problemu światów równoleglych, które istnieją w tym samym czasie,
ale w innych płaszczyznach. Być może "ja" istnieję jeszcze w kilkunastu
światach i nic o tym nie wiem, bowiem nie jestem w kontakcie z pozostałymi
"ja". A może to sen jest takim punktem kontaktowym z innymi wymiarami?
Każdy widzi i myśli, że wymiary są tylko trzy. Tak myślą ludzie prości,
nie obyci z matematyką i nie stykający się z takimi zagadnieniami. Ale kto
ma o tym jakie takie pojęcie, to wie, że wymiarów jest niezliczona ilość.
Problem tylko w tym, że człowiek nie jest w stanie ich sobie wyobrazić, coś
w stylu dwóch punktów, które nie mają pojęcia o lini prostej, pomimo tego,
że ona istnieje.
Podróże w przeszłość i przyszłość, zaginanie czasu, być może zatrzymanie
czasu, możliwości ponownego odradzania się pod innymi postaciami... wszystko
to teorie i kiedyś będą wyjaśnione, pozostaje tylko zapytać - kiedy?
Log z Irca
Autor: Szaman
Log z Irca.
[ Filip Szymborski - Szaman - █████████████ ]
Tak się było złożyło,że nasz mały przyjaciel Hati, z uprawnieniami roota
na akson.sgh.waw.pl miał nieprzyjemność dostać się na moją shitlistę. Powody
zachowam dla siebie, w każdym razie dzięki jego groźbom zdecydowałem się
przenieść stronę #warszawy na inny server, za co jestem na niego szczerze i
głęboko wqrviony. Cooz, każdy ma takich root'ow jacy mu się trafili. To co
popycham tutaj to owoc radosnego brykania kolegi przewodniczącego szkolnego
koła informatycznego po kanale gdańsk. Polecam jego rozmowę z Joanną....
Życzę miłego czytania.
- ---=[ WSTEP ]=-- - -
- ---=[ niby nic, ale pozwala ]=--- -
- --=[ wczuc sie w klimat nadchodzacych ]=-- -- - -
- - --=[ wydarzen..... ]=-- - -
*** Hati (█████████████████████) has joined channel #gdansk
<Hati> dzien dobry
[NiC0] dobra.. idem.. cos.. sciagac
[szaman:█████████████████████] wiec Hati byl laskaw zwroocic se dio mnie
per "lamerku" i splynal :)))
<Hati> Nic0 : stoj lamo
<Magic> Hati: :))))))
<Hati> Magic : hej
* myszka idzie do domu... zegnam wszystkich :)
[szaman:█████████████████████] a wczesniej jeszcze stwierdzil ze
zasluzylas wcxzoraj na tego bana.....
<Hati> hehe
*** Signoff: de_Varf (calujcie mnie w /dev/vull)
<Magic> pa!
[Szelek:███████████████████████] slowy memi wzgardzasz?
<-[szaman]-> wow...me sie nie poczuwa...
[szaman:█████████████████████] ba! :)))))))
[szaman:█████████████████████] czym mu sie zasluzylas na tego bana?? :)))))
- - ---=[ AKT 1 ]=--- - -
- ---=[ ]=-- - -
- ---=[ w ktorym wszystko sie zaczyna.... ]=--- -- -
<Joanna> Hati, malutki:)))
<Hati> Joanna : dzien dobry
<-[szaman]-> chyb jednak nalezy mu sklepac te maske...hmmmmm
<Hati> malutki ?
[szaman:█████████████████████] mysle ze to dobry pomysl :))))
<Hati> chyba ktos tu ma cos ze wzrokiem
<Joanna> Hati, pewnie!!
* Hati dostal dzis wize do jusa i ma problem : jechac ili nie.
<Hati> oto jest pytanie
<-[szaman]-> no wlasnie nieczym!!!!.....poniwaz mnie 3 razy zdeopowal
zapytalam co mu przeszkadza op u mojej osoby.....
[szaman:█████████████████████] aha.....a on na to +b?
<Joanna> Hati, jedz, ale zalezy gdzie
<Magic> Hati: :)) hehhhh... a co masz do stracenia? jezeli duzo to nie
warto ;)))
<Hati> Milwaukee
<Joanna> ja byla w new mexico i colorado i californii
<-[szaman]-> nie odpowiedzial....wiec zapuytal o to tez
nico...no to gosc zdeopowal wszystkich...a mnie zabanowal...heheheh
<Hati> Magic : heh... 25 baniek na bilet :)
<Hati> Joanna : opowiadasz
<Hati> Joanna : a po co ? :)
<Joanna> a ja mialam biliet za darmo, mniam:))
<Hati> i kiedy ?
<Hati> za darmo ?
[szaman:█████████████████████] to lamuch straszny.....:)
<Hati> a to skad ?
<Hati> z kosciola ?
<-[szaman]-> czy ty widzisz kto jest na gdansku??????????????????
<-[szaman]-> czy ty widzisz kto jest na gdansku??????????????????
<Hati> hehe
[szaman:█████████████████████] nieee.....kto?
*** GeneOK (████████████████████████████████) has joined channel #gdansk
<-[szaman]-> HATI!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
- - ---=[ AKT 2 ]=--- - -
- ---=[ ]=-- - -
- -- -=[ w ktoorym Hati wykazuje sie mestwem ]=--- -- - -
- --- -=[ i znajomoscia slowa "root" ]=-- - -
<Hati> mow mi tu szybko bo sie zdenerwuje i ci konto zablokuje
^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^
<Hati> no
<Joanna> z kosciola??:))) o hehhehhe
<Hati> Joanna : ja mowie powaznie z tym kontem
^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^
[szaman:█████████████████████] ha.............widac am tam
znajomych.......mam na mysli [nic0]..
*** Lojcia (████████████████████████) has joined channel #gdansk
<Hati> wiec mow
*** Mode change "+o Lojcia" on channel #gdansk by Magic
<Hati> lepiej
<Joanna> przyslala mi rodzinka:)))
<Hati> bo beda problemy
<Hati> aha
<Hati> a kiedy bylas ?
<Hati> hm ??????????
* Hati jest bardzo niecierliwy gosc. Radze uwazac.
<Joanna> w lutym
<-[szaman]-> ano...wlasnie straszy joanne ze jej konto
zablokuje...hehehehe...sluchaj to jakis zboczeniec....niekoniecznie
seksualny,,,hehehehe
<Hati> Joanna : juz sie loguje na roota... dzialasz na moja cierpliwosc
^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^
<Hati> aha
<Joanna> Hati, nie groz mi, bo sie wsciekne
<Hati> w lutym ???
<Hati> hm.... 2 tygodnie ?
<Joanna> tak!!!!!!
<Hati> Joanna : ja ostrzegam tylko
<Joanna> miesiac
<Joanna> cal;y miesiac
<Hati> w ostatecznosci stracisz prawa do irca
<Hati> :-)
<Hati> Joanna : hm... miesiac powiadasz
[szaman:█████████████████████] hmmmmm...........zaczynam go na prawde
nielubic.....
*** Signoff: Lojcia (I'm outta here! Spadam!)
<Hati> Joanna : w jakim miescie mialas baze ?
<-[szaman]-> tak...ja tez.....
<Hati> hmmmmmmmmmmmmmm
<Joanna> Los Alamos, potem Denver, potem Las Cruces
* Hati ma wrazenie ze Joanna naprawde chce podpasc.
<Hati> *** CTCP PING reply from Joanna: 9 seconds
<Hati> hm ... 9 sec
[Szelek:███████████████████████] na grype to poty a nie pociechy, choc i
pociecha byc moge na goraca Twa glowe ochlode
[szaman:█████████████████████] a co w ogole sie dzieje na #gda?
<Hati> 6 sec
<Hati> hm
* Magic sie dziwi zdeczko....
<Hati> Los Alamos ? hm... co to ? Mexyk ? ;)
<Joanna> przeciez napisalam!!!!!!
<Joanna> Hati, qrde
<Hati> Magic : ?
* Magic mysli ze grunt to grozny admin ;)))
<Joanna> Hati, Los Alamos jest w stanie New Mexico, miedzy Arizona i
Texasem
<Hati> Magic : hehe
<Magic> a raczej niecierpliwy... ;)))
<Joanna> Hati, jescze jakies pytania?
<Hati> Joanna : hm... moze by ci tak quote zwiekszyc ? taka gadatliwa sie
zrobilas :)
<Hati> Joanna : tak ... lecialas z W-wy do LA ?
<Joanna> Hati, nie gadaatliwa, tylko rozmowna
<Hati> aha
<Hati> powidzmy
* Hati bedzie musial leciec chyba liniami rumunskimi :(
<Joanna> Hati, nie, lecialalam do Chicago i tam mialam przesiadke do
Albuquerque
<Hati> Albuquerque ??? geee - to na alasce
<Joanna> lecialam Lotem
<Hati> jest
<Hati> hm
<Hati> cool
<Joanna> nie na Alasce, tylko New Mexico!!!!!
<Hati> aha
- - ---=[ AKT 3 ]=--- - -
- ---=[ ]=-- - -
- -----=[ w ktoorym kol. Hati okazuje sie byc ]=--- - -
- --- -=[ nie byle kim! ]=-- - -
<Joanna> Hati, zrob se kurs geografii!!!!!!!!!! (bez obrazy)
<Hati> Joanna : mialem 5 u samego mistrza (Kucinskiego) kolezanko
<Hati> wiec mi tu nie wytykaj
<Joanna> Hati, a ja 5,5 u Fierli
<Joanna> hahhahhahaa
^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^
/me nie uczeszczal na geografie w szkole sredniej z powodu braku
subordynacji, a przynajmniej uczeszczal sporadycznie, wiec tu spuszcza
skromnie uszy po sobie [przyp. szamana]
<Hati> Joanna : kujonka
<Hati> a fe
<Hati> na NB o takich pisza
<Hati> nie zapisuj sie lepiej na 6280 bo juz masz stopien w dol
<Joanna> Hati, wcale nie kujonka, po prostu lubie gegre\
* Hati mowi powaznie.
<-[szaman]-> moment...szef detected!
<Hati> taa
<Hati> szczegolnie ekonomiczna
<Szelek> A znaszli Swoj kraj?
<Hati> heh
[szaman:█████████████████████] oki....bye :)))
<Joanna> pewnie, ze tak!! a jak nie wierzysz, to nie:))))
<Hati> nie wierze.
<Szelek> no to stolica ........
<Joanna> Szelek, tak, moj kraj to Leetwa
<Szelek> Tak ?
*** de_Varf (██████████████████████) has joined channel #gdansk
<Szelek> ooooooooooo (zrobilem teraz duze niebieskie oczy, ale zaraz mi
przejdzie)
*** Mode change "+o de_Varf" on channel #gdansk by Magic
<de_Varf> re ..................
<Joanna> Szelek, zarcik
<Joanna> ja z Polszy
* de_Varf skonczyl z X-ami ... na 386 to morderstwo !!!
* Hati cos pokaze Joannie. Popatrz na ekran. Z gory przepraszam za krzywde
Ci uczyniona.
<Joanna> aa po litewsku Polska to Lenkija!!!:))) hehheh
* Hati sie zdenerwowal. :-)
<Szelek> Juz mi sie oczy spiwczyly
<Hati> ooo Lenkija :-)
<Hati> fakt
* Hati byl na Litwie w tamtym roku :)
<Hati> ah Litwinki :-))))
<Szelek> a Polanka?
<Hati> chlopy : Litwa to cudowny kraj ... 60% ludzi to kobiety :)
<Hati> dobra...
<Hati> Joanna : uwazaj
- - ---=[ AKT 4 ]=--- - -
- ---=[ ]=-- - -
- ----=[ w ktoorym kolega Hati przestaje byc ]=---- - -
- - ---=[ postrzegany przez redaktora tego txtu ]=-- - -
- ---=[ jako zwykly dupek, a zaczyna jako ]=---- - -
- ------=[ zwykly skurwysyn ]=--- -- -
<Hati> byla Joanna ... nie ma Joanny
<Hati> Szelek : heh
<Hati> Joanna : gdzie jestes ?
* Hati zrobil tylko malego flashka.
<Hati> chyba nerowy jestem jakis
<Hati> ambasady na mnie zle dzialaja
<Hati> *** Whois Information for: Joanna
<Hati> *** Address : ███████████████████████
<Hati> *** IRCNAME : Joanna Jodkowska
<Hati> *** On Channels : #gdansk
*** PUBLIC flooding detected from Hati
<Hati> *** Server : warszawa.irc.pl (Warsaw University, Poland)
<Hati> *** Idle Time : 1 minute(s) (110 seconds)
<Hati> *** Signed on : Thu Jul 18 13:57:02 1996
<Hati> hm... byla
* Hati to swinia.
^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^ powiedzial bym raczej ze palant [przyp. szamana]
<Hati> hehe
*** Signoff: Joanna (Connection reset by peer)
*** Joaska (███████████████████████) has joined channel #gdansk
* Hati czeka na pojawienie sie Joaski.
<Hati> o jest
<Hati> teraz /me uslyszy :
<Hati> teraz /me uslyszy ?
<Hati> Joaska : co sie stalo ? gdzie bylas ?
<Hati> hm
*** Joaska is now known as Joanna
<Hati> Joanna ?
<Joanna> swiat jest piekny
<Hati> bo skrzywdze znowu
<Szelek> Ale Ci sie zmienia
<Hati> aha
* Magic is away: Idle 5 minutes - Automatically set away
<Joanna> lubie slonce
<Joanna> i wiatr
<Joanna> i wiosne
<Hati> minister ?
<Hati> hmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmm
<Szelek> uwaga - rozczulanizm
* Hati chyba zablokuje tej Joannie irc-a. Marnuje sie nam poetka.
^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^
<Szelek> monitor scisnal mi sie ze wzruszenia za gardlo
<Joanna> Mr.Darek Jaworski, mozna wiedziec, czym zasluzylam sobie na takie
yraktowanie?
<Hati> Joanna : pomysl
<Joanna> Hati, nie ******* mnie, nic ci nie zrobilam
<Szelek> wez wiec packe i go pacnij
<Hati> Joanna : ale brzydko mowic chcesz
<Hati> hm
<Hati> nie ladnie
<Hati> *******
<Szelek> ladnie inaczej
<Hati> bardzo nie ladnie
<Joanna> Szelek, ja jestem tylko jedna z ircowniczek, a on jest wielki pan
<Szelek> no to wez doncke i go doncnij
<Hati> jaki tam pan
<Szelek> pantarej
<Joanna> HAti, no wiec pytam, co ja takiego zrobilam?
<Szelek> ONA pyta GO
<Hati> Joanna : nic ... zapomnij ... nic ci nie bede robil
* Hati spada.
*** Signoff: Hati (Time to kiss your ass goodbye, the end has just begun.)
smutne to, qrcza smutne ze takim cepom daje sie uprawnienia admina...:( ja
w kazdym razie mam go stale na shicie i nic nie wskazuje na to zebym mial
to zmienic...
Tytułem końca
Autor: Cobretti
Tytułem końca.
[ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]
To jest ostatni numer wydawany jako numer w HTML'u. Od następnego numeru
Reporter pojawiał się będzie u Ciebie pocztą! Tak, tak! Żeby go
zaprenumerować przyślij mi swoj adres e-mail i będziesz go co miesiąc
dostawać pocztą. (może częściej, zależy od ilości artykułów).
Zmieni się także design Reportera, Szaman zrobił cool logo, ja popracuję
nad layoutem. Dodatkowo pojawią się rubryki Pozdrowienia (każdy może tu
kogoś pozdrowić) oraz inne niespodzianki.
Więc przysyłaj mi swój adres i nie marudź, bo czas ucieka i muszę wiedzieć
do jak wielu ludzi mam rozesłać 5 numer. Zresztą na sieci będzie on również
dostępny ale nie w HTML'u tylko jako tekst. I Ty możesz zostać redaktorem!!
Wystarczy napisać jakiś artykuł, bo ciągle jest ich za mało. O czym kolwiek,
nawet o niczym, jeżeli warto będzie go przeczytać. Więc pisz, nie marudź!!
No to dosiego roku!:)))
Reporter 5/1996
Wstępniak: Od redakcji
Autor: Redakcja
[ws1] Od Redakcji
Czytasz pierwszy numer Reportera wydawany w taki sposób. Teraz będzie on
docierał do Ciebie poprzez pocztę elektroniczną co miesiąc. Wystarczy
zgłosić chęć prenumeraty i nie musisz się martwić o to, że do Ciebie nie
dotrze. Dotrze na pewno. Jeżeli znajdą się chętni do pisania artykułów to
pojawiać się będzie co 2 tygodnie, a być może częściej.
Ponieważ numer ten rozsyłany jest do wielu znajomych, być może dotarł do
Ciebie, a nie zapisywałeś się na prenumeratę. W takim razie jeżeli chcesz,
możesz zrezygnować z otrzymywania Reportera (napisz mi tylko, że
rezygnujesz) lub też dostawać następne numery (zapisz się na prenumeratę).
Lista prenumeratorów zamieszczona jest na stronie Reportera, adres:
http://www.cto.us.edu.pl/~majgier/reporter.html.
Powiedz swoim znajomym na sieci, że taki magazyn się ukazuje. Niech też
zgłoszą chęć prenumeraty, bo naszym celem jest zebranie jak największej
ilości prenumeratorów, żeby Reporter uczynić pismem ogólnosieciowym.
Jak go zaprenumerować? Wyślij na adres █████████████████ maila z Twoim
imieniem i nazwiskiem, adresem e-mail i napisz, że chodzi o Reportera. Na
razie jest to magazyn amatorski, robiony przez ludzi, którzy po prostu coś
chcą zdziałać, a nie tylko siedzieć bezczynnie na sieci. Jeżeli masz jakiś
pomysł, chcesz prowadzić jakiś dział, masz ochotę napisać, chcesz wnieść
rzeczową krytykę, wal śmiało na adres podany w stopce.
A póki co możemy oddać w Twoje ręce pierwszy, ciągle udoskonalany numer
Reportera ukazujący się drogą mailową. Oczywiście będzie też dostępny jako
strona WWW, ale w formie zwykłego tekstu, tak jak to wydanie. Więc na co
czekasz, zacznij przeglądać numer 5/96 Reportera, którego robimy dla Ciebie.
[ Redakcja ]
Wstępniak: Teksty potrzebne
Autor: Redakcja
[ws2] Teksty potrzebne
Poszukujemy ludzi chcących pisać teksty do Reportera, ludzi z pomysłami i
inicjatywą. Każdy tekst, który wnosi coś ciekawego zostanie opublikowany.
Nie jest istotne czego on dotyczy, nie może jednak obrażać niczyich uczuć,
wiary i moralności oraz łamać zasady dobrego smaku. Każdy tekst musi być
podpisany bo anonimów nie publikujemy. Wyjątkiem są teksty, w których można
zastrzec swoje dane tylko do wiadomości Redaktora Naczelnego, należy to
jednak zaznaczyć. Teksty mogą być przesyłane w dowolnym standardzie polskich
liter lub bez polskich liter. Większość tekstów jest przed publikacją
autoryzowana u autora, również autor zachowuje pełne prawa autorskie do
swojego tekstu. Autorzy tekstów nie dostają żadnego wynagrodzenia, bowiem
Reporter jest magazynem amatorskim i robimy to dla sławy i przyjemności.
Potrzebny jest także ktoś, kto zna się bardzo dobrze na ortografii i
chciałby się podjąć poprawiania błędów w tekście. Korektora bowiem jeszcze
na składzie nie posiadamy, więc ewentualne błędy proszę nam wybaczyć. Tekst
jest składany z polskimi literami, lecz na potrzeby wysyłania Reportera
mailem, polskie znaki są konwertowane na zwykłe ascii. Wydania Reportera z
polskimi znakami w standardzie Latin-II można pobrać u mnie na stronie WWW
"http://www.cto.us.edu.pl/~majgier" lub zamówić listownie, będzie wtedy
przesyłany jako tekst konwertowany programem UUENCODE.
[ Redakcja ]
Wstępniak: Parę słów ode mnie
Autor: Cobretti
[ws3] Parę słów ode mnie.
Dostaję bardzo dużo maili z chęcią prenumeraty Reportera. To dobrze, nawet
mogę stwierdzić, że wspaniale. Jedyną siłą napędową są ludzie, do których
Reporter dociera. Gdyby nie oni, wydawanie takiego magazynu było by bez
sensu. Trochę czasu zajęło mi przygotowanie tego numeru, zwerbowanie ludzi
na prenumeratę, namówienie do przysyłania tekstów i ogólną promocję oraz
reklamę Reportera. Chciałbym tutaj podziękować własnie Tobie, bo bez Ciebie,
drogi czytaczu, cała nasza robota byłaby tylko marnowaniem czasu naszego i
innych ludzi. Mam nadzieje, że z tego numeru będziesz zadowolony i
znajdziesz tutaj dla siebie chociaż jeden artykuł. Jeżeli stwierdzisz, że
podoba Ci się to co robimy, to jest to wystarczający powód, żeby starać się
robić Reportera jeszcze lepiej i na jeszcze wyższym poziomie.
Dziękuję też Szamanowi, bo to właśnie jego pomysłem było rozpoczęcie
wydawania Reportera w formie wysyłanej mailami. On też sprawił, że zabrałem
się z zapałem do wykonania tego pierwszego, próbnego numeru. Dzięki niemu,
Reporter wzbogacił się też o elementy graficzne.
No i oczywiście dziękuję wszystkim, którzy przysłali teksty. Bo przecież
oni właśnie tworzą Reportera. Teksty uważam za wyśmienite i gorąco je
polecam. Każdy kto pisze lubi usłyszeć słowa krytyki lub uznania, dlatego
pod każdym artykułem umieszczam adres, na który możesz przesłać autorowi
swoje zdanie o jego artykule.
Jeżeli tylko numer ten zostanie odebrany pozytywnie i nie nastąpi masowa
rezygnacja z prenumeraty (buuuuu, nawet nie próbuj rezygnować!), postaram
się stworzyć z Reportera największy magazyn internetowy, zawierający dużo
ciekawych informacji i docierający do jak największej ilości ludzi. Ilość
prenumeratorów podana jest w stopce jako nakład.
Na razie wolę więcej nie planować, bowiem i tak większość tego, w jakim
kierunku rozwinie się Reporter, zależy od Ciebie. Ale będąc optymistą
wierzę, że wszystko potoczy się zgodnie z planem - tu zawiesił głos, po
chwili dodał - Wielkim Planem.
[ Cobretti - █████████████████ ]
Na szybko: Virus Hare
Autor: Cobretti
[sz1] Wirus Hare...
Jak zwykle, narobiło się dużo zamieszania z powodu zwykłego wirusa. Hare
Krishna to tylko jeden z wielu wirusów które codziennie pojawiają się na
sieci, w firmowych komputerach lub u nas w domu. Nie ma powodu wszczynać
paniki, tylko dlatego, że media zrobiły z tego sensacje. Ja ściągam z sieci
masę programów i jakoś uruchamiając komputer 22.08 nie zobaczyłem magicznego
napisu generowanego przez Hare. Już bardziej obawiam się Angeliny lub
Spiryt'a, które czasem uda mi się złapać.
Zresztą wirus jest zbyt młody, żeby zainfekował tak szybko wszystkie
maszyny. Do tego potrzeba czasu. Dodatkowo okazało się, że wirus jest
napisany z błędami! Podobną panikę kilka lat temu media wywołały virusem
Michael Angelo. Jak się okazało, nie było tak źle. A niedawna wpadka z
wirusem puszczanym rzekomo poprzez pocztę elektroniczną? To była parodia i
wygłupiły się największe firmy na świecie, nie będę wymieniał nazw. Otóż
uwierzyły, że wirus jest w mailu (tekście listu) i może zainfekować firmowe
komputery. To był tylko dowcip, obliczony na niewiedzę i ignorancję ludzi
pracujących na sieci. Pokazał że nawet firmy komputerowe nie wiedziały, że
tą drogą nie da się przenieść wirusa.
[ Cobretti - █████████████████ ]
Na szybko: Supermaratończyk
Autor: Cobretti
[sz2] Supermaratończyk
Edward Dudek z Radziechowych-Wieprza koło Żywca jako pierwszy przybiegł na
metę supermaratonu Hiroszima-Nagasaki. Trasa pierwotnie miała wynosić 450
km. lecz z powodu trudnych warunków została skrócona do 400 km. Trasa była
podzielona na cztery etapy, a do tego elitarnego supermaratonu stanęło 8
zawodników z 13 zaproszonych. Pierwszy etap miał 169 km. drugi liczył sobie
ponad 100 km. trzeci miał 90 km. a czwarty ponad 70 km. Polak jako pierwszy
zameldował się u stóp Pomnika Wdzięczności w Nagasaki, a tym samym dokonał
nie lada wyczynu.
Podczas tego biegu polak stracił zaledwie kilogram wagi. Pił soki owocowe
i jadł południowe owoce. Pod koniec września wybiera się do Grecji na
supermaraton Ateny-Sparta (246 km.), a w przyszłym roku być może do
Australii gdzie przewidziany jest dystans 1000 km.
[ Cobretti - █████████████████ ]
Na szybko: Życie na Marsie
Autor: Cobretti
[sz3] Ślady życia na Marsie.
Naukowcy znaleźli ślady życia w meteorycie pochodzącym z Marsa. Więc stało
się! Od wieków ludzie na różne sposoby szukali życia pozaziemskiego i
starali się znaleźć dowody na jego występowanie poza naszą planetą. Teraz
nastąpił przełom, co prawda, mowa tylko o niepozornych węglanowych
kuleczkach ale przecież na początku życie na Ziemi musiało kształtować się
podobnie. No chyba, że uda się kiedyś udowodnić teorię Panspermii, czyli
rozsiewania życia w kosmosie. Pansparmia występuje ponadto w kilku
odmianach, bowiem naukowcy zakładają, że życie może być rozsiewane w sposób
samoistny lub przy pomocy innych cywilizacji! Poczekamy, zobaczymy.
[ Cobretti - █████████████████ ]
Na szybko: F1 i Jaques Villeneuve
Autor: Cobretti
[sz4] F1 i Jacques Villeneuve
Od czasu, kiedy zginął A. Senna nie miałem w zasadzie nikogo, komu bym na
poważnie kibicował w Formule 1. Do czasu. Od kilku miesięcy kibicuję
właśnie Jacques'owi Villeneuve - rewelacyjnemu Kanadyjskiemu rajdowcy. Nie
ma sobie równych. Jego temperament, genialne wyczucie toru, refleks i
szybkość powodują, że wyścigi Formuły 1 znowu stały się dla mnie tym, czym
były dawniej. Po prostu jest komu kibicować i cieszyć się z jego zwycięstw.
A zapowiada się, że będzie miał ich w swojej karierze mnóstwo. Jego strony w
internecie można wyszukać wpisując do Altavisty jego imie i nazwisko lub
zaglądając pod adres WWW:
http://www.jacques.villeneuve.com/english.html
http://www.monaco.mc/f1/
i u pewnego człowieka, ale nie udało mi się do tych stron dotrzeć (błąd
przy połączeniu) więc nie podaję, żeby niepotrzebnie nie tracić czasu.
Damon Hill jest na razie w klasyfikacji pierwszy, Jaques jest na drugiej
pozycji, co być może jest ustalone przez stajnię Williamsa. Ale za rok,
stawiam w ciemno, że Villeneuve będzie mistrzem świata w F1.
Póki co, polecam trzy nadchodzące wyścigi we Włoszech na torze Monza
(08.09.96), Portugali na torze Estoril (22.09.96) i Japoni na torze Suzuka
(13.10.96). I również zapraszam do kibicowania właśnie jemu.
[ Cobretti - █████████████████ ]
Na szybko: Softarg 96
Autor: Cobretti
[sz5] Softarg 96
W dniach 17-20.09.96 odbędą się 10 Miedzynarodowe Targi Oprogramowania -
SOFTARG. Cała impreza odbędzie się w Katowicach, na ulicy Bytkowskiej 1b.
Odbędzie się konkurs na najlepszy produkt programowy, przewidziana jest duża
ilość seminariów i pokazów własnych róznych firm, mają pojawić się
największe hity programowe, nie powinno zabraknąć też Virtual Reality.
Oprogramowanie to także gry, więc ich też nie zabraknie. Naturalnie przy
okazji tego wszystkiego znajdzie się też trochę hardware'u, więc ogólnie
rzecz biorąc będzie wszystko.
Jeżeli masz ochotę przyjechać, a nie wiesz jak tam trafić, bądź chcesz
udać się tam ze mną, jest okazja! Wybieram się na targi 18.09.96 około
godziny 11.00-12.00. Sczegóły oczywiście musimy ustalić mailem. Nie powinno
być żadnych kłopotów, nawet jeżeli zbierze się dość pokaźna grupa ludzi.
Więc czekam. Reportera oczywiście nie mogło by zabraknąć na tej imprezie, a
relacja w następnym numerze.
[ Cobretti - █████████████████ ]
Warsztat: Zegar w JavaScripcie
Autor: Alex
[wa1] Prosty zegar w JavaScript
JavaScript to obiektowy, niezależny od platformy sprzętowej język
programowania pozwalający na konstruowanie interaktywnych stron WWW oraz
łączenie tych stron z apletami napisanymi w Javie. W przeciwieństwie do
coraz popularniejszej Javy, skrypty napisane w JavaScript nie są kompilowane
do byte codu, ale bezpośrednio interpretowane przez przeglądarkę. JavaScript
powstał dzięki współpracy firm Netscape i Sun Microsystems. W chwili obecnej
JavaScript jest zaimplementowany w przeglądarce Netscape Navigator 2.0 i
wyższych. O potrzebie istnienia takiego typu języka może świadczyć fakt, że
konkurencyjna firma Microsoft stworzyła swój własny język skryptowy Visual
Basic Script który ma być zaimplementowany w Microsoft Internet Explorer
3.0.
W chwili obecnej coraz więcej stron WWW w Internecie korzysta z różnego
rodzaju skryptów napisanych właśnie w JavaScript, ponieważ znacznie podnosi
to atrakcyjność statycznych dotąd stron przy jednoczesnym zachowaniu
wszelkich wymogów bezpieczeństwa, ponieważ JavaScript nie odwołuje się do
dysku użytkownika.
Chciałbym przedstawić sposób tworzenia stron WWW z wykorzystaniem Java
Script na przykładzie prostego programu zegarka.
Składnia języka JavaScript jest bardzo podobna do składni Javy. Każdy
skrypt zaczyna się etykietą:
<SCRIPT LANGUAGE="JavaScript">
natomiast sam program jest umieszczony za etykietą komentarza (patrz
przykład 1), wynika to z faktu, że nie wszystkie przeglądarki potrafią
interpretować JavaScript, dzięki zastosowaniu etykiety komentarza nie będą
więc wyświetlać tekstu programu na ekranie. Najprostszy program napisany w
JavaScript pokazuje przykład 1. Powoduje on wyświetlenie na ekranie tekstu:
"Hello World" i linii poziomej.
Przykład 1:
<HTML>
<HEAD>
<TITLE>JavaScript - przyklad 1</TITLE>
</HEAD>
<BODY>
<SCRIPT LANGUAGE="JavaScript">
<!-- begin JavaScript --
document.write("Hello World <HR>");
//-- end JavaScript -->
</SCRIPT>
</BODY>
</HTML>
Pisząc skrypty często stosuje się formularze (etykieta: <FORM>)
udostępniane przez HTML, służą one do wprowadzania danych a także ich
wyświetlania w przeglądarce, (patrz przykład 2). W przykładzie tym
przeglądarka wyświetla dwa pola typu "INPUT" oraz dwa przyciski. Po
wprowadzeniu tekstu w polu pierwszym i naciśnięciu przycisku "ok", procedura
onClick powoduje wywołanie funkcji "napis", która wartość pola (VALUE) o
nazwie "strinput" przyporządkowuje wartości pola "wynik". Natomiast drugi
przycisk "okienko" powoduje wywołanie funkcji "okno" w której znajduje się
metoda: alert("string"). Metoda ta wyświetla okienko z napisem "string".
Istnieje również metoda confirm("string") wyświetlająca oprócz tekstu dwa
przyciski: "ok" i "cancel", zwracająca w zależności od wyboru true lub
false.
Przykład 2:
<HTML>
<HEAD>
<TITLE>Java Script - przyklad 2</TITLE>
<SCRIPT LANGUAGE="JavaScript">
<!-- begin JavaScript --
function okno()
{
alert("okienko JavaScript");
}
function napis(form)
{
form.wynik.value=form.strinput.value
}
// -- end JavaScript -->
</SCRIPT></HEAD>
<BODY><FORM>
<INPUT TYPE="input" NAME="strinput" SIZE=30>
<INPUT TYPE="button" VALUE="OK" onClick="napis(this.form)">
<BR>
<INPUT TYPE="text" NAME="wynik" SIZE=30>
<INPUT TYPE="button" VALUE="Okienko" onClick="okno()">
</FORM>
</BODY></HTML>
Po tym trochę przydługim wstępie możemy przejść do tytułowego programu.
Program ma wyświetlać czas systemowy w trybie 24h lub 12h oraz datę z
polskimi nazwami miesięcy.
Czas systemowy możemy pobrać przy pomocy metody new Date(), np.
umieszczając w programie linię:
document.write(new Date());
otrzymamy wtedy na wyjściu np. "Sun Jan 07 23:37:20 1996", oczywiście czas
zostanie odczytany tylko raz, podczas ładowania strony. W naszym przykładzie
odczytem czasu zajmuje się funkcja odczytczasu(). Metoda getHours() i
getMinutes() przyporządkowuje zmiennym h i min liczbę godzin i minut
odczytanych przy pomocy new Date(). Pierwsza instrukcja warunkowa (widać
tutaj podobieństwo do języka C) powoduje wyświetlanie godziny w trybie 12h w
przypadku gdy został on wybrany z listy wyboru (etykieta: <SELECT>). Ciągły
odczyt czasu zapewnia metoda setTimeout("nazwa funkcji", odstęp czasu),
która wywołuje w sposób rekurencyjny funkcję odczytczasu().
W przypadku gdy klikniemy na przycisk "data" zostanie wywołana funkcja
odczytdaty() działająca bardzo podobnie do poprzedniej funkcji, z tym że
wyświetla datę, a w zależności od wartości zwracanej przez getMonth(),
przypisuje zmiennej monthstr odpowiednią nazwę miesiąca.
Funkcja start(formwej) inicjuje działanie zegara, przypisuje metodom z
powyższych funkcji odpowiedni formularz oraz wywołuje odczytczasu(),
natomiast funkcja zegar() tworzy odpowiednie formularze oraz wywołuje
funkcje start której argumentem jest nazwa formularza.
Na marginesie dodam, że bardzo łatwo jest również zrobić help kontekstowy
do zamieszczonych na stronie WWW linków:
<A HREF="http:// link.html" onMouseOver="window.status='ble ble' return
true">Link</A>
gdzie onMouseOver to procedura obsługi zdarzenia "myszka nad linkiem",
window.status to metoda wyświetlająca tekst na belce statusu.
Program główny - Prosty zegar w JavaScript:
<HTML>
<HEAD>
<TITLE>JavaScript - przyklad 3</TITLE>
</HEAD>
<BODY>
<SCRIPT LANGUAGE="javascript">
<!-- begin JavaScript --
licz=0;
function odczytczasu()
{
zerujlicz();
czas=new Date();
h=czas.getHours();
if(form.tryb[1].selected && h>12)
h=h-12;
form.zegar.value=h;
form.zegar.value=form.zegar.value+":";
min=czas.getMinutes();
if(min<10)
min="0"+min;
form.zegar.value=form.zegar.value+min;
licz=window.setTimeout("odczytczasu()",1000);
}
function odczytdaty()
{
zerujlicz();
data=new Date();
form.zegar.value=data.getDate();
form.zegar.value=form.zegar.value+" ";
month=data.getMonth();
if(month==0) monthstr="styczen";
if(month==1) monthstr="luty";
if(month==2) monthstr="marzec";
if(month==3) monthstr="kwiecien";
if(month==4) monthstr="maj";
if(month==5) monthstr="czerwiec";
if(month==6) monthstr="lipiec";
if(month==7) monthstr="sierpien";
if(month==8) monthstr="wrzesien";
if(month==9) monthstr="pazdziernik";
if(month==10) monthstr="listopad";
if(month==11) monthstr="grudzien";
form.zegar.value=form.zegar.value+monthstr+" ";
form.zegar.value=form.zegar.value+"19"+data.getYear();
licz=window.setTimeout("odczytdaty()",1000);
}
function start(formwej)
{
form=formwej;
odczytczasu();
}
function zerujlicz()
{
window.clearTimeout(licz);
}
function zegar()
{
document.write('<FORM NAME=zegarform>')
document.write('<INPUT TYPE="input" NAME=zegar SIZE=15')
document.write(' VALUE="">')
document.write('<INPUT TYPE="button"')
document.write('VALUE="Czas" onClick="odczytczasu()">')
document.write('<INPUT TYPE="button"')
document.write('VALUE="Data" onClick="odczytdaty()"><BR>')
document.write('Ustawienie trybu : ');
document.write('<SELECT NAME="tryb"><OPTION SELECTED>24h');
document.write('<OPTION>12h</SELECT></FORM>');
start(document.zegarform);
}
document.write(zegar());
// end JavaScript -->
</SCRIPT>
</BODY>
</HTML>
Literatura:
[1] Tom Tessier, Wykorzystanie JavaScript do tworzenia interaktywnych
stron WWW, Software 5/96, str. 18
[2] Stefan Koch, Introduction to JavaScript, http://rummelplatz.uni-
mannheim.de/~skoch/js/script.htm
[ Aleksander Wasilewski - ███████████████████████████ ]
[ adres: ████████████████████████ ]
[ ██-███ Zabrze ]
Warsztat: O bieganiu
Autor: Cobretti
[wa2] O bieganiu.
Masz godzinę czasu wolnego? Można by ją wykorzystać na przebiegnięcie
kilku kilometrów. Co w zamian? Lepsza kondycja, zwiększona wytrzymałość
organizmu, smuklejsza i odpowiednio ukształtowana sylwetka, o wiele
silniejsza osobowość i o wiele lepsze samopoczucie.
Biegać można wszędzie, o jakiejkolwiek godzinie, w dowolne dni bez względu
na pogodę. Na początek polecam krótkie trasy - około 500 do 1000 metrów.
Jeżeli poczujesz się na siłach możesz zacząć biegać o wiele dłuższe odcinki,
lecz jeżeli nie masz zamiaru być zawodowcem, nie ma sensu biegać na codzień
powyżej 10 kilometrów, ponieważ wycieńczenie organizmu jest wtedy dość
spore.
Myślę, że optymalnym dystansem jest od 5 do 10 kilometrów dla joggingu
codziennego, a przy okazji można sobie pozwolić na dłuższe dystanse nawet do
25 - 30 kilometrów. Maraton owszem, tylko musisz pamiętać, że żaden
maratończyk nie biega na treningach po 40 kilometrów. Zwykle nie
przekraczają oni 20 km, ale są tak dobrze przygotowani, że mogą bez problemu
przebiec wymagane 40. Robią to oczywiście w miarę rzadko, bowiem tak długie
dystanse są bardzo męczące i osłabiają organizm.
Trasa - bardzo ważna rzecz. Na początek najlepiej jest wybrać teren
płaski, bez stromych podbiegów i zbiegów. Ideałem jest ścieżka położona
gdzieś w lesie, z dala od osiedli, ruchu i zanieczyszczeń. Od biedy, w
miastach dobrymi trasami są zwykle tereny wokół ogródków działkowych, lasów,
skwerów, parków lub innych zielonych obiektów. Cmentarzy nie polecam,
atmosfera jest niezbyt ciekawa. A z laskami i parkami należy uważać,
szczególnie gdy się jest dziewczyną, z oczywistych względów. Najlepiej
unikać ich wieczorami i po zmroku.
Obuwie - tutaj nie ma się co rozczulać, musi być doskonałej jakości,
miękkie, lekkie i nie do zdarcia w ciągu tygodnia. Najlepiej markowe i
wyrobione, tzn. nie nowe. Nie może w żadnym wypadku ocierać lub być sztywne.
Musi być przewiewne, żeby noga nie zaparzyła się podczas długiego biegu. No
i oczywiście odpowiednie skarpety, które też muszą być miękkie i dobrze
wchłaniające pot.
Ubiór - zależny od pogody, ale luźny i przewiewny, jak najlżejszy. Nie
warto jest biegać bez koszulki, tylko dlatego, że jest gorąco. Pot, który
wsiąka w t-shirta sprawia, że mniej się pocisz i chłodzenie organizmu jest o
wiele sprawniejsze. Gdy biegasz bez t-shirta pot wyparowywuje i organizm
musi o wiele więcej się spocić, żeby utrzymać stałą temperaturę, co jest
dość wyczerpujące, szczególnie przy długich dystansach. Zresztą niech
świadczy o tym fakt, że żaden zawodowiec nie biega bez choćby skromnego
t-shirta.
Czas przeznaczany na bieganie może być różny. Gdy się spieszysz wystarczy
godzina, w co wliczam już także prysznic i zadbanie o higienę. Gdy masz czas
możesz na bieganie poświęcić nawet kilka godzin, nie zaszkodzi a na pewno
przyniesie korzyści.
Jak biegać spytasz? Na początku niezbyt forsownie, nie na czas i nie na
dystans, tylko zwykły bieg, bez żadnych narzuconych norm. Biegnij tak długo
jak możesz, pamiętając o tym, że po około dwóch minutach organizm zaczyna
przystosowywać się do jego obciążenia, więc nastąpi nagły spadek wydolności.
Ale trwa to około minuty, po tym czasie organizm przyzwyczaja się do
panujących warunków i zmęczenie zaniknie, więc nie przestawaj biec po
pierwszym zmęczeniu, ono minie samo. Jeżeli nastąpi ponowne zmęczenie
organizmu zwolnij i spokojnie przejdź do szybkiego chodu, po kilku minutach
spróbuj jeszcze kawałek przebiec. Jeżeli nie dasz rady, nie biegnij.
Odpocznij, wróć do domu, jutro przebiegniesz więcej.
Jest taka zasada, że jeżeli przebiegłeś jakiś dystans to jesteś w stanie
następnym razem przebiec ten sam dystans + 10% tego dystansu. Sprawdziłem,
działa, można przebiec nawet więcej. Czyli jeżeli dzisiaj zrobiłeś kilometr
to jutro bez problemu zrobisz 1100 metrów.
Wyniki szczególnie na początku widać już po kilku treningach. Po miesiącu
biegania w zasadzie różnica jest kolosalna. Nie występuje już zmęczenie,
można biegać na czas, można próbować przebiec coraz większe dystanse, można
próbować zmieniać trasy na trudniejsze, pokonywać wzniesienia, urozmaicać
bieg dodatkowymi ćwiczeniami jak np. podciąganie się, pompki, szybkie
sprinty, wykonywanie jumpów, bieganie z półkilogramowymi walcami w rękach,
obciążenie nóg i tym podobne.
Silna wola jest tutaj również potrzebna, szczególnie na początku, kiedy to
najtrudniej zmusić się do biegania. Potem wchodzi to w nawyk i nie trzeba
się zmuszać, po prostu organizm potrzebuje tego.
Jeżeli nie jesteś w stanie sam się zmusić to biegaj z lepszą od siebie
dziewczyną, przy niej się zmusisz i dość szybko, a nawet o wiele szybciej
osiągniesz postępy. Na długie wypady dobrze jest zabrać ze sobą kogoś dla
towarzystwa i nadania odpowiedniego tempa. Jeżeli jesteś leniem, nie próbuj
biegać w pobliżu jakichkolwiek tras autobusowych, tramwajowych lub metra, bo
najdzie cię ochota do wrócenia do domu autobusem co jest bardzo niekorzystne
i obniżające morale. Na początku musisz być bardzo zdyscyplinowany, jeżeli
postanowisz sobie że będziesz biegać trzy razy w tygodniu to musisz te trzy
razy przebiec, w przeciwnym wypadku nie ma sensu cała ta zabawa bo i tak po
kilku dniach wymiękniesz i będzie to tylko strata czasu.
Aha, jeżeli jesteś początkujący to nie zamęczaj się na śmierć, nie dopuść,
żeby organizm był całkowicie wycieńczony, lub, żeby ciśnienie podniosło się
do tego stopnia, że będzie Ci się robiło czarno przed oczami i będziesz miał
wrażenie, że zaraz omdlejesz. Zawsze przy dłuższych trasach miej przy sobie
kawałek plastra lub bandaża, o chusteczka to wymóg przy każdej trasie.
Zawsze może się zdarzyć coś nieoczekiwanego, np. wbicie w nogę kawałka
starego drutu, lub też podrażnienie oka przez jakąś gałąź, że już nie
wspomnę o gorszych wypadkach, jak złamanie, bądź zwichnięcie nogi.
Jak długo biegać - najlepiej aż do całkowitego zmęczenia, trochę odpocząć
i zrobić jeszcze kawałek do następnego zmęczenia. Pamiętaj, że organizm
będzie w stanie wykonać tylko tyle na ile go obciążasz. Jeżeli nigdy nie
przebiegniesz 2 kilometrów to nie będziesz w stanie ich przebiec. Ale
obciążać organizm trzeba umieć i nie należy tego robić na samym początku.
Ważna jest także zgoda lekarza na uprawianie joggingu. Są choroby na które
bieg jest niewskazany, bądź wręcz zakazany! Przy dolegliwościach sercowych,
przy kłopotach z ciśnieniem, problemach z kręgosłupem, nerkami, i innych o
których nie mam pojęcia. W każdym razie bieg jest szczególnie polecany dla
ludzi otyłych (gdy mają zgodę lekarza).
Bieg jest o wiele wszechstronnie rozwijający niż np. pływanie, choć wielu
może się nie zgodzić to jednak mam na tym polu doświadczenie i bieganie daje
lepsze efekty. Po za tym zachęcam nawet do sporadycznego przebiegnięcia tych
200 - 300 metrów, to też coś da.
No i kultura biegania też jest ważna. Jeżeli zobaczysz kogoś, kto również
biega, powiedz mu cześć, jeżeli nie jest to niedzielny biegacz to odpowie na
pewno. No i pomagaj komuś, kto będzie potrzebował pomocy. Na trasie zdarzają
się dziwne przygody, spotykasz różnych ludzi, mogą wydarzyć się różne
przypadki. Kiedyś Ty też będziesz potrzebował pomocy i pamiętaj o tym.
Unikaj długich, samotnych i oddalonych od ludzkich osiedli tras. Gdy tam Ci
się coś przytrafi to nikt Ci nie pomoże i będziesz zdany tylko na siebie.
Dodatkowym, nie mniej ważnym zagadnieniem jest odżywianie się. Również
odpowiednie uprawianie biegów w odniesieniu do pór spożywania pokarmu. Nigdy
na całkiem pusty żołądek, nigdy zaraz po zjedzeniu obfitego posiłku lub po
wypiciu dużej ilości płynu. Najlepiej odczekać po posiłku około 2-2.5
godziny, wszystko zależy jeszcze od organizmu i płci biegacza. Więc
odżywianie należy dostosować do własnych warunków.
Bardzo ważna rzecz to odpowiednia ilość wody, jaką trzeba dostarczyć
organizmowi. Minimum to 3-5 litrów dziennie. Woda jest potrzebna nie tylko
do zaspokojenia pragnienia, ale również do wydalenia wraz z moczem i potem
wszystkich toksycznych substancji, które wydzielają się podczas biegu,
wszelkiego rodzaju kwasów (np. mlekowy) i ogólnego oczyszczenia organizmu.
Dlatego wody sobie możesz nie żałować. Oczywiście alkohol jest wykluczony,
palenie papierosów również. Kawę możesz sobie zaparzać tak jak dawniej,
tylko przypadkiem jej nie pij! Żadna używka nie jest polecana przy
jakimkolwiek sporcie.
Najlepsze są owoce, naturalne wody (gazowane lub nie), specjalizowane
witaminizowane pożywienie, dobry jest ryż, bowiem szybko się spala oraz
białe mięso (piersi z kurczaka). Należy uważać, żeby nie dopuścić do
zagłodzenia się, bowiem po spaleniu pokarmu, niezbędna energia jest
pobierana z tkanki tłuszczowej i z mięśni. Przy zbyt intensywnym treningu
tracimy dużo na wadze i ogólnie dochodzi do wyniszczenia organizmu. Dlatego
wszystko trzeba umiejętnie dawkować, co oczywiście przychodzi samo wraz z
praktyką. Organizm sam daje znać gdy mu czegoś brakuje, ma wbudowane
niesamowite mechanizmy ochronne i nie tak łatwo go zniszczyć. Długie
dystanse zostaw wyczynowcom, na krótkich nic Ci nie grozi, nawet gdy nie
będziesz przestrzegał podstawowych zasad. A teraz spręż się i przebiegnij.
[ Cobretti - █████████████████ ]
Reportaże: Tablice rejestracyjne
Autor: Yellky
[re1] Tablice rejestracyjne w Polsce i na swiecie.
Od jakiegoś czasu słyszymy o projekcie zmiany polskich tablic
rejestracyjnych (a przy okazji pewnie także całego systemu ewidencji
samochodów). Chwilowo jakby mniej się o tym mówi, więc może jest jeszcze
czas, aby zastanowić się nad paroma sprawami.
Po pierwsze - wygląd nowych tablic rejestracyjnych. Ze wstępnych projektów
wiemy już jak miałyby one wyglądać: czarne znaki na białym, odblaskowym tle
z niebieskim paskiem po lewej stronie, na którym umieszczono polską flagę i
skrót "PL". Krótko mówiąc - nic oryginalnego. Podobne tablice wprowadzono
niedawno w Niemczech, Irlandii i Portugalii, a w Rumunii dokładnie takie
same - różnią się one od naszego projektu jedynie rumuńską flagą i skrótem
"R".
Nasuwa się więc pytanie - czy nie stać nas na odrobinę oryginalności?
Tłumaczenie, że nasze nowe tablice powinne być podobne do innych
europejskich tablic rejestracyjnych (bo przecież Europa się jednoczy) jest
trochę śmieszne. Spójrzmy na nowo wprowadzone tablice rejestracyjne w
Austrii - ani trochę nie przypominają one tablic z Niemiec, Rumunii, czy
Portugalii. Są po prostu austriackie. Skoro mogli Austriacy - dlaczego nie
możemy i my?
Po drugie - przy okazji wprowadzania nowych tablic rejestracyjnych,
powinniśmy się zastanowić nad wprowadzeniem także pewnych innych zmian.
Dobry przykładem mogą tu być Stany Zjednoczone, gdzie postanowiono upiec
dwie pieczenie na jednym ogniu: mieć najładniejsze tablice rejestracyjne na
świecie, na widok których my Europejczycy, wpadamy w kompleksy, a przy
okazji wykorzystać je z powodzeniem do uzupełnienia braków w stanowych
kasach.
Jak to dokładnie wygląda w USA? Przede wszystkim każdy stan prowadzi
własny system rejestracji i ewidencji pojazdów i wydaje własne tablice
rejestracyjne. W większości stanów, podczas rejestracji naszego samochodu,
możemy zadecydować czy chcemy otrzymać zwykłe (tzw. regular), czy też - za
dodatkową opłatą - specjalne tablice (special plates).
Zwykłe tablice rejestracyjne często wyglądają dość spartańsko - mają
jedynie wytłoczoną nazwę stanu i kombinację cyfr i liter na jednokolorowym
tle (np. w stanie Michigan). Zdarzają się jednak bardzo kolorowe wyjątki, na
przykład tablice w Idaho - gdzie zamiast jednokolorowego tła mamy górski
pejzaż w patriotycznych czerwono-biało-niebieskich barwach, lub w
Południowej Dakocie: w tle są przedstawione twarze czterech prezydentów USA
(oryginalnie wyrzeźbione w skale w Mount Rushmore National Park, właśnie w
Południowej Dakocie).
Ogólnie mówiąc, każdy stan stara się wykorzystać regularne tablice
rejestracyjne do swoistej własnej promocji: czy to za pomocą przyciągających
wzrok specjalnych grafik, czy też za pomocą specjalnych haseł umieszczanych
na tablicach. Przykładem mogą być: "Grand Canyon State" w Arizonie, "The
Golden State" w Kaliforni, "Aloha State" na Hawajach, "Famous Potatoes" w
Idaho, "Land of Lincoln" w Illinois, "Sportman's Paradise" w Luizjanie,
"The Spirit of America" w Massachusetts, "10000 Lakes" w Minnesocie, "Land
of Enchantment" w Nowym Meksyku, "Great Faces, Great Places" w Południowej
Dakocie, "Greatest Snow on Earth" w Utah - by wymienić tylko kilkanaście z
nich.
Gdy zwykłe tablice rejestracyjne nam nie odpowiadają, możemy zażyczyć
sobie tablic specjalnych. Są one projektowane z bardzo różnych okazji.
Prawie wszystkie stany wydały tzw. "environmental plates" promujące ochronę
środowiska. Najczęściej są to tablice z rysunkami zwierząt (bardzo często
ptaków) zagrożonych wyginięciem oraz specjalnym na tę okazję hasłem, jak
"Protect our Environment", "Assuring Wildlife's Future", czy też "A Natural
Treasure". Specjalne tablice są także projektowane z wielu innych okazji,
np. dla upamiętnienia 500 rocznicy odkrycia Ameryki przez Kolumba, 20 lat
Disney World (z rysunkiem Myszki Mickey), z okazji Igrzysk Olimpijskich
(takie tablice zostały wydane w Kalifornii i ostatnio w Georgii), itd.
Mieszkańcy Nowego Jorku mogą sobie nawet zamówić tablice rejestracyjne z
logiem ich ulubionych Rangersów. Jednak za te specjalne tablice trzeba
"specjalnie" zapłacić. Są to różne kwoty - od około $20 do $100.
Oprócz tego możemy sobie zażyczyć tzw. tablic personalnych - zarówno na
bazie tablic regularnych, jak i specjalnych. Wtedy na naszych tablicach
rejestracyjnych może zostać umieszczone nasze imię, szczęśliwy numer,
ulubione zdanie - słowem wszystko, co nam przyjdzie do głowy (jeśli tylko
nie jest to wulgarne, obsceniczne, czy też w jakiś inny sposób urażające
czyjeś uczucia). Amerykanie wykazują w tym względzie ogromną wyobraźnię,
potrafiąc "kodować" całe zdania za pomocą pojedynczych cyfr i liter, które
czytane fonetycznie układają się w logiczne sformułowania, np. "YW84U" - Why
wait for you?, "2FAST4U" - Too fast for you, "2TH DR" - Tooth doctor,
"2L84D8" - Too late for date, "RUOK" - Are you OK?, i tym podobnych.
Większość stanów zezwala na kombinację złożoną z 2 do 7 liter lub cyfr, ale
na przykład w Nowym Jorku, czy też Północnej Karolinie możemy sobie zażyczyć
od pojedynczej litery na środku tablicy, aż po 8 znaków. Szczególnie
Północna Karolina jest bardzo liberalna jeżeli chodzi o tablice personalne:
na tablicy rejestracyjnej możemy również umieścić takie znaki, jak: !, ?, &,
#, +, itp. Za przywilej posiadania tablic personalnych trzeba także
zapłacić. Ceny są różne, w zależności od stanu: od $15 w Maine, aż do $100
jakie muszą zapłacić za takie tablice motocykliści w Minnesocie.
Personalne tablice rejestracyjne są bardzo popularne w Stanach
Zjednoczonych, na przykład w Kalifornii wydano już grubo ponad milion takich
tablic. Wszystkie opłaty za specjalne tablice wędrują do stanowej kasy i
mogą być przeznaczone jedynie zgodnie z celem, w jakim zostały one wydane -
np. na ochronę środowiska (environmental plates), czy też na wszelkiego
rodzaju fundusze (np. The Family & Children's Trust Fund w Virginii). Dzięki
temu połączono przyjemne z pożytecznym - kierowcy, jeśli tylko mają na to
ochotę i pieniądze, mogą wykazać się dużą oryginalnością i pomysłowością,
rezygnując z regularnych tablic rejestracyjnych na rzecz tablic specjalnych,
a stanowa legislatura nie musi, dzięki temu, narzekać na brak pieniędzy w
kasie.
Wiele z tych pomysłów warto by wykorzystać w Polsce. Na przykład, czyż nie
byłoby ciekawiej, gdyby w projekcie naszych nowych tablic zastąpić białe tło
bardziej patriotycznym biało-czerwonym? Warto także poważnie zastanowić się
nad wprowadzeniem możliwości otrzymywania za życzeniem (i oczywiście opłatą)
tablic personalnych. Taką możliwość mają już w Europie obywatele Austrii i
Szwecji, gdzie doskonale się to sprawdziło. I jestem pewien, że także w
Polsce znajdzie się jakiś Edward Kowalski, który za, powiedzmy, 500zł
rocznie będzie mógł sobie zażyczyć tablic z "E2RD K" zamiast zwykłych "KCI
3360", czy też - wedle nowego projektu - "KA-385-MO". A uzyskane w ten
sposób pieniądze mogłyby być przeznaczane na poprawę bezpieczeństwa ruchu
drogowego, renowację polskich dróg, szkolenia, itd.
[ Yellky - ██████████████ ]
A ja dodam, że temat tablic rejestracyjnych jest rozwinięty na stronie
Yellky'ego, polecam również jego hobby. http://www.man.katowice.pl/~labe
[ Cobretti ]
Reportaże: Wakacje 1996
Autor: Karinka
[re2] Moje wakacyjne perypetie z Zakopanego z 1996 roku.
A zaczęło się wszystko tak niewinnie..... W ostatniej chwili dowiedziałam
się, iż do swego bagażu mam dopakować m.in. nóż i sznurek... heh... nie
zmieściło się już do mojej przepastnej torby podróżniczej, więc wsadziłam
powyższe przedmioty do torebki; udałam się do sklepu po "Fantę", przy kasie
otwieram torebkę, z której sztorcem sterczy nożyk (taki do krojenia chleba)
i zaprzyjaźniony właściciel owego sklepu:
- O Boże! Zwariowałaś??? Zadźgać mnie chcesz???
Dał mi gazetę, aby chociaż owinąć ten nieszczęsny nóż; w momencie gdy
został doinformowany, iż służę również sznurem nic nie powiedział, ale z
wyraźną ulgą odetchnął jak opuszczałam jego sklep. Obładowana (jakbym co
najmniej na kilka miesięcy, a nie na nędzne 2 tygodnie) udałam się w
kierunku Dworca Centralnego, gdzie byłam umówiona z Marzeną.
Pociąg, który miał nas zawieźć do Krakowa spóźnił się tylko 5 minutek, no
więc co to tam dla nas? W doskonałych humorkach zajęłyśmy miejsca w I
klasie (a co se będziemy raz do roku żałować?). W przedziale naturalnie było
dziecko - kategoria: do uśpienia - ale w miarę znośne, jak się później
okazało. W Krakowie teoretycznie miałyśmy być o 17.45, a o 18.15 miałyśmy
przesiąść się do innego pociągu, który miał nas zawieźć w kierunku stolicy
Tatr. No ale jak ogólnie wiadomo polska kolej jest niezawodna i zawsze na
nią można liczyć! Z Wawy do Grodu Kraka zamiast 2.2h jechałyśmy skromne 3.5h
(tylko 80 minut opóźnienia). Nie wiem czemu się właściwie czepiam, w sumie
czy 80 minut to tak dużo???.
O godzinie 19.05 byłyśmy już na stacji Kraków Główny. Z bagażami udałyśmy
się na dworzec PKP i akurat miałyśmy niepowtarzalną szansę obejrzenia
kuriozum. Czuba! Facet był genialny. Przy jednym z okienek stał mężczyzna i
monotematycznie się wydzierał mniej więcej w takie oto słowa:
- Jeb... kolej!!! Jeb... kolejarze!!! Ja żądam aby Pociąg (gdzieś tam)
poczekał, a on sku... pojechał i mnie zostawił!!... itd... itp...
Przy powyższej formule w/w walił piąstkami w blat, pluł na szybkę pani w
okienku, tupał kończynami dolnymi, po prostu zwracał na siebie uwagę. Jedna
z kasjerek zadzwoniła niestety po mundurowych i w niedługim czasie nastąpił
koniec zjawiska i opinii o PKP. W międzyczasie moja koleżanka bez żadnych
ceregieli odzyskała forsę za nasze niewykorzystane bilety z Krakowa do
Zakopca oraz informacje, iż w dniu dzisiejszym z Krakowa Głównego pociągiem
do Zakopanego to nie mamy szans się dostać...
No, ale nas w sumie tak łatwo nie da się załamać i wyprowadzić z
równowagi... udałyśmy się w kierunku dworca PKS. W tamtejszej informacji
Marzena zasiegnęła języka, że jest, owszem, (a czemu by nie?) i to nie jeden
PKS do upragnionego przez nas miejsca, ale bilety sprzedaje bądź też nie,
kierowca, ale jak chcemy to możemy spróbować i mamy się ustawić na
stanowisku nr 1 (to jest dość istotne) i tam też oczekiwać do godz. 19.55.
Tak też uczyniłyśmy... /me zapragnęła frytek... Marzena takowe danie dla
mnie zakupiła w pobliskiej budce. Fryty były podane super apetycznie, a
mianowicie w torbie po cukrze - jejku, poczułam się jakbym cofnęła się w
dawne dobre czasy - fryty były ohydne. Poznałam cała menelowska śmietankę
tamtejszego dworca.
Ja, jako osoba z natury ciekawska zaczęłam sylabizować co też taka
porządna instytucja jak PKS napisała na tabliczkach umocowanych na
stanowiskach do mnie jako do podróżnej. Okazało się, że autobusy w kierunku
Zakopca ze stanowiska 1 nie odjeżdżają... udałam się na stanowisko nr 2,
gdzie wyszukałam autobus, który mnie bardzo interesił. Przeniosłyśmy się
więc, pod słupek, na stanowisko 2. Koło godz. 19.50 głos z megafonu rzucił
informację, iż w/w autobus podjedzie na stanowisko nr 3. Bez oporów
przeniosłyśmy się na 3. Heh... PKS podjechał, ale na stanowisko nr 5... No
cóż, na tamtejszym dworcu mają trudności w matematyce z zakresu 1-5, ale
może umieją np. w zamian całki?? Kto wie???
Najważniejsze jest jednak, że się zabrałyśmy. Byłyśmy w pełni szczęśliwe,
gdyż nocleg na krakowskim dworcu nie był czymś, o czym przez cały rok byśmy
marzyły. W PKS-ie było dość nudnawo i monotonnie, aż do Nowego Targu. W tym
oto szacownym mieście wsiadł typ człowieka - Jezus - z wyglądu. W momencie,
gdy wyjął chleb, ja kameralnym szeptem oznajmiłam, iż będzie chlebem
dzielił, wina powyższa jednostka społeczeństwa nie posiadała, ale humorki
nam poprawiła. Około godz. 22 dotarłyśmy do celu naszej wyprawy, skąd ulicą
Jagiellońską podążyłyśmy w kierunku naszej kwaterki. Przy Bul. Słowackiego
ramię prawie mi już odpadło i kategorycznie oznajmiłam, że dalej to ja
daleko nie zajdę. Złapałyśmy taksówkę (co na tejże ulicy nie jest rzeczą
prostą o tejże godzinie). Pan był miły, ale w numeracji domostw przy ulicy
Droga do Olczy miał raczej mierne pojęcie - pomylił się jedynie o jakieś 15
numerów, ale czy warto o tym wspominać???.
Okolica piękna, ale ciemno jak u przysłowiowego Murzyna... Szukałyśmy nr
7a. Tia... W końcu napatoczył się prawdziwy, pijany Góral, którego
zagadnęłam... Góral skomentował mój wzrok, ale domek wskazał. Jak na
następny dzień się okazało, numer 7a faktycznie jest napisany, tylko tyle że
na rynnie, małymi znakami, zielona farbą i w ciemnościach kompletnie
niewidoczny. Tak też skończyła się nasza podróż.
W sobotę rankiem (koło 11.00) wstałyśmy i ujrzałyśmy mało ciekawy obrazek,
a mianowicie za oknem lało... Ostatecznie z cukru nie jesteśmy, więc
udałyśmy się na Krupówki, gdzie była inwazja niebieskich, żółtych bądź
zielonych płaszczyków przeciwdeszczowych. Jak skończone idiotki zachęcone
brakiem kolejki przy Gubałówce wjechałyśmy na nią. Widoku było zero, ale za
to zakupiłyśmy (bardzo seksowne) niebieskie płaszczyki i szybciorem
zjechałyśmy do Zakopca, gdyż za 25 minut byłyśmy umówione przy GOPR-ze na
Piłsudskiego. A propo, ciekawe skąd kolega pasterz uzyskał informację, że
powyższy budynek jest jasny z ciemnym dachem??? Wg mnie owszem dach jest
ciemny, ale czy ciemne drewno można nazwać jasnym??? O 14.59 byłyśmy już na
Piłsudskiego 63a, gdzie na ławeczkach przed obiektem zasiadłyśmy (dodam że
wewnątrz posesji GOPR-u) i oczekiwałyśmy na pasterza i jego kolegę
Wojciecha.
O 15.02 po przeciwnej stronie uliczki, za ogrodzeniem pojawiły się dwie
podejrzane istoty, z których jedna na 100% musiała być pasterzem. /me
podniosła się i skierowała w kierunku tegoż oto stworzenia. Istota powitała
mnie umiarkowanie:
- K... nie wiesz co znaczy przed??
Nie miałam żadnych wątpliwości, iż się nie pomyliłam i jest to
zakapiór.:)) Okazało się, iż pasterz dnia poprzedniego oczekiwał, iż
przyjedziemy pociągiem do Zakopca tym co planowałyśmy, ale chłopaczyna nie
docenił naszych krajowych linii kolejowych...:)))).
Po wymianie powitań udaliśmy się w stronę ronda do "Kolibecki". Kolega
pasterz miał opory przed wejściem do powyższego lokalu, ponoć jakieś ławki
kiedyś tam latały, ale nie zauważyłam nigdzie, aby jego zdjęcie tam wisiało,
i wczłapaliśmy tam... było miło i sympatycznie. Po jakimś czasie udaliśmy
się w stronę city Zakopca, gdyż Panowie wracali do Krakowa. Na Krupówkach
zakopiór zaintonował :...pod Giewontem baca bacę..... Ja jedynie
oświadczyłam, iż nieprawda jest jakobym znała tego faceta. W międzyczasie
obejrzeliśmy kościół, w którym co poniektórzy jeszcze nie pili.:))))))
Zaczepiliśmy się w knajpce niedaleko przystanku autobusu do Krakowa, knajpka
jak knajpka, warte opisania mają jedynie toalety, ale o tym obrazowo może
wam opowiedzieć pasterz, heheh. Panowie pojechali sobie do Krakowa, a my z
Marzena udałyśmy na kwaterkę.
Wieczorkiem /me wzięła się za wypisywanie pocztówek do znajomych. Eh, 19
sztuk, a więc zajęło mi to ciut czasu, nigdy nie wiem co mam napisać... A
wy??? Proste ludziska nawet nie podziękowaliście, nie mówiąc już o napisaniu
do mnie kartki (tutaj zwracam honor co poniektórym, którzy to uczynili).
Deszczową niedzielę spędziłyśmy na Krupówkach poznając tamtejsze lokale. W
poniedziałek jakby ciut się przepogodziło, a więc udałyśmy się spacerkiem w
stronę Kuźnic, wczłapałyśmy na Nosala (chlapiąc na lewo i prawo), skąd nie
było widoku bo mgła była niesamowita, pojechałyśmy później do Bukowiny
Tatrzańskiej na spadolini.:))))) Do Bukowiny jechałyśmy busem z czad
kierowcą. był to ludek natrąbiony (heh, chyba się czepiam, miał koło 2%.
alkoholu we krwi, ale czy to ważne?). Nieomal nie zepchnął innego busu w
rów, nie spowodował kilku czołówek, ale udało nam się cało dojechać do
Bukowiny (heh, pewnie dzięki modlitwom co poniektórych). Czadowy facet np.
udzielał informacji do równie natrąbionego pasażera w Poroninie:
- Patrzcie go! Ciemniak nie wsiądzie! K... baranie do dołu...
W poniedziałek nie wydarzyło się nic o czym warto byłoby wspomnieć. We
wtorek z powodu pogody, a także mojego kolana udałyśmy się do Olczy, czyli
tak gdzie Lucyfer mówi dobranoc. Po drodze widziałam coś fenomenalnego, a
mianowicie psią budę. Buda była piętrowa, drewniana - styl zakopiański - z
oknami, które zaopatrzone były w okiennice, na dachu była miniaturowa antena
satelitarna i wokół ogródek.:)))) Widok jest niesamowity. Nawiasem mówiąc
tamtejsze psy mają ładniejsze domostwa niż ja blok w którym zamieszkuję.:((
Dla niedowiarków podaję namiary: idąc od Zakopca w stronę Olczy, po lewej
stronie jeden z 3 wyróżniających się domów (domy są białe z czarnymi
dachami) przy trzecim - jest to Pardołówka - można obejrzeć domostwo
psinki.:)) W Olczy jest spożywczy, kościół - pokaźna budowla - zagroda z
owcami i pocztą. Z tamtejszej poczty zadzwoniłam do kolegi Benka, który
nagle zagłuchł i odłożył słuchawkę na widełki; ponoć nie słyszał mnie, a
mnie było słychać pewnie na Ustupie i na Bystrym II, no ale, on nie słyszał.
Krew mnie zalała, piana na ustach, odliczyłam do 15 i ponownie do niego
zadzwoniłam, i już za tym razem usłyszał co też ja chcę itd... Na pytanie
skąd dzwonię odpowiedziałam szczerze i zgodnie z prawdą : HGW.
M.in. we wtorek koleżanka Agniecha telefonicznie w sposób krótki, treściwy
i ciut może niecenzuralny została poinformowana co myślimy o godzinie
przyjazdu szamana w środę do Zakopca. Lubimy szamana, kochamy szamana, ale
nie o 5 rano. Koleżanka jako osoba, która pracowała z nami 10 miesięcy w
sposób szybki i błyskotliwy załapała o co chodzi, i w rezultacie szaman w
stolicy Tatr zawitał w środę o godz. 7.55. Uważam, że 7.55 to nieludzka pora
(Bóg to widział i nie grzmiał), no ale jeszcze to zniosłyśmy, gdyż przywiózł
ze sobą słoneczko. Jego Pociąg spóźnił się tylko 20 minut, więc co to za
spóźnienie??
O 12.30 zjawiła się w Zakopcu reszta towarzystwa, czyli kucieńskie
nadjechało. Po południu udaliśmy się na Krupówki, gdzie zostałam posadzona
na widoku ludków i sportretowana w ramach prezentu urodzinowego (no cóż,
minkę miałam ciut wściekniętą, i obecnie moja własna babcia powyższą
podobizną straszy). Następnie wdepnęłyśmy na Wielką Krokiew i wieczorową
porą udaliśmy się do "Kolibecki" na urodzinki...
W czwartek... heh... to był piękny dzień...:)))))). Wpadłyśmy z Marzena na
genialny - wtedy nam się tak wydawało - pomysł, a mianowicie zapragnęłyśmy
wjechać kolejką linową na Kasprowy Wierch. Rankiem ruszyłyśmy do Kuźnic i
ok. 10.00 ustawiłyśmy się grzecznie i przykładnie w ogonku do kas.
Poznałyśmy sporo ludków, w sumie miałyśmy czas... Do kolejki dotarłyśmy
(już, zaraz natychmiast) o 15.10. Gdy już dochodziłyśmy, na tekst Marzeny, a
teraz na glebę na kolana, gostek z tyłu miał nawet ochotę to uczynić. Z
Kasprowego złaziłyśmy Halą Gąsienicową przez Jaworzynkę do Kuźnic.
Zawadziłyśmy o "Murowańca", gdzie ponad godzinę czekałyśmy na szamaństwo i
bartusiów. /me doszła do wniosku, iż pod tymże schroniskiem spotka pewnie
mężczyznę swego życia, było w czym wybierać, bardzo ciekawe jednostki
społeczeństwa. Np. chodził chłoptas i sprzedawał chleb i konserwę, nawet
konserwę udało mu się sprzedać, nie wiem co z chlebem. Inny gostek miał
bardzo ciekawy podkoszulek z napisem: UWAGA! Świr! Kolejny wyleciał pędem ze
schroniska i kurcgalopkiem udał się na szlak machając kijkami narciarskimi.
Inny agent opowiadał zawzięcie i z werwą o swym pożyciu seksualnym, a raczej
o jego braku... itd.itd.
Wieczorem udałyśmy się na posiłek do takiego sympatycznego lokalu co się
zwie: Karczma u Starego. Mnie osobiście zachęcił napis: Czyś ty chłopie
łosioł? Czy ty nie masz rozumu? Karczma stoi przy drodze, a ty idziesz du
dumu. Mimo, iż nie jestem chłopem udałam się do owej karczmy. Początkowo
usiadłyśmy przy barku, ale po naocznym zorientowaniu się, iż z obsługa jest
coś nie tak, zajełyśmy stolik jak najbliżej wyjścia. Obsługa w osobie
Januszka nie umiała odpowiedzieć co jest w menu, ale czy ktoś chciał czy nie
chciał Jasio polecał placki po zbójnicku (na marginesie o tej porze już owe
danie było nie serwowane). Ja chciałabym zadać jedno pytanko rodzicom
Januszka: w którym momencie Państwo popełnili błąd???. Jasio komentował,
abyśmy się przesiadły, gdyż jego nogi bolą, po za tym dosiadał się do
stolików gości, mnie np. wyrwał łyżeczkę z ręki (uznał pewnie, że mi nie
będzie potrzebna), poinformował nas, iż na dyskoteki to on chodzi,ale bez
okularów itd.itd....
Punktem kulminacyjnym obsługi klientów przez Januszka było dwóch ludków,
na oko syn z ojcem. Syn - wiadomo młody jeszcze, Koło 16 roku życia, na
żółto siusia, więc co tu wymagać - spytał Januszka o napoje zimne. Ten
wymienił:... oraz soki naturalne gazowane i nie gazowane. /me się zdziwiło,
Marzena lekko się zakrztusiła. /me nie wie, nie jest pewna, ale może, sok
naturalny gazowany wywodzi się z cieczy barana?? Nieważne. młody człowiek
jednakże wybrał colę. Ojciec synka - o naiwności - chciał jakiś napój na
gorąco, na co Januszek roztropnie spytał: Bigos??? Marzena na dobre się
zakrztusiła, Januszek zwrócił na nią uwagę i przez cały lokal udzielił
informacji, iż toaleta jest za rogiem. Momentalnie w tempie
superprzyspieszonym wyszłyśmy z tego przybytku solennie sobie obiecując, iż
nasza noga tam nie stanie więcej. Z wiadomości szamaństwa wiemy jednak, że
Januszka już tam nie widziano. Jeszcze Marzena miała okazję widzieć go na
rondzie, jak udzielał lekcji jazdy na rowerze górskim...
W piątek /me wyruszyła na podbój Krakowa. heh... szkoda, że się nie
założyłam, iż kolega zeke mnie nie pozna. No powiedzmy (jak to ujął), nie
był pewien, czy ja to ja, ważne jest jednak, że się w końcu spotkaliśmy. /me
została zaprowadzona na Kopiec Kościuszki (wstyd się przyznać, ale wcześniej
nigdy tam jeszcze nie była). Jestem zachwycona kopcem. Kopiec rulez! Jeszcze
został mi do "zaliczenia" Kopiec Piłsudskiego, ale nie można wszystkiego tak
od razu. później poszliśmy na Stare Miasto, które zawsze jest takie same.
Nic się nie zmienia. /me zadzowniła do pasterza i umówiliśmy się o 17.00 w
Cybercafe u Louisa... Tak, nie skomentuje znajomości krakowskich knajpek co
poniektórych osobników, faktem jest, że o 17.00 dotarłam w powyższe miejsce.
Eh... Panowie pasterz i zeke (piszę was alfabetycznie) tak oszukują i
ściemniają, aż buraki w piwnicy mi zgniły. Zapewniali mnie, iż są
niefotogeniczni, że klisza pęknie itd... A ja mam dowody na ich słowa
(wczoraj odebrałam zdjątka, którymi dysponuję) i nikt nie powinien już im w
tej kwestii nigdy uwierzyć:))). A propo zdjęć, dobrze, że Marzena nie wpadła
robić mi fotek jak śpię, do końca wieku bym się niewykupiła. W sobotę w samo
południe przy pomniku Adasia byłam niby umówiona z takim jednym paskudnym,
okropnym Ślązakiem, ale nic nie straszyło. Może to i dobrze, gdyż muzyczka z
Wieży Mariackiej, mogła być bez żadnych zakłóceń odegrana, i facet nie
zapowietrzyl się z wrażenia. /me z zeke udała się na Wawel i wpadła na
pomysł zwiedzenia grobowców (heh, czemu to był zły pomysł?), później
oblukanie smoka itd... /me zadryndała do Benka, który (o zgrozo! siedział
sobie w swych Gliwicach.
Nie ważne, ma to u mnie zapisane w pamięci, i myślę, że jakieś
zadośćuczynienie się należy). A później /me wróciła sobie do Zakopca, gdzie
w pokoju koleżanek Garstek było zgromadzenie. Panowie zostali wydaleni z
kwater itd,itd, ale o tej ciekawej historii będziecie mogli poczytać u
Cobriettiego w "Reporterze", gdyż kolega szaman obiecał na ten temat napisać
artykuł (mam nadzieję, że szamciu zeskanowałeś już wizytówkę Izydora
Ozarkowa vel Ozorkowa?). W niedzielę udałyśmy się do Doliny Kościeliskiej,
gdzie przy okazji /me oblukała ośrodek "Gronik", w którym w październiku ma
się odbyć ircparty. ośrodek jest świetny, jestem zachwycona i chyba się
wybiorę na to ircparty, a wy???
W poniedziałek poszłyśmy do Doliny Pięciu Stawów Polskich, gdzie sobie tak
pomyślałam, że dzieci powinno zrzucać się do pierwszej napotkanej
przepaści. Po za tym podjęłam decyzję, iż ja potomstwa nie będę
prawdopodobnie posiadała, gdyż jak tak na te dzieci się na patrzę, to tak
ich nienawidzę... Następne dni z różnych to przyczyn i powodów (swoją drogą
skąd Marzena obojętnie czy to w Wawie czy w Zakopcu wie, że będzie padać...
za 3 dni?) spędziłyśmy na Krupówkach. Szczerze na jakiś czas mam dość tej
ulicy. Znam ją już jak własną kieszeń. Byliśmy m.in. na wystawie ciekawych
wynalazków do tortur, widziałyśmy pogoń małolatów zakopiańskich z
przyjaznymi okrzykami: chcesz kosę w plecy? za 4 czy 5 w dość poważnym wieku
młodych mężczyzn, widać, że przyjezdnych... W piątek znów wjechałam na
Gubałówkę, aby zjechać z Butorowego Wierchu... Dni upływały sobie... W
sobotę o 9.50 miałyśmy PKS do Krakowa, i Zakopiec spisał się, gdyż żegnał
nas w strugach deszczu. Do Grodu Kraka dotarłyśmy z godzinnym opóźnieniem,
gdyż w Stróży dwa TIR-y się pocałowały i dołączył do nich jakiś busik.
Poczłapałyśmy jeszcze na Stare Miasto, do Galerii Mleczki (w której byłam
tydzień wcześniej) oraz zadzwoniłam do domu z wiadomością, iż już wracam.
dowiedziałam się, że mamy gości... brat, dwie siostry i siostrzeniec... mina
mi ciut zrzedła, no ale cóż. Po przyjeździe do Wawy i zaatakowaniu własnej
rodziny o tysiaka (10 gr) na autobus dla Marzeny, udaliśmy się gromadką do
domku. Przy rozpakowywaniu, gdy mój siostrzeniec zabawiał się dzwoneczkiem
owiec, ciotka (ja we własnej osobie) rzuciłam w jego kierunku wzrok nr 7 i
grzecznie powiedziałam: jeśli jeszcze raz zadzwonisz uszkodzę cię. Dziecko
dobrowolnie i bez oporów poszło spać, mimo, iż z natury chodzi spać jakieś
3h później... Na szczęście rodzinka w niedzielę się wyniosła...
W poniedziałek po dotarciu do pracy zalogowałam się, przeczytałam pocztę
(mimo, iż w Krakowie, też usiłowałam to zrobić, ale lagi mnie przerosły),
odpisałam niektórymi i zaczęłam próby dostanie się na IRC... próby były
bezskuteczne. W Centrum Informatycznym o tej porze nikogo oczywiście
jeszcze nie było (informuję, iż na SGH pracuje się teoretycznie od 7.30 bądź
8.00). później uzyskałam wiadomość, iż system został przeinstalowany, co
dużo wyjaśniło. Nie wiem dlaczego, ale po takich poprawkach mojemu adminowi
niezbyt często coś działa tak jak powinno. Postanowiłam napisać e-maila do
Beeth'a (admin).
Zresztą kiedyś Beeth uświadomił mnie, iż mam szczęście, gdyż on jest mym
adminem, młody, sympatyczny, bardzo tolerancyjny człowiek, przystojny
(tak... przystojność to kwestia sporna), i mogę zawsze prosić go o pomoc, a
ja bezsensownie szukam jej u innych (heh... czy on wie, że inni "ciut"
więcej od niego umieją?). We wtorek z rana odczytałam odpowiedź na mój list.
okazało się, (heheheh) iż Beeth ma "chwilowe" (tak napisał on, nie ja)
kłopoty z siecią i poinstruował mnie jak mogę się dostać na IRC, na razie
działa, ale jak będzie później to zobaczymy).
[ Karinka - ███████████████████████ ]
Reportaże: Kilka dni wolnego
Autor: Benek
[re3] Kilka dni wolnego.
Wszystkim, którzy pomogli przetrwać te nieciekawe chwile i niezważając na
własną niewygodę, poświęcili nam swój czas i środki finansowe na pomoc
całkowicie nieznanym ludziom, serdecznie dziekuję.
Czwartek miałem wolny a piątek sobie odrobiłem więc postanowiliśmy
pojechać z panią mego serca i portfela do Czech. W czwartek raniutko
wsiedliśmy sobie w samochód i po 2 godzinach postoju na granicy (całe tabuny
rodaków jechały w tym dniu na zakupy) dojechaliśmy do małej mieściny
Celadna, 50 km od granicy polskiej. Spotkaliśmy tam mojego kolegę z
niewiastą i dzieciątkiem którzy nas namówili na wspólny wypad w piątek rano
do Wiednia.
No cóż - propozycja była ciekawa i popijając zimne piwko (9 koron/butelka)
rozwijaliśmy wizje jak to będziemy oglądać katedrę św.Stefana i tym podobne
ciekawostki. W piątek rano po przelaniu paliwa z baku samochodu kolegi
(benzyna strasznie droga w Czechach) i wymianie koron na szylingi
wyruszyliśmy w drogę. Jako tako dojechaliśmy do Słowacji gdzie po małym
pobłądzeniu (oj drogi to oni mają dość kiepsko poznaczone) wjechaliśmy na
autostradę do Bratysławy. Na 20 km przed Bratysławą zaczęło rzucać
samochodem tak, że co starszym osobom sztuczne szczęki wypadały na dywanik
(a było nas 4 dorosłych + dziecko 2,5 roku).
Zatrzymaliśmy się i co się okazało - na oponie wyskoczyła piękna,
okrąglutka buła - mówiąc ogólnie kicha. cóż było robić - otworzyliśmy
bagażnik, wyjęliśmy zapasowe koło i po małym popasie ruszyliśmy na granicę
do Austrii. Dojechaliśmy jako tako i po kilku minutach znaleźliśmy się w
Austrii.
Przejechaliśmy może z 40 km gdy samochodem zaczęło znowu rzucać - co się
okazało - drugie koło było wybrzuszone podobnie jak to na słowacji. Cóż było
robić - byliśmy 20 km przed Wiedniem i zupełnie bez szans na zdobycie koła
do 125p (ciężko jest zdobyć odpowiedni rozmiar tj. 165R13). Na szczęście
mieliśmy znajomego w Wiedniu, do którego zadzwoniliśmy i poprosiliśmy o
pomoc - udało nam się go złapać w ostatniej chwili - właśnie jechał z żoną w
plener.
Rany julek - ile myśmy kilometrów razem zjeździli aby spróbować kupić
jakieś koło (albo oponę). Niestety - w Austrii, w piątkowe popołudnie nic
nie można załatwić - większość punktów serwisowych jest zamykana bardzo
wcześnie (np. główny punkt przy lotnisku w wiedniu zamykają o 15.45 i potem
wal bracie czaszka w drzwi a i tak ci nikt nie otworzy). Po wielu
perypetiach udało nam się znaleźć na uliczce, obok parkingu, starego
nissana, którego opony miały taki sam rozmiar jak moje - ale jak tutaj
znaleźć właściciela? Dużo ścieżek wydeptaliśmy zanim udało nam się znaleźć
właścicielkę (jak się okazało była to piękna kobieta w wieku przedpoborowym)
i po długich targach odkupić od niej to koło.
Dobrze - opona była - ale jak ją przełożyć na naszą felgę? Robiliśmy różne
sztuczki, nawet wezwaliśmy pomoc drogową - niestety, od kapitalizmu w
główkach im się poprzewracało i niestety - bez wytycznych, listy czynności i
specjalistycznego sprzętu, ciemniaki nic nie potrafią zrobić, a czas uciekał
- była już 21.00, a my ciągle staliśmy na tym nieszczęsnym parkingu i nie
mogliśmy nic zrobić. Najgorsze jest to, że było z nami dziecko i należało
szybko podjąć jakieś działania.
Około 22.00 postanowiliśmy spróbować dojechać do granicy ze Słowacją na
tym uszkodzonym kole - nawet nam się to udało, częściowo niestety bo po 10
km mieliśmy wystrzał opony i musieliśmy wymienić koło na zapas, który był
jeszcze bardziej uszkodzony. Na zapasie przejechaliśmy około 3 km i
zakończyliśmy podróż - staliśmy na zakręcie drogi szybkiego ruchu, w
kompletnych ciemnościach i nawet bez możliwości zepchnięcia samochodu do
rowu, bo barierki odgradzały pobocze. Ale najedliśmy się strachu - stoi
sobie człowiek na zakręcie, ciemno jak w .... a obok samochody walą ze
120-150 km/h. I nagle objawił się anioł w osobie młodego chłopaka, który
jechał z żoną i dzieciakami polonezem (pochodził z Zabrza - więcej nic nie
chciał powiedzieć).
Ten to aniołek rozpakował swój samochód (a zajęło to około 15 min bo był
zapakowany po sam dach) i pożyczył nam koło zapasowe, abyśmy mogli co
najmniej dojechać do Bratysławy. O 24.00 byliśmy na przejściu granicznym w
Bratysławie, gdzie niestety należało koło zdjąć i oddać właścicielowi, bo
niestety jechał w innym kierunku i nie mogliśmy z koła dalej korzystać.
Człowiek to był przecudowny - nawet nie chciał przyjąć drobnej kwoty jaką mu
dawaliśmy, w podzięce za przysługę. Powiedział tylko, że wystarczy mu fakt,
że my jesteśmy zadowoleni i że to miło być pomocnym (jakże rzadko spotyka
się takie zachowanie wśród rodaków czego również doświadczyliśmy, ale to
pominę milczeniem, gdyż nie warto się denerwować).
Zaczęliśmy się rozglądać za innym źródłem opon. Zauważyliśmy na cle
samochód z polską rejestracją, wiozący na lawecie jakiś kawałek złomu, który
wcześniej był chyba samochodem. Najważniejsze jest to, że to coś miało koła
dość podobne do moich. Udało nam się ich poprosić aby po odprawie podjechali
na parking, na którym staliśmy. Rzeczywiście, około 1.00 w nocy podjechali
(klnąc jak diabli bo cała kołomyja z ich odprawą celną przez Slowaków była
tylko w celu otrzymania w łapę - wystarczyło 50 DM aby trwająca już 4h
odprawa się zakończyła ) i zaczęliśmy razem zastanawiać się jak wybrnąć z
tej sytuacji. Po naradach postanowiliśmy spróbować założyć koło z
francuskiego samochodu, który stał na lawecie. Nie chciało do końca pasować
- ale Polak potrafi - siła razy gwałt i przykręciliśmy koło na fest - felga
się pokrzywiła ale można już było przemieszczać się z prędkością około 10
km/h, a to już było dużo!
Na szczęście Słowacy mają pomoc drogową czynną całą dobę i tam chcieliśmy
kupić zapasowe koło - niestety nie mieli, jedyne co nam pozostało to
przełożyć koło z francuskiej felgi na polską (co też i uczyniliśmy).
Wyglądało to śmiesznie ponieważ polskie koło ma rozmiar 165R13 i rozstaw na
feldze 4 cale, a francuskie miało 135R13 i tylko 4 cale na feldze więc
wyglądało to jak opona niskoprofilowa, ale już można było jechać nawet z
rozsądną prędkością 100-110 km/h.
Tak dojechaliśmy na teren Czech - zawieźliśmy znajomych na ich kwaterę, a
sami pojechaliśmy na naszą, niestety - wydarzyło się najgorsze - zaczęła się
rozpadać 3 opona. Decyzja była natychmiastowa - jak najszybciej do granicy.
Na 5 km. przed przejściem granicznym w Cieszynie, opona zaczęła wydawać
ostatnie tchnienia - trzepało nami jak diabli, jednak na szczęście udało się
dojechać na teren Polski. O mało jak Papież nie ucałowałem ziemi polskiej,
taki byłem szczęśliwy.
Potem to już blahostki - wymiana pieniędzy w kantorze i szybka wizyta u
wulkanizatora. Tak się zakończyła moja wyprawa do Austrii, którą będę
wspominał chyba do końca życia. Nie wiem co się stało z oponami - może ktoś
je uszkodził (nie za często rozpadają się dwuletnie opony), może samochód
był przeciążony (chociaż nie podejrzewam), a może po prostu pech jak diabli?
Teraz jestem już spokojny - w poniedziałek rano pojechałem do hurtowni opon
i wymieniłem wszystkie opony w moim staruszku.
To byłoby na tyle - nie wiem co można sądzić o tej wyprawie - jednego się
nauczyłem - należy być przygotowanym na wszystko, nie ma sytuacji, która by
się nie mogła przydarzyć, a na pomoc nie zawsze można liczyć. Chciałbym
również podziękować wszystkim, którzy wyciągnęli pomocną dłoń - oby było
takich więcej!!!(ludzi a nie chwil ;)))
[ Benek ]
Reportaże: Log z Irca
Autor: Cobretti
[re4] Log z Irca
<Eidem> Cob: co tam u Ciebie slychac?:)
<Cobretti> Eidem: bylem wczoraj na basenie, plywalismy z kumplem do
upadlego, kto dluzej...
<Eidem> hehe, i kto wygral?
<Cobretti> Eidem: myslalem tylko o tym zeby nie pic wody i posowac sie do
przodu..
<Cobretti> ponad kilometr byl jak przestalem liczyc nawroty..
<Cobretti> ja wygralem:)))
<Eidem> Cob: i jak wyszlo?
<Eidem> hihi
<Cobretti> ale dzisiaj mnie lapy bola:))
<Eidem> Cob: gratulacje:)
<Cobretti> Eidem: dzieki, plywasz?
<Eidem> Cob: nie:(
<Cobretti> Eidem: szkoda, poscigalibysmy sie:)))
<Eidem> Cobretti: chyba zartujesz, nie dosc ze masz takiego nicka to
jeszcze masz takie pomysly:)))
<Cobretti> Eidem: frajda jest nieziemska, szczegolnie jak panieki Cie
ogladaja a Ty odwalasz kolejne salto w tyl... ze slupka do wody:)))
<Eidem> Cob: pogoda przynajmniej jakas taka jest:)
<Cobretti> Eidem: ta, wlasnie zaczelo padac lekko...
<Cobretti> co z Czarnobylem, bo wciaz nie ma aktualnych danych??
<Cobretti> Eidem: co mowili w CNN??
<Eidem> Cob: z Czarnobylem? Cos sie stalo dzis?
<Cobretti> Eidem: nie wiesz?? znowu awaria podobno byla, ale nie ma
oficjalnych danych, w dzinnikach tylko pisze ze cos sie stalo...
<Cobretti> Eidem: znowu nas podtruli, dupki...
<Eidem> Cob: ja tu siedze od rana, dzis cos podali?
<Cobretti> Eidem: wczoraj o 11.00 podali pierwsze info, ale nic nie sa do
konca pewni..
<Cobretti> o 11 wieczorem , jak pisalem maila do Ciebie...
<Eidem> Cob: e, przedtem i tak nam sie nie dostalo tak mocno, ale teraz to
przeginaja
<Cobretti> Eidem: teoretycznie slabo, ale tak w praktyce do dostalo sie
calemu swiatu...
<Eidem> aha, nie wiedzialem, cholera, nie ogladalem dzis newsow, bo mi sie
spac chcialo:)
<Cobretti> czas polowicznego rozpadu to jakies 3000 lat...
<Eidem> Cob: to fakt!
<Eidem> tia, a co powiesz o tych skazonych terenach?
<Cobretti> zreszta zalezy dla jakich materialow, cez troche krocej, ale
Rad i stront...
<Cobretti> Rad:)))))
<Eidem> Rad:)))))
<Cobretti> skazone tereny nie nadaja sie teoretycznie do zycia...
<Eidem> praktycznie!
<Cobretti> napisalem rowniez tekst na temat elektrowni jadrowych, jest na
stronie...
<Cobretti> praktycznie to na nich zyja ludzie:))
<Eidem> To pomysl sobie o 50mg tonach zrzuconych na Nowa Ziemie? I to w
atmosferze!
<Eidem> Cob: mailnij mi go, oki?
<Cobretti> coz, wszystko dostalo sie do atmosfery, bedzie teraz krazyc
przez tysiace lat zanim sie w miare zredukuje...
<Cobretti> Eidem: jest w html'u..
<Eidem> moment, lece na Twoja strone, tylko przez pomylke trafilem do
Kielc
<Cobretti> Eidem: tytul wioska mutantow..
<Eidem> ha, niezle!
<Cobretti> albo cos w tym stylu nie pamietam, cos z mutantami..
*** agniecha (███████████████████████) has joined channel #elita
<Cobretti> Eidem: opracowany na autentycznych danych..
<Cobretti> Agniecha:))) i jak?
* agniecha wita :)))
<Eidem> dobra, bede musial poczytac troche:)
<Eidem> Cob: wiesz, ze w Moskwie jest 50 reaktorow?
<Cobretti> Agniecha: jestes prawdziwy magnes, strasznie do siebie
przyciagasz:)))
<agniecha> Cob: rany............nie zdazylam oczywiscie zwiedzic
wszystkiego ale to co widzialam...no no :)))
<Cobretti> Eidem: chyga tych nie tajnych...
<agniecha> Eidem :))))))))))))))
<Cobretti> Eidem: tych super tajnych w podziemnych miastach jest chyba ze
trzy razy tyle...
<Eidem> Cob: nie, zwyklych cholernych reaktorow atomowych
<agniecha> hihi
<Eidem> W Moskwie
<Eidem> W stolicy swojej
<Cobretti> Eidem: swego czasu przygotowywalem referat na tematy
atomistyczne, bo mnie to interesowalo, ...
<Cobretti> aha, w Moskwie, przeoczylem, sorry:))
<Eidem> Cob: ale w roznych miejscach, a nie w kilkunastu milionowym
miescie
<Cobretti> Agniecha: czemu sie dziwisz??:)))
<Cobretti> Agniecha: slyszalas o Czarnobylu wczoraj??
<agniecha> Eidem :skad takie wiadomosci ?
<Cobretti> Agniecha: przeszlismy na atomistyke, ciekawa dziedzina, malo
poruszana ostatnio przez media...
<agniecha> Cob: wczoraj nie......ale 2 tyg temu cos bylo...
<Eidem> Aga: pisali kiedys o tym
<Cobretti> jeden z najbardzij czystych ekologicznie sposobow uzyskiwania
energii..
<agniecha> tak, i bardzo niebezpieczna...
<Cobretti> a rownoczesnie najbardziej smiertelnej...
<agniecha> co wczoraj bulo ????
<agniecha> bylo ?(sorry) :)
<Cobretti> najgorsze jest ze zabija powoli, latami, nie czuje sie tego...
*** beniamin (██████████████████████████████) has joined channel #elita
<Eidem> Cob: problem nie w tym, ze to jest niebezpieczne, ale jak
zabezpieczone
<Cobretti> Agniecha: znowu Czarnobyl nawalil, ale nie ma komunikato
oficjalnycgh...prsa tylko ma jakies przecieki..
<agniecha> o tym ze Czarnobyl nie byl wcale zwyklym wypadkiem to juz wiem
<agniecha> jezu, znowu.....
*** Misiek_ (█████████████████████████████) has joined channel #elita
<Cobretti> Eidem: wlasnie, ale nie mozna sie przed tym nalesycie
zabezpieczyc.. czynnik ludzki musial by byc wyeliminowany..
<Eidem> Cob: we Francji maja tak to zabezpieczone, ze zadna awaria nie
bedzie tam mogla zaistniec
<beniamin> Beniamin wita wszystkich popromiencow :-))))))
<agniecha> slyszeliscie co sie podobno wydarzylo w tym "86 ?
<Cobretti> Beniamin: Ty swiecisz:))))
<Eidem> Beniamin:)))))))
<Eidem> Aga: co?
<Misiek_> o czym wy mowicie????????/
<beniamin> Cobretti: Ja nie - a wy ???
<Cobretti> Misiek: atomistyka chwilowo:)))
<Cobretti> Beniamin: my tez na sczecie nie:)))
<Misiek_> ciekawe....
<agniecha> eksperymentowali z obnizaniem mocy reaktora
<Cobretti> Eidem: upadek samolotu, trzesienbie ziemi...
<Eidem> Cob: i jest przeciw nim ochrona, sys zabezp matowane 10 razy w tym
samym miejscu
<Cobretti> Agniecha: o widze ze cos wiesz jednak, co mowili??
<Eidem> Cob: aaa, to fakt, tu masz racje
<Cobretti> Eidem: przewoz materialow rozczepialnych...
<agniecha> na ten eksperyment nie zgodzilo sie podobno 5 innych elektrowni
<Cobretti> Eidem: wlasnie o to chodzi, o bezpieczensto czynne..
<Cobretti> Agniecha: hmm, za kilka dni moze bedzie wiadomo cos wiecej co
sie stalo..
<agniecha> Cob: ale ja tego wczoraj nie slyszalam tylko wczesniej
<beniamin> Ludzie baz paniki - wszystko bedzie w porzadku. Najwyzej lampki
nocne beda zbedne ;-}
<agniecha> Cob: za kilka dni...........zobaczymy.......pewnie i tak
wszystkiego nie podadza
<Eidem> Aga: slyszalem ze 3, ale to nie rzutuje, jesli ktos zalewa woda
goracy rdzen ( goly ) to nie mozna sie dziwic, ze potworki sie rodza
<beniamin> Zgodnie z ostatnimi doniesieniami podobno tylko pali sie las
dookola elektrowni
<Cobretti> Agniecha: moze jednak obnizali moc i znowu nie udalo sie im
utrzymac stabilnosci temperatury... jhak sie prety grafitowe rozgrzeja to
nie mozna ich ruszyc a potem rdzen osiaga temperature 12000 stopni i
przepala ziemie na wylot...c
<agniecha> Eidem: oki, nie upieram sie , ja to dawno slyszalam , moglam
sie pomylic
<agniecha> beniamin: nie - to juz podobno ugasili
<Cobretti> chinski syndrom... zreszta byla fajna ksiazka i film pod tym
samym tytulem:)))
* PRESTO zapada w gleboka rozpacz... PRESTO nie chce jeszcze umierac...
:-o
<Cobretti> Beniamin: he, zaraz zrobimy taka panike na kanale ze sie
wszystkim zyc odechce...
<agniecha> Cob: tak , i co ? czekam ?
<Eidem> Beniamin: pali? tylko? hmm, tam nie ma juz lasu od 10 lat, chyba,
ze cos uroslo i nie skosili
<agniecha> Cob: mailo byc : czekamy !
* Cobretti slyszal ze podobno nie tylko w czarnobylu nastapil wyboch
reaktora...:)))))))
<beniamin> Cobretti: nie strasz biednych dzieci bo nie beda mogly zasnac
<PRESTO> Eidem : nie uroslo, chyba, ze pietruszka wielkosci fabryki...
hihihi :-)
<Cobretti> Agniecha: na co czekasz...
* agniecha mowi ze jek sie klawisze placza...sorki
<Cobretti> PRESTO: ja slyszalem o pomidorach mutantach, podobno zalewaly
miasta swoim czerwonym sokiem...
<agniecha> Cob: na dalsze rewelacje mediow
<PRESTO> Cobretti : wow.... super... witamy w Ketchuplandii! ;-)
<Cobretti> Agniecha: niw wiem, bo poszedlem spac, zebys sie mi
przysnila:)))
<PRESTO> Cobretti : kleska urodzaju ketchupu... :)
* agniecha bylo bardzo przyjemnie i obiecuje wrocic na #elite
<Cobretti> PRESTO: albo te slimaki mutanty, zjadaly cale budynki bo im
wapna do budowy skorupek brakowalo...
* agniecha musi zaraz logout
<PRESTO> Cobretti : dobrze, ze nie ma jeszcze karaluchow wielkosci
czolgow... hihihi :-))
<agniecha> :(
<Cobretti> Agniecha: wrocic!!!!!! nie logout..
<Cobretti> Agniecha: kwiaty mutanty, dopadna Cie w nocy i owina swoimi
platkami....
<Cobretti> :))))
<agniecha> Cobretti: hehehehehehhe, lubie niespodzianki :)
<PRESTO> siem cos qrde chmurzy... :(((((( buuuu...
<PRESTO> burza ssssuuuuuxxx... bo me nie miec paraszuta... :(
<Eidem> Presto: ???
<PRESTO> do kitu z takim deszczem... ja chciec do domu :-o
* Cobretti nie nosi paraszruta, jedynie jak trzeba odprowadzic jakas
dziwczyne...
<PRESTO> Cobretti : hihi... cwaniak! :-))
<Cobretti> PRESTO: sa sposoby. male ale skuteczne:)))
<PRESTO> Cobretti : moje dziewczyna nie lubiec paraszutow... ona kochac
mnie a zaraz potem deszcz... :-)
* agniecha sie zalamala.....nie ma kaloszy...buuuuuuu
<Cobretti> PRESTO: no ale pod paraszrutem sie fanie chodziw deszcz, z
dziewczyna of, course:)))
<PRESTO> Cobretti : a nie lepiej zaszyc sie pod cieplutka pierzynke i
liczyc na grzmoty coby sie bialoglowa mocniej przytulila? ;-)))
* agniecha : Buziaczki to all : :*
<Cobretti> PRESTO: a gdzie myslisz prowadze przez deszcz bialoglowe???
<PRESTO> Cobretti : aha... a to przepraszam Wacpana! :-)
*** Signoff: agniecha (Connection reset by peer)
<Eidem> Presto:)))))
<Eidem> Cob: :)))))))
<Cobretti> PRESTO: nie problem, zwazywaszy ze jak sie ma duzy paraszrut,
mozna prowadzic do dwoch bialoglow na raz:)))
<PRESTO> Cobretti : tylko trza jeszcze aby owe bialoglowy byly
"kompatybilne" i nie bylo takowych desynchow miedzy nimi :)
<Eidem> Cob: kocham burze:)
<Cobretti> spotykaja sie dwie dzdzownice...
<Cobretti> jedna mowi - jest twoj stary?
<Cobretti> nie, poszedl z Chlopakami na ryby:))))
<Cobretti> :)))))))
<PRESTO> Cobretti :)))))))))))))))))))))))))
* Cobretti tez kocha burze:))))
<Eidem> Wow, blyska sie
<PRESTO> oo... burza is coming! :-))))) cool! :-)))
<Eidem> Presto: slyszales jak przywalilo?
<PRESTO> eidem : blyski rulez!!!!!
<PRESTO> eidem : pewnikiem!!!!
<PRESTO> eidem : az zem podskoczyl! :)))
<Cobretti> jak lampa blyskowa!!!
<Cobretti> ta, aale daje!!!!
<PRESTO> eidem : hahaha... tia.... no coz... :-)
<Cobretti> od groma tu tego (tych piorunow i grzmotow)
<Eidem> burza
<Cobretti> jak zaraz trafi w siec, to nie wincie mnie ze nie bedzie mnie
na ircu..
<Eidem> Cob: u Ciebie tez grzmi?
<PRESTO> ja pierdykam... burza is COOL :))
<Cobretti> jaaaaa, nawet nie wiedzialem ze buza jest taka Cool:)))
<Cobretti> jaaaaa, ale daje!!! wow:)))
[ Cobretti - █████████████████ ]
Ogłoszenia
Autor: Reporter
[og1] Strony WWW Nadawca: Cobretti [ █████████████████ ] Polecam wszystkim Bazę Wiedzy, Ascii-Arty, Quiz, stronę poświęconą Scenie PC w Polsce, ciekawe linki i inne działy na mojej stronie. Adres: http://www.cto.us.edu.pl/~majgier [og2] Poszukuję Nadawca: Cobretti [ █████████████████ ] Wciąż czekam na bilety z wakacji. Zawsze po wakacjach jest ich w nadmiarze, a dla mnie to okazja do wzbogacenia mojej kolekcji. Za każdy jestem bardzo wdzięczny. Więcej o moim hobby możesz poczytać na stronie WWW. Adres: http://www.cto.us.edu.pl/~majgier/bilety.html
Reporter 6/1996
Wstępniak: Od redakcji
Autor: Redakcja
[ws1] Od Redakcji
[ Redakcja ]
Następny, szósty numer właśnie trafił do Twoich rąk. I jeżeli tylko
będziesz chciał, będzie trafiał do Ciebie regularnie co miesiąc lub częściej
- wszystko zależy od czasu i ilości materiału.
Być może jesteś zdziwiony, że takie Coś wpadło Ci w ręce. Jeżeli nie
zapisywałeś się na prenumeratę, informuję Cię, że jeżeli chcesz go dalej
dostawać musisz wysłać na adres █████████████████ swoje Imię, Nazwisko i
adres e-mail, pod który ma trafiać Reporter. Spis wszystkich prenumeratorów
dostępny jest na niesamowitej stronie Reportera:
http://venus.wis.pk.edu.pl/cobretti/
Reporter co prawda wydawany jest w formie listownej na internecie, ale tak
na prawdę to okazało się, że nie dość, iż jest wszędzie, to jeszcze w każdej
innej postaci. Drukowany jest na papierze, wysyłany pocztą tradycyjną na
dyskach, trafia do szkół, do poważnych firm, do zwykłych ludzi jak i do
dyrektorów... cóż, tego się nie spodziewałem. Nasz nakład możesz zobaczyć w
stopce. Jest wciąż za mały - ale możesz przyczynić się do wzrostu
popularności Reportera, poprzez informowanie o nim innych i rozsyłaniem do
swoich znajomych.
Wszystko co robimy, robimy dla sławy i przyjemności. Nic z tego nie mamy,
oprócz satysfakcji i pochwał od czytelników. Niektórzy nazwali ten magazyn
profesjonalnym - ja tak nie uważam, jeszcze mu do perfekcji sporo brakuje,
ale jak sam widzisz pracujemy nad tym - dla Ciebie.
Dwie osoby ze 180 zrezygnowały, kilkanaście adresów było przedawnionych,
reszta nie dała znaku życia. Oficjalnych prenumeratorów jest ponad 120.
Reszta to znajomi, znajomi znajomych i ich znajomi. Czyli przeczyta nas
łącznie ponad 800 osób. Chcielibyśmy do końca roku mieć 1000 oficjalnych
prenumeratorów, mam nadzieje, że nam pomożesz.
Jeżeli masz jakiś pomysł, chcesz prowadzić jakiś dział, masz ochotę
napisać, chcesz wnieść rzeczową krytykę, wal śmiało. Czekamy na Ciebie.
Ponieważ chcemy promować ludzi, którzy nie mają gdzie zamieszać swoje
teksty, niesprawiedliwością byłoby pomijanie grafików i muzyków. Dlatego
planujemy zrobić wystawę grafiki na stronach WWW. Tylko prace rysowane
ręcznie, bez pomocy programów generujących grafikę 3D, renderujących i
wykonujących brudną robotę za autora. Przysyłać w formacie .gif .pcx .bmp
.jpg. Również grafika Ascii będzie mile widziana. Dla muzyków przewidujemy
uruchomienie FTP muzycznego. Formaty muzyki .xm .mod .s3m .mid. Oraz dla
programistów FTP programistycznego. Będzie można przysyłać tylko pełne
wersje programów własnego autorstwa, zarówno w wersji skompilowanej jak i
źródłowej w dowolnym języku i na dowolne platformy systemowe. Ale o tym
wszystkim dopiero za miesiąc, bowiem szukam teraz kogoś, kto byłby w stanie
wygospodarować trochę miejsca na swoim serverze dla FTP.
I w ten sposób będziemy multimedialni:))) Przy okazji zadowalając
wszystkich i dając okazję promocji każdemu, kto odwala kawał dobrej roboty.
Jak masz trochę wolnego miejsca na serverze daj mi znać, ok? Mam jeszcze
inne pomysły:))
Wstępniak: Jak pisać teksty
Autor: Cobretti
[ws2] Jak pisać teksty.
[ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]
Czekam na ludzi chcących pisać teksty do Reportera, ludzi z pomysłami i
inicjatywą. Każdy tekst, który wnosi coś ciekawego zostanie opublikowany.
Nie jest istotne czego on dotyczy, nie może jednak obrażać niczyich uczuć,
wiary i moralności oraz łamać zasady dobrego smaku. Każdy tekst musi być
podpisany bo anonimów nie publikujemy. Wyjątkiem są teksty, w których można
zastrzec swoje dane tylko do wiadomości Redaktora Naczelnego, należy to
jednak zaznaczyć. A teraz kilka reguł, które musi spełniać przysłany tekst.
Są one ważne, bo niespełnienie ich bardzo utrudnia mi pracę, szczególnie
jeśli chodzi o korektę, a czasu nie mam zbyt wiele:((
- artykuł powinien być przysłany w czystym pliku tekstowym ASCII, bez
żadnych znaków sterujących. Ogranicz używane znaki do przedziału
32-127(ASCII) + znaki polskie. Standard polskich znaków dowolny! W
ostateczności mogą być też teksty bez polskich znaków.
- znaki przestankowe dołączaj do poprzedniego wyrazu, jest to bardzo
ważne. Przecinek, kropka. wykrzyknik! znak zapytania? (nawiasy też) -
myślniki nie. Pamiętaj o tym, bo jest to zmora dla sprawdzających teksty.
- nie dziel wyrazów na sylaby - to jest najgorsze, bo żaden program tego
nie poprawi.
- zanim przyślesz tekst, sprawdź go dwa razy pod względem gramatyki i
ortografii - ułatwisz pracę i przyczynisz się do szybszej publikacji swojego
tekstu.
- wysyłaj teksty pocztą skonwertowane za pomocą programu UUDENCODE, lub
też dołączane do maila w formacie MIME (base64). Format MIME jest popularnym
standardem konwertowania tekstu do postaci 7-bitowej i jest wbudowany w
program PINE, popularny attachement.
W ostateczności możesz też przesyłać teksty bez spełnienia tych wymogów,
ale pamiętaj, że Tobie łatwiej jest przeprowadzić korektę dla kilku swoich
tekstów, niż mi dla kilkunastu lub kilkudziesięciu. To moja mała prośba. Z
góry dziękuję Ewentualnie możesz przysyłać też pliki w standardzie Worda lub
innych popularnych edytorów tekstowych.
Potrzebny jest także ktoś, kto zna się bardzo dobrze na ortografii i
chciałby objąć posadę korektora. Ponieważ takiej osoby jeszcze na składzie
nie posiadamy, więc ewentualne błędy proszę nam wybaczyć. Tekst jest
składany z polskimi literami, lecz na potrzeby wysyłania Reportera mailem
polskie znaki są konwertowane na zwykłe ascii. Wydania Reportera z polskimi
znakami w standardzie Latin-II można pobrać na stronie WWW Reportera.
Żeby zostać stałym współpracownikiem, należy dostarczyć przynajmniej jeden
tekst do każdego wydania Reportera lub kilka tekstów co jakiś czas.
Potrzebni są także korespondenci z różnych miast, którzy podjęliby się
pisania o imprezach, targach, wystawach, kataklizmach i wszelkich
wydarzeniach, o których nie wie większość z nas. Nawiąże też współpracę z
innymi wydawnictwami lub magazynami, jestem otwarty na wszelką współpracę.
Eeee, co ja będę smucił - sam wiesz co robić, wiesz o czym pisać. Nie
pytaj mnie o tematykę artykułu, to jest magazyn o wszystkim - o wszystkim
tym, o czym napiszesz.
Przydałaby się również osoba, która gotowego Reportera byłaby w stanie
przerobić na stronę HTML z polskimi literkami. Roboty w sumie nie wiele, ale
odciążyło by to mnie znacznie. Przy okazji byłaby to nowa posada -
WebCreator.:))
Dziękuję tym, którzy przyczynili się do powstania tego numeru. Ty również
możesz wyrazić swoją aprobatę lub niechęć pisząc do autorów tekstów. A
wiedz, że każdy usłyszałby z chęcią słowa uznania - w końcu jest to jedyny
sposób podziękowania za czas, jaki poświęcają właśnie Tobie.
Na szybko: XII maup
Autor: Kronos
[sz1] XII maup
[ Radoslaw Kotapka - KRonos ]
Widziałem ostatnio dobry film. 12 małp. Fajny nawet. Można zobaczyć. Na
pierwszy rzut oka sf, na drugi jednak coś, jakby "kino moralnego niepokoju".
Wymyśliłem sobie taką kategorię "kino współczesnego niepokoju". "12 monkeys"
dostało się na moja listę zaraz po "Seven" i mimo, iż znajdują się obok
siebie, niezupełnie są do siebie podobne. Raczej - pomijając kilka
powierzchownych podobieństw - niewiele mają ze sobą wspólnego. No dobra.
12 Małp oprócz elementów ekologicznych posiada też elementy psychologiczno
- oniryczne, no i przewrotne pytanie: kto tu właściwie jest chory? Pani
psychiatra przekonuje swojego pacjenta, że to co opowiada, jest jedynie
chorym wytworem jego chorego umysłu. Potem jednak pani psychiatra przekonuje
się, że rojenia tak naprawdę nie są rojeniami i stara się udowodnić swojemu
pacjentowi, że jego wizja nie jest wymysłem (w co on już nie chce uwierzyć).
I to jest naprawdę fajne. Godne polecenia są także elementy scenograficzno -
dekoracyjne, "konstrukcja" świata przyszłości. Ale nie o to właściwie
chodzi. Film ten obudził we mnie pytanie "Czy możemy właściwie dokonać
samozagłady?" Odpowiadam: "Nie." (A dlaczego tak jest, wyjaśnię przy innej
okazji.)
Na szybko: Zaprosili nas
Autor: Cobretti
[sz2] Zaprosili NAS.
[ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]
Artur Okurowski zaprosił mnie na stanowisko firmy REUTERS. Skoro zaprosił
mnie, to przy okazji i Reportera. Trafny, precyzyjny, błyskawiczny - As
Serwisowy. Tak brzmi hasło z okładki reklamowej. Wiesz już czym zajmuje się
ta firma? Właśnie serwisami finansowymi. Program Reuters Serwis Polski, w
skrócie RSP to trzy uzupełniające się serwisy - rynek pieniężny, kapitałowy
i towarowy. Taki magiczny pakiet dla wszystkich banków, domów maklerskich,
maklerów, ludzi biznesu, graczy giełdowych, i ludzi obracających akcjami,
obligacjami, i innymi papierami wartościowymi.
Wszystko odbywa się w czasie rzeczywistym! Dzięki Arturowi mogłem zobaczyć
jak zmienia się kurs złotego, niejakich tenge kazachstańskich lub zobaczyć w
jakiej cenie mogę nabyć akcje AT&T lub Forda w Stanach Zjednoczonych. Pełen
dostęp do pełnych danych.
Ale to nie wszystko - program zawiera także serwis informacyjny z
polskiego i światowego rynku kapitałowego, czyli informacje wykorzystywane
na co dzień przez profesjonalistów w biurach maklerskich, bankach i innych
instytucjach finansowych - wszystko po polsku. REUTERS dysponuje własną
siecią, własnymi dziennikarzami, własnym zapleczem technicznym i personelem.
Prezentacja pakietu prowadzona przez Artura dała mi inne spojrzenie na
szybkość i wygląd biura maklerskiego. Na dobrą sprawę, nie ruszając się z
mojego pokoju mogę być obecny na giełdach całego świata, wszystko w czasie
rzeczywistym. Mogę budować sobie zestawienia według własnego kryterium i na
przykład przenosić je do Excela w celu dalszej obróbki (DDE). Nie ma
problemu z przeprowadzaniem analiz technicznych, portfelowych lub
fundamentalnych.
Program ma niesamowite możliwości, lepsze niż konkurencyjne pakiety tego
typu o czym zostałem zapewniony przez Artura.
Dobra, dosyć tej darmowej reklamy, teraz mam nadzieje, że Reporter pojawi
się w zamian w sieci REUTERS'a. Artur, dobrze mówię? Dzięki za zaproszenie i
prezentację.
Na szybko: Benzyna
Autor: Cobretti
[sz3] Benzyna
[ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]
Tak, ta na której jeździmy codziennie do pracy, szkoły lub po to, żeby coś
przewieść. Można też wlać ją do baku i wybrać się gdzieś razem dziewczyną,
ku uciesze obojga. Ta sama, której walory wybuchowe są prawie tak dobre jak
paliwa lotniczego.
Właśnie ona sprzedawana jest z ponad 75 procentowym podatkiem (kilkoma
podatkami). Czyli tak na prawdę kosztuje o 75% mniej, niż musimy wywalić z
własnej kieszeni. Hm... daje do myślenia, co?
Warsztat: Odgadywanie
Autor: Akardo
[wa1] Odgadywanie.
[ Krzysztof Wróbel - Akardo - █████████████████ ]
W tym numerze "Reportera" napiszę o bardzo ciekawej rozrywce matematycznej
jaką jest odgadywanie pomyślanych liczb lub wyników różnorodnych działań.
Zagadki takie opierają się bardzo często na bardzo prostych właściwościach
liczb i działań matematycznych, tak, że myślę, że bez problemów będą
zrozumiałe dla większości czytelników. Ale, aby nie przedłużać niepotrzebnie
wstępu od razu przejdę do konkretów.
1. Odgadywanie wyniku działania.
A więc, drogi Czytelniku, pomyśl sobie jakąś liczbę.
Dodaj do tego tę samą liczbę.
Dodaj do tego 36.
Teraz podziel to wszystko przez 2 i odejmij liczbę pomyślaną na początku.
Wyszło 18, nieprawdaż?
To była chyba najprostsza zagadka jaką znam. W zasadzie można by ją było
przedłużyć o jeszcze kilka działań, aby namieszać w głowie osobie, której tę
zagadkę przedstawiamy, ale dla uproszczenia rachunków zostawiłem ją w
najprostszej wersji.
Prześledźmy teraz po kolei wszystkie operacje.
Wymyślamy liczbę X.
Teraz dodajemy do niej tę samą liczbę, czyli X+X.
Dodajemy do tej sumy 36 i mamy X+X+36.
Dzielimy to przez 2 : (X+X+36)/2 i
odejmujemy liczbę, którą pomyśleliśmy na początku, czyli X, mamy :
((X+X+36)/2)-X
Takie działanie oczywiście da się uprościć, więc zróbmy to.
X/2 + X/2 + 18 - X, X/2 + X/2 jest równe X,
więc mamy : X + 18 - X, a to się równa 18.
Czyli bez względu jaką liczbę byśmy pomyśleli zawsze wyjdzie nam 18.
No, ale chwileczkę, gdybyśmy chcieli aby wyszło np. 10, to co ?
Otóż jak nietrudno się domyśleć za wynik odpowiedzialna jest liczba, którą
dodajemy (w naszym przypadku 36). Jak widać z działania jest ona dzielona
przez 2 i wychodzi nam 18. Czyli gdybyśmy zamiast 36 dodali np. 10 wyszło by
5. Niech czytelnik sam sprawdzi czy rzeczywiście.
2. Odgadywanie cyfry wymazanej.
Pomyśl sobie dowolną liczbę.
Pomnóż ją przez 10.
Odejmij liczbę pomyślaną na początku.
Dodaj 36.
Teraz z otrzymanej liczby jedną cyfrę wymaż, ale nie wymazuj zera.
Resztę mi powiedz, a ja powiem Ci natychmiast jaką cyfrę wymazałeś.
Np.
Wymyślamy liczbę : 7463,
mnożymy ją przez 10 i mamy : 74630,
odejmujemy 7463, czyli 74630 - 7463 = 67167,
dodajemy do tej liczby 36, 67167 + 36 = 67203,
i wymażmy teraz z tej liczby jedną cyfrę (oprócz 0),
np. 6*203.
Podajemy odgadującemu teraz cyfry 6,2,0,3.
Zagadka polega na tym aby obliczyć sumę podanych cyfr (w naszym przypadku
6+2+0+3 = 11) i szybko wymyślić liczbę większą od tej sumy podzielną przez 9
(jest to 18). Szukaną cyfrą jest 18-11 = 7.
Oczywiście zamiast dodawać liczbę 36 (jak to miało miejsce w naszym
przypadku), możemy kazać dodać dowolnie inną liczbę podzielną przez 9, np.
45 czy 54.
3. Odgadywanie liczby pomyślanej.
Obierz dowolną liczbę.
Pomnóż ją przez 3.
Do iloczynu dodaj 1.
Sumę znowu pomnóż przez 3.
Teraz do iloczynu dodaj liczbę pomyślaną na początku.
Powiedz mi wynik, a ja powiem Ci jaką liczbę pomyślałeś.
Np.
Wymyślamy liczbę : 16,
mnożymy ją przez 3 : 16*3 = 48,
dodajemy do iloczynu 1 : 48 + 1 = 49,
znowu mnożymy przez 3 : 49 * 3 = 147,
i dodajemy liczbę pomyślaną na początku czyli 16:
147 + 16 = 163.
Odgadnięcie polega na odrzuceniu końcowej liczby 3 z wyniku, w naszym
przypadku ze 163, odrzucamy 3 i mamy 16 (liczbę pomyślaną na początku).
Takich zagadek istnieje jeszcze bardzo dużo. Tutaj pokazałem tylko typowe
z nich, czyli np. odgadywanie pomyślanej liczby. Można również ułożyć
algorytmy na odgadywanie kilku pomyślanych liczb czy np. na odgadywanie
parzystości lub nieparzystości pomyślanej liczby. Jednak tego typu zadanka
pozostawiam do ułożenia czytelnikom.
Na zakończenie proponuję ułożenie programów komputerowych, w językach
takich jak C czy Pascal, opartych o wyżej wymienione algorytmy.
Warsztat: Kurs askowania
Autor: Szaman
[wa2] Krótki kurs askowania w wykonaniu Szamana - Lekcja pierwsza!
[ Filip Szymborski - █████████████ ]
Heh, oto krótki poradnik dla tych którzy chcieli by, tylko nie wiedza jak
i wstydzą się zapytać, oraz dla wszystkich pozostałych Na wstępie uwaga: nie
uważam się za żadnego guru askowego i na pewno wielu z czytelników będzie
umiało wytłumaczyć to równie dobrze albo i lepiej niż ja. To tyle, tak żeby
oszczędzić komentarzy ze się wymądrzam etc. :-)
W lekcji pierwszej zapodam krótka gadkę o tym co przydaje się do
askowania, jak to robić (askować) i przedstawię prosty rysuneczek step by
step.
Co potrzebujemy żeby trzaskać rysuneczki w askach?
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Wbrew pozorom nie trzeba mieć żadnych specjalizowanych edytorów Ja używam
z reguły dosowego Edita (polecam zwłaszcza wersję spod 95ki). Edytory
unixowe - joe, jove etc. tez się świetnie nadają Ważne jest żeby edytor
miał: prace w trybie insert, wycinanie i wklejanie fragmentów tekstu,
przydatna jest tez opcja 'zamień'.
Gdy już odpalimy sobie edytorek, niezbędne są jeszcze dwa składniki,
mianowicie pomysł i wyobraźnia Bez nich ciężko w o gole zacząć, nie mówiąc
już o skończeniu :-)
Pierwszy rysuneczek, jadziem!!
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Narysujmy sobie linie prosta, przy użyciu myślników '-':
---------------
tya... ci którzy widzą zamiast linii prostej rząd myślników, niech
przymrużą oczy, może tak będzie łatwiej
A teraz spróbujmy wygiąć trochę nasza linie łagodnym lukiem w dół.
-----,._.,-----
użyłem tutaj przecinka ',' kropki '.' i podkreślenia.
A teraz nieco trudniejszy manewr, zaokrąglijmy brzegi: Nasz rysunek
urośnie do dwóch linii.
+^~-,._.,-~^+ 1 linia
`- -' 2 linia
po kolei. w pierwszym rzucie wygięcie do góry:
plus '+' dash '^' i tylda '~', a za nią już nasz stary myślnik. Z drugiej
strony podobnie, tylko w odbiciu lustrzanym.
A teraz linia druga:
apostrof lewy '`' (nad tabulatorem na klawiaturze AT) i myślnik '-'. I to
koniec zabawy, mamy z lekka falującą linie... :-)
Rysuneczek drugi - koniec żartów!
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Teraz, posiadając już wstępną wiedze sakową, możemy się wziąć za
poważniejszą robotę. Jako temat wybrałem lokomotywę, heh ciuchcie :-).
[_1_] Zacznijmy od brzunia naszego pojazdu. Mamy tu dwie linie, jedna
zrobiona z podkreśleń '_', a druga ze znaków równości '=' :-).
Obie linie połączone są pionowym lukiem o wysokości trzech linii
________________
.'
(
`,
================
Luk ten zrobiony jest następująco:
linia 1 --> .' kropka '.' i prawy apostrof (z prawej nad spacja) `'`
linia 2 --> ( nawias lewy '('
linia 3 --> `, lewy apostrof '`' i przecinek ','
[_2_] Dobra, teraz możemy dorobić hmm... nie wiem jak to się nazywa
fachowo, (Cob, podpowiedz plzz!!) plug (?):-)
Tu wystąpi nowa linia: pochyla. Najprostsza linie pochyla (45 stopni)
robimy w taki sposób: /' czyli slash '/' i apostrof prawy. Powielamy to w
kolejnych liniach, przesuwając o dwa:
/'
/'
/'
ot, i cala trudność :-). W naszej lokomotywie będziemy mieć linie
pochylone pod mniejszymi katami, ale zasada pozostaje podobna:
________________
.' |
( |
`, |
_,/';================'
,-'/'/'\
~~~~~~~'
Spod wykończony jest linia tyld.
[_3_] Teraz małe bajerki: kółka i cień (rura) w poprzek brzunia
lokomotywy.
________________
.' |
( |
`, - --------====|
_,/';================'
,-'/'/'\`: o :'`: o :'
~~~~~~~' ~-~ ~-~
[_4_] Krok kolejny, dodajemy komin i kabinę maszynisty. Slashe '\' u dołu
kabiny dodadzą całości dynamiki.
_..._
\. ./ ~~~~~~~~~~~~
___| |_,_:~:____| |
.' `~' `~' | |
( | |
`, - --------====| |
_,/';================' |
,-'/'/'\`: o :'`: o :' \==========\
~~~~~~~' ~-~ ~-~
[_5_] Dodajemy kółka pod kabina maszynisty (symbolicznie, aczkolwiek
wiadomo o co chodzi) okienko kabiny i wykończenie dachu...
_..._ _________
\. ./ ~:~~~~~~~~~/
___| |_,_:~:____| :~~~~: |
.' `~' `~' | | | |
( | +-----\|
`, - --------====| |
_,/';================' |
,-'/'/'\`: o :'`: o :' \===-===-==\
~~~~~~~' ~-~ ~-~ ~-~ ~-~
[_6_] Teraz dorysowujemy wagon na węgiel (węglarka to się chyba nazywa),
kółka analogicznie jak w kabinie maszynisty.
_..._ _________
\. ./ ~:~~~~~~~~~/
___| |_,_:~:____| :~~~~: |
.' `~' `~' | | | | _____________
( | +-----\| /~~~~ ~~~~:
`, - --------====| |_,_+' |
_,/';================' |_|_| |
,-'/'/'\`: o :'`: o :' \===-===-==\' `~===-===-===-===-===\
~~~~~~~' ~-~ ~-~ ~-~ ~-~ ~-~ ~-~ ~-~ ~-~
[_7_] Tor po którym jedzie nasz parowóz i drobna dekoracja węglarki
_..._ _________
\. ./ ~:~~~~~~~~~/
___| |_,_:~:____| :~~~~: |
.' `~' `~' | | | | _____________
( | +-----\| /~~~~.........~~~~:
`, - --------====| |_,_+' . Szaman&Szaman :|
_,/';================' |_|_| :................:|
,-'/'/'\`: o :'`: o :' \===-===-==\' `~===-===-===-===-===\
------~~~~~~~'--~-~----~-~----- ~-~ ~-~ ------ ~-~ ~-~ ~-~ ~-~ -------
[_8_] No i kuniec. Dobrnęliśmy do finału, dodajemy szczególiki, dym z
komina i krechy sugerujące pęd pociągu
.
;' . . .
:. .`:..+ . : ' . . .
`.::+`:::..,' . .
_.:'_ ` ' _________
\. ./ ~:~~~~~~~~~/ ___ _ _
___| |_,_:~:____| :~~~~: :
.' `~' `~' | | | : -- - _____________
( | +-----\| /~~~~.........~~~~: -
`, - --------====| |_,_+' . Szaman&Szaman :| --
_,/';================' |_|_| :................:| __ _
,-'/'/'\`: o :'`: o :' \===-===-==\' `~===-===-===-===-===\
---~~~~~~~'--~-~----~-~----- ~-~ ~-~ ------ ~-~ ~-~ ~-~ ~-~ --------
I to koniec lekcji. Mam nadzieje ze wyjaśniłem to w miarę przystępnie. Ta
technika, której użyłem powyżej nazywana jest line-art'em. Jest najczęściej
stosowana, zwłaszcza przy rysowaniu signoow i ascii-grafiki użytkowej:
screenoow bbs'oow, ilustracji do txt'oow etc. :-)
dobra, koniec gaduł...
Heh... czymcie się, i do następnego odcinka :-)
Reportaże: Dokąd na wakacje w 1997
Autor: Denebola
[re1] Dokąd na wakacje w 1997?
[ Radosław Scibior - Denebola - ██████████████████████████ ]
Czy nie porywał Was kiedyś, w dzieciństwie, klimat bajek Hansa Christiana
Andersena? Czyż nie fantastyczne opisy przyrody północy na kartach swoich
książek pozostawili Knut Hamsun, Roald Amundsen i inni? Czy nie oglądacie z
przyjemnością wyścigów psich zaprzęgów, walki człowieka ze śnieżnym
żywiołem, cudownych reniferów, majestatycznych wielorybów? A przecież
wszystko to jest na wyciągniecie ręki...
Obudziłem się któregoś ranka z mocnym postanowieniem zobaczenia czegoś
ciekawego, a przy tym oryginalnego na tym świecie Obudziła mnie wizja
gejzerów - miliardów kropelek pary rozpylanych przez głebie Ziemi w bliskim
otoczeniu lodowca. Obudził mnie obraz niczym niezmąconej przyrody. Gdzie jej
szukać? Uwierzcie mi. Są jeszcze takie miejsca w Europie!
Czy zastanawialiście się kiedyś, ze około 30-50% ceny wycieczek
zagranicznych wpada w kieszeń pośrednikom? Czy nie warto zawierzyć sobie?
Czy zwróciliście uwagę, w jaki sposób nowobogaccy w naszym kraju organizują
sobie wakacje za granicą? Przytoczę tutaj przykład, który oddaje z pełną
wyrazistością snobizm większości (!) ludzi wyjeżdżających z kraju.
Przykładowo, szlagierem lat 1995-96 były zdecydowanie Wyspy Kanaryjskie.
Skąd taki wybór? Otóż młody biznesmen bierze do rąk folder któregokolwiek
biura turystycznego i szuka... Egipt... hmmm? 35 mln, Tunezja... 38 mln,
Wyspy Kanaryjskie... 50 mln. I myśli... to dla mnie. Po czym pakuje się i
jedzie. I większość z tych ludzi nic nie wynosi z tych wyjazdów. Dla mnie,
nie ubliżając takim ludziom tego typu wyjazdy "pro publicum" to snobizm w
najczystszej postaci. Ich krótkie zazwyczaj opowieści po powrocie, kończą
się najczęściej wymienieniem liczby drinków wypitych w hotelowej restauracji
z widokiem na Ocean Atlantycki.
Mało kto potrafi natomiast opowiadać ciekawie o wulkanicznym pochodzeniu
tych wysp, zabytkach architektury, drzewiastych odmianach juk tam właśnie
rosnących. O tym, że na szczytach poniewiera się szkliwo wulkaniczne
(pumeks) - przeciekawa odmiana krzemionki zawierająca ok. 50% porów :)) A
już nieliczni wiedzą, że wyspy te są potentatem w produkcji pomidorów w
porównaniu z tak małym obsadzanym areałem. Nie przejmujcie się! Za rok jakiś
idiota zobaczy, ze Meksyk kosztuje 55 mln i kierunek snobistycznych eskapad
się zmieni.
Chciałbym Wam przedstawić miejsce w Europie, które idealnie nadaje się na
aktywny wypoczynek. Pragnę jednak zaznaczyć, że jest to tylko propozycja.
Stolice europejskie - aczkolwiek w większości bardzo urokliwe, także
przecież maja swój niewątpliwie niepowtarzalny klimat. Z autopsji jednak
stwierdzam, ze bywają podobne... Podobne kulturowo itp.
Co chciałbym zaproponować? Wybierzcie się na Wyspy Owcze. Cóż to takiego i
gdzie to jest? Wyspy Owcze (Faroe Islands lub Foroyar - jak kto woli) to
archipelag 18 wysepek 430 km od Islandii. Formalnie jest to terytorium
należące do Danii, jednakże o bardzo dużej autonomii. Przejawia się ona we
własnej jednostce monetarnej, własnym rządzie, własnej fladze i chociażby w
takich drobiazgach jak własne znaczki pocztowe lub własna reprezentacja
pilkarska.
Te 18 wysepek zamieszkuje na chwilę obecną około 43.000 mieszkańców. I
tylko te zamieszkałe, urosły do godności by nazwać je wyspami (islands). Tak
mówią o nich sami wyspiarze. Mówią tak w języku angielskim (tu bardzo miła
niespodzianka - wszyscy znają ten język w zakresie wiekowym od 7 do n lat).
Językiem urzędowym jest tu język foroyarski (Faroese) - przedziwna chimera
języków nordyckich, a głownie zachodnio-norweskiego i islandzkiego. Reszta
niezamieszkałych wysepek jest równie piękna, a autochtoni mówią o każdej z
nich "inlet" - co dokładnie oddaje niezamieszkałe, wystające z Atlantyku
skały sięgające 300 m wysokości.
Jak się tam dostać? Bardzo prosto! Potrzeba tylko trochę inwencji
twórczej, samozaparcia i niekoniecznie wielkich pieniędzy. Wygodnickich
muszę tu rozczarować, gdyż żadne biuro w naszym kraju nie organizuje tam
wyjazdów. Podobnie jak nikt nie proponuje nam w biurach turystycznych lotów
nad Biegunem Północnym:( Pewnie chętnie zabrałby nas tam Richard Evelyn
Byrd, ale na pewno nikt z Polski. Niewiedza na temat oryginalnych wyjazdów
jest w naszej stolicy tak wielka, ze zdecydowanie odradzam zasięgania języka
w biurach turystycznych na Marszałkowskiej, gdzie większość nobliwych pań
siedzących przy klawiaturze komputera nawet nie orientuje się gdzie są Wyspy
Owcze. Wróćmy jednak do głównego wątku. Dojazd (odlot) tam jest możliwy w
kilku wariantach.
* Ludzi ceniących wielki komfort psychiczny i fizyczny (i tu powiem -
zdecydowanie najbogatszych) zabierze na wyspy samolot LOT-u z Warszawy za
cenę 750$. Przesiadka odbędzie się na lotnisku Kastrup -> 8 km od Kopenhagi.
Dalszym przewoźnikiem stanie się wówczas: SAS/Maersk Air (Boening 737),
Atlantic Airways lub Island Air (jakieś małe awionetki). Przelot do
Kopenhagi to +- godzina, a na wyspy to dwie godziny i piętnaście minut.
Za drogo? Ok!
* Proponuje zatem dojazd do Świnoujścia koleją (tu w okresie wakacji
sugeruje wykupić bilet I-ej klasy). Stąd promem do Kopenhagi (9h 40min -
koniecznie bierzcie kajutę!). Bilet ok. 2 mln zł w obie strony (prom
"Wilanów" - najbardziej stabilna, a zarazem najmniejsza jednostka promowa
PZB). Zabukować miejsce można np. w "Orbisie" na Brackiej (b. miła obsługa).
Dalej autobusem linii 9 na lotnisko (90.000 zł). Samolot na wyspy z
Kopenhagi to już tylko 450 $ (w obie strony). Bilety koniecznie kupcie w
"Marco Polo" na Pięknej w Wa-wie. Będziecie tam obsłużeni bardzo fachowo i
nadzwyczaj miło. Dwie godziny później wysiadacie na lotnisku Sorvagur na
wyspie Vagar, cofacie czas o godzinę i zaczynacie niezapomnianą przygodę
Dalej za drogo? Ok!
* Oto najtańszy dojazd. Odradzam brać ze sobą :) w tym przypadku
kobietę... No chyba, że przywykła ona do spartańskich warunków
Z Warszawy (lub innego miasta Polski) do Frankfurtu -> autobus któregoś z
biur turystycznych lub prywatnego przewoźnika (może auto-stop?) 2-3 mln.
Stamtąd pociągiem do Esbjerg w Danii (grosze). Z miasta raz lub dwa razy w
tygodniu do stolicy wysp Torshavn pływa prom (przewoźnik "Smyril Line" - ok.
5 mln w obie strony, czas 2,5 dnia).
Taniej się nie da... No chyba, że jesteś doskonałym pływakiem. Wtedy można
spróbować wpław:), ale ostrzegam, że temperatura Morze Północnego i
Atlantyku może opadać do ok 4-5 C.
Co dalej? Po wyspach można chodzić pieszo, biegać, wspinać się, jeździć
autobusami, okazja (zatrzymuje się każdy miejscowy (!) głownie Volvo lub
Samb), wypożyczyć samochód na lotnisku (Mazda 626) lub chociażby wynająć
śmigłowiec. Między wyspami kursują promy i małe lodzie motorowe. Ceny
noclegów wahają się od 300.000 zł w schroniskach do 3-4 mln zł w hotelach
(wliczone cholernie [sorki :)] obfite śniadanie).
Co interesującego oferują wyspy?
- brak zgiełku (niczym nie zmącony spokój, zakłócany jedynie szumem
atlantyckich fal i krzykiem b.duzych (skua) mew.
- rewelacyjny klimat, wybitnie morski (b. chimeryczny - opady głownie na
wiosnę [marzec]).
- temperaturę w lecie ok. 8-10 C (najwyższa notowana na wyspach 20 C), w
zimie 3-4 C (średnia) -> to za sprawą ciepłego prądu zatokowego z Zat.
Meksykańskiej (Golfsztrom).
- piękne krajobrazy (wyspy pochodzenia wulkanicznego), liczne cudowne
fiordy, urwiska (klify) dochodzące do 300 m wysokości, czystą (b. miękką)
wodę, wysoką kulturę ludzi, nietypowe posiłki i produkty żywnościowe,
wodospady do 200 m wysokości, gejzery, podwodne skały, góry (do 822 m z
terasami).
- fantastyczną florę i faunę: porosty, krzewinki, rośliny zielne.
Atlantyckie gatunki roślin niższych. krewetki, olbrzymie, nietypowe muszle
małży i ślimaków, wieloryby i niesamowite bogactwo arktycznych ptaków (m.in.
gęsi arktyczne, masko nury (symbol wysp), fulary i najdalej na południe
wysunięta kolonie głuptaków (gratka dla ornitologów). Oraz cala masę dziwnie
maszczonych owiec.
- w sierpniu - dzien. polarny (od 4:30 do 2:00 --> 21h 30min.
Wyspy oferują unikalna atmosferę... Mgły na szczytach, uczestnictwo w
połowach wielorybów, wędkowanie, niebywałą ciekawą, północną architekturę,
wspinaczkę górską o sporym stopniu trudności i calą masę innych atrakcji
zarówno kulturowych jak i turystycznych -> wycieczki piesze, przeloty
helikopterami, odwiedzanie grot (z lądu i wody), wędkowanie itp, itp. Dla
ludzi bojaźliwych dobra wiadomość: gdy zagubicie się we mgle (za 5 min. może
jej nie być, by za 20 min. być z powrotem) --> zawsze jesteście nie dalej
niż. 5 km od Atlantyku. Problem tkwi tylko w wyborze odpowiedniego
kierunku.
Stolica - Torshavn (15.000 mieszkańców) pomoże rozwinąć się także
intelektualnie. Są tu liczne muzea, kino, uniwersytet z internatem (tak!
tak!). Na duchowy rozwój mogą zaś wpłynąć kawiarenki z mocnymi i słabszymi
trunkami oraz oryginalnymi potrawami kuchni foroyarskiej (głównie ryby i
owoce morza). Polecam spróbować tu wielorybiego mięsa (zakaz polowań ->
aczkolwiek jest to możliwe) :))
Zostawię trochę niedopowiedzianych sekretów... :) Gwarantuje natomiast
niesamowitą przygodę - jeżeli chociaż przez chwile potraficie w sposób
racjonalny organizować czas. Ale jeżeli zamierzacie na Wyspy jechać po to by
siedzieć w pokoju hotelowym i grac w karty - to szkoda zachodu. Na to
wystarczy namiot i deszczowy dzień na Mazurach. Jeśli tylko do końca Cię nie
przeraziłem, to pakuj plecak i jedź! To naprawdę może być WYCIECZKA ŻYCIA!
Przetarłem Ci szlak. Byliśmy tam bowiem pierwszymi turystami z Polski od
czasu, gdy to w latach 1985-89, niektórzy z naszych rodaków przyjeżdżali tu
pracować przy wypasie owiec i przetwórstwie ryb. Ale to nie byli turyści:(((
Jeżeli porywa Cię nieznane i potrafisz sobie odmówić przez pewne okresy
roku np. piwa :). Jesteś w stanie zastąpić od czasu do czasu szynkę plackami
ziemniaczanymi - to spędź z nami wakacje 97' (w planach Cayenne i okolice
ujścia Amazonki - a ogólniej mówiąc Gujana Francuska i płn-wsch Brazylia)
Najbliższe plany co do wakacji to:
98' - Rapa Nui (Wyspa Wielkanocna) --> samolot do Santiago (Chile), dalej
awionetka.
99' - Pakistan lub Tanzania (+ dach Afryki --> Kibo w masywie
Kilimandzaro)
2000' - Kto ma znajomości na polskich statkach badawczych pływających na
Antarktydę lub chociaż na Georgie Płd.?
I nie myśl, ze to niemożliwe! Wierze w Ciebie! Zrezygnuj z Paryża lub
Rzymu - dołóż 10-15 mln i wspólnie wymyślmy coś ciekawego! Jestem otwarty na
wszelkie pomysły i propozycje
Reportaże: Niemożliwe a jednak
Autor: Karinka
[re2] Niemożliwe, a jednak...
[ Karina Pałencka - Karinka - █████████████████ ]
Artykuł w poprzednim numerze "Reportera" o tablicach rejestracyjnych
skłonił mnie do refleksji. Pomysł z osobistymi tablicami rejestracyjnymi
bardzo przypadł mi do gustu, tylko kiedy (i czy w ogóle) będę mogła stać się
właścicielką takiej tabliczki? Tablice rejestracyjne tablicami, wszak my
powinniśmy posiadać prawo jazdy, aby samochód z owymi w/w tablicami
prowadzić. Zdobycie tegoż dokumentu wg opinii publicznej graniczy niemal z
cudem. Owy papierek jest marzeniem wielu osób, papierek-legenda,
papierek-mit etc. Jednakże cuda się zdarzają i nie ma co się zniechęcać.
Przyszłych kierowców szczerze namawiam - NIE TAKI LUCYFER STRASZNY JAK GO
MALUJA:))).
Chęcią uzyskania prawka jazdy zapałałam pod koniec kwietnia bieżącego
roku. Po lekturze prasy i obdzwonieniu różniastych ośrodków wiedziałam już,
ze:
1) przeciętnie kurs trwa 6 tygodni,
2) kurs obejmuje wykłady teoretyczne oraz 20h zajęć praktycznych,
3) przyjemność nauki kosztuje zależnie od marki samochodu i wynosi średnio
na poloneza 380 zł i na fiata uno 400 zł
Informuje, iż obecnie egzamin państwowy można zdać tylko i wyłącznie na
w/w pojazdach. Nie dajcie się zbajerować na tańszy kurs np. na maluchu czy
na tzw. cienko-cienko (a są jeszcze ośrodki, które uczą na tych autkach).
Punkty szkoleniowe maja różnorodne oferty i każdy może wybrać sobie taki
ośrodek, w którym wszystko mu będzie odpowiadało. Osobiście zdecydowałam się
na punkt blisko mojego miejsca zamieszkania, który prowadzi m.in. kursy
piątkowo-sobotnie (mnie jako jednostce pracującej, piątkowe popołudnie i
sobotni poranek odpowiadały czasowo). Zgłosiłam się, wypełniłam kwitek, w
którym zdeklarowałam się, iż pragnę uzyskać prawo jazdy kategorii "B",
wpłaciłam pieniążki i przyszłam na pierwsze zajęcia prowadzone przez
Kierownika owej placówki. Nie zaprzeczam, iż facet zna się na prowadzeniu
ośrodka, nie zaprzeczam również, ze jest doskonałym kierowca, ale wykładanie
czegokolwiek kursantom nie jest jego mocna strona.
Pierwsze dwa tygodnie kursu to zajęcia tylko i wyłącznie teoretyczne. Jak
już wspomniałam, owe początkujące spotkanie prowadził sam Kierownik, który
(mniej więcej z częstotliwością) co 7 minut powtarzał: "Kiedyś, proszę
państwa to ja byłem kierowcą rajdowym". Nikt z kursantów powyższego nie
kwestionował, jednak facet jakby się zaciął i uparcie powtarzał: "Kiedyś
proszę państwa...". Zostaliśmy pouczeni, iż powinniśmy nabyć dwie książeczki
za 19 zł. Jedną z nich polecam: "Prawo jazdy. Pytania testowe AB" (wydanie z
uwzględnieniem poprawek z 1995 roku, taka pomarańczowa okładka). Druga
pozycja: "Prawo jazdy. Podręcznik kierowcy B" (zielona okładka) możemy sobie
darować, gdyż wiadomości z owej książki znajdziemy w książeczce z
pomarańczową okładeczką.
W mojej grupie - zbieg okoliczności - spotkałam kolegę, a więc towarzystwo
na nudnawe zajęcia teoretyczne miałam zapewnione. Należę do osób, które z
techniką nie są za pan brat. Proste - ja i trochę techniki i już się gubię.
O samochodzie mam raczej mgliste pojecie; wychodzę z założenia, że
warsztaty, mechanicy itd. chcą żyć, i czasami trzeba im umożliwić zarobek.
Przyznaję, iż przed pójściem na kurs nie miałam do czynienia z prowadzeniem
pojazdów, z pewnymi wyjątkami, np. nauka jazdy traktorem na wsi i wjechanie
w marchewki, ale nie o tym chce pisać:))). Wracając do tematu... Kierownik
zaczął zdradzać nam arkana sztuki kierowania samochodem (truł
niemiłosiernie). W pewnym momencie usłyszałam, iż zanim kierowca zasiądzie
za kierownicą, powinien (tutaj nastąpiła wyliczanka) oraz sprawdzić naciąg
paska klinowego. Ja, jako laik w tym temacie z głupia frant spytałam, jak
niby mam to wykonać. Nie zgadniecie co Kierownik mi odpowiedział! Odpowiedź
padła następującej treści:
"Pani jest kobietą i nie musi pani tego wiedzieć".
Zaskoczenie nie pozwoliło mi na reakcje. Jednakże facet się doigrał:))).
Moja grupa liczyła 21 osób, z czego 7 stworzeń to tak zwana płeć piękna (no,
może niektóre piękne inaczej, ale to szczegół). Oj, ja nie zareagowałam, ale
Marta (a niektórzy, twierdza, ze mnie czasami trudno jest przegadać:)) nie
znacie jeszcze Marty i dlatego macie takie błędne wyobrażenie) dalej do
wiwatu Kierownikowi:))). Prowadzący zaczął się jąkać, przepraszać i tak
dalej i tak się zakończyły pierwsze zajęcia Pozostałą część teoretyczną
wykładał sympatyczny starszy człowiek, który nawet niezbyt logiczny przepis
potrafił przekazać w sposób, który nieomal sam "wchodził" do głowy.
Po dwóch tygodniach zajęć teoretycznych zostaliśmy przydzieleni do
instruktorów. Jednakże, abyśmy mogli usiąść za kierownicą musieliśmy
wylegitymować się odpowiednim zaświadczeniem lekarskim. Uzyskanie takowego
świstka (jakby mogło się wydawać) nie jest rzeczą prostą. Szturm po owe
zaświadczonko rozpoczęłam od lekarza zakładowego (tutaj ostrzegam studentów
Szkoły Głównej Handlowej, iż w przychodni na ul. Wiśniowej takowego papierka
nie uzyskacie), ale okazało się, iż żaden w tejże przychodni nie posiada
uprawnień do wystawienia takowego zaświadczenia; tradycyjnie odesłana
zostałam do rejonu.
W mojej rejonowej przychodni okazało się, iż skierowania na badania
(okulista, laryngolog itd.) oraz zaświadczenie mogę uzyskać tylko i
wyłącznie od Kierownika Przychodni (heh... znów kierownik). Bardzo się
zdziwiłam; nie zdawałam sobie sprawy, że np. wystawienie skierowania na
morfologie musi być podpisane i podpieczętowane, aż przez Kierownika
Przychodni? Czy jakby takie skierowanie podpisał mój lekarz rejonowy, to
inaczej by mi tą krew pobrano? Mniej zdziwił mnie fakt samego podpisu
Kierownika na zaświadczeniu, no ale na skierowaniach??? Ponadto pani w
rejestracji udzieliła mi dodatkowych informacji, ze owy gość, który był mi
wówczas niezbędny przyjmuje w godz... (beznadziejne, ale to szczegół), do
specjalistów są zapisy w kolejce, a także na sam koniec pani stwierdziła, iż
Kierownik jest 3 tygodnie na urlopie, i nikt go nie zastępuje. Heh... a ja
miałam 2 tygodnie na dostarczenie owego zaświadczenia. Polityka jest prosta,
mam zaświadczenie - mogę zacząć "wyjeżdżać" 20 h, nie mam zaświadczenia -
instruktor czeka, aż je dostarczę; a więc przeciąga się to w czasie.
Ośrodek szkoleniowy najwyraźniej nauczony doświadczeniem zorganizował we
własnym zakresie wizytę lekarza, który posiadał uprawnienia, aby wystawić
nam stosowne papierki.
Lekarz (zwykły internista (żaden Kierownik) - sama naocznie wyczytałam to
na jego pieczątce Na marginesie dodam, iż był to lekarz z przychodni dla
studentów z ul. Mochnackiego; ciekawe czemu na Mochnackiego internista może
zaświadczenie takowe wystawiać, a na Wiśniowej nawet Kierownik Przychodni
nie może?) zjawił się, popatrzył na nas i rzekł: "Widzę, że Państwo zdrowo
wyglądacie". :))) Po zainkasowaniu 30 zł od każdego chętnego wypisał wg
listy (!) zaświadczenia oraz skierowania na jedno badanie - cukier we krwi,
którego wynik mieliśmy dostarczyć do Ośrodka. Kolejna bzdura! Najpierw
otrzymałam zgodę na bezterminowe uzyskanie prawa jazdy, a później mam
doręczyć wynik, którego nikt nie sprawdza (a jak np. byłabym cukrzykiem?
albo przyślepa? albo przygłucha?). Ważniejszy był sam fakt dostarczenia
wyniku badania niż badanie...
Jeśli wylegitymowaliśmy się ową zgodą lekarza, instruktor mógł nas
posadzić za kółkiem i przez 20h przekazać nam praktyczną wiedzę poruszania
się pojazdem. Mój instruktor, mężczyzna koło 60-siątki, refleks mierny, 9
włosów na głowie (nie wiem czemu miałam wrażenie, ąe jak ruszam to jego
upierzenie stawało dęba) oznajmił mi, iż ma żonę, troje dzieci i pragnie
jeszcze trochę pożyć.
Pierwsza lekcja praktyczna to było pokazanie co w samochodzie jest...
Heh... łącznie z demonstracją, gdzie to się kierownica znajduje; można wtedy
wszystkiego dotknąć, poruszać, odkręcić, przykręcić, nacisnąć etc. Po 6
tygodniach zajęć teoretycznych i 20h zajęć praktycznych odbywają się
egzaminy wewnętrzne. Jak już udało nam się zdać owe egzaminy, po
dostarczeniu 1 szt. naszej fotki Ośrodek wystawia nam stosowny papierek, iż
byliśmy uczestnikami takowego kursu i możemy ubiegać się o egzamin
państwowy. Poza tym, za jedyne 20 zł za 1h mogliśmy dokupić sobie jazdy
(20zl to wielka łaskawość, dlatego ze byliśmy kursantami z tego ośrodka,
inni płaca 25 zł za 1h).
W Warszawie są trzy punkty, w których można zdać owy, państwowy egzamin:
1) Jagiellońska,
2) Bema,
3) Warszawianka.
O tych trzech miejscach krążą różnorakie opowieści (prawie horrory).
Ludzie, którzy mają (bądź też nie mają) prawka uświadamiają nas (przeważnie
przed egzaminem), iż: Antka kobity szwagra żony brata Maryśka bądź mojej
teściowej matki wujka syna córka itd. zdawali i nie zdali... albo zdali za
którymś tam razem. Ogólne przekonanie, to za pierwszym razem NIKT nie zdaje
(a jednak wyjątki są:)) ). Społeczeństwo (tutaj trochę logiki można
zauważyć) twierdzi, ze czemu Ośrodki mają ściągnąć od nas 50 zł jak mogą 100
zł bądź więcej? Fakt, ale czasami w tych punktach nie siedzą materialiści i
prawo jazdy można uzyskać za 50 zł, pod warunkiem, ze zdamy.
Krąży także (błędne!) przekonanie, iż np. na Jagiellońskiej to są źli czy
dobrzy egzaminatorzy, na Warszawiance także, a sami dobrzy to są tylko na
Bema. Bzdura! Prawda w tym jest, ze egzaminatorzy (ci sami) pracują wg
grafików we wszystkich trzech ośrodkach! Na Iksińskiego mamy jednakową
szansę trafić na Jagiellońskiej, na Bema jak i na Warszawiance; zależnie od
tego który ośrodek sobie wybierzemy. Dodam, iż jeśli wybraliśmy np. Bema i
nie poszczęściło się nam, to nie możemy się przenieść np. na Warszawiankę,
tylko do skutku musimy zdawać na Bema.
Ja wybrałam sobie Warszawiankę, gdyż Jagiellońską odrzuciłam, bo straszny
hektar ode mnie, a na Bema nie spodobał mi się z zewnątrz budynek...
Egzamin państwowy najwcześniej możemy zdawać po upływie 14 dni od datowania
zaświadczenia, jakie w ośrodku szkoleniowym uzyskaliśmy. Ponoć taki przepis
funkcjonuje, ale że głupawszy to inna para kaloszy. Nie znam osoby, która
twierdziłaby, ze polskie przepisy prawne maja sens. Czy owy przepis w
praktyce obowiązuje to nie wiem, gdyż ja owe 14 dni (a nawet dłużej) miałam
zagwarantowane... kolejka!
Na Warszawiance trzeba złożyć: papierki z ośrodka szkoleniowego, 1
zdjęcie, znaczki skarbowe za 2 zł oraz uiścić opłatę ok. 45 zł Po zapisaniu
czekamy na ten dzien...
Osobiście nie wykupiłam dodatkowych jazd przed egzaminem (może m.in.
dlatego, ze instruktor cały czas powtarzał, ze co najmniej 5h powinnam
wykupić, bo inaczej nie mam żadnych szans na zdanie egzaminu. Ciekawe
dlaczego każdemu kursantowi ten sam tekst powtarzał?). Miałam szczęście,
gdyż znajomy zaoferował się mnie poduczyć - głownie jazdy po łuku, która
jest moją piętą achillesową. Jak wiadomo na manewrach obowiązuje: jazda po
łuku, parkowanie przodem do garażu, parkowanie równolegle, parkowanie
prostopadle, górka i zawracanie na trzy. Jazda po mieście to pestka w
porównaniu z manewrami, ale wszystko da się bezboleśnie przeżyć Przed
egzaminem prawie wszyscy (z wyjątkiem Agniechy i własnego dyrektora) we mnie
"wierzyli" i mówili: "E....i tak za pierwszym razem nie zdasz".
Nadszedł w końcu dzień egzaminu... 25 lipca (czwartek) godz. 15.00.
Zaczyna się od egzaminu teoretycznego. Losujemy test i mamy 45 minut na
udzielenie odpowiedzi na 25 pytań. Ogólnie do nauki mamy 600 pytań testowych
- liczba ta tylko tak groźnie wygląda, ale większość pytań jest banalna. Na
teście możemy sobie pozwolić na 2 błędy w części ogólnej (20 pytań) i na 1
błąd w części tzw. specjalistycznej (5 pytań). Na 10-cio osobową grupę 2
osoby nie zdały, z czego jeden osobnik teorie zdawał (!) po raz trzeci - oj,
kiedyś jak uda mu się zdać będzie można o nim spokojnie powiedzieć -
kierowca inaczej:))).
Po pozytywnym wyniku z części teoretycznej możemy udać się na pole
manewrowe. Każdy manewr możemy powtórzyć dwukrotnie. Na osiem osób z mojej
grupy na polu manewrowym, ja miałam jeździć jako czwarta. Zastanawiało mnie,
dlaczego część osób ma problemy z ruszeniem... Wsiadłam, chciałam wrzucić
"jedynkę" i nic! Jeszcze raz próboje i nic. Podchodzi egzaminator i mówi:
"Niech pani nie mówi, ze nie umie pani wrzucić biegu, bo jakby pani nie
umiała to by pani tutaj nie było". Jeszcze jedna próba i nic! Okazało się,
ze trafiłam na inny model uno, gdzie biegi (w beznadziejny wg mnie) sposób
się zmienia. Nie jest to tradycyjne wytrącenie na luz i włożenie biegu;
trzeba wytrącić na luz, nacisnąć tak, jakby do podłogi drążek i dopiero
wrzucić bieg <--- niewygodnie.
Na moją grupę zdałam tylko ja (i to za pierwszym podejściem! To nie jest
niemożliwe, po prostu miałam farta i zdałam). Nikt mnie nie przekona, iż
zdanie za pierwszym podejściem jest nieosiągalnym wyczynem. Jest to
wykonalne, realne - a ja jestem tego przykładem! Szczerze, to ja dalej
niepewnie jeżdżę, ale to kwestia praktyki...;))) W tym dniu zdał jeszcze
jeden osobnik, który zdawał po raz 7 czy 8 :))))). Jeśli nie poszczęściło
nam się tym razem już następnego dnia po uiszczeniu kolejnych 45 zł możemy
zapisać się na kolejny termin egzaminu - teraz już tylko na cześć
praktyczną, gdyż zdana cześć teoretyczna jest ważna przez 6 miesięcy.
Zwyczajowo Warszawianka w poniedziałki wysyła papiery osób, które zdały do
Wydziałów Komunikacji właściwych dla miejsca zameldowania. Po dwóch
tygodniach możemy udać się do naszego urzędu, zakupić znaczki skarbowe za
5,8 zł, uiścić opłatę 2 zł, złożyć (może być nieczytelny) podpis i wtedy
otrzymamy upragniony dokument z dwoma pieczątkami, który uprawnia nas do
prowadzenia auta.
Jeśli wiec chcemy prawo jazdy uzyskać, musimy dysponować co najmniej kwotą
5 ml i czasem około 3 miesięcy, albo i dłużej. Zachęcam do zrobienia tego
"nieosiągalnego" dokumentu. Jest to realne:))). Szczególnie namawiam Panie,
wszak statystyki podają, ze płeć piękna powoduje mniej kolizji, wypadków,
jest bardziej spostrzegawcza, jeździ ostrożniej - wbrew utartemu BABA za
kierownica! Panowie (większość) nie wiem czemu traktują kobietę za
kierownica jak kogoś gorszego, mimo, iż sami (niektórzy) jeżdżą jak
radarowcy. Panów także zachęcam:))). Szczęśliwa "świeżo upieczona"
właścicielka prawa jazdy.
Reportaże: Baśnie z 1001 nocy
Autor: Miklex
[re3] Baśnie z 1001 nocy.
[ Michał Kleczkowski - Miklex - █████████████ ]
Czytałem wywiad z Pszoniakiem w piśmie Twój Styl z tego miesiąca, akurat o
Paryżu. Facet słusznie powiedział, że każdy ma swój Paryż, swoje ścieżki,
miejsca do których wraca.
Przyjemnie mi było pokazywać mój Paryż, chociaż ta wycieczka to było
zwiedzanie 100 km na godzinę. Ale tak jak pies lubię na początku przelecieć
się i obwąchać stare kąty, które pachną zawsze tak samo, chociaż zmienia się
otoczenie. Jest w tym mieście coś bajkowego, natłok miejsc, które gdzieś,
kiedyś się widziało na jakimś filmie, o których się czytało, a które nagle
pojawiają się za rogiem ulicy. Twoje ścieżki krzyżują się ze ścieżkami
innych ludzi i można pochodzić po ich śladach, ale nie długo bo znowu
pojawia się coś, co się kojarzy i ściąga Cię z kursu.
Może warto by pomieszkać dłużej i odkryć inne odnośniki, bo to co znam
jest powierzchowne i dla turystów. Nie znaczy to, że gorsze, czasem nowe
spojrzenie ożywia miejsca obok których inni przechodzą obojętnie.
Ale do rzeczy: kiedy Książe wszedł do komnaty, Szeherezada powiedziała:
- Królu mój i panie, opowieść z poprzedniej nocy była niczym w porównaniu
z tym co usłyszysz za chwilę, rozluźnij swoje szaty, strzel sobie malucha i
nie dłub z głupia mina w nosie bo bajki będą przecudnej urody.:))))))
Wstaliśmy skoro świt o dziewiątej i po zmaganiach z butami, które nijak
nie chciały wejść na obolałe stopy ruszyliśmy odfajkować następne cuda. Był
to dzień roboczy. Siostra, zapalona konara miała za zadanie kupić swoim
córkom spodnie do końskiej jazdy. Oblecieliśmy kilka sklepów w centrum, bez
widocznych rezultatów i ruszyliśmy do Beauburga na wystawę Bacona.
Poczekaliśmy na znajomych na rogu ulicy St.Denis, którą lepiej zwiedzać
nocą. Jest to ulica rozpusty z sexshopami co kilka metrów, teatrami
erotycznymi i panienkami w każdej bramie, im później tym ciekawiej ubrane.
Niektóre w łańcuchach i pejczem w dłoni, inne w samych pończochach i futrze,
rozchylającym się dla każdego przechodnia i z każdej strony czułe szepty "tu
viens cherie?" (idziesz kochanie?):@)
Ale był to dzien i ulica roiła się od dostawców zakładów krawieckich, w
których, często na czarno, mrowie emigrantów szyje dla wielkich dyktatorów
mody.
Był niezły upał, piwko dobrze nam zrobiło i ruszyliśmy na wystawę
Retrospektywa rzeczywiście ogromna. Dodatkowym utrudnieniem były szyby na
obrazach i fatalne oświetlenie. Jedyne co można było zobaczyć to wyraźne
odbicie faceta wpatrującego się z głupia mina w szybę oprawioną we
wspaniałe ramy. Już chciałem lecieć, robić awanturę, że granda, zwrócić
pieniądze, itp. kiedy siostra wyczytała w ulotce, ze to umyślnie i mistrz
sam sobie życzył te szyby i naturalne oświetlenie. Ale moim zdaniem, można
było zrobić lepiej, a zwalić łatwo jak już nie żyje. Ponieważ mieliśmy
niezłe tempo, odsadziliśmy znajomych o dobry kwadrans, siedząc na ławeczce
podziwialiśmy ludzi upadabniajacych się w miarę zwiedzania do koszmarnych,
rozmytych masek na obrazach. Czerwone gęby, ziewające z zapałem, dziwne
grymasy, chyba to przez te szyby.
Zadziwiająca była zmiana kolorystyki malunków. Na początku o konsystencji
sałatki jarzynowej stojącej od przedwczoraj, w miarę posuwania, stawały się
coraz bardziej czyste i harmonijne.
Ostatnie były zachwycające. Trudno się dziwić, przez ostatnie lata, każde
jego płótno kosztowało ok. 2 miliony $, miał nareszcie forsę na najlepsze
farby.:)
Wystawa dla mnie cholernie ważna ze względów emocjonalnych, ale reszta
towarzystwa wyszła lekko zaszokowana.
Znajomi urwali się, a my ruszyliśmy ochoczo na małe co nieco w okolicach
hal, tym razem sałatką z kozimi serkami na grzankach, a na drugie małże i
oczywiście na obudzenie ohydna francuska kawa.
Nie wiem jak naród słynący z gastronomii może pić cos równie podłego:(
Potem powrót do hotelu na małą drzemkę, która stała się obowiązkową częścią
programu.
Wieczorem, na życzenie szwagra zwiedzililiśmy nową operę na placu Bastylii
i wracaliśmy przez Marais, w sobotę kompletnie wymarłe z powodu szabasu. W
pewnej chwili, atmosfera stała się dziwna, na ulicy sami faceci o
powłóczystych spojrzeniach i tanecznych krokach. Siostrze zrobiło się
głupio, była jedyną kobietą w zasięgu wzroku. Mnóstwo małych knajpek z
przytulonymi czule do siebie chłopcami, na tarasach zakochane parki - jednym
słowem ulice homo. Szliśmy i to się nie kończyło, sklepy z ubraniami dla
panów, księgarnie, nawet antykwariaty. W pewnym momencie dostrzegliśmy Jean
Paul Gaultiera, tego krawca, dla mnie to była pierwsza ciekawostka, oni już
na lotnisku zaliczyli Belmonda.
Dotarliśmy do malej knajpki Art Brut, którą kiedyś pokazała mi kumpla. Bar
zbudowany ze starych skrzynek i cynkowych puszek, kapitalny jazz lecący z
głośników, supernowa swojska atmosfera i bardzo tanio. Pokrzepieni
prawdziwymi paryskimi pastisami (anyżówka z wodą) ruszyliśmy w stronę
St.Michel. Tym razem do Greków. I tu atmosfera zabawowa, zachlane na wesoło
niemce tańczące z kelnerami Zorbę, żarcie doskonale, zwłaszcza przystawki.
Zapomnieliśmy o obolałych nogach, tym gorsze było przebudzenie kiedy trzeba
było podnieść się i wracać. Na szczęście do hotelu 10 minut, ciągnąc obolałe
stopy po ziemi. Buteleczka białego chłodziła się u zięcia, który dostawał
szklankę na spróbowanie, bo dziwiły go te wina, które kupowałem
Szwagier do łóżka, bo jutro na konferencje, a my z siostra zmienialiśmy
świat do późnej nocy.
I tu Szeherezada przerwała swoja opowieść, wstawał świt, król pochrapywał
z cicha wtulony w poduszkę, dla niego jeszcze jeden dzien do tylu, a dla
niej nowa bajka, która zacznie się już za kilka godzin.:)
Reportaże: IV ZEF 96
Autor: Fish
[re4] IV Zlot Elektronicznych Fanatyków '96
[ Piotr Trzcionkowski - Fish - ██████████████████ ]
Elektroniczni Fanatycy. A co to, kto to?
Już wyjaśniam. Nie chodzi tutaj bynajmniej o jakieś elektroniczne roboty,
ani o takich amatorów co to lutują druciki. Możliwe, że nie chodzi nawet o
fanatyków. Jedno co na pewno można powiedzieć, to chodzi o zlot ludzi
słuchających częściej lub rzadziej muzyki elektronicznej. Termin muzyka
elektroniczna można rozumieć całkiem ogólnie ale dla fanów kojarzy się
głównie z takimi wykonawcami/zespołami jak Tangerine Dream albo Klaus
Shulze.
Mniejsza o terminologie. Może w końcu napiszę coś o samym zlocie. Otóż
odbył się jak poprzedni w małej mazurskiej miejscowości Pisz. Trwał trzy
sierpniowe dni 8-10.08.96 (czwartek, piątek, sobota). Wstęp na wszystkie
imprezy był bezpłatny. Tym razem zabrakło nagród od głównych organizatorów
Tangramu/X-Serwisu. Za to fan klub GENERATOR w osobie Ziemka Poniatowskiego
mimo, że jako taki nie był organizatorem, zorganizował losowanie pewnej
ilości płyt.
Zlot był dla mnie o tyle szczególny, że wystąpił na nim muzyk z mego
rodzinnego miasta (Siemianowice) - Józef Skrzek. W ogóle zanotowano
największą w historii zlotów frekwencję, około 900 osób na koncertach.
Koncertów było sporo jak na tak krótką imprezę (dokładny program na mojej
stronie). Jak można było się spodziewać nie zawiódł Władysław Komendarek,
który tak się podobał, że zagrał kilka bisów, wśród których należy wyróżnić
interpretację elektroniczną historycznego utworu - zespołu King Crimson "Na
dworze karmazynowego króla" (On The Court of The Crimson King).
Takie coś usłyszałem po raz pierwszy w życiu. Żeby muzyk elektroniczny
zagrał nagranie czysto rockowe to mi się w głowie nie mieści. Cóż, skoro nie
zostało to w żaden sposób utrwalone. Chłopcy nawet nagrywali, ale w drodze
im się taśma skasowała. Może więc na następnym koncercie usłyszymy to
jeszcze raz. A może kiedyś pojawi się to na studyjnej płycie Gudonisa.
Szczerze mówiąc nie sądzę, jako, że na płytach można usłyszeć tylko znikomy
procent tego, czym muzyk może się poszczycić. A na koncertach jest nie do
pobicia. Ze swoja brodą wygląda na staruszka, ale po zapale do grania można
by sądzić, że to jakiś młodzian. Jak sam mówi kiedy gra nie wie w ogóle co
się wokół niego dzieje. Zapomina o Bożym świecie, a nawet o publiczności. W
istocie zwykle gra ze dwa razy dłużej niż początkowo zaplanowano.
Co dalej? Dotarł także ze Szwajcarii Tomasz Gruberski, któremu w drodze na
poprzedni zlot skradziono sprzęt. Aż się zdziwiłem, że tak szybko zebrał
nowy. Józef Skrzek jak można było się spodziewać zagrał głównie
wykorzystując tradycyjne brzmienie analogowe tzn. syntezator Moog'a. Poza
tym popisał się niezłą wokalizą. Inny, który wzbudził owacje publiczności to
Daniel Bloom. Kiedy mogłem posłuchać jego wypowiedzi na konferencji prasowej
nie spodziewałem się, że tak przypadnie do gustu fanatykom elektronicznego
rocka. Choć właściwie to nie dziwne, bo zagrał w 100% na żywo w odróżnieniu
od niektórych odtwarzających brzmienia, przynajmniej częściowo przy użyciu
sekwencera. Artysta ma do zaoferowania muzykę zbliżoną do niedoścignionego
Tangerine Dream.
Następny koncert (w kolejności całkiem losowej) Sławomira Sikory też
zaskoczył mnie nieco. Kiedy grał na III-cim ZEf'ie wydawało mi się, że to
wszystko co ma do powiedzenia. A tutaj zagrał całkiem nowe utwory
sprawiające przeciwne wrażenie. Kolejną indywidualnością był Artur Lasoń. Na
swoje życzenie zagrał w sali kinowej. To chyba dobrze bo przy takiej
spokojnej muzyce trzeba skupienia, którego nie sposób osiągnąć w pełnym
słońcu, które o tej porze grzało niemiłosiernie. Zgodnie ze swoją tradycją
zakończył koncert wymykając się nim jeszcze muzyka przestała brzmieć. Oprócz
muzyki elektronicznej zagrał na gitarze i zaśpiewał jedną z własnych tantr
(czy jak im tam). Artur mówił zresztą na konferencji, że gdyby mógł,
zrezygnowałby z wszelkich instrumentów na rzecz swojego głosu.
Niestety na razie nie jest w stanie tego zrobić. Może dobrze bo wtedy nie
zagrałby nam swojej muzyki o medytacyjnym charakterze. Koncertowi
towarzyszył pokaz oświetlenia scenicznego zsynchronizowanego z muzyką
dobywającą się z głośników. Muzyk wykorzystał możliwość mieszania barw. To
wszystko przygotował sam. To nie wszyscy muzycy, którzy wystąpili na zlocie.
Reszty szukaj na mojej stronie Zlotów Elektronicznych Fanatyków
http://www.cto.us.edu.pl/~trzcionk/zloty. W ogóle polecam kolejne zloty jako
przyjemny sposób spędzenia wakacyjnego czasu. Do zobaczenia na zlotach...
Reportaże: Softarg 96
Autor: Cobretti
[re5] Softarg 96.
[ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]
Wstałem rano i pojechałem na długo oczekiwane przeze mnie, 10
Międzynarodowe Targi Oprogramowania, tym bardziej, że były jubileuszowe.
Przyjechałem do Katowic, poszedłem na przystanek skąd odjeżdżały autobusy w
stronę targów. Kilka osób kręciło się z mapkami Katowic, ale gdy zobaczyli
całą rzeszę ludzi zmierzających w tym samym kierunku, na pewno się
ucieszyli. Mapki były zbędne.
Wiadome, każdy młody człowiek zainteresowany komputerami ciągnął w
kierunku Bytkowa. Wsiadłem w nabity autobus i po pół godzinie byłem na
miejscu. Najwięcej było młodzieży szkolnej, nieopanowanej, rozkojarzonej i
mającej okazję spędzić dzień bez męczących zajęć. No i zwinąć wszystkie
możliwe materiały reklamowe.
Bilet kupiłem dość szybko, dobrze zorganizowane punkty sprzedaży
rozładowały tłok jaki powstawał w wyniku ciągłego dowożenia nowych
zwiedzających. Dostałem się na teren Targów.
Hostessy - to jest to po co przyszedłem na Targi, przewspaniałe,
długonogie dziewczyny. Bardzo sympatyczne, operujące w większości w języku
angielskim, niemieckim i francuskim. Świetnie się z nimi rozmawia, zresztą
kilka z nich udało mi się... tzn. przepraszam, już będzie na temat.:)))
Z głośników płynęła mowa powitalna, gdyż stawiłem się punktualnie na
rozpoczęcie imprezy. Zdecydowałem się na odwiedzenie w pierwszej kolejności
największych hal. Wszedłem do pierwszej. W sumie nie było tak tłoczno, jak
się zapowiadało. Przyssałem się do stolika, na którym Multiscan prezentował
czytniki do kodów paskowych (barcode). Pewnie, że świetne urządzenie, pełna
automatyzacja przetwarzanych dokumentów, z wyłapywaniem błędów. Odczytuje
informacje z 14 dokumentów na sekundę, przechowuje wyniki we własnej pamięci
lub wysyła je do dalszej obróbki do komputera. Poprosiłem o katalog, okazało
się, że nie mają wiele (gadka szmadka:))). Powiedziałem więc, że piszę
materiał do Reportera - materiały się znalazły. Poszedłem dalej.
Obejrzałem się za siebie. Nagle do pawilonu wparowała grupa szkolna,
zrobiło się tłoczno i niczym tajfun przetoczyła się po wszystkich
stanowiskach, na których można było coś wziąć Po chwili z impetem wybyli na
zewnątrz z reklamówkami pełnymi zdobyczy. Na tych targach w przeciwieństwie
do poprzednich, większość firm dawała materiały reklamowe tylko na prośbę,
lub tylko konkretnym osobom. Spacerkiem odwiedzałem firmę za firmą. Kolejna
rozmowa, kolejny program, kolejna wymiana wizytówek, kolejna nawiązana
znajomość.
Tak sobie chodząc i gawędząc trafiłem na całkiem wyludnione stanowisko, na
którym stał człowiek, jeden komputer i ogólnie było pusto. Wpatrywałem się w
ekran monitora, z nadzieją, że dowiem się co ta firma reprezentuje. Cóż,
moja inteligencja była tutaj za skromna. Spytałem więc tego człowieka co to
za program. Odparł, bardzo dumnie, że to ich demonstracja ofert. Cóż, fajnie
- pomyślałem, przynajmniej sobie pooglądam. Nici z tego, nic nie
załapałem... Pytam więc ponownie, co firma reprezentuje, z czym przyjechała
na Softarg, jakie ma plany na przyszłość... niestety, im więcej pytań
zadawałem tym bardziej facet stawał się oburzony. Stwierdził, że gdybym się
znał to bym nie pytał. A ja się chciałem po prostu dowiedzieć na jaki temat
zadawać pytania. Nic to, zadałem jeszcze kilka pytań, ale facet stwierdził,
że obok stoi szafka (dopiero teraz ją zauważyłem, była poza stanowiskiem) i
tam mam poszukać odpowiedzi na moje pytania. Klapa, facet zbyt drętwy, żeby
sobie pogadać, nie dziwne, że nie miał na swoim stanowisku żadnych
zainteresowanych. Więc po co przyjechał na Targi? Spojrzałem do tej szafki -
trochę okablowania, kilka skrzynek - najwyraźniej firma telekomunikacyjna,
dostarczająca okablowanie i tym podobny osprzęt. I nie mógł mi tego
powiedzieć?
Poszedłem dalej. Sanyo wystawiało trochę sprzętu, pooglądałem sobie
kopiarki, niezłe, ale wiadomo, że xerox i tak jest liderem i ich nie
dogonią. Trafiłem na kilku providerów internetu, każdy niby najlepszy i
najszybszy, no i drogi. Jak przychodzi co do czego, to okazuje się, że
ingerują w strony WWW, podnoszą ceny, i nakładają restrykcje. Pewna kobieta
z pewnej firmy nie załapała słowa Provider... ale jej wytłumaczyłem.:))
Gdzieś pojawiły się dyskietki firmy KAO - cena promocyjna 14 zł. Śmiech na
hali - cena okazjonalna to dla mnie 10 zł za paczkę, albo nawet mniej.
Trafiłem na stanowisko Gazety Wyborczej. Byli współorganizatorem konkursu
z kartami magnetycznymi. Kupowało się po złotówce kartę, należało z tą kartą
udać się do czterech stanowisk i sprawdzić w czytnikach czy się coś wygrało,
czy nie. Oczywiście kolejki były dość spore, każdy chciał coś wygrać.
Niestety, pokazywał się tylko magiczny napis: "Tutaj nie wygrałeś". Cóż,
oblazłem wszystkie firmy z czytnikami i nigdzie nie wygrałem. Byłem nie
pocieszony. Na szczęście jedna z dziewczyn uraczyła mnie swoim uśmiechem i
obdarowała chorągiewką reklamową AMD K5. Magia procesor. Osobiście nie
miałem okazji przekonać się co do jego zalet, ale jest o nim dość głośno w
świecie komputerowym. Poszedłem dalej.
Firma Vulcan. Z początku nie przekonana co do moich zamiarów, po
usłyszeniu, że jestem z Reportera, zmieniła zdanie. Nie wiem czemu, nie
miałem żadnej akredytacji, nie wyglądałem na dziennikarza, ale gdy padał
tekst, że jestem z magazynu internetowego to wszyscy traktowali mnie na
równi z dziennikarzami. Oczywiście wykorzystywałem ten fakt cały czas.
Vulcan zajmuje się oprogramowaniem dla szkół. Takie programy jak plan
lekcji, księga zastępstw, plan dyżurów, statystyka semestralna, informacja
prawna. Dostałem katalogi, biuletyny i kalendarz firmowy, żebym o nich nie
zapomniał. Jak widać nie zapomniałem.
Kilka firm prezentowało nowe karty graficzne, sprzęt do obróbki obrazu
telewizyjnego, lub karty pozwalające na oglądanie telewizji na monitorze.
Pokazy Virtualnej Rzeczywistości musiały zawieść większość osób, które tego
poszukiwały. Tylko trzy stoiska były wyposażone w sprzęt VR. Mierne kaski,
mało ciekawe efekty. Jestem rozczarowany. Bywa. Za to podobał mi się system
wizualizacji i projekcji przygotowany przez speców na potężnym ekranie. Całe
urządzenie sterowane przez komputer, było umieszczone poza ekranem.
Projekcja tylna, niewrażliwa na typ oświetlenia, urządzenie działało tak
samo jak kineskop kolorowego telewizora. Trzy wiązki światła - czerwona,
zielona i niebieska na skutek mieszania tworzyły kolorowy obraz, o dość
dobrej jakości. Dodatkowo pokazywane były filmy 3D. Odpowiednie okulary były
dostępne po odczekaniu w kolejce. Urządzenie warte miliard starych złotych.
Lex Media przygotowała program dla prawników - pełna informacja prawna,
przepisy, ustawy, rozporządzenia, normy, akty prawne - wszystko jednym
słowem zebrane, opisane, skatalogowane wraz z odpowiednim oprogramowaniem do
wyszukiwania. Aktualizowane co dwa miesiące, można wykupić roczny abonament.
Sam bym sobie to strzelił, ale po co? Nie jestem jeszcze prawnikiem, a
przecież w razie czego mogę liczyć na pomoc kumpli prawników.
Stoisko Microsoftu prezentowało się trochę skromnie. Można było sobie
zapuścić Windows NT i pobawić się nim, tylko, że nic do zabawy nie było. A
swoją drogą coś dziwnie łatwo udało mi się zawiesić kilka programów:)) Na
szczęście bez problemu dało się je wykilować.
Każdy komputer na targach, jeżeli tylko dało się coś na nim zrobić był
stale oblegany. A co do internetu to nie udało mi się nigdzie do niego
dostać! Wszystko było odłączone od sieci:(( można było oglądać strony html
przygotowane na komputerze lokalnym - jak się ktoś nie znał to myślał, że
jest na internecie:)))) Czad:)) Ubaw był niesamowity:))
Trafiłem na stanowiska kas fiskalnych, popytałem o aktualne trendy i
dokumentacje techniczną. Okazało się, że dokumentacji technicznej nie mają,
bo zajmują się tylko dystrybucją i mogą mi dostarczyć dokumentację użytkową.
Szkoda, pogadaliśmy sobie o typach kas, starali się mnie przekonać, że
bardziej wygodna będzie sama drukarka fiskalna, a kasę może realizować
komputer - jest to tańsze i podobno lepsze rozwiązanie. Ale i tak kasy to
podstawa. Dostałem dyski demo, żeby mnie do końca przekonały - nie
przekonały jednak.
Wpadłem na stanowisko firmy Aldec - znajomy dyrektor dał mi kiedyś płytkę
demo programu ActiveCad. Płytka była z kluczem, pomylił soft. Chciałem
wymienić, niestety nie mieli tego softu na stanie. Trudno.
Poszedłem zobaczyć co słychać w komputerowym biurze. Bindownice,
termobindownice, niszczarki dokumentów, dysków, plastikowych elementów,
laminatory, obcinarki i gilotyny. Przedstawiciel firmy Opus zrobił mi małą
prezentację wyrobów firm Ibico i Ideal. W 40 sekund stworzył mi pakiet
reklamowy zgrzany i wykonany bardzo estetycznie. Niedowierzając delikatnym
sposobom łączenia papieru do oprawy, spytałem czy łatwo to zniszczyć. W
odpowiedzi dostałem do ręki gruby, ciężki, papierowy zeszyt. Miałem chwycić
za jedną kartkę i sobie nim potarmosić - trzymało pewnie, ku mojemu
zaskoczeniu i zadowoleniu. Tanie i efektywne urządzenia.
Napędy ZIP, JAZ, nagrywarki CD-ROM - owszem, było tego dość kilka
rodzajów. Poprosiłem o dokumentacje do ZIP'a i JAZ'a, ale były po niemiecku
więc wymiękłem, bo tego języka nie trawie i chyba go nigdy nie pokocham,
pomimo moich pięciu lat nauki niemieckiego... Ruski też jest niestrawny:)))
Angielski Rulez! Poszedłem więc po coś po angielsku. No i dostałem pakiet
danych na temat laserowych kopiarek Xeroxa. 6 kartek na minutę, 400 na 400
dpi, jakość niesamowita i lepsza od oryginału. Dostałem na pamiątkę kopię
kolorowej jak tęcza obrazu z kwiatami. Bajeczne kolory, skopiowane tak
wiernie, że kopia wyglądała lepiej niż oryginał. Zrobili mi jeszcze trzy
pokazowe kopie, obgadaliśmy szczegóły i gdyby nie brak gotówki, pewnie bym
się skusił na tego Xeroxa 5760...
Tonąc w kolorach kopii xeroxa, dobrnąłem akurat na pokaz EuroPlus -
genialnego programu do nauki języka angielskiego. Ilość opcji, przykładów,
scen, filmów, zdjęć, wyrazów - była niezliczona. Można było wszystko
dostosować do swoich możliwości, podkładać własne słowa, dialogi, analizować
przebieg mowy w czasie i porównywać z oryginałem. Ogromne możliwości tego
programu były mi znane, bowiem już widziałem go w akcji, ale odpowiednio
spreparowany pokaz, pomimo niedociągnięć, pokazał, że Flying Colours nie na
darmo udostępnił swoje materiały do tego programu.
PC-Shell - system ekspertowy w wersji 2.1. Teraz pod Windows. Fajnie, bo
systemy ekspertowe mam w szkole i używam tego programu. Generuje wszystkie
podstawowe reguły, fakty i dodatkowo emuluje sieci neuronowe. Wnioskowanie
wstecz jest tutaj zaimplementowane, więc nie wymagane jest deklarowanie
typów wartości dla uzgadnianych zmiennych. Można dołączać pliki z dBase'a,
Oracle, ma wbudowane instrukcje SQL'a.
IRIS - imię francuskiej dziewczyny czy też drukarka przeznaczona do
nadruku grafiki i tekstu na kartach plastikowych? Oczywiście możliwe jest
także dodanie paska z kodem magnetycznym, więc można pokusić się o
produkowanie kart telefonicznych na własny użytek:)) Kwestia znajomości
sposobu zapisu danych na kartach TP.SA. Może ktoś zna się na tym kodowaniu,
z chęcią poczytam.
UPS'y. Tak. Dla bezpieczeństwa danych ludzie zrobią wszystko. Ale rok temu
można było podziwiać o wiele więcej sprzętu do zabezpieczania danych, nie
tylko przed zanikiem prądu, ale i przed pożarami i upadkami z wysokości.
Optimus - najdroższy w kraju producent komputerów. A ludzie są tak naiwni,
że kupują ich wyroby, zamiast po prostu kupić sprzęt o lepszych parametrach
za mniejsze pieniądze na giełdzie z tym samym servisem i gwarancją. No cóż,
każdy kupuje jak chce. Ja kasy tracić nie lubię więc nie polecam Optimusa,
chodź szanuję fakt, że z niczego powstała taka firma.
Kilka ciekawych notebooków, w tym premiery na Softargu. Osprzęt w postaci
twardych dysków, kart graficznych, płyt głównych, kart sieciowych,
sterowników do urządzeń przemysłowych i innych typowo hardware'owych elemtów
wyposażenia komputera można było spotkać w dość dużych ilościach. Potężne
servery i komputery klasy mainframe robiły na zwiedzających wrażenie.
Przeciętni użytkownicy komputerów nie odróżniają servera od komputera, może
tylko zastanawiają się gdzie są monitory do servera. Czarne, duże pudła - ot
chociażby ALR Revolution Quad6 za jedyne 43900 zł. Poszedłem dalej.
Trafiam do następnego pawilonu. A tu hostessa mówi mi, że właśnie trwa
prezentacja, i że młodzież nie ma teraz wstępu. Fajnie - jest prezentacja,
więc coś zobaczę. Kilka słów sam na sam z uroczą dziewczyną i już jestem w
środku. Trochę głupio wyglądałem na tle biznesmenów, szefów firm i vipów. No
ale nie chciało mi się w taki paskudny dzień zakładać garnituru, więc teraz
wyglądam tak jakoś nietypowo wśród nich. Dostały mi się ciastka,
skonsumowałem i chciałem pogadać. Owszem, byli dość rozmowni, ale gadali
tylko o Magicu i o tym, że wszystkie zebrane tutaj firmy właśnie w nim widzą
przyszłość. Nie miałem okazji popracować tym narzędziem, bo nasza szkoła
pewnie nie wie, że takie coś istnieje... cóż. Magic jest profesjonalnym
systemem do tworzenia dużych i skomplikowanych aplikacji, w przyjazny
sposób. Zresztą jest produktem firmy izraelskiej. Takich aplikacji
napisanych Generatorem Magic jest już dość sporo. Zanim zdążyłem obejrzeć
większość z nich musiałem opuścić pawilon. Tak to jest jak się nie ma
akredytacji, bądź nie jest się przedstawicielem jakiejś firmy:))) Polazłem
do IBM'a.
I to jest to! Jako jedyna firma zadbała o klienta, a raczej o jego
odczucia wizualne. Lasery, kolory, pełno dymu. Gdyby dorzucić głośną muzykę
byłaby niezła dyskoteka. I to mi się podobało. Stylistyka stanowiska typowo
kosmiczna, na około stały komputery z OS/2 Warp'em i można było się pobawić.
Ale ja nie miałem czasu, czas to informacje więc poszedłem dalej.
Przechodząc z pawilonu do pawilonu spotkałem papugi! Australia! Ale to
tylko maskotki, czyli jestem w Polsce - szkoda - pomyślałem. Papugi były
chwytem reklamowej jednej z firm i wyglądały przeuroczo.
Firma Introt z Katowic zadbała o pełne doinformowanie mnie, czym się
zajmują i co oferują. Chwała im za to, przeprowadzili mnie przez tajniki
pomiarowe poziomu (sonda ultradźwiękowa, mierniki ultradźwiękowe, sondy
radarowe, pojemnościowe, hydrostatyczne, sygnalizatory Vegaflo itd.),
pomiary izotopowe (waga izotopowa, miernik wilgotności, miernik gęstości),
pomiary temperatury, pomiary przepływowe, ciśnienia, poziomu, regulatory,
kalibratory, rejestratory, pomiary fizykochemiczne... nie pamiętam
wszystkiego, ale było tego od groma... zawirowanie w głowie, żeby sobie
trochę odpocząć od napływu danych poszedłem do firmy REUTERS. Która mnie
zaprosiła do siebie na stoisko. Relacja z tego pobytu w sekcji NA SZYBKO
Reportera.
Obejrzałem sobie MathCada 6.0, rewelacja, i tak nigdy nie będę w stanie
wykorzystać wszystkich możliwości jakie oferuje przy obliczeniach
matematycznych, Mathematica mnie również zaszokowała ogromnymi
możliwościami. Przy okazji dorwałem gdzieś kompilator Watcom C/C++ (nie
słyszałem o tym nigdy) i Watcom Fortran. Genialne narzędzia, kompilują kod
na każdą platformę systemową (Windows 3.1, 95, NT, OS/2, DOS, Novell).
Przydałoby się takie coś.
Dla odprężenia wdałem się w ciekawą rozmowę z firmą Macrosoft. Z czym Ci
się kojarzy ta nazwa? No właśnie, dlatego uciąłem sobie z nimi pogawędkę.
Okazało się, że Macrosoft wcale nie ma nic wspólnego z Microsoftem, istnieje
od 10 lat i zajmuje się produkcją oprogramowania dla przedsiębiorstw
średniej wielkości (dlatego Macro i soft). W sumie ich materiały reklamowe
śmierdziały najbardziej (jakaś kiepska farba...) ale dostarczyli mi
fachowych informacji. W sumie mógłbym tam pracować, nie pogniewałbym się.
To chyba z grubsza tyle o firmach. Spędziłem na targach prawie cały dzień.
Oczywiście gdybym się chciał zagłębiać w szczegóły to i trzech dni by mi nie
starczyło. Omijałem w zasadzie programy przeznaczone do zarządzania firmami,
gdyż jest ich cała masa i taki ich zalew powoduje straszne zamieszanie.
Zaznaczam, że odbyłem bardzo dużo rozmów z różnymi firmami, udało mi się
zebrać bardzo dużo materiałów, ale zaprezentowałem w tym tekście programy i
urządzenia, które mi spodobały się najbardziej lub też po prostu robię tym
firmom darmową reklamę, w zamian za rzetelne podejście do klienta i okazaną
mi pomoc w zbieraniu materiałów.
Wróciłem jeszcze na pole bitwy w trzeci dzień. Wybraliśmy się tam z
kumplem, między innymi po odbiór nagrody jaką wygrał w radiu Top. Ale tym
razem targi mnie rozczarowały, wręcz dobiły swoim urokiem. Ludzi było dwa
razy więcej niż poprzednio, atmosfera była drętwa, nie dało się normalnie
porozmawiać, nikt już nie zwracał uwagi na klientów. Teraz byłem tylko
widzem, zwykłym oglądaczem nie szukającym nowinek i ciekawostek. Nic,
powtarzam NIC nie było warte chodzenie po targach i oglądanie. Za dużo
ludzi, za mało się działo. Pierwszy dzień obfitował w niespodzianki, każdy
chciał coś wnieść w te targi, a teraz wszystko było smętne, nudne i
nieciekawe.
Obeszliśmy na szybko wszystkie stoiska, wymieniliśmy wizytówki na
czekoladki (to taki pomysł na przyciągnięcie klienta), popatrzyliśmy jak
ludzie cisną się do jedynego stoiska z Virtual Reality, odebraliśmy nagrodę
z radia Top. Wpadliśmy w międzyczasie na stoisko SonyPlayStation zobaczyć
jak młodzież ciosa w gierki. No i wreszcie okazało się, że jednak internet
jest podłączony. Tłok niesamowity - najgorszy był fakt, że ludzie którzy tam
przyszli nie wiedzieli co zrobić z tymi przeglądarkami WWW. Razem z kumplem
pomogliśmy im. Zapuściliśmy adres www.playboy.com i mieliśmy za plecami
tłum. Przy okazji udało mi się wymienić adres strony domowej Microsoftu na
moją stronę WWW, a co sobie będę żałował:))
A co z nagrodami przyznawanymi na softargu? Nagrody I stopnia nie
przyznano. Jedynie trzy drugie nagrody, trzy trzecie, trzy dodatkowe i 11
wyróżnień. Nie pisze kto dostał, bo można o tym poczytać w każdej prasie
komputerowej. A co do prasy i książek to też było tego dość sporo. Ceny nie
były rewelacyjne, niemalże takie jak na giełdzie. Jedyna zaleta, to fakt, że
można było nabyć numery archiwalne.
No i taka ciekawostka - Gramofonowe Zavody to wcale nie konkurs z
gramofonami, jak myśleli niektórzy, a czeska firma zabezpieczająca kompakty
i ogólnie mówiąc CD-BOX Service.
A co do Internetu to rzadko która firma istnieje w internecie. Nie za
bardzo chyba jarzą, że dzięki internetowi zdobyliby rozgłos, reklamę, i
partnerów lub klientów. Wiele firm szukało dealerów i przedstawicieli, kilka
z nich było zainteresowanych nawiązaniem kontaktów z programistami. W
kilkunastu firmach zostawiłem swoje wizytówki, zobaczymy co się z tego
urodzi. Tak jak mówiłem pomógł mi fakt, że wydaję Reportera, i tak nikt nie
sprawdzał, czy jest to prawda czy nie. A już na pewno nikt o nim nie
słyszał:))) Ale nawet mała reklama jest reklamą - jak mówi stare przysłowie
pszczół. Uważam te targi za udane, jeżeli ktoś przyszedł tylko pooglądać to
nie wiele mu z tego przyszło, wiele osób było zawiedzionych, ale jeżeli ktoś
chciał porozmawiać, zobaczyć co nowego, nawiązać kontakty lub zakupić
oprogramowanie to myślę, że powinien być zadowolony.
A w razie gdyby nic z tych Targów nie wyniósł, mógł zawsze wynieść
balonika firmowego, które rozdawały hostessy. No więc wracając do tych
wspaniałych dziewczyn... dodam tylko, że Targi uważam za udane:))))
Opowiadania: Zrób wczoraj dzis to co (..)
Autor: Stork
[op1] Zrób wczoraj to, co możesz zrobić dziś.
[ Wojciech Bociański - Stork - ███████████████████████████ ]
Jack Blaire stał pod budynkiem guberni i niecierpliwie spoglądał na
zegarek. Wydawało mu się, że przechodzący obok ludzie doskonale wiedzą na co
tu czeka. Wiedział, że to złudzenie, ale nie potrafił odpędzić złych myśli.
Ludzie z organizacji powierzyli mu tyle zaufania, że nie mógłby teraz z
powodu jakiegoś głupiego przeczucia zawieść ich wszystkich...
Jack Blaire stał pod budynkiem guberni i niecierpliwie spoglądał na
zegarek. Wiedział, że musi tam wejść tak czy owak. Nie było na co czekać...
Wszedł po schodach, wyciągnął fałszywe dokumenty i delikatnym, ale pewnym
ruchem otworzył drzwi. Podszedł do okienka strażnika i pochylił się z
plikiem dokumentów w prawej ręce, lewą ręką gładząc delikatnie kolbę
pistoletu, sprytnie ukrytego pod prawą pachą. O dziwo, stróżówka była pusta.
Jack poczuł, że jego dziwne przeczucie nabiera jakiejś strasznej pewności...
"Coś tu nie gra... Ale... Niemożliwe, jestem przewrażliwiony...".
Podszedł do windy i dotknął płytki identyfikatora. Z głośnika dobiegł miły
kobiecy głos:
- Linie papilarne rozpoznane. Podaj status użytkownika.
- Martin Garphe, gość. - głos zadrżał mu nieznaczne.
- Status: gość. Winda przyjedzie za 14 sekund. - Jack odetchnął z ulgą.
Martin Garphe, jeden z najlepszych reporterów "Next Times'a", będzie miał
kłopoty. Wczoraj wieczorem został pojmany przez członków organizacji, a już
dziś, po drobnych zabiegach pani doktor Emmy Schenker, Jack mówił jego
głosem i posiadał jego linie papilarne. Perfekcyjna robota.
Przyjechała winda. Ding! Drzwi otworzyły się z sykiem. Ktoś jest w środku.
Strach... to tylko lustro. Ulga... Wszedł. I znów ten miły głos.
- Witam panie Garphe. Proszę o powtórną identyfikację głosu. Które piętro?
- Pierwsze... - niepokój w głosie.
- Dziękuję - drzwi windy zasunęły się delikatnie.
Ding! Winda ruszyła i zatrzymała się prawie natychmiast. Ding! Jack czuł
pot wewnątrz dłoni zaciśniętej na kościanej kolbie pistoletu. Korytarz był
pusty. Pewnym krokiem ruszył w kierunku gabinetu gubernatora. Znał na pamięć
rozkład pomieszczeń. Było nadzwyczaj pusto i cicho. Tabliczka na drzwiach.
Gubernator Clark Gamble. Dębowe, solidne drzwi.
Zapukał. Cisza. Kropla potu spłynęła po skroni. "Za łatwo... to wszystko
jest za łatwe...". Zapukał jeszcze raz. "O tej porze powinien być w
gabinecie...". Cisza. Nacisnął klamkę.
Gabinet był pusty. Biurko, ogromny fotel, biblioteczka... Zamknął drzwi.
Usiadł w fotelu. "Poczekam...". Wyciągnął pistolet i położył go sobie na
kolanach. Czas wlókł się niemiłosiernie. Czekał i coraz bardziej się
niepokoił. Zrobiło mu się duszno. Wstał i z pistoletem w dłoni zaczął
przechadzać się po gabinecie. Ding! "Winda! Ktoś tu idzie...". Poczuł jak
strach ścisnął mu gardło. Krople potu na plecach. Rzucił się do okna i
stanął za grubą, aksamitną kotarą. Drzwi otworzyły się i po chwili zamknęły.
Kroki. Cisza. Skrzypienie fotela. Jack stał jak posąg. "Teraz!". Cicho
wysunął głowę zza kotary. Ktoś siedział na fotelu plecami do niego. Jack
wyjrzał przez okno. Nie było wysoko. Trawnik, parking, ogrodzenie...
Wycelował w oparcie fotela...
Pierwszy strzał, drugi, trzeci... ciało głucho uderzyło o biurko. Brzęk
szkła. Jack stał w oknie i ułamek sekundy mierzył wzrokiem odległość do
ziemi. Spadł pewnie... Rzucił się pędem w kierunku bramy. "Za łatwo...".
W pokoju siedziała cała elita organizacji i pani doktor Schenker. Jack
siedział ze spuszczoną głową i cierpliwie słuchał.
- Jack, jeśli nam nie wierzysz, posłuchaj sam. - Ray Smiles skinął głową w
kierunku operatorni. Szum wysuwanych głośników. Głos spikera:
"...zamachowiec podający się za redaktora jednej z większych agencji
prasowych, dostał się głównym wejściem, ale po sprawnej akcji służb ochrony
został postrzelony. Zmarł w drodze do szpitala. Gubernator czyje się dobrze
i twierdzi, że incydent ten, nie będzie miał żadnego wpływu na wynik
wyborów. W budynku guberni zaostrzono nadzór i wystawiono patrole na...".
- Bzdura! Przecież siedzę tutaj z wami... - Jack poczerwieniał.
"...żadna z organizacji nie przyznała się do zamachu, tym niemniej jednak
najbardziej podejrzane są..."
- Jak widzisz, zawiodłeś nas Jack. - Ray mowił patrząc w sufit - Plotka o
twoim ujęciu została spreparowanana jedynie, by uspokoić społeczeństwo i aby
nasz kochany pan gubernator nie stracił większości elektoratu... Ale fakt
jest faktem, że gubernator żyje. - opuścił wzrok i spojrzał Jackowi w oczy.
- Muszę tam wrócić. - poczuł ze mówi to wbrew sobie.
- Dokładnie Jack. Nawet nie wiesz jak dokładnie... - chytry uśmieszek
Ray'a nie wróżył nic dobrego.
- Kiedy? - Jack grał twardziela.
- Kiedy??? Wczoraj! Wczoraj, kiedy jeszcze nikt nic nie wiedział o
zamachu, kiedy nie było dodatkowych strażników i patroli... Jack, zrobisz to
jeszcze raz wczoraj. - Ray spojrzał w kierunku Emmy Schenker. Pani doktor
skinęła głową i zwróciła się w kierunku Jack'a.
- Nasz projekt "Czwarty wymiar" jest dopiero w fazie doświadczeń, ale
musimy zaryzykować. Przeniesiemy cię w czasie na kwadrans przed wczorajszą
akcją. Masz dwadzieścia minut na... wykonanie zadania. Potem wrócisz.
Jack Blaire stał pod budynkiem guberni i niecierpliwie spoglądał na
zegarek. Wiedział, że musi tam wejść tak czy owak. Nie było na co czekać...
Wszedł po schodach, wyciągnął fałszywe dokumenty i delikatnym ale pewnym
ruchem otworzył drzwi. Podszedł do okienka strażnika i pochylił się z
plikiem dokumentów w prawej ręce, lewą ręką gładząc delikatnie kolbę
pistoletu sprytnie ukrytego pod prawą pachą.
- Martin Garphe, redaktor "Next Times'a" - uśmiechnął się do czarnoskórego
strażnika podając mu kartę identyfikacyjną.
- Cel wizyty? - Strażnik zgasił papierosa i sięgnął po dokument.
- Chciałem porozmawiać z gubernatorem Clarkiem Gamble o kampanii wyborczej
prowadzonej na łamach konkurencyjnych pism. Czyta pan "Next Times'a"?
- Nie, nie czytam. - oddał mu kartę - Jeśli chce pan rozmawiać z
gubernatorem musi pan poczekać. Teraz pan Gamble jest na naradzie.
"To dlatego go nie było w gabinecie". Jack schował dokumenty i podszedł do
windy. - Proszę poczekać na dole! - strażnik wychylił się z okienka - Powiem
gubernatorowi, że pan tu czeka. Wezwie pana jak będzie wolny. - Jack zamarł.
Podszedł do drzwi stróżówki. Zimna klamka. Zimny pot.
- Nie wolno tu panu wchodzić! - strażnik wyszarpnął broń z kabury. Jack
był szybszy. Jak zwykle. Wsunął ciało za regał.
Podszedł do windy i dotknął płytki identyfikatora. Z głośnika dobiegł miły
kobiecy głos:
- Linie papilarne rozpoznane. Podaj status użytkownika.
- Martin Garphe, gość. - głos nawet mu nie zadrżał.
- Status: gość. Winda przyjedzie za 14 sekund. - Jack odetchnął z ulgą.
"Ciekawe kiedy znajdą ciało strażnika. Mam nadzieję, że nie za szybko."
Przyjechała winda. Ding! Drzwi otworzyły się z sykiem. Jack obejrzał się w
lustrze i wszedł. I znów ten miły głos.
- Witam panie Garphe. Proszę o powtórną identyfikację głosu. Które piętro?
- A na którym odbywa się narada?
- Na szóstym.
- To na szóste.
- Dziękuję. - drzwi windy zasunęły się delikatnie.
Ding! Winda ruszyła i po kilku sekundach zatrzymała się delikatnie. Ding!
Jack wyszedł do jasno oświetlonego korytarza. Oddychał miarowo, ale czuł, że
jego nerwy są na progu wytrzymałości. Zza zakrętu korytarza wyszedł kolejny
strażnik.
- Poproszę kartę identyfikacyjną. - Jack podał ją bez słowa. Ręce drżały
mu nieznacznie.
- Niestety panie Garphe, nie może pan przebywać na tym piętrze. - strażnik
podał mu kartę i delikatnym ruchem ręki wskazał nadal otwartą windę.
- Chciałbym zamienić kilka słów z gubernatorem...
- Proszę tu poczekać. - strażnik odszedł. Jack sprawdził odruchowo czy
broń jest na swoim miejscu. "Poproszę go o rozmowę i pojedziemy do jego
gabinetu... drogę przez okno znam... Chyba nie odmówi redaktorowi takiego
pisma...". Strażnik wrócił. Jack przyjął obojętną minę.
- Pan gubernator chętnie z panem porozmawia, ale dopiero po naradzie.
Proszę poczekać w jego gabinecie na pierwszym piętrze Drzwi powinny być
otwarte. - strażnik poczekał, aż Jack wejdzie do windy.
- Proszę o powtórną identyfikację głosu. Które piętro?
- Pierwsze. - strażnik odwrócił się i zniknął za zakrętem korytarza.
- Dziękuję.
Ding! "Tak. Poczekamy na pana gubernatora" Ding! Znał na pamięć rozkład
pomieszczeń. Było pusto i cicho. Tabliczka na drzwiach. Gubernator Clark
Gamble. Dębowe, solidne drzwi. Nacisnął klamkę.
Gabinet był oczywiście pusty. Biurko, ogromny fotel, biblioteczka...
Zamknął drzwi. Usiadł w fotelu. "Poczekam...". Wyciągnął pistolet i położył
go sobie na kolanach. Nagle usłyszał za sobą jakiś ruch...
Pierwszy strzał, drugi, trzeci... poczuł przeszywający płuca ból i głucho
uderzył głową o biurko. Brzęk szkła. Jack stał w oknie i ułamek sekundy
mierzył wzrokiem odległość do ziemi. Spadł pewnie... Rzucił się pędem w
kierunku bramy. "Za łatwo...".
Opowiadania: Dewiacje natury ludzkiej
Autor: Piotruś Chałupko
[op2] Dewiacje natury ludzkiej.
[ Piotruś Chałupko - ███████████████████████ ]
Opowieść, którą mam zamiar przytoczyć jest straszna jak najgłębsze tajniki
ludzkiego umysłu, czające się gdzieś w cieniu marnej ludzkiej egzystencji.
Nigdy nie oglądając światła dziennego, mimo wszystko trwa .Tak trwa nie
złamana czasem i erozją następujących po sobie pokoleń. Nie wiem czemu to
piszę, ale świadomość tamtych okropnych i przerażających chwil jest ze mną
tak samo jak ciało z duszą od urodzenia dziecka .Tak czystego i nie
skażonego fekaliami jakimi karmią się ludzie na tym ziemskim padole.
Opowieść o tym strasznym miejscu przejdzie do historii jako największa
zbrodnia jaką może człowiek wyrządzić drugiemu człowiekowi. Do największych
dewiacji w jakie może popaść psychika ludzka, nie mówiąc w tym przypadku o
jakimkolwiek humanitaryzmie
Będąc jeszcze młody, pracowałem w Instytucie Archeologii i Geodezji.
Zajmowaliśmy się w wówczas prawie wszystkim co przedstawiało jakąś wartość
archeologiczną. Od renowacji starych obrazów, poprzez rekonstrukcję białej
broni, aż do odnawiania starych zamków. Jednym słowem pracowaliśmy jako
wykwalifikowani robotnicy od brudnej roboty, aby starszy rocznik kadrowy nie
przemęczał się zbytnio. Pewnego razu przyszło do nas odgórne zarządzenie o
treści następującej:
"Drodzy towarzysze. W trosce o nasze dziedzictwo kulturowe postanowiliśmy
uruchomić nowy program wspierający dotychczasowe osiągnięcia w dziedzinie
znalezisk pradawnych przodków naszego kraju. Niniejszym pragnę powiadomić,
iż program będzie nosił nazwę 'Śladami polskich budowniczych' i będzie
obejmował teren prac wykopaliskowych w okolicach Warmii i Mazur. Szczegółowe
informacje o rozdziale obszaru prac przesyłam w kopercie numer dwa. Życzę
powodzenia i przypominam - Partia przodującą siłą narodu. Z uszanowaniem
Naczelny (..)" - reszta była nie czytelna.
Wszyscy czekali z niecierpliwością na otworzenie kopert. Otrzymałem obszar
Południowo-wschodnich krańców Polski. Wieś, w której miało rzekomo znajdować
się znalezisko, nosiła nazwę Giby i położona była nieopodal jeziora. Pomimo,
że Ruiny zamku miały nosić nazwę "Gacek". Jedna tylko rzecz zwróciła
szczególnie moją uwagę, obok faktury przydziału widniał dopisek :"Kompletny
brak współpracy ze strony miejscowej ludności, zalecana szczególna
ostrożność". Cóż, pomyślałem - nigdy nie było łatwo. (...) Mhm, ależ to nie
miłe miejsce - zimny wiatr właśnie chłostał mnie po twarzy. Znajdowałem się
na prawie pustym polu patrząc w dal jak odjeżdża mój pociąg, który był jak
dotąd symbolem cywilizacji, ale i jego już nie było. Stałem sam. Zupełnie
sam, nie wiedząc, w którą stronę mam się właściwie udać. W oddali, na
horyzoncie ujrzałem zarysy ludzkiej osady. Może tam będą wiedzieli gdzie
dokładnie mają się znajdować ruiny?
(...) Wioska zdawała się wyludniona i wcale się nie dziwiłem. Wiał bardzo
zimny wiatr, a ja taplałem się w błocie, próbując przebrnąć przez główną
arterię osady. Nie była to bogata wioska sądząc po wyglądzie domów. Były to
niskie jednopiętrowe zabudowania, w większości kryte strzechą. Brudne,
malutkie okna, pozastawiane od wewnątrz kwiatami, nie dodawały uroku
domostwu. Na płynącej błotem ulicy nie było żywej duszy, tylko z uchylonych
drzwi gospody dobiegał głośny dźwięk konwersacji, wymieszany z dźwiękami
ludowej muzyki. Postanowiłem się tam udać. Przekraczając próg ogarnęło mnie
miłe uczucie ciepła domowego ogniska. Sala była malutka i obskurna ale
zarazem odczuwało się pewną majestatyczność. W kącie trzaskał miło kominek z
piekącą się na ruszcie kaczką. Dookoła porozstawiano małe stoliki przy
których przygarbieni ludzie delektowali się napojem chmielowym. Panował
półmrok, a dym z fajek spowijał gęstymi obłokami głowy gości tawerny.
Podszedłem do baru. W tym samym momencie wszystkie pary oczu znajdujące się
w pomieszczeniu skupiły się na mnie.
- Poproszę herbatę z rumem. - wycedziłem zziębnięty.
Barman popatrzył się na mnie jak na zjawę.
- Ni ma panocku.
- A kawa?
Odpowiedź barmana nie różniła się niczym od poprzedniej. Sytuacja
powtórzyła się jeszcze siedem razy, aż wreszcie zirytowany krzyknąłem.
- A co jest!?
- A no tyco piwo.
- Dobra niech będzie.
Złapał brudny kufel i zaczął nalewać żółtą breję ze zmurszałej beczki.
- Nie orientuje się pan gdzie może znajdować się ruiny zamku Gackowo?
Barman znów wybałuszył oczy tylko teraz miały wyraz skrajnego lęku, nic
nie odpowiedział tylko rzucił mi napełniony kufel i odszedł. Piwo było
skiśnięte więc oddałem je jakiemuś dziadkowi myśląc, iż udzieli mi on
informacji, które mnie interesują. Ale i to na marne. Dziadek również
wybałuszył oczy, zachłystując się podanym mu przeze mnie napojem i uciekł
gdzieś w kąt.
Próbowałem jeszcze z pięć razy nawiązać jakikolwiek kontakt. Ale gdy tylko
padało z moich ust słowo "Gacek" ludzie zamierali w bezruchu. Strach
paraliżował im usta i uciekali ode mnie. Miałem już tego dosyć, wiedziałem,
iż coś jest nie w porządku, a zmowa milczenia nie była mi pomocna w
dowiedzeniu się prawdy. Rozeźlony, nie przebierając w środkach, zaczaiłem
się na zewnątrz gospody. Z drzwi właśnie wytaczał się zbyt pijany człowiek
aby mógł uciekać. Pomyślałem, iż to moja jedyna szansa. Chwyciłem pijaka za
kark i zaciągnąłem na koniec ulicy, gdzie stała ogromna beczka wypełniona
deszczówką.
- A teraz - zagadnąłem przyjaźnie - myślę, że się zrozumiemy. Zadam ci
kilka pytań, a ty mi na nie odpowiesz, bo inaczej będą musiały wyrosnąć ci
skrzela.
Pijak bełkotał coś, zanosząc się od kaszlu. Klepałem go po plecach, dopóki
paroksyzm nie minął.
- No chyba już w porządku. Pierwsze pytanie brzmi: Gdzie znajduje się
"Gacek"?
Pijany zrobił się biały na twarzy, a oczy ze strachu wyszły mu z orbit.
Ponownie zanurzyłem mu głowę w beczce. To zaczyna być nudne - pomyślałem
patrząc na bąble wydobywające się na powierzchnię wody. Wyciągnąłem pijaka
za włosy
- Może być jeszcze mniej przyjemnie, przyjacielu - ostrzegłem - Naprawdę
uważam, że powinieneś zacząć ze mną współpracować. Spróbujmy jeszcze raz.
Gdzie znajdują się ruiny "Gacka".
- Na... na wschodu - wyksztusił mieszkaniec wioski, plując wodą. Wydawał
się teraz prawie trzeźwy.
- To już wiem. Jaką drogą powinienem pójść?
- Około pół kilometrów od wsi droga się rozwidłuje. Pojdziesz do lewa.
- Dobrze się spisujesz. Popatrz jesteś już prawie suchy. Jak daleko do
"Gacka".
- Około trzech kilometrów. - Biedak wił się w żelaznym uścisku.
- Ostatnie pytanie, obiecuję. - Dlaczego wszyscy w wiosce pocą się ze
strachu jak tylko usłyszą nazwę "Gacek"?
- Toć okropne miejsce. Dzieją się okropności nadzbyt straszliwe, aby o tom
godoć.
- Nie należę do wrażliwych, no dalej wstrząśnij mną.
- One tam sorpią krew i kąpią się w niej. Toć okropne miejsce. Już samo
wypowiedzenie tej nazwy ściąga na nos przekleństwo. - Pijaczyna wzdrygnął
się i zaczął płakać.
- No już cicho, cicho! - oswobodziłem nieszczęśnika i poklepałem
dobrotliwie po plecach. Następnie dałem mu rulonik pieniędzy o wysokim
nominale. - Może wróciłbyś do gospody i spróbował się osuszyć.
(...) Stałem właśnie przed ogromną bramą, na której czas odcisnął swoje
piętno. Bujne winorośle oplatały ciasno całą konstrukcję. Ogromne drzwi w
bramie były w połowie spróchniałe, ostały się jedynie metalowe bogato
zdobione zawiasy, które i tak pokrywała gruba warstwa rdzy. Chciałem
przekroczyć owe drzwi napierając na nie z całej siły, gdy wtem obluzowana
cegła spadła z samej góry wprost na moją głowę. Ogarnęła mnie ciemność, lecz
po chwili zaczął ukazywać mi się rozmazany obraz. Z każda chwilą nabierał na
ostrości i kontraście. Wreszcie się ustabilizował. Stałem teraz przed tą
samą bramą co przed chwilą, lecz z drobnym wyjątkiem - była ona w doskonałym
stanie. Miała dębowe, grube drzwi, okute grubą stalą, bogato cyzelowane
płaskorzeźbami.
Stałem i patrzyłem z rozdziawioną buzią. Jedna tylko rzecz się nie
zgadzała. Brakowało mi mojej powłoki materialnej. Wszystko widziałem,
słyszałem zawodzenie wiatru o szczeliny w murze oraz czułem zapach sosen,
ale nie miałem własnego ciała. Byłem biernym obserwatorem, nie mającym
wpływu na przebieg wydarzeń. Wtem nadjechała konno jakaś grupa ludzi.
Podjechali bliżej. Była z nimi dziwnie ubrana kobieta, mąż zaciężny oraz
giermek - sądząc po opisach w książkach, które czytałem na studiach. Duży
rycerz wstrzymał konia blisko bramy, zacisnął swą żelazną rękawicę i
zadudnił w drzwi. Czekali chwilę ale nic się nie działo. Rycerz pochylił się
w siodle i jeszcze raz zadudnił w bramę. Po pewnym czasie otworzył się mały
judasz po środku bramy.
- Któż to tam?
- Twój pan nas wezwał w pilnej sprawie.
Czekali długo. Purpurowe niebo na zachodzie rozdzierały błyskawice.
Wreszcie dobiegł ich szczęk łańcuchów i odgłos przesuwania ciężkiej,
żelaznej zasuwy. Brama jak gdyby niechętnie stanęła otworem. Za nią stał
potężny mężczyzna. Był odziany w kaftan z byczej skóry, który osłaniał go
jako pancerz, a oczy skrywały mu krzaczaste brwi. Miał wysuniętą dolną
szczękę i blada twarz.
- Prowadź do swego pana człowieku. - powiedziała kobieta.
Korytarz, do którego prowadził ich grubiański strażnik był mroczny i
zasnuty pajęczynami, z rzadka tylko oświetlony migoczącymi pochodniami,
tkwiącymi w metalowych obręczach. Na końcu korytarza znajdowało się
niewielkie pomieszczenie, przez które weszli do ogromnej sali.
- Oto ludzie którzy przybyli panie. - powiedział służący głębokim głosem i
skłonił się z szacunkiem.
- Och. Jesteście nareszcie. Rozgłoście się, a ty moja mistrzyni sztuk
tajemnych usiądź koło mnie. Mam poważny problem. Moja siostrzenica stała się
obłąkana. Stało się to podczas mojej półrocznej nieobecności, wyjechałem w
interesach. Po przyjeździe zastałem Melindę w odmiennym stanie. Z miłej,
uczynnej kobiety stał się potwór. Zaczęła odprawiać dziwne obrzędy a jej
oczy wypełniła nienawiść do wszystkiego co ludzkie i piękne. Ponadto
posiadła moce nadprzyrodzone, mój służący zamknął ją w wieży ale ona zmienia
się w widmo i lata po okolicy. We wsi poginęło wiele dzieci i kobiet bez
wieści. Ludzie zaczynają się domyślać. Proszę was, pomóżcie mi jakoś.
Przez dłuższą chwilę panowała cisza, pierwsza głos zabrała czarodziejka.
- Czy mógłbyś czcigodny panie opisać obrzędy o których wspomniałeś.
- Nie pamiętam zbyt wiele. Wiem że to co zobaczyłem przyprawiło mnie o
torsje. Kiedyś zszedłem pewnego wieczora do piwnicy aby odszukać zaginione
księgi zamkowe. Pamiętam, iż otworzyłem drzwi do sekretnej komnaty i to co
tam zobaczyłem przyprawiło mnie o zawrót głowy doprowadzając do utraty
przytomności, to było straszne.
- Niestety nie będziemy mogli pomóc, jeżeli się nie dowiemy co tam zaszło.
- No cóż, jeśli to konieczne proszę z mną.
Prowadził ich schodami do góry, a potem zasnutym pajęczynami korytarzem.
- Tam znajduje się wejście do piwnicy. - Wskazał wąską część korytarza.
Wyciągnął zza kaftana duży żelazny klucz i otworzył wąskie drzwi.
- Nie będziesz chciał oglądać tego hrabio. - ostrzegała go czarodziejka
- Nie droga pani. Chcę wszystko zobaczyć na własne oczy. Jeżeli nie
powstrzyma mojej bratanicy odosobnienie, będę musiał podjąć bardziej
radykalne kroki. Miejmy nadzieję że do tego nie dojdzie.
- Oto drzwi do tej komnaty. - Hrabia wyciągnął kolejny klucz.
Otworzył drzwi na oścież. Owionął ich przyprawiający o wymioty smród krwi
i rozkładającego się mięsa. Patrząc w migotliwym świetle pochodni uwierzyłem
natychmiast, że właśnie w tym pomieszczeniu działy się okropności, o krórych
przed chwilą słyszałem. Na środku zbroczonej krwią podłodze, stała rama do
rozciągania stawów i straszliwe łoże do zadawania męczarni. Ze ścian
sterczały okrutne haki. Wzdrygnąłem się, gdy dostrzegłem, że na wielu z nich
wisiały strzępy poczerniałego mięsa.
Na jednej ze ścian widniała bogata kolekcja różnorodnych drobnych narzędzi
tortur - noże, kleszcze, żelaza do przypalania i ostre jak igły haki. Była
tam tez śruba do zgniatania palców i wiele różnych biczów. W tej chwili
czarodziejka zaczęła mówić coś w nie zrozumiałym przeze mnie języku oraz
machała energicznie rękami kreśląc w powietrzu jakieś dziwne znaki. Potem
skierowała palce w kierunku pochodni i uwolniła zaklęcie. W pierwszej chwili
zdawało się, że nic się nie dzieje, ale potem dostrzegłem w pobliżu ramy do
rozciągania stawów jakiś ruch. Pojawiła się tam postać. Niewyraźna i
zamglona ale potem płomień pochodni rozbłysnął jasno i zobaczyłem, iż
przybrała postać kobiety.
Jej piękna twarz okazała się zarazem obliczem demona. Kobieta była naga.
Na jej twarzy malował się triumf. W jednej dłoni trzymała nóż a w drugiej
hak. Stopniowo zaczęła się pojawiać druga postać rozpięta na łożu do
zadawania męk. Sądząc po odzieniu była chłopką. Tważ miała wykrzywioną
przerażeniem, szarpała się próbując oswobodzić się z więzów, ale na próżno.
Niewiasta z nożem w ręku podeszła do rozpiętej na straszliwym łożu postaci i
powoli rozkoszując się trwoga ofiary, poczęła rozcinać jej odzienie. Gdy z
wieśniaczki opadły ostatnie strzępu ubrania, siostrzenica hrabiego kawałek
po kawałku odcinała jej ciało mamrocząc coś pod nosem.
Dziewczyna krzyczała a na twarzy oprawczyni pojawił się okrutny,
przerażający uśmiech. Z obrzydzeniem dostrzegłem, że usta miała pełne mięsa.
Odwróciłem wzrok nie mogąc dłużej zdzierżyć tego widoku i spojrzałem na
oblicze czarodziejki. Stała przerażona z oczami wlepionymi w odgrywającą się
scenę mordu. Gdy skończyła z kącików jej ust spływały strużki krwi, którą
wysmarowane miała całe ciało. Wtem obraz zmienił się. Tym razem ofiarą był
mężczyzna wijący się na haku wystającym ze ściany, podczas gdy hrabianka
wykrawała powoli kawałeczki mięsa z jego ciała i zjadała je ze smakiem.
Jedna po drugiej ciągnęła się długa procesja ofiar. Wiem że szlochałem lecz
łez nie było czuć ani widać, próbowałem zasłonić oczy rękami ale to na
marne. Przerażające widowisko trwało nadal, a pod nóż trafiały kolejne
ofiary.
Najstraszniejszy był widok uśmiercanych w mękach dzieci. Czułem że moja
wytrzymałość dobiegła końca. Wtem ujrzałem ogromne światło przenikające
wszystko a zaraz potem ogromną ciemność. Usłyszałem gdzieś w oddali głos
czarodziejki.
- Nie mamy szans. To jest córka szatana, przyszedł po nią ojciec!
I pochłonęła ich ciemność większa niż jakąkolwiek można by sobie wyobrazić
(...)
- Hej stary wstawaj - usłyszałem głos swojego kolegi z pracy. - Nieźle żeś
oberwał w łepetynę na tych wykopkach
- To było straszne - wymamrotałem.
- Taa, a coś myślał. Dwadzieścia szwów na łbie to straszne.
I znów zapadła ciemność
-----------------------
Sprawozdanie z wykopalisk w regionie Północno Wschodniej Polski stop. Brak
współpracy ze strony ludności miejscowej stop. Lokalizacja zamku zbyt trudna
do ustalenia, rejon kompletnie nie przydatny do celów turystycznych,
powtarzam nie przydatny stop. Proszę przygotować formularz zwolnienia stop.
Jarek Mikuliński stop
Ogłoszenia
Autor: Reporter
Możesz tu umieścić dowolne, nie komercyjne ogłoszenie, dotyczące każdej tematyki o długości do 5 linii. Nie zapomnij podać swoich namiarów i w miarę możliwości przyślij ogłoszenie w takiej formie jaką widzisz poniżej. [og1] Strony WWW Nadawca: [██████████████████ lub ██████████████ ] Zbieram tablice rejestracyjne. Polskie, zagraniczne, z samochodów osobowych, z motocykli, aktualnych i starych, w lepszym lub gorszym stanie. Kolekcjonuję tablice amerykańskie i kanadyjskie, a pozostałe są mi potrzebne do wymieniania się. Gdybyś miał zbędne tablice to proszę o kontakt, a na potwierdzenie zapraszam na http://www.man.katowice.pl/~labe/LicensePlates Nadawca: Cobretti [ █████████████████ ] Polecam wszystkim Bazę Wiedzy, Ascii-Arty, Quiz, stronę poświęconą Scenie PC w Polsce, ciekawe linki i inne działy na mojej stronie. Adres: http://www.cto.us.edu.pl/~majgier A teraz niesamowita strona nad którą pracowałem dość długo - wymaga dobrej przeglądarki, zapraszam: http://venus.wis.pk.edu.pl/cobretti/ [og2] Poszukuję Nadawca: Ernest W. Gorski [ █████████████████████████████████ ] Poszukuję adresów sieciowych udostępniajacych Polskie Normy lub Normy ISO. Język polski lub angielski. Najlepiej dotyczące hutnictwa. Nadawca: Anna Tęcza, █████████████, ██-██ ██████, Polska Ania prosiła mnie, żebym postarał się dla niej o kontakty listowne. Świetnie się z nią koresponduje - zapewniam. Mam nadzieję, że przyślecie jej tyle listów, że będzie żałowała, że chciała dać to ogłoszenie:))) Obiecałem spory odzew, mam nadzieję, że się nie pomyliłem. Pisz Waść - wstydu oszczędż. Bo głupio mi będzie jak nic z tego nie wyjdzie. Cobretti.:))) Nadawca: Cobretti [ █████████████████ ] Wciąż czekam na bilety z wakacji. Zawsze po wakacjach jest ich w nadmiarze, a dla mnie to okazja do wzbogacenia mojej kolekcji. Za każdy jestem bardzo wdzięczny. Więcej o moim hobby możesz poczytać na stronie WWW. Adres: http://www.cto.us.edu.pl/~majgier/bilety.html
Reporter 7/1996
Wstępniak: Sprawy techniczne
Autor: Cobretti
[ws1] Sprawy techniczne.
[ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]
Jak ma się Reporter? Po staremu - wciąż się rozwija. Z tym wydaniem
zwlekałem, bo czekałem na uruchomienie listservera, co pewnie już
zauważyłeś. Od tej pory, moje skrypty do rozsyłania, zostały zastąpione
przez automat skonfigurowany i napisany przez Emax'a. I chwała mu za to!
Uprości to rozsyłanie Reportera oraz zapisywanie się na prenumeratę.
Jeżeli dostałeś tego Reportera to jesteś już zapisany, zrobiliśmy to z
Emax'em ręcznie. Od teraz zapisanie się na prenumeratę Reportera jest
banalne, wystarczy wysłać maila na adres:
█████████████████████████
a w mailu umieścić dwa słowa:
SUBSCRIBE REPORTER
To wystarczy żeby zostać zapisanym, co oczywiście zostanie potwierdzone.
Gdyby listserv nie potwierdził zapisania na listę to daj znać, znaczy to, że
coś nie gra. A chciałbym, żeby wszystko chodziło jak w zegarku.
Jeżeli przerażają Cię automaty to możesz zapisać się na prenumeratę
Reportera po staremu, czyli wysłać maila na mój adres █████████████████ i
podać adres na jaki ma przychodzić Reporter.
Opis działania tego listservera będzie na stronie Reportera, czyli:
http://venus.wis.pk.edu.pl/cobretti/
Jeżeli robisz Reply na ten mail, to nie przejmuj się i tak wszystko
przekierowywane jest do mnie, na konto █████████████████, Emax zadbał o
wszystkie szczegóły, jak również o to, żeby zrobić aliasa, bo prawdziwy
adres listserva jest: ███████████████████████████████████ co jest dość
kłopotliwe do zapamiętania.
RMF odwalił kawał świetnej roboty i zrobił dla nas FTP, za co jestem mu
niezmiernie wdzięczny. Od teraz wszystkie pliki muzyczne (.mod .s3m .xm
.mid), graficzne (.gif .jpg .bmp) oraz programy (zarówno źródła jak i
postacie wykonywalne w dowolnych językach programowania) wrzucać ftp'em do
venus.wis.pk.edu.pl/incoming/Reporter
Będę je stamtąd co jakiś czas wybierał i porządkował. Docelowo będzie je
można przeglądać i wykorzystywać ze strony Reportera, lub z
venus.wis.pk.edu.pl/pub/Reporter
Przysyłać można tylko prace własnego autorstwa i w wersjach pełnych
(programy). Do każdej pracy należy dołączyć plik textowy, opisujący
działanie programu, dane autora, oraz ewentualnie inne dane. O tym czy dana
grafika, muzyka lub program znajdzie się w FTP Reportera, zadecyduję
osobiście, oczywiście w pełni obiektywnie. Liczy się przede wszystkim poziom
wykonania i użyteczność.
A w ogóle od następnego numeru zamiast wstępniaków pojawią się tylko
techniczne sprawy podobnie jak w tym numerze. Chcę jak najwięcej miejsca
wykorzystać na konkretne artykuły. Mam zamiar wydać półroczną wersję
Reportera, która zawierałaby teksty z Reporterów od nr 1 do ostatniego w tym
roku. Będzie to miało postać magazynu dyskowego na komputery klasy PC.
Oczywiście okraszone wszystko będzie muzyką, pojawią się teksty nie
publikowane jeszcze w Reporterze, a grafika będzie wykonana w trybie
tekstowym. W związku z tym jeżeli masz ochotę zabawić się w grafika ANSI lub
ASCII, zaprojektować fonty 8x16, zrobić muzykę do tego magazynu, lub coś do
niego wnieść to daj znać. Pracę już rozpocząłem i mam nadzieję, że do końca
roku zdążę ze wszystkim. Do wykonania fontów napisałem programik, więc jak
nie wiesz jak to zrobić to mailnij.
Oczywiście szykuję niespodzianki do następnych wydań Reportera. A póki co
zapraszam do lektury tego numeru. I wybacz, że wszystko jeszcze jest trochę
chaotyczne, bowiem wciąż Reporter jest udoskonalany i rozbudowywany.
Postanowiłem wydawać Reportera w plikach o długości do 100kB, ponieważ
niektóre konta mają limity objętościowe e-maili. Za to powinien wychodzić
częściej. Przy okazji proszę Cię o reklamowanie tego magazynu, a nawet
podsyłanie go w całości znajomym.
Na szybko: Król popu przybywa
Autor: Stork
[sz1] Król Popu przybywa.
[ Wojciech Bociański - Stork - ███████████████████████████ ]
No i przyjechał Michael Jackson. Wszyscy się cieszą i podziwiają idola. No
może nie wszyscy, ale wszyscy powinni, bo każą media. Michael jest
wspaniały, cudowny, piękny i naturalny. Wydawałoby się, że to nic
nadzwyczajnego, zwykły koncert jakich wiele. Ale to nieprawda. Zwykłe
koncerty to dają takie płotki jak Metallica czy R.E.M., a król popu przybywa
dać show jakich mało. Oczywiście nikogo nie powinno dziwić, że król spotyka
się z głową naszego państwa, ani to, że Michael chodzi w masce. W końcu móg
łby przecież nosić butle z tlenem, nieprawdaż?
To wszystko to jakaś kompletna bzdura. Bzdura jakich mało. Kreowanie
kolesia który się wstydzi koloru swojej skóry na idola nastolatków jest po
prostu żenujące. A to, że media starają się zrobić z tego koncertu
wydarzenie dziesięciolecia to już kompletny brak dobrego smaku. Starają się
to robić na siłę i wbrew temu, co widać dookoła. Moim zdaniem, jeśli ktoś
jest jego fanem, to i tak poszedłby na ten koncert, a te grube miliony
władowane w reklamę i promocję, to po prostu głupie marnotrawstwo. O mały
włos, a organizowano by łapanki na ulicach i ściągano ludzi na koncert po
to, żeby "Majkelowi" nie było smutno. To boli.
Jeśli ktoś lubi Michael'a to nie pomogą kolorowe plakaty i melodyjne
reklamówki w telewizji Polsat. Ale Michael kocha dzieci i nawet kupił
zabawki dla domu dziecka w Warszawie. A czy ktoś pomyślał ile domów dziecka
można by wyposażyć w zabawki za pieniądze włożone w reklamę i promocję
"króla"? Ile dzieci można by ucieszyć za pieniądze włożone w koncert na
który siłą ściągano ludzi? Ilu z kilkudziesięciu lekarzy obsługujących
koncert mogło być potrzebnych gdzieś indziej? Szkoda liczyć...
Nie chcę tu dowodzić tego, że ów koncert był niepotrzebny. Oczywiście, że
są w Polsce fani Michaela Jacksona i że im też się należy. Ale po co od razu
urządzać widowisko na 150 tysięcy ludzi??? Wiecie po co? Bo dla mniejszej
ilości fanów, nie chciałoby mu się przyjeżdżać. A kto chciałby się narazić
"królowi"? Wielebne bzdury...
Uważam, że ten koncert to jeden, wielki niewypał i grube miliony
zmarnowanej forsy. Forsy której przecież w naszym kroczącym do Europy
państwie mamy tyle, że stać nas trzech Jacksonów i jeszcze nam nawet troszkę
zostanie. Kończę już bo szkoda mojego czasu... i waszego też.
Na szybko: Rewizja przyszłości
Autor: Kronos
[sz2] (Re)wizja przyszłości
[ Radoslaw Kotapka - KRonos ]
Będzie to coś, jakby polemika do artykułu z poprzedniego numeru,
dotyczącego wizji przyszłości. Generalnie nie mam żadnych "ale", bo przecież
każdy ma prawo do wizji. Rzecz całkowicie subiektywna.
Uważam, że Cobretti jest wielkim optymistą, uważając, że nauka pozna
tajniki ludzkiego mózgu już za kilkanaście lat. Oczywiście byłbym
szczęśliwy, gdybym dożył takiej chwili, ale jakoś nie bardzo z moim
przekonaniem. Zgadzam się, że komputeryzacja świata i zamiana (dosłownie)
wszystkiego na system binarny jest niebezpieczeństwem, lecz homo sapiens
sapiens ma coś takiego jak rozsądek (i instynkt samozachowawczy - o czym Cob
wspominał) i nie dopuści do zagłady rasy (patrz na przykład wyścig zbrojeń).
(Teraz ja jestem optymistą)
Wierzę, że Człowiek będzie miał na tyle rozsądku, że nie pozwoli Maszynie
wydrzeć się spod kontroli. Myślę też, że na pewno za jakiś czas uda się
podłączyć komputer bezpośrednio do mózgu i kierować pracą urządzeń
wykorzystując proces myślenia lub same fale mózgowe. I to będzie przyczynek
do następnego kroku cywilizacyjnego i ewolucyjnego zarazem. (Rozwój robotów,
czy jakichś form androidalnych niewiele ma wspólnego z ewolucyjną teorią K.
Darwina.)
Dalsza ewolucja (tak sobie kiedyś wymyśliłem) polegała będzie na
stopniowym wyzwalaniu się człowieka z niewoli materii. Już teraz wiadomo, że
za jakiś czas ludziom zanikną paznokcie, bo nie są już do niczego potrzebne.
W momencie kiedy wszystko będzie nam dostępne tylko przez pomyślenie o tym,
człowiek przestanie się poruszać. Ciało będzie zbędne (chcesz zobaczyć
zbiory Luwru - sieć przesyła ci je prosto do ośrodków wzroku. Nie oglądasz
ich już na ekranie terminalu, lecz widzisz je naprawdę, chcesz przeczytać
książkę - wybierasz tytuł i sieć przesyła ci ją do ośrodków pamięci twego
mózgu) i nie jesteś zniewolony przez maszynę. Ona świadczy coś jak usługę.
Brzmi to trochę kosmicznie, ale... Człowiek stanie się uwolniony od
ograniczeń czasu i przestrzeni (rozumianych potocznie, a nie np. w myśl
kategorii Kanta). Oczywiście przemiany ewolucyjne - mimo, iż silne bodźce
przyśpieszają ich tempo - są procesami trwającymi tysiące lat, toteż na
pewno nie uda się nam dojrzeć jakichś zmian. Nie może to być okres czasu
rzędu kilkunastu lat.
Ewolucja człowieka będzie przebiegała w kierunku wykreowania istoty
bardziej duchowej niż cielesnej (skoro bodźce fizyczne będzie można do woli
kontrolować). Może też kiedyś pierwiastek duchowy przeważy w nas na
płaszczyźnie ontologicznej. Otworzy się w nas trzecie oko - oko umysłu, i
uzyskamy dostęp do wiedzy, do której teraz - z płaszczyzny materii - nie
mamy żadnego dostępu. Może będziemy mogli podróżować po wszechświatach
równoległych, a ilość wymiarów nie będzie stanowiła przeszkody w poruszaniu
się po nich. Może staniemy się bliżsi Boga - o którym powoli zdajemy się
zapominać.
Oczywiście wiem, że wizja ta wydaje się być słodka i nad wyraz
optymistyczna. Cóż. W wieku gwałtownych przemian i niebezpieczeństw (być
może) czychających w technice, staram się mieć nadzieję, zwłaszcza, że
człowiek znika w tym całym bałaganie światłowodów i inżynierii genetycznej.
Żyjąc w hedonistycznym świecie, zapominamy, ze nie samym chlebem...
Warsztat: Format pliku Targa
Autor: Akardo
[wa1] Format pliku Targa.
[ Krzysztof Wróbel - Akardo - █████████████████ ]
Witam wszystkich Czytelników "Reportera", a szczególnie tych
zainteresowanych programowaniem. W tym artykule chciałbym opisać popularny
ostatnio format graficzny .TGA (Targa), którego zaletą jest m.in.
zapamiętywanie obrazu w 16 mln kolorów.
Istnieją dwie wersje tego formatu. Pierwsza, zwana zwykłą,
rozpowszechniona została po roku 1984 i jest maxymalnie uproszczoną metodą
zapisu 24 bitowego obrazu oraz druga, rozpowszechniona po roku 1989, trochę
bardziej rozbudowana.
W tym artykule chciałbym opisać tę pierwszą wersję, bowiem jest ona
częściej spotykana. Poza tym większość programów graficznych zapisuje obrazy
właśnie w tej pierwszej formie.
Plik .TGA składa się z następujących elementów.
POLE 1 (1 bajt) - długość identyfikatora pliku. Pole to jest przeznaczone
na tekst opisujący plik zawarty w POLU 6.
POLE 2 (1 bajt) - rodzaj mapy kolorów. Pole to określa jaki rodzaj mapy
kolorów jest zastosowany do zakodowania koloru w obrazie. I tak wartość :
1 - oznacza, że mapa kolorów zawarta jest w pliku w POLU 7,
0 - brak mapy kolorów.
POLE 3 (1 bajt) - sposób zapisu danych o obrazie. I tak następujące
wartości na tym polu oznaczają :
0 - brak danych o obrazie,
1 - obraz nie skompresowany z określoną przez POLE 2 mapą kolorów,
2 - nie skompresowany obraz z 24-bitowym kolorem,
3 - nie skompresowany obraz w kolorach B/W,
9 - obraz skompresowany metodą RLE z określoną przez POLE 2 mapą kolorów,
10 - skompresowany metodą RLE obraz z 24 bitowym kolorem,
11 - skompresowany metodą RLE obraz w kolorach B/W.
POLE 4 (5 bajtów) - specyfikacja mapy kolorów. Używane tylko wtedy gdy
POLE 2 zawiera wartość różną od zera. Pierwsze dwa bajty określają pozycję
od której będzie liczona mapa kolorów. Następne dwa - liczbę zawartych w
mapie kolorów definicji barw. Ostatni bajt określa ile bitów przypada na
opis barwy.
POLE 5 (10 bajtów) - specyfikacja obrazu. Pole to zawiera wszystkie dane o
zapamiętanym obrazie, jak umiejscowienie na ekranie czy rozmiar. Pierwsze
dwa bajty tego POLA określają w której linii ekranu zostanie umieszczony
lewy dolny róg obrazu. Obliczenia są wykonywane przy założeniu, że obraz
jest wyświetlany na urządzeniu, które ma punkt 0,0 w lewym dolnym rogu.
Następne dwa bajty są analogiczne do dwóch poprzednich z tym, że dotyczą
wsp. pionowej.
Bajty 5 i 6 określają rozmiar obrazu w poziomie.
Bajty 7 i 8 określają rozmiar obrazu w pionie.
Bajt 9 określa ile bitów przypada na opis pixla.
Ostatni bajt jest deskryptorem obrazu. Poszczególne bity oznaczają:
0-3 - liczba bitów atrybutu przypadająca na 1 pixel,
4-5 - kolejność przesyłania piksli z pliku na ekran wg następującej
tabeli:
bit 5 bit 4
0 0 - dolny lewy róg,
0 1 - dolny prawy róg,
1 0 - górny lewy róg,
1 1 - górny prawy róg.
6-7 - bity wyzerowane.
Te wszystkie pola tworzą 18 bajtowy nagłówek pliku. Do odczytu takiego
nagłówka możemy w języku Pascal zastosować procedurę BlockRead. Poniżej
przedstawiłem prosty programik odczytujący i wyświetlający informacje o
pliku. (Zamiast obrazek. tga należy wpisać odpowiednią nazwę)
var
f : file; header : array[0..17] of byte; a : byte;
begin
assign(f,'obrazek.tga'); reset(f,1);
blockread(f,header,18);
for a:=0 to 17 do writeln(header[a]);
close(f);
end.
Następne POLE jest identyfikatorem pliku. Mogą być w nim zapamiętane
dowolne informacje o obrazie wpisane przez użytkownika. Długość tego pola
określona jest w POLU 1.
POLE 7 - dane o mapie kolorów. Pole to istnieje tylko wtedy gdy POLE 2 ma
wartość 1. Długość pola wynosi: LB*IB/8, gdzie:
LB - liczba zawartych w mapie kolorów definicji barw, jest to 3 i 4 bajt
POLA 4,
IB - liczba określająca ile bitów przypada na opis barwy, jest to 5 bajt
POLA 4.
Gdy obraz składa się z 256 kolorów, przykładowy program ładujący i
ustawiający paletę może wyglądać następująco.
var
f : file; header : array[0..17] of byte;
pal : array[0..255,0..2] of byte; k,l : byte; kol : word;
begin
assign(f,'obrazek.tga'); reset(f,1);
blockread(f,header,18); {ładuje nagłówek}
blockread(f,pal,768); {ładuje paletę}
for k:=0 to 255 do {pętla ustawiająca paletę}
begin
port[$3c8]:=k;
for l:=0 to 2 do
begin
kol:=pal[k,l];
port[$3c9]:=trunc(kol/4);
end;
end;
close(f);
end.
POLE 8 - dane o obrazie. Długość tego pola można obliczyć ze wzoru:
RWP*RWPN, gdzie:
RWP - rozmiar obrazu w poziomie, odczytujemy odpowiednie bajty z pola 5,
RWPN - rozmiar obrazu w pionie, również odczytujemy odpowiednie bajty z
pola 5.
O tym w jaki sposób zapisane są dane o obrazie możemy dowiedzieć się
odczytując POLE 3 (z nagłówka). Jeżeli jest to obraz nie skompresowany, to w
zasadzie nie ma problemów z jego wyświetleniem, bowiem każdy bajt oznacza
kolor kolejnego pixla. Problem pojawia się gdy obraz skompresowany jest
metodą RLE. Tutaj dane mogą występować w postaci zgrupowanej lub surowej.
Grupowanie danych stosowane jest wtedy gdy mamy np. 100 pixeli jednego
koloru. Po co wtedy niepotrzebnie pamiętać każdy bajt? Możemy zapamiętać
tylko liczbę powtórzeń bajtu oraz jego kolor. Natomiast dane surowe są to
dane w najprostszej nie spakowanej postaci. O tym w jakiej postaci są
zapisane dane decyduje tzw. pole powtórzeń, a dokładnie najstarszy bit tego
pola. Każdy z pakietów (zgrupowany i surowy) poprzedzony jest właśnie takim
polem. Jeżeli najstarszy bit jest = 1 to znaczy, że dane są zgrupowane,
jeżeli bit ten jest = 0 tzn. , że dane są surowe. Młodsze 7 bitów pola
powtórzeń informuje nas ile pixli jest reprezentowanych przez pakiet (w
przypadku danych zgrupowanych) oraz ilość pixli + 1 (w przypadku danych
surowych). Żeby już więcej nie mieszać Ci w głowie drogi Czytelniku, podam
przykłady. Odczytujemy z pliku sekwencje danych:
133,0,255,255,185,100,...
Liczba 133 przedstawiona w zapisie dwójkowym jest równa 10000101, jak
widać najstarszy bit = 1 więc dane są zgrupowane. Teraz obliczamy ile jest
danych zapisanych kolorem reprezentowanym przez następny bajt. Jak nietrudno
obliczyć jest ich 5. Tak więc mamy 5 pixeli występujących kolejno po sobie w
kolorze 0. Następna liczba to 255. W zapisie dwójkowym wynosi ona 11111111,
czyli znowu mamy do czynienia z danymi zgrupowanymi. Obliczamy ilość danych.
Wynosi ona 127. Czyli mamy 127 pixli w kolorze 255. Następna liczba 185...
itd.
Inny przykład:
109,56,76,29,176,239,139,...
Liczba 109 to w zapisie dwójkowym 01101101. Najstarszy bit wynosi 0 czyli
dane surowe. Jest ich 109 + 1, czyli 110. Tak więc 110 kolejnych bajtów
oznacza kolory następujących po sobie pixeli na ekranie, począwszy od bajtu,
którego wartość wynosi 56.
Kolejny przykład:
5,3,6,7,9,3,5,150,9
Od razu możemy stwierdzić, że najstarszy bit bajtu powtórzeń wynosi 0, tak
więc mamy dane surowe. Jest ich 5+1=6. Cyfry 3,6,7,9,3,5 to kolory
kolejnych pixeli. Następny bajt to 150, od razu widać, że teraz będą dane
zgrupowane. Jest ich 22. Czyli 22 pixele w kolorze 9.
Z powodu ograniczonej ilości miejsca w "Reporterze" nie zamieszczę
gotowych przykładowych procedur do wyświetlania plików .TGA. Jednak jeżeli
jesteś zainteresowany takimi programami napisz do mnie na adres internetowy,
lub spróbuj sam coś takiego napisać. Życzę powodzenia.
Podczas pisania tego artykułu korzystałem z następującej literatury:
- PC Kurier 23/96, artykuł K. Łabanowskiego "Format graficzny TARGA"
Warsztat: Cegły z papieru
Autor: Cobretti
[wa2] Cegły z papieru.
[ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]
Lubię od czasu do czasu pobawić się w modelarstwo. Jakie takie
doświadczenie w tym mam, co może potwierdzić replika dworca kolejowego z
Bonn z zapałek, nad którą pracowałem pół roku. Tak się złożyło ostatnio, że
potrzebowałem wykonać kawałek muru z cegieł, ale miał to być bardzo
realistyczny mur, bardzo realistyczne cegły i całość miała sprawiać bardzo
dobre wrażenie.
Pojawił się problem z czego to wykonać. Z kartonu lub papieru sklejanego w
małe cegiełki? Nie, odpada, zbyt prymitywnie by to wyglądało. To może z
jakiejś masy plastycznej, np. modelina? Też nie, modelina nie nadaje się
zbytnio na cegły. No więc może z drewna zwykłego lub balsy? Też nie, nie
osiągnie się takiego efektu jaki chciałem uzyskać. Trochę czasu spędziłem
nad wymyślaniem materiału na cegły aż wreszcie wpadłem, należało tylko
przeprowadzić testy.
Przypomniałem sobie, jak kiedyś zrobiłem tunel do kolejki TT, jaką
zbierałem. Wystarczyło podrzeć zwykłe gazety, zmieszać to wszystko z wodą
dodać trochę mąki i zagotować taką masę. Po wylaniu tego na wcześniej
przygotowaną formę tunelu i po zastygnięciu masy oraz po włożeniu w tą masę
sztucznych drzew i krzaków, uzyskałem tunel z prawdziwego zdarzenia,
dodatkowo posypany sztuczną trawą i skałkami. Tunel był nie do zniszczenia,
i wyglądał rewelacyjnie. Teraz musiałem posłużyć się tym samym tworzywem,
ale w nieco zmodyfikowanej formie.
Skołowałem mikser. Wrzuciłem do miksera drobno podarte gazety, wlałem wodę
i zacząłem miksować, tak długo, aż z papieru zrobiła się masa i nie było
widać żadnego kawałka gazety. Taka substancja wystarczyła mi w zupełności,
oczywiście można dodawać do tego np. wikol w celu lepszego scementowania,
lub jakieś substancje utwardzające, tudzież zmiękczające. Chciałem jednak
uzyskać końcowy efekt bez dodatków.
Przygotowałem sobie metalową formę cegły, otwartą z obu stron, z tym, że z
jednej strony można było ją zamykać. Teraz cały trick polegał na jak
najściślejszym ugnieceniu tej masy w formie. Oczywiście masa była bardzo
wodnista, więc całą wodę należało odsączać w miarę ściskania masy. Tak zbita
cegła po wyjęciu była lekko wilgotna, w miarę twardawa i należycie
ukształtowana. A co najważniejsze miała świetną powierzchnię do złudzenia
przypominającą naturalną cegłę, lekko zdawało by się chropowatą i taką
typową jak surowe cegły.
Tak sprasowane cegły poddawane były następnie suszeniu. Bardzo ważne było,
żeby wyschły jak najlepiej. Po wyschnięciu były niesamowicie twarde, nie
zginały się, ani też nie poddawały się wyginaniu. Prawdziwa cegła! Tylko
kolor miały szary, taki jak masa papierowa. No więc postanowiłem je
pomalować zwykłą farbą plakatową na czerwono. Pomysł był idealny, po
wymalowaniu wyglądały tak realistycznie, że gdyby nie małe rozmiary można by
je rzeczywiście porównać do cegieł. Zresztą koleżanka, która je zobaczyła po
raz pierwszy od razu spytała mnie po co mi takie małe cegły. Odpowiedź była
prosta, żeby zrobić ten murek.
Ale to jeszcze nie wszystko, trzeba było je jakoś zespolić, znaleźć
substancję, która będzie imitowała zaprawę murarską. Tutaj nic wielkiego nie
przychodziło mi do głowy, więc za zaprawę posłużyła mąka zmieszana z wodą,
też w przeszłości wypróbowany materiał. Tylko, żeby takie cegły nadawały się
po wyburzeniu do ponownego użytku i aby mąka lepiej trzymała postanowiłem
pociągnąć je lakierem bezbarwnym. Czad, teraz cegły zmieniły się ze zwykłych
w klinkierowe i można by stawiać spokojnie nowoczesny budynek. Problem
polegał tylko na tym, że cykl produkcyjny tych cegieł był bardzo
czasochłonny.
Po wyschnięciu, zaprojektowałem kawałek muru, położyłem cegły,
posmarowałem mączną zaprawą i znowu położyłem warstwę cegieł. Normalnie
rewelacja. Z lekka wylewająca się zaprawa z pomiędzy cegieł dała złudzenie
surowego muru ceglanego i była na tyle wierna, że każdemu się podobała.
Czyli udało się, papier znowu przyniósł oczekiwany wynik, a że w nietypowej
postaci, to już inny problem. Z reszty cegieł wykonałem murek, który został
poddany operacji zniszczenia i rozkruszenia. Tu znowu wynik był bardzo
pozytywny. Mąka pozwoliła się wykruszyć przy użyciu dość sporej siły, a
cegły po odrapaniu nadawały się do ponownego użycia. Próbowałem teki papier
obrabiać pilnikami i przecinać piłką laubzegą, nie było problemu przy
robieniu połówek z cegieł.
Polecam ten materiał nie tylko do cegieł ale i do dowolnych elementów,
których wykonanie innymi sposobami nie jest możliwe w warunkach domowych.
Odpowiednio spreparowany papier można w zasadzie wykonać wedle swoich
życzeń, może być miękki i nadający się do kształtowania lub twardy jak stal.
Taką masę można uzupełniać o wypełniacze lub inny materiał, który ma być
dodany. Można dosypać piasek, zwiększając wagę lub drobiny styropianu, aby
ją zmniejszyć. Po pomalowaniu lakierem taka substancja staje się
nieprzemakalna i dająca się łatwo zmywać. Po prostu rewelacyjny materiał dla
modelarza.
Reportaże: Pierwszy dzień
Autor: Miklex
[re2] Pierwszy dzień.
[ Michał Kleczkowski - Miklex - █████████████ ]
Zaczęło się od spóźnienia na pociąg, ale nie klasycznego wpadnięcia na
peron, po to żeby zobaczyć oddalające się czerwone światła. Nie używam od
dawna budzika i nie pamiętałem dobrze jak to cholerstwo się nastawia,
obudziło mnie zapuszczanie motoru przez jakiegoś zwyrodnialca. Rzut oka na
zegarek i wszystkie słowa na k zmieniły kierunek, sam się nimi
poczęstowałem. Pociąg odjechał godzinę temu, do następnego 40 minut,
wrzuciłem do torby jakieś podkoszulki, szybki prysznic i sprintem do
skutera. Po krótkiej jeździe i złamaniu wszystkich możliwych przepisów
drogowych - rzut na kasę żeby wykupić nowa rezerwacje i na minutę przed
odjazdem wkroczyłem na pokład TGV (Tiran a Grande Vitesse, francuski pociąg
jadący 350 na godzinę).
Zacząłem studiować Pariscope, tygodniowy przewodnik po życiu paryskim i
pierwsza niespodzianka, retrospektywa fotografii i obrazów mojego
ulubionego malarza Luciana Castelli.
Przed jedenasta dojechaliśmy na Gare de Lyon. Na piechotę do hotelu gdzie
miałem się spotkać z siostra i szwagrem, który przyleciał na jakąś
konferencje i wziął siostrę, a ona namówiła mnie i stąd ta wycieczka.
Hotel znaleziony przez inernet okazał się fajny i w doskonałym miejscu.
Zostawiłem torbę w której odkryłem brak aparatu fotograficznego i
poleciałem do muzeum fotografii. Zacząłem od dołu gdzie wystawa się kończyła
i gdzie siedziała jakąś strasznie znudzona dziewczyna. Olbrzymie obrazy
malowane zdecydowanymi gestami, wielkim chlapiącym na boki pędzlem i małe
karneciki szkiców poplamione paluchami na rożne kolory, to było to, z
radości zacząłem podrywać znudzona dziewczynę i okazało się, ze bardzo
ładnie się śmieje. Ale miałem przed sobą jeszcze dwa pietra. Na górze było
tak samo fajnie, ale pilnowali znudzeni faceci.
Po wystawie mały spacer przez Marais, żydowską dzielnicę, której jeszcze
nie znałem. Obok uliczek, gdzie na szyldach same polskie nazwiska a na
wystawach rozmaite produkty - wszystkie koszerne, inne uliczki ze sklepami
dla punków i rockersów, bajecznie kolorowymi i czasem strasznie śmiesznymi.
Potem, metrem w okolice placu Świętego Michała, na obiad w knajpce
chińskiej o wielkości i kształcie przedziału tramwajowego, gdzie całe menu
kosztuje 40 fr a wino nalewają z plastikowej butelki. I jeszcze mała
wedrowka, gdzie nogi poniosą zakończona w okolicach hotelu, na tarasie
bistra, w celu uzupełnienia poziomu piwa w organizmie:)
W hotelu z krótkiej drzemki wyrwał mnie terkoczący telefon, to zjawiła się
reszta wycieczki. Poplotkowaliśmy chwilę degustując butelkę Bordeaux i
dalej do roboty. Spacer koło katedry Notre Dame (fasada niestety w remoncie)
i dalej przez wyspę St Louis, szlak dość turystyczny ale kapitalny w
zachodzącym słońcu. Dołączyli znajomi z córką, którzy przylecieli na ten sam
kongres i poszliśmy razem do naszej dzielnicy na kolację. Okolice placu Św.
Michała, to niekończący się ciąg knajp, dwie ulice prawie wyłącznie greckie,
na wystawach olbrzymie szaszłyki, piekące się na rożnach prosiaczki, a przed
drzwiami Grek (często z Marakesz czy Sewilli) wciągający Cię do środka,
zachwalający kuchnię i oferujący darmowe aperitiwy.
Dalej knajpy arabskie, wymieszane z włoskimi i chińskimi. Mnóstwo ludzi w
ciasnych tu zaułkach, hałas muzyki, kolorowe światła i apetyczne zapachy.
Wybraliśmy zatłoczoną knajpkę francuską, prowadzoną przez dwie murzynki z
Antyli.
Ktoś grał na pianinie mazurki Chopina, potem jakaś facetka śpiewała pieśni
Szumana, za oknem falował tłum, w środku śmiechy zagłuszały śpiewaczkę,
nareszcie byliśmy w naturalnym środowisku człowieka. Zjedliśmy akras z
makreli, rybę startą na papkę obtoczoną w cieście i usmażoną w głębokim
oleju (narodowe danie z Martyniki) do tego kawał mięsa z sałatą i było
bardzo wesoło.
Znajomi musieli zacząć podroż metrem z powrotem do siebie, szwagier
poszedł spać a my z siostrą zaczęliśmy = nocne Polaków rozmowy =. I to by
było tyle na pierwszy dzien.
Opowiadania: Victor A.D. 2155
Autor: Stork
[op1] VICTOR A.D. 2155
[ Wojciech Bociański - Stork - ███████████████████████████ ]
22.10.2155 czwartek
To ja. Victor Radswid. Dokładnie: Victor Yngwie Radswid. Dnia pierwszego
jesiennego obejmę posadę gubernatora Scandii i Nordii. Wczoraj wieczorem
rozmawiałem z ojcem i doszliśmy do wniosku, że powinienem się jakoś
przygotować do zajęcia tak zaszczytnego, a zarazem odpowiedzialnego
stanowiska. Od razu wykupiłem łączność z Wielką Biblioteką Światową na cały
okres przygotowań, czyli na 10 dni. Gdy szukałem tematycznie pod
"Polityka", "Władza", dostałem wirtualną kupę makulatury, czasopism, tomów
pełnych bzdur i komunałów. Później przyszły opisy różnych ustrojów
politycznych, począwszy od wspólnoty pierwotnej, a skończywszy na tak
popularnym w 20 wieku totalitaryzmie i powojennym protektyźmie. Przeleciałem
je po łebkach w 10 minut. Nuda. Wszystko już było.
Gudrun, przyjaciółka ojca poradziła mi powieści kryminalne. Gdy poprosiłem
o wykaz, to przez pierwsze 10 sekund wywaliło dwanaście tysięcy tytułów, a
potem siadły łącza. To chyba nie był dobry pomysł. Dzisiaj przychodzi ekipa
naprawić perceptor i założyć filtr przepełnieniowy. Chciałbym zrobić coś
nowego, coś unikalnego, coś na miarę naszych wspaniałych czasów, złotego
dwudziestego drugiego wieku! Poszukam najrzadziej czytanych pozycji, żadnych
kryminałów, żadnej beletrystyki. Gudrun może jest sympatyczna ale z tymi
kryminałami to trafiła kulą w ogrodzenie. Powieści kryminalne, dobre
sobie... Na dzisiaj kończę, bo Brigg mówi, że przyjechał pan Skolsenn
naprawić perceptor.
* * *
Brigg siedziała w miękkim fotelu i patrzyła na Victora. Siedział schylony
z głową w perceptorze, tarasując całe wejście do korytarza.
- Vic, czy ty się przypadkiem nie przemęczasz? Siedzisz w perceptorze od
dwóch godzin!
- Mów głośniej kotku, bo nic nie słyszę!
- Mówię, że siedzisz tam od dwóch godzin!!!
Victor wysunął rozczochraną głowę z perceptora i zamrugał oczami
nieprzyzwyczajonymi do światła.
- Co? Dzwoni ktoś? - spojrzał na zegarek.
- Tak, żona dzwoni do swojego męża, żeby wrócił na Ziemię. - powiedziała
odkładając pudełko "Polimerowych Smakołyków".
- I dlatego mi przeszkadzasz? Właśnie dochodzę do czegoś konkretnego, a ty
mi... zrozum, za 9 dni... z resztą wiesz. Biorę perceptor do siebie na
górę. W porządku? - Vic podszedł do Brigg i pogłaskał ją delikatnie. -
Kotku, to jeszcze tylko 9 dni...
Brigg nie odpowiedziała. Siedziała naburmuszona i patrzała w witraż.
Victor wyłączył perceptor i wszedł do holu.
- Idę po Swensona, pomoże mi wnieść go na górę. Aha! Gdyby dzwonił
burmistrz Hannar, to powiedz mu, że sprawa z książkami jest aktualna. Cena
nie gra roli. Ostatnie słowa prawie zagłuszył syk windy pneumatycznej.
- Zaraz będę! - krzyknął i już go nie było.
23.10.2155 piątek
Perceptor już działa, a najciekawsze jest to, że działa w moim gabinecie!
Swenson pomógł mi go wnieść. W końcu Brigg nie będzie marudzić, że jej
ograniczam swobodę. Ale na temat. Zabrałem się za starocie. Wyszperałem
dialogi Plutona, czy Pletona, nie pamiętam. W każdym razie mądry facet. Ale
stary strasznie. Nie wiem dokładnie, ale na pewno urodził się przed wojną w
2023, albo nawet wcześniej, nie jestem pewien. Sprawdzę. Wydaje mi się, że z
tego Plutona nic nie będzie, bo to taki raczej typ apolityczny. Burmistrz
Hannar powiedział, że załatwi mi jakąś książkę, wycofaną w 21 wieku ze
względów politycznych. Ale o tym sza. Przynajmniej na razie. Kończę bo
sensory stygną. Do jutra.
* * *
- Nie zniosę tego dłużej - jęknęła Brigg.
- Spokojnie - Gudrun oparła jej rękę na ramieniu - jeszcze tydzień
wytrzymasz. To w końcu nic takiego. Vic bardzo się angażuje, chce wypaść jak
najlepiej. - uśmiechnęła się - będziesz panią gubernatorową!
- Piwa!!! - zagrzmiał z salonu Snorri Radswid.
Gudrun mrugnęła porozumiewawczo do Brigg i ryknęła:
- Lepiej byś się zainteresował co robi twój syn, a nie gapił się w
holospektor - odwróciła się z chytrym uśmieszkiem. - Ci mężczyźni są jak
dzieci. - dodała przyciszonym głosem.
- Wszystko słyszę! - krzyknął Snorri.
Brigg stała wpatrzona w podłogę. Nagle podniosła głowę. Na schodach z
gabinetu Victora zabrzmiał znajomy tupot nóg. Vic wszedł do holu. Miał
wymiętą twarz i głębokie cienie pod oczami.
- Cześć tato! - wszedł do kuchni. - Cześć Gudrun. - podszedł do Brigg. -
Zjem u siebie. Nie gniewacie się, że nie zejdę ? - popatrzył pytająco na
Gudrun.
- Przydałby ci się odpoczynek... - spróbowała delikatnie Brigg. Victor
wyjął z szafki pudełko amfetaminy i pojemnik soku.
- Później odpocznę. - pogładził Brigg po włosach, odwrócił się i poszedł
na górę.
24.10.2155 sobota
To znów ja. Demokracja Ateńska stanowczo mi nie odpowiada. Co by to było,
gdybym miał oddać władzę w ręce ludu? Taki Swenson na przykład. Równy gość,
ale gdyby się dorwał do władzy, to zaraz wszędzie pobudowałby te budki z
epoxyburgerami, a potem obżerał się do nieprzytomności.
A siostra Brigg, Gunloda? Zabroniłaby sterylizacji futerkowców
marsjańskich i pobudowałaby wszędzie schroniska dla tego paskudztwa. Nie ma
mowy! A!!! Sprawdziłem Platona. Filozof. I wcale nie taki apolityczny jakby
się wydawało. Też go rwało do władzy, ale żeby dzielić nasze społeczeństwo
na klasy? I to pod względem wykształcenia? Bez sensu. Może dzielić pod
względem wzrostu? Nie, za łatwo zmienić. Pomyślę o tym. Na razie chyba
kończę. Aha! Platon miałby dzisiaj 2582 lata.
* * *
Ze snu wyrwał ją telefon.
- Tak... - powiedziała Brigg zaspanym głosem.
- Mieszkanie Victora Radswid? - zagrzmiało w słuchawce.
- Nie. Mieszkanie państwa Radswid. Victora nie ma, Victor śpi... - rzuciła
słuchawką.
25.10.2155 niedziela
Victor Odin Radswid. I jak to brzmi?
Dzisiaj rano perceptor wywalił "Eddę Poetycką". Rewelacja! Siedziałem do
południa i szukałem czegoś dla siebie. Całkiem przyjemna zabawa: ubieranie
masek starożytnych bóstw. Odpowiada mi Odin i Loki. Odin - władca dobry i
sprawiedliwy ale zarazem sprytny i przebiegły.
Loki - fałszywy i obłudny, ale darzony powszechnym szacunkiem. Trudny
wybór. Zjednać sobie społeczeństwo przez dobroć, czy przez zastraszenie? Co
jest trwalsze? Czy twój ulubiony futerkowiec jest z tobą dlatego, że cię
lubi, czy jest z tobą bo boi się uciec?
* * *
Brigg leżała w fotelu i oglądała kolejny, już chyba dwutysięczny odcinek
jej niegdyś ulubionego serialu: "Czerwony jak Mars". Przestała go lubić, gdy
okazało się, że kochanka głównego bohatera wcale nie jest sobą i ma czwórkę
dzieci z Dzikim Kamilem. A na dodatek okazało się, że córka Petera jest
matką jego szwagra ze strony przyrodniej siostry, z której córką miał
romans. W tej chwili na ekranie holospektora toczyła się zażarta dyskusja,
która zaczęła się w którymś z wrześniowych odcinków. Brigg właśnie
zasypiała, gdy nagle zadzwonił telefon.
- Czy to mieszkanie pana... państwa Radswid?
- Tak, o co chodzi? - spytała Brigg ponurym głosem.
- Dobry wieczór. Mówi An Hannar, czy zastałem Victora?
- Fizycznie owszem, poprosić?
- Jeśli można...
Brigg wyłączyła holospektor i powłócząc nogami, ze słuchawką w ręce,
weszła na piętro. Bez pukania otworzyła drzwi. Vic nie zawiódł jej
oczekiwań. Siedział prawie do połowy w perceptorze, a nienaruszony talerz z
obiadem stał tam, gdzie kilka godzin temu go postawiła.
- Victor, telefon. - pchnęła go słuchawką między łopatki.
- Do mnie?
- Nie. Do mnie, tylko przyszłam tu pogadać!
- Zajęty jestem. Nie ma mnie. Umarłem. Wymyśl coś.- wsunął głowę z
powrotem do perceptora.
- Przykro mi panie Hannar, ale Victor właśnie zmarł z głodu i
wycieńczenia... Victor wyskoczył z perceptora jak oparzony. - Co? Co ty
powiedziałaś? Hannar??? Dawaj!
Rzucił się na nią jak wygłodzone zwierze.
- Burmistrz Hannar ? Bardzo pana przepraszam... tak rozumiem... wie pan,
mam strasznie dużo pracy... Tak? Jutro?... A nie można dzisiaj?... w
porządku, rozumiem....
Brigg popatrzała na żałośnie wyglądającą zimną zapiekankę z wodorostów
Mr.Ferryman'a, odwróciła się i wyszła z pokoju trzaskając drzwiami.
26.10.2155 poniedziałek
Dzwonił burmistrz Hannar. Jutro przyniesie mi te książki. Nie mogę się już
doczekać. Od 12 lat nie widziałem prawdziwej książki. Podobno przed wojną
można było je normalnie kupić. Może by tak je na powrót wprowadzić? Eee...
to niepraktyczne. Każda szanująca się rodzina ma w domu perceptor, który
zajmuje trochę mniej miejsca niż biblioteka. Widziałem takie biblioteki w
muzeum w Bukareszcie. Są ogromne, zakurzone i żyje w nich całe mnóstwo
owadów. Owadów nie widziałem, ale Gudrun mówiła, że muszą gdzieś być i nawet
pytała przewodnika o jakieś mole, czy coś takiego. Przewodnik tylko dziwnie
spojrzał. Pewnie też nie wiedział. Może w tych książkach od Hannara będą
jakieś? Poszukam.
Myślałem o Lokim. Wydaje mi się, że bogowie Eddy są bardzo niedoskonali,
podobni do ludzi. To tak jak w "Koncercie nieskończoności". Pamiętam to z
gimnazjum. Tam bogiem był Adonna, Sidh. Sidhowie byli odpowiednikami ludzi.
Adonna był kapryśny, nieobliczalny, niedoskonały. Wszystkie swe nieudane
twory zakopywał, bądź umieszczał na Przeklętej Równinie. Gdybym ja mógł
wszystkie swe przyszłe pomyłki zakopywać, albo gdzieś umieszczać to
wybrałbym Australandię. Stamtąd jest wszędzie daleko. Ale niestety nie mam
takich możliwości jak Adonna. W końcu mam zostać gubernatorem, a nie bogiem.
Brigg się chyba o mnie niepokoi. Ciągle siedzę w gabinecie. Ale od niedzieli
wszystko się zmieni. Najgorsza będzie mowa powitalna, a potem pójdzie jak z
płatka. Kończę.
* * *
Brigg Radswid i Drott Okkwinkalf siedzieli na kanapie w salonie.
- ...jeszcze powiedział: "Niestety moja droga, ale chyba nie rozumiesz
jaka odpowiedzialność na mnie ciąży. To nie jest ten twój głupi serial. To
się dzieje naprawdę." i kazał mi wyjść z pokoju. - Z rozgoryczeniem w głosie
powiedziała Brigg. - Jeszcze kilka dni i naprawdę zwariuję.
- Drgał jej podbródek, a to oznaczało, że albo się zaraz rozpłacze, albo
rozpadnie na kawałki.
- Spokojnie Brigg. - objął ją ramieniem i pocałował delikatnie we włosy.
Brigg nie wytrzymała. Łzy lały się jak dwa strumyki po jej twarzy. Drott
przytulił ją i szeptał wtulając twarz w jej pachnące włosy.
- Uspokój się Brigg. Wytrzymaj. Musisz być dzielna. - Brigg szlochała
spazmatycznie, zalewając mu koszulę łzami. Nagle zasyczały drzwi windy
pneumatycznej i do pokoju wbiegł Victor z paczką książek związanych brązową
tasiemką, rozsiewając delikatny zapach kurzu.
- Jestem u siebie. Nie ma mnie dla nikogo. - Przebiegł obok nich nie
zwracając najmniejszej uwagi na to co się dzieje. Wbiegł po schodach na górę
i trzasnął drzwiami.
27.10.2155 wtorek
Krótko: mam książki. Dwie broszurki Anarchistyczne, Philip K. Dick
"Ostatni Pan i Władca" i dużą, zniszczoną książkę bez okładki. Kończę bo mam
jeszcze dzisiaj dużo pracy.
VIC
* * *
Brigg stała pod drzwiami gabinetu Victora i w myśli układała bezładne
zdania w całość. Chciała go przeprosić, wytłumaczyć się. Była zupełnie
rozbita, a tu jeszcze taka głupia sytuacja. Właściwie to nic takiego się nie
stało, Drott tylko przytulił ją i próbował pocieszyć, a to, że akurat wtedy
wszedł Vic? To tylko głupi przypadek. Brigg zebrała się w sobie, otworzyła
drzwi i weszła. Wbrew jej oczekiwaniom, Victor nie siedział w perceptorze,
tylko leżał na podłodze w okularach do czytania parazmysłowego.
Leżał na brzuchu, opierając głowę na jednej ręce. Przed nim na podłodze
leżały dwie książki i kilka porozrzucanych kartek. Brigg usiadła przy
biurku, poprawiła włosy i powiedziała:
- Słuchaj Vic. Wiem, że głupio to wyszło...
- Kochanie jestem teraz bardzo zajęty. Mów szybko o co chodzi. - zsunął
okulary na czoło i odwrócił się w jej kierunku.
- Bo tak naprawdę to nic mnie nie łączy z Drottem. Po prostu przyszedł
wczoraj i...
- Kto to jest Drott? - Victor rozmasowywał zdrętwiałą rękę.
- Właściwie nikt taki, znajomy z gimnazjum...
- No i? - niecierpliwie spojrzał na zegarek.
- No i przyszedł wczoraj, mówiłam mu o tobie, o twojej pracy...
- Jeśli go to interesuje, - wtrącił jej w pół słowa - to następnym razem
jak przyjdzie zawołaj mnie na dół. Ale teraz daj mi to dokończyć. - skinął
głową w kierunku książek.
- Nie gniewaj się...
- W porządku. To nawet dobrze, że o tym wczoraj nie pomyślałaś, bo do
czwartej mnie nie było, a potem przyniosłem te książki i sama widzisz...
Brigg wstała i podeszła do drzwi z dziwnym wyrazem twarzy.
- Obiad przyniosę ci do góry. - dodała wychodząc. Victor przytaknął i
założył okulary.
28.10.2155 środa
Victor Yancey Radswid.
Myślałem o świecie i ludziach na wzór i podobieństwo Victora. To z Dick'a,
"Na wzór i podobieństo Yanceya". Yancey jest obrazem idealnego
przeciętniaka, przesyłanym wszelkimi możliwymi środkami przekazu i
wywołującym masową psychozę ludności. Każdy chce być taki jak Yancey. Yancey
nie sprawia kłopotów, Yancey nie ma wygórowanych potrzeb, Yancey jest
wygodny.
Trzeba zmusić społeczeństwo do sprzątania ulic? Nie ma problemu. Wystarczy
pokazać Yanceya zamiatającego przed swoim domem. Trzeba zmusić ludzi do
płacenia wyższych podatków? Wystarczy żeby Yancey poczuł się do obowiązku
wspomożenia państwa i publicznie oddał połowę swojego zarobku.
Gdybym miał dostęp do massmediów, gdybym miał Yancey'a... Kto wie?
* * *
Victor nie wychodził ze swojego gabinetu dwie doby. Brigg nosiła mu
jedzenie. Przestała się o niego niepokoić. Victor wpadł w obłęd i to jedno
było pewne. Nie wiedziała czy w ogóle stawi się na swoją mowę inicjującą.
Tradycją od wieków było, że obejmujący stanowisko gubernator wygłaszał mowę
inicjującą, zwaną również mową powitalną. Na przemówieniu tym przedstawiał
swe plany i założenia i od tego właściwie zależała jego dalsza kariera.
Vic od ponad tygodnia przygotowywał się do swojej przemowy i najwyraźniej
nie wyszło mu to na zdrowie. Wyszedł z pokoju w piątek wieczorem i ustalał z
kimś przez telefon szczegóły dekoracji i wystroju, czyli najwidoczniej
zamierzał jednak stawić się pierwszego w "Guberna Kvida Gripis", budynku
Rady Guberni.
30.10.2155
Mam!!! Znalazłem to czego było mi trzeba. To opasłe tomisko, które
przyniosłem od Hannara, to po prostu rewelacja. Do teraz nie wiem co to
jest, ale w zupełności mi to nie przeszkadza. Wiem, że gdybym nie miał
okularów do czytania parazmysłowego, to nic bym z niej nie zrozumiał.
Właściwie to już wybrałem, ale to ma być niespodzianka. Rozmawiałem dzisiaj
z Swipdalgiem na temat dekoracji. Wszystko będzie na czas. Jutro nic nie
robię. Cały dzień śpię. Muszę odespać te kilka dni na amfetaminie. Pojutrze
pierwszy dzień mojego nowego życia.
Victor Yngvie Radswid.
* * *
Całą drogę do budynku Rady Guberni, Brigg nie powiedziała ani słowa. Za to
Vic wyglądał tak, jak dziesięcioletnie dziecko jadące do lunaparku.
Trajkotał całą drogę. Przed wejściem do budynku zaczepił burmistrza Hannara
i rozmawiał z nim ponad 10 minut.
Jednego Brigg nie mogła mu zarzucić: wyglądał wspaniale. Nie wiedziała jak
to zrobił, ale bez śladu zniknęły cienie pod oczami, twarz wyglądała na
doskonale wypoczętą. Tak jakby te 10 dni nie były udręką, ale przyjemnie
spędzonym urlopem. Victor zostawił Brigg w głównym holu i poszedł
przygotować się do mowy inicjującej. Brigg szła wzdłuż holu i podziwiała.
Nigdy wcześniej nie była w "Guberna Kvida Gripis", a tu naprawdę było co
zobaczyć. Najbardziej zafascynowały ją wirtualne amorficzne pomniki stojące
po obydwu stronach. Trudno powiedzieć co przedstawiały, ale fascynujące było
to, że można było przez nie przechodzić jak przez mgłę, nie naruszając ich
struktury. Pod sufitem wisiała ogromna kula ziemska, księżyc i sieć
sztucznych satelitów. I to wszystko w ruchu!
Brigg chodziła zauroczona. Powoli wybaczała Victorowi jego zdziecinnienie.
Nagle z głośników dobiegł komunikat oznajmiający, że za 10 minut rozpocznie
się mowa inicjująca Victora Radswida. Brigg z żalem opuściła główny hol i
poszła do windy. Wjechała na 23 piętro, tak jak powiedział jej Vic. Pierwsze
co uderzyło ją przed wejściem na salę, to uśmiechnięta twarz jej męża na
setkach plakatów pokrywających ściany. Na sali również było na co patrzeć.
Ścianę za mównicą pokrywał przestrzenny pejzaż, przedstawiający piaszczyste
zbocza gór i czerwonym świetle zachodzącego słońca. Po obu stronach mównicy
stały wysokie suche krzaki, a sama mównica wykonana była z grubo ciosanego
kamienia pokrytego pęknięciami. Wokół rozlegała się upiornie ckliwa
muzyczka, i kolorowe lampki mrugały we wszystkich kątach sali. Ogromny zegar
nad wejściem pokazywał za cztery dwunastą. Brigg rozejrzała się po sali.
Zobaczyła burmistrza Hannara z żoną. Był też gruby Swenson. Lonnar, znajomy
Victora z gimnazjum stał przy wejściu i rozdawał fotoulotki z głupkowatym
uśmiechem jej męża.
Nagle przygasło światło. Przycichły rozmowy, przycichła muzyka, zgasły
lampki. Z pejzażu schodziła jakaś postać. Brigg rozpoznała Victora. Jego
sylwetka robiła się coraz większa i większa, aż wreszcie dotknął bosymi
stopami pokrytej warstwą piasku podłogi. Z kamienną twarzą podszedł do
mównicy, oparł się o nią rękami i powiedział:
- Nie będiesz miał gubernatorów cudzych przede mną! - krzaki po obu
stronach mównicy stanęły w upiornie niebieskich płomieniach...
12.11.2155 niedziela
To ja. Victor Radswid. Dokładnie Victor Mojżesz Radsvid. Dnia pierwszego
jesiennego objąłem posadę gubernatora Scandii i Nordii. Obecnie znajduję się
w szpitalu psychiatrycznym w Costa Bravo i czuję się świetnie...
Opowiadania: Kleszcze
Autor: Denebola
[op2] Kleszcze.
[ Radosław Scibior - Denebola - ██████████████████████████ ]
Tekst ten jest zdaniem moim i tylko moim, a wszelkie podobieństwo, do
ludzi, nacji, instytucji jest niezamierzone. Wszystkie informacje dotyczące
głównego bohatera są prawdziwe, natomiast intensywność zapadania na choroby
przez niego wywoływane jest jawnym pogwałceniem rzetelnej informacji i jest
grubo przesadzona...
DRAMAT NIEŚWIADOMOŚCI W TRZECH AKTACH
Miejsce akcji: Jeden z kompleksów leśnych, na terenie naszego kraju, ze
wskazaniem na dzielnice płn-wsch. Rano lub wieczór, wiosna lub przełom lata
i jesieni, nisko nad ziemią.
Obsada: Ixodes ricinus ---> (przyszła "kobieta") - kleszcz krajowy Ixodes
persulcatus (przyszła "kobieta") - kleszcz, też krajowy, aczkolwiek z
rodowodem często legitymującym się paszportem wspólnym z byłymi żołnierzami
podlegnickich poligonów.
AKT I - Rozmowa na źdźble trawy.
Ixodes ricinus: Wiesz po co wleźliśmy na to źdźbło trawy?
Ixodes persulcatus: Wiem, jestem głodny. A jak tylko mnie "ssie" to zaraz
lubię podróżować dokładnie w kierunku odwrotnym do przyciągania ziemskiego.
Ir: Wyrażaj się fachowo! Wyjaśnij wszystkim, ze na "ssaniu" wykazujemy
geotropizm ujemny.
Ip: Da.
Ir: A tak właściwie to skąd się wziąłeś?
Ip: Z tajgi, przywlokłem WAM tu nową, milą chorobę.
Ir: Tak?
Ip: Borelioza, krętek opisany i nazwany dopiero w 1982 roku, aczkolwiek
nie martw się, był już wcześniej znany w USA pod nazwa "rumienia
wędrującego".
Ir: Mi osobiście prawdopodobnie nic nie zrobi, podobnie jak i tobie, a
można przez przypadek :( komuś przekazać taki prezent.
Ir: Ja tam mam w swoim repertuarze głownie, wirusowe odkleszczowe
zapalenie mózgu, a moje kumpelki wspominały cos o jakiejś gorączce Q,
tularemii, babeszjozie...
Ip: A znam... znam.
Ir: Cicho! Zbliża się "taksówka".
Ip: Taaaaak! Wyczuwam to. Chociaż jesteśmy totalnie ślepi, to jednak ten
wynalazek ---> Organy Hallera - to jest to!
Ir: Nie filozofuj, tylko wystawiaj przednią parę nóg!
Ip: Czuje tylko... hmmm kwas mlekowy, nic octowego!
Ir: Cholera! to pewnie jaszczurka. Jedziemy?
Ip: No cóż! Nie grymaśmy. Jesteśmy przecież tylko nimfami (postać
larwalna) i nie nam czatować na ludzi. Nie martw się z czasem podrośniemy.
Ir: Skaczmy!
(Na jaszczurce, tu równie dobrze można wstawić drobne gryzonie)
Ir: I jak ci się podoba?
Ip: Super... muszę znaleźć jakieś miejsce na posiłek.
Ir: No faktycznie, po co jeść na podłodze jak można przy stole!
Ip: U człowieka prosta sprawa! --> pachwiny, pachy, kark... a tu? Wszędzie
te łuski...
Ir: Sam decydowałeś! :)
AKT II - Kiedyś, po konsumpcji -> dosłownie i w przenośni ;))))
(drastyczne szczegóły ze względu na odbiorców w rożnym wieku, świadomie
zostały pominięte)
Ir: Coś tak zbrzydł? Wyliniałeś!!!
Ip: Lepiej spójrz na siebie... Przybyła ci jedna para nóg. Fe :(
Ip: Teraz wyglądamy już dokładnie jak owady.
Ir: Nawet nie mów takich głupot. Przecież jesteśmy najprawdziwszymi
pajęczakami.
Ip: Pomyliło mi się.
Ir: U was to normalne.
Ir: Wypadałoby poszukać sobie teraz jakiegoś chłopca. W sumie nic nam
teraz nie brakuje. Patrz 4 pary nóg, ładna "twarz" (tu patrz tekst w
nawiasie wyżej ;)))
Ip: Ale, aby złożyć jaja potrzeba nam krwi!!!
Ir: A co już zgłodniałeś? No to jazda na ten krzak!
Ir: Czujesz? Ktoś się zbliża. Nie znam go, ale chyba jest w sam raz! Z
pewnością zaczepi nasza gałąź! Te 188 cm wzrostu! Nie widzę innej
możliwości! A i tak słyszałem, że jak był ostatnio w Lasach Janowskich ledwo
uszedł koleżankom!
Ip: Nam się nie wywinie!!!
Ir: Ciekawe czy szczepiony?
AKT III - (Na mnie)... lub na Tobie
Hmmm... Pamiętam te czasy, kiedy z wielką przyjemnością gawiedź zapełniała
wszystkie wolne polanki w najbliższym kompleksie leśnym. Majówki, pikniki...
i inne formy spędzania wolnego czasu. Nie można zapomnieć tu o rożnej maści
grzybiarzach lub innych pozyskiwaczach owoców krzewinek z runa. Ale od
niedawna mamy jakieś opory, niekoniecznie moralne przed odwiedzaniem lasu.
Temat naszych trosk podczas leśnych wycieczek powraca często na ramach
prasy, a jeszcze do niedawna był jednym z ważniejszych tematów
telewizyjnych. Czy domyślacie się już o czym mowie? Już widzę tę gęsią
skórkę i przeraźliwe wzdryganie się na sama nazwę: KLESZCZE
Chciałbym na spółkę z Wami prześledzić dzieje prawdy i wiele mitów, które
narosły, a czasem nawet przerastają nasze możliwości percepcji zagadnienia.
Nie śmiem twierdzić, ze jestem nieomylny Jeżeli chcecie wierzcie mi, jeżeli
nie... każdy z nas ma wybór :) Jak świat światem istnieją przecież sceptycy.
Nie przeraża mnie kleszczofobia!!! Bo tak naprawdę to nic się nie da zrobić.
Ale po kolei. Z racji wykonywanego zawodu (zoolog), czasem bywa tak, że
przez pewne okresy w roku, las staje się moim drugim domem. Tutaj bowiem po
krzewinkach uganiają się tabuny różnokolorowych owadów, których rola
sprowadza się (z mojego egoistycznego punktu widzenia, na dostarczaniu
materiału do publikacji), z ich - głownie do najedzenia się i przedłużenia
gatunku. Jakże to proste! No i nie płaci się podatków! W lesie zdarza się mi
czasem spotkać i innych ludzi związanych z lasem (leśnicy, pilarze itp), no
i oczywiście rodowitych mieszkańców czyli m.in. kleszcze. Tu zwrócę uwagę na
zagadnienia moralne. Kto w lesie jest dla kogo intruzem? Ja dla kleszcza,
czy kleszcz dla mnie? Sądząc po wielkości mózgu, jaki posiada kleszcz, jest
to tylko wyłącznie mój problem. Dla kleszcza to sprawa drugorzędna. Jak już
wcześniej wspomniałem dla kleszcza ważny jest głownie rozród. Posiada on
nieco innż niż nasza, strategię rozmnażania. Jako, ze większość ludzi
biegłych w zagadnieniu uważa go za pasożyta, powinien być dość płodny! I
jest!
Czym jest kleszcz? Kleszcz jest stawonogiem, a dokładniej pajęczakiem.
Każde nazwanie go owadem jest wielkim nieporozumieniem. Należy on bowiem do
podgromady roztoczy i z pewnością do twarzy mu tym samym z liczba czterech
par odnóży, podobnie jak blisko z nim spokrewnionemu pająkowi krzyżakowi.
Spośród narządów zmysłu kleszcz posiada zazwyczaj receptory reagujące na
bodźce mechaniczne, chemiczne, termiczne, świetlne (niektóre gatunki) oraz
osmoreceptory, hygroreceptory i receptory promieniowania cieplnego. Całkiem
nieźle jak na zwierzątko dochodzące w porywach do 3-5 mm, a po zaspokojeniu
głodu osiągające niewiele ponad 1 cm.
Zasadniczo kleszcze są ślepe. Niektóre tylko posiadają receptory reagujące
na zmiany natężenia światła. Jak więc znajdują żywiciela?
Otóż na pierwszej parze nóg posiadają one chemoreceptory odkryte i opisane
przez Hallera pod koniec XIX w. i nazwane na cześć odkrywcy organami
Hallera. Za ich pomocą kleszcz wyczuwa żywiciela. Reagują one głownie na
kwas mlekowy (produkt pracujących mięsni) i octowy (zawarty w pocie). Gdy
kleszcz wyczuwa zbliżającą się ofiarę, przechodzi na nią, zahaczając ja
nogami, lub rzadziej - na nią spada. Kleszcze posiadają w rozwoju stadium
larwy, która rożni się od postaci dorosłej głównie budowa i ilością nóg.
Zwykle też larwa (nimfa) napada na małe gryzonie, a nawet jaszczurki. Głodne
kleszcze wykazują geotropizm ujemny, tym też należy tłumaczyć wspinanie się
na rożne trawy. Po opanowaniu żywiciela wędrują one w poszukiwaniu miejsca
przyczep. Jest to całkiem zrozumiale... Każdy lubi jeść w komfortowych
warunkach. Tym bardziej, ze chodzi o to, by dostęp do posiłku był
najłatwiejszy (lokalizują one miejsca silnie ukrwione z delikatnymi
pokrywami skórnymi --> kark, podgardle, pachwiny, pachy, sutki).
Po przedostaniu się na ciało żywiciela, kleszcz nawet do kilku godzin
pełza w celu odnalezienia odpowiedniego "stolika". Najbardziej interesujący
nas gatunek Ixodes ricinus - kleszcz pastwiskowy (zwany także pospolitym)
wykazuje dwa sezony aktywności głodnych osobników: wiosnę i przełom lata i
jesieni. Najbardziej rozreklamowaną chorobą wywoływaną przez kleszcze jest
odkleszczowe zapalenie mózgu (wywoływane przez wirusy z grupy Flavivirus).
Kleszcze na świecie na chwile obecną przenoszą ok. 130 gatunków znanych
arbowirusow, 20 gatunków krętków (bakterie), 20 gatunków riketsji, grzyby i
ponad 200 gatunków piroplazm (pierwotniaki chorobotwórcze).
Co zatem z kleszczofobia??? Kleszcze były, są i będą. Skąd wziął się boom
na sczepiania? Tu można jedynie spekulować na ten temat. Weźmy oto taki
przykład, który może być nieprawdziwy, ale oddaje mój zamysł. Powiedzmy - w
miejscach dystrybucji i sprzedaży leków w naszym kraju leży na polkach masa
preparatów ściągniętych na przykład z zachodu. Zapotrzebowanie na nie jest
niewielkie... A okres przydatności do użycia się kończy. Przecież to
olbrzymi szmal! Czy można go umoczyć? No skąd!!! Wiec nagłaśnia się sprawę w
mediach i wszystko schodzi jak cieple bułeczki. Pamiętacie ile to razy w
1995 roku mówiono o kleszczach w telewizji? A teraz mamy rok 1996, dwa
główne maksima występowania kleszczy w lasach za sobą i cisza. Chyba
sprzedano zatem wszystko:)))
A teraz kilka znanych mi faktów przejaskrawienia sprawy:
1) W tym roku na Lubelszczyźnie pojawiło się wiele przypadków wirusowego
zapalenia mózgu. Wszystkie na drodze pokarmowej! Jeden jedyny wywołany przez
kleszcza!!!
2) Szybkie usuniecie kleszcza nawet zarażonego, niekoniecznie musi
prowadzić do choroby u człowieka. Okres aktywacji wirusa wynosi
prawdopodobnie +- 48 godzin.
3) Oprócz wirusowego zapalenia mózgu kleszcze przenoszą dużo groźniejsze
choroby - borelioze (zw. też rumieniem wędrującym), gorączkę Q, tularemie i
wiele innych, o szczepionkach przeciw którym nie słyszałem.
4) Pewien lekarz z Lublina przyjął szczepionkę i jego odporność po
szczepieniu na wirusa wynosiła zero (!!!), czyli wcale się nie uodpornił.
Pomogło tyle co nic. Tym samym wcale nie mam pewności czy warto zasilać
komukolwiek kieszeń!
Prawdopodobieństwo zachorowania jest jak 5 w totolotku Wiec może i Ty
powinieneś zakupić kupon. Ja nie przepadam za grami losowymi. Wiec będę
dalej żył obok tych krwiopijnych istot rezygnując dobrowolnie z (tu nie chce
robić antyreklamy - wiec wstawcie sobie nazwę dowolnej szczepionki przeciw
wirusom przenoszonym przez kleszcze) na koszt nowej pary adidasów. Nasz kraj
charakteryzuje przecież to, ze przepadamy przereklamowywać rzeczy i straszyć
nieświadomych ludzi dla zarobku. Taka to już nasza polska natura...
Nie przeczę, ze jest teraz w sprzedaży bardzo wiele skutecznych środków
odstraszających (!!!) oprócz komarów także kleszcze. Również za niektórymi
witaminami, głownie z grupy B nie przepadają te zwierzątka. Jak jednak
"udowodniłem' w akcie I i II są one na tyle inteligentne, ze potrafią wejść
nawet przez nogawkę od spodni!
WIĘC UWAGA!!! KLESZCZE NIE SPIĄ!!!
A najgorsze jest to, ze znam w tej chwili dwie osoby z Lublina, które
zaszczepiły się i chorują na borelioze! I co Wy na to?
Gdyby nasunęły WAM się jakieś pytania, piszcie. W miarę możliwości będę
starał się na nie odpowiedzieć :))))
Ogłoszenia
Autor: Reporter
Możesz tu umieścić dowolne, nie komercyjne ogłoszenie, dotyczące każdej tematyki o długości do 5 linii. Nie zapomnij podać swoich namiarów i w miarę możliwości przyślij ogłoszenie w takiej formie jaką widzisz poniżej. [og1] Strony WWW Nadawca: Cobretti [ █████████████████ ] Odnowiłem moje strony, teraz są już z polskimi literkami. A wkrótce niespodzianka. Zapraszam do brania udziału w quizie na mojej stronie. Moja strona : http://www.cto.us.edu.pl/~majgier/ Strona Reportera: http://venus.wis.pk.edu.pl/cobretti/ [og2] Poszukuję Nadawca: Yellky [ ██████████████████ lub ██████████████ ] Zbieram tablice rejestracyjne. Polskie, zagraniczne, z samochodów osobowych, z motocykli, aktualnych i starych, w lepszym lub gorszym stanie. Kolekcjonuję tablice amerykańskie i kanadyjskie, a pozostałe są mi potrzebne do wymieniania się. Gdybyś miał zbędne tablice to proszę o kontakt, a na potwierdzenie zapraszam na http://www.man.katowice.pl/~labe/LicensePlates Nadawca: Artur Slusarczyk [ ████████████ ] Szukam chętnych nie mających, co zrobić z dlugopisami-reklamówkami wszelakiego rodzaju firm i produktów, od piekarni do potężnych koncernów. Jeśli posiadasz takowe i nie są Ci one niezbędne, to bardzo chętnie się nimi zajmę, ale nie w celach literackich, a jedynie hobbystycznych. Z góry dziekuję:))) Może uda mi się zrewanżowac! Nadawca: Cobretti [ █████████████████ ] Wciąż czekam na bilety z wakacji. Zawsze po wakacjach jest ich w nadmiarze, a dla mnie to okazja do wzbogacenia mojej kolekcji. Za każdy jestem bardzo wdzięczny. Więcej o moim hobby możesz poczytać na stronie WWW. Adres: http://www.cto.us.edu.pl/~majgier/bilety.html [og3] Dziękuję Nadawca: Karinka [ ███████████████████████ ] Chciałam podziękować wszystkim, którzy w jakikolwiek sposób reagują na moją twórczość radosną:))). Dzięki Wam. Pozdrawiam i buziaczki:)))
Reporter 8/1996
Wstępniak: Sprawy techniczne
Autor: Cobretti
[ws1] Sprawy techniczne.
[ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]
Tak. Nowy numer pojawił się jak zwykle. Od dzisiaj startuje nowy konkurs,
o którym możesz sobie poczytać na końcu Reportera. Mam nadzieje, że się
przyjmnie.
Zapowiadam już cykl artykułów na temat histori muzyki napisany przez
Tomasza Stasia, bardzo zresztą konkretny - autor jest u mnie w Bazie Wiedzy
jako expert od tego zagadnienia.
Zachęcam do przysyłania swoich prac do FTP'a Reportera. Promocja
niesamowita, nie wiem czemu tego nie wykorzystujesz.
Wciąż piszę numer półroczny Reportera, który będzie obejmował wszystkie
dotychczasowe numery oraz dodatkowo kilkadziesiąt innych tekstów. Będzie
rozprowadzany jako magazyn dyskowy do odpalenia na komputerach PC. Jeżeli
chcesz zamieścić w nim swoje namiary (adres domowy, adres internetowy - w
celu nawiązania kontaktów lub w celach informacyjnych) to koniecznie mi je
przyślij. Do końca roku pozostało już nie całe 2 miesiące.
Jak zauważyłeś, grafika w tym numerze jest taka sama jak w poprzednich.
Niestety Grafik przestał działać, więc poszukuję kogoś chętnego do
wykonania oprawy graficznej (ASCII) Reportera. Szukam też chętnego do
wykonania stron WWW dla kolejnych numerów Reportera, bo jak do tej pory jest
to zwykły tekst, nieciekawie wyglądający. Projekt stron jest u mnie, tylko
się zgłoś. Ja niestety nie mogę się tym zająć z braku czasu.
No i czekam na teksty do Reportera. Gazeta może nie mieć czytelników i
można ją wydawać, ale jak nie ma tekstów to niestety nie ma co wydać:-) Im
więcej tekstów, tym będą one ciekawsze, bo będzie z czego wybrać. Więc bez
wahania przysyłaj to co napiszesz.
I promuj Reportera na sieci - podsyłaj znajomym, polecaj każdej
dziewczynie i każdemu facetowi. Przy okazji wspomnę, że dość sporą promocję
zafundowała mi rozgłośnia radiowa RMF, gdzie strona Reportera wygrała
konkurs na stronę tygodnia. A okazało się także, że moje strony pojawiają
się w prasie, np. w Młodym Techniku nr 8/96. I też jest to dość dobry
sposób, żeby Reporter stał się nieco bardziej popularny. A póki co, przestań
czytać tego wstępniaka i przejdź do sedna sprawy (tzn. ciała magazynu -
ładnie brzmi, co nie?).
Na szybko: Bóg dusza wiara
Autor: Bart
[sz1] Bóg, dusza, wiara.
[ Bart ]
Człowiek ma ciało, które żyje. Ale ciało przestaje w końcu żyć - człowiek
umiera. Człowiek wtedy nie jest. Wierzę, że nie umiera dusza człowieka.
Teraz jest w ciele, a potem? Dowiem się przecież i tak w swoim czasie.
Wierzę, że mam duszę. Jest tym, co nieutracalne. Warto szukać tego, bo nigdy
jej nie utracimy, a życie utracimy.
Czy stracimy życie? Raczej stracimy ciało. Ciało umiera. Umiera tez to, co
stanowi o naszej umysłowości: mózg, układ nerwowy, inteligencja,
umiejętności, odruchy, ale tez i uczucia, emocje. Co nie umiera? Nie umiera
dusza czlowieka, tak przynajmniej wierzę. Czym jest nasza dusza? Czy żyjąc
można się przekonać, czym jest dusza?
To, co napisałem wcześniej o umieraniu może być błędne, Bóg mógł przecież
to, czym jest dusza, uzupełnić neurotransmiterami, istotami szarymi,
synapsami, itd.- tak byśmy myśleli, że gdy ciało przestaje funkcjonować - to
przestaje funkcjonować także i umysłowość człowieka. Tego nigdy nie da się
sprawdzić. Tego nie wiemy. Czy trzeba się odwoływać do biologii, by
stwierdzić, ze wraz ze śmiercią ciała umiera tez umysłowość i uczuciowość
człowieka?
Nawet nie jestem przekonany, czy można. Bo czy nie badamy ciała
narzędziami, które nam to ciało dało? Jeżeli tak, to czy można w pełni ufać
tym narzędziom? Zdaje się, ze ciało może poznać w pełni tylko dusza, ona nie
zawiera się w ciele, a je przekracza i tylko jest złączona z ciałem w
człowieku. Co to jest - ta dusza?
Człowiek nie zna i trudno mu poznać odpowiedzi na wszystkie pytania. Można
powiedzieć, że nie może ich znać. Może za to przyjąć pewne odpowiedzi. Czy
jest Bóg? Nie wiem. Za to wierze, ze jest. Dla mnie Bóg jest. Inny powie, że
Boga nie ma. A skąd to może wiedzieć? Może za to wierzyć, że nie ma Boga.
Ateista to człowiek wierzący w to, że nie ma Boga. Czy można w ogóle nie
wierzyc? Nie. Jeden wierzy Bogu, inny swemu rozumowi, temu co widzi, inny
temu, co mu się śni... Wszyscy w coś, czemuś wierzymy. Dlaczego? Bo nie
znamy odpowiedzi na wszystkie pytania.
Na szybko: Podatki & Bowe w sieci
Autor: Cobretti
[sz2] Podatki.
[ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]
O podatkach w Danii pisze Tro_ w sekcji Reportaże. Dodam tylko, że
największe podatki są właśnie w Danii i wynoszą one 51.7 procent produktu
krajowego brutto. Zaraz po Danii plasuje się Szwecja - 50.2 procent, a na
trzecim miejscu Belgia - 45.9 procenta.
W większości uprzemysłowionych państw, podatki wahają się od 35 do 45
procent produktu krajowego brutto. W Europie Zachodniej średni poziom wynosi
40.8 procent, a dla przykładu w USA i w Japonii - 27 procent.
[sz3] Bowie w sieci.
[ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]
David Bowie istnieje również w Internecie. Pod adresem
http://www.davidbowie.com można uzyskać jego ostatni singiel "Telling Lies",
który jest dostępny wyłącznie przez Internet, co jest małą ciekawostką. Sam
David Bowie tworzy nie tylko muzykę, ale również specyficzną atmosferę, jaka
toważyszy jego nagraniom. Tym posunięciem zaskoczył na pewno swoich fanów,
którzy niebawem będą mogli zakupić najnowszy jego album, nad którym pracuje
teraz w Nowym Jorku.
Warsztat: Jak pisać Java-scripty dla lynxa
Autor: Fish
[wa1] Jak pisać Java-skrypty dla Lynxa?
[ Piotr Trzcionkowski - Fish - ██████████████████ ]
Oczywiście nie można zmusić lynx'a by potrafił wykonywać takie skrypty.
Można jednak przekonać go by pewne fragmenty hipertekstu ignorował, a inne
wykonywał. Istnieje pewna właściwość pozwalająca wpleść skrypty w
hipertekst. Chodzi o to, że przeglądarka zgodnie z rozsądkiem po napotkaniu
nieznanego znacznika powinna go zignorować. Tak zachowuje się wiele
przeglądarek w tym lynx. Nie dało to nam jednak ukrycia skryptu. W tym celu
całą zawartość skryptu między znacznikami <script> a </script> należy
dodatkowo umieścić w komentarzu <!-- --> np.
<script>
<!-- tu już jest komentowanie
tu należy umieścić instrukcje java script
// --->
</script>
Spora część skryptów tworzy tekst HTML przy użyciu metod write i writeln.
Przy tej okazji w skrypcie często potrzebne są znaczniki formatujące HTML.
Okazuje się, że powodują one, że lynx resztę tekstu uznaje już za normalny
hipertekst. Wydaję się więc, że cała robota poszła na marne. My tu chowamy
a lynx odkrywa. Panaceum na takie zachowanie jest zakodowanie znaków
mniejszości i większości będących elementami znaczników hipertekstu. Użyłem
w tym celu funkcji unescape(argumenty). Parametrem tej funkcji jest łańcuch
znakowy zawierający zakodowane (zwykle szesnastkowo) znaki. W wyniku
otrzymujemy rozkodowane znaki. Skoro lynx nie potrafi ich rozkodować to i
nie będą mu przeszkadzały. Tymczasem Netscape Navigator poradzi sobie bez
problemu. Fragment pliku zawierający skrypt niewidoczny dla lynx'a:
<ul>
<SCRIPT language="javascript">
<!-- begin JavaScript --
var op1=unescape("%3C"); // to znacznik otwarcia tagu <
var op2=unescape("%3E"); // a to zamknięcia >
{
document.write(op1+"li"+op2);
document.write("opcja widoczna tylko dla netscape");
document.writeln(op1+"/li"+op2);
}
//-- end JavaScript -->
</script>
<li>opcja widoczna dla lynx'a i dla netscape'a</li>
</ul>
A tutaj poniżej efekt jego działania:
dla netscape'a
. opcja widoczna tylko dla netscape
. opcja widoczna dla lynx'a i dla netscape'a
dla lynx'a
. opcja widoczna dla lynx'a i dla netscape'a
Należy zwrócić uwagę, że wiele znaczników HTML można zastąpić odpowiednimi
metodami bold, sub, strike, small itp. Więcej informacji o JavaScript można
znaleźć pod http://www.netscape.com/ Lepiej ściągnąć te informacje do siebie
w postaci plików HTML.
Reportaże: Hacker i Samuraj
Autor: Juan
[re1] Hacker i Samuraj.
[ Andrzej Bort - Juan - ██████████████████████████ ]
Największy przestępca komputerowy w sieci... łamie zabezpieczenia, wdziera
się do banków...
Autor: Jeff Goodell
Tytuł: Hacker i Samuraj
Tytuł oryginału: The cyberthief and the samurai.
Podtytuł: Prawdziwa historia Kevina Mitnicka i człowieka, który go
schwytał.
Wydawca: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne
Rok wydania: 1996 (Oryginał: 1996)
Przekład: Andrzej Ceynowa
Ilość stron: 222
ISBN: 83-85416-52-8
W sobotę poszedłem do biblioteki. I już wybrałem wszystkie książki, kiedy
coś mnie tknęło, żeby zobaczyć, co zostało wystawione w kąciku nowości...
Znalazłem powyższą książkę (która rzeczywiście jest nowością) i
zainteresowany tytułem postanowiłem ja wypożyczyć. Na początek (jako wstęp
do tej małej recenzji) przytoczę tu tekst znajdujący się na ostatniej
stronie okładki:
"Kevin Mitnick był najbardziej poszukiwanym hackerem na świecie. Nazywali
go "Kondorem" i "Obywatelem Cyberpunkiem". Był buntownikiem. Samotnikiem.
Biednym dzieciakiem z Kalifornii, który grał na nosie społeczeństwu,
wdzierając się do sieci telefonicznych, central międzynarodowych korporacji,
a być może nawet do komputerów Naczelnego Dowództwa Armii Amerykańskiej. FBI
nie mogła sobie z nim poradzić. A przecież tak bardzo się starali! I wtedy
Kevin Mitnick dokonał "niemożliwego": wdarł się do osobistego komputera
człowieka uważanego za mistrza cyberochrony, do komputera Tsutomu Shimomury.
W komputerze były dane dotyczące najnowszej generacji elektronicznych
zabezpieczeń oraz supertajnych narzędzi używanych przez służby
bezpieczeństwa do włamywania się i nadzoru policyjnego. Shimomura -
współczesny samuraj intelektu zawziął się, by Kevina powstrzymać. Miał
niezbędne do tego zabawki i inteligencję. Dla tego największego eksperta od
przestępstw komputerowych sprawą honoru stało się postawienie przed obliczem
sprawiedliwości najgroźniejszego przestępcy komputerowego na świecie. Ale
Autostrada Informatyczna to świetne miejsce do ucieczki bez końca. I tak
zaczęła się wojna samuraja i cybernetycznego bandyty."
Szczerze mówiąc, zaintrygowała mnie ta książka, nie tylko tytułem, ale
także (a może przede wszystkim) tą recenzją na końcu książki... Zwykle
recenzja dla mnie nie jest autorytetem. Kiedy widzę recenzję na końcu
książki, staram się nie sugerować nią, ale przewertować książkę, przeczytać
w kilku miejscach po jednej stronie z książki, żeby dowiedzieć się, czego
taka książka może być warta, czego można się spodziewać. Musze przyznać, że
tu tego nie zrobiłem. Ale tzw. "nos" mnie nie zawiódł. We wstępie do wydania
polskiego tłumacz pisze m.in.:
"Historia Kevina to historia chłopaka, który mógłby zostać wielkim
Carnegiem, gdyby nie został skazańcem. (...) Historia jest autentyczna, a
oczekując z napięciem dalszych losów Kevina poznajemy całą sprawę rzetelnie
przedstawioną na tle kroniki amerykańskiej hackerki ostatnich dziesięciu
lat. Zainteresuje i entuzjastę komputerów, i obserwatora współczesnej
Ameryki, i miłośnika dobrego kryminału. Czy kogoś pominąłem?"
Tyle cytatu. Książka składa się z pięciu rozdziałów; pierwsze dwa:
"Ucieczka" i "Grzech pierworodny" ukazują początki działania takich osób jak
Kevin, sposoby ich działania, pozyskiwania przez nich informacji, motywy
które kierują ich działaniem. Podkładanie sobie "świni" powoduje nie tylko
narastanie konfliktów, ale doprowadza do donoszenia wzajemnie na siebie do
organów ścigania. Powoduje to oczywiście konieczność ukrywania się. Te i
inne przyczyny powodują zamknięcie drzwi przed takimi osobami jak Kevin
przez wielkie firmy, które nie chcą ich widzieć w szeregach swoich
pracowników. Dla hackerów pokroju głównego bohatera celem jest zdobycie
pracy. Oczywiście, w przemyśle komputerowym. Szczytem marzeń jest praca jako
programista czy jako specjalista/konsultant do spraw bezpieczeństwa.
Zamykanie się ludzi pokroju Mitnicka we własnym świecie, gdzie są idolami
dla innych, młodych hackerów jest konsekwencją tego faktu. Myślą tylko, aby
złamać jak najwięcej systemów, oszukać jak najlepsze firmy, jak najdłużej
się ukrywać. Często posuwają się do szantażu, i to zarówno wśród ludzi "ze
środowiska", jak i ludzi pracujących w firmach, w których chcieliby
pracować.
Następne dwa rozdziały, noszące tytuły "Pościg" i "Wejście samuraja"
przedstawiają sposób tropienia przestępcy przez innych speców od security.
Przedstawione są m.in. jeden prywatny list Kevina Mitnicka z osobą, która
donosiła na niego do FBI, a także artykuł z Usenet News (grupa alt.2600)
odnoszący się do aresztowania Kevina przez FBI (jeszcze w czasach "młodej
hackerki"). Obydwa artykuły przetłumaczono. Dodatkowo, opisany jest sposób
śledzenia Kevina. Hacker, używający przenośnego laptopa i modemu komórkowego
jest śledzony, namierzany i podsłuchiwany przez FBI i inne osoby pomagające
tej organizacji. Wszystko za pozwoleniem i w majestacie prawa.
Ostatni rozdział "Śnieg w oczy" jest swego rodzaju posłowiem, epilogiem.
Kevin został ukazany w masmediach jako uosobienie zła. Nie było to takie
trudne, zważywszy na to, że wtedy, gdy Kevin zaczynał "bawić" się w hackera,
świadomość komputerowa społeczeństwa była zerowa. Dla nich komputer był
nadal symbolem, przysłowiową czarną skrzynką, a włamywacze komputerowi
kojarzyli się całemu społeczeństwu (z wyjątkiem garstki nielicznych,
uświadomionych osób) z łomami, młotami, siekierami i innymi symbolami
"pracy" zwykłych włamywaczy.
Po całym tym zamieszaniu świadomość komputerowa oczywiście wzrosła. Nie
jest to takie trudne do wyobrażenia sobie, chociażby ze względu na stale
rozwijający się rynek komputerów, usług komputerowych (boom na sieć
Internet), a także, a może nawet przede wszystkim na malejące ceny produktów
najnowszej techniki, co pozwalało na coraz szerszy dostęp do tego "szarym
ludziom". A większość ludzi pokroju Mitnicka żyło cały czas z piętnem
przestępców, ich obciążano winą za bezprawie panujące na Internecie. Policja
potrzebowała symbolu, a media takowego wykreowały i dostarczyły. Kevin
Mitnick, żydowski chłopak z Panorama City był ścigany przez prawo. Skończył
w więzieniu, a inni zbili na tym fortunę. Po przeczytaniu tej książki
zacząłem myśleć, co by było, gdyby... Gdyby znalazł pracę w przemyśle, gdyby
się nie włamał do komputera Shimomury, gdyby... Właśnie... Często w życiu
mówimy "gdyby"... Ludzie różnie to nazywają: Bóg, opatrzność, przypadek...
Sedno w tym, że takie przypadki często decydują o losach ludzi. Osobiście w
takim zakończeniu widzę tylko jeden pozytyw: uświadomienie społeczeństwu o
nadchodzącej (nie waham się tego stwierdzić) nowej epoce w dziedzinie
przekazywania informacji, jak również o niebezpieczeństwach z tym
związanych.
W trakcie czytania całej książki przewijają i pojawiają się znane
wszystkim interesującym się techniką komputerową nazwy firm, organizacji,
systemów operacyjnych, pośredników dostępu do Internetu (celowo nie używam
nazwy "provider":-)), a także programów i osób znanych w sieci Internet. Nie
chcąc nikomu robić darmowej reklamy (ani przeciwnie, zabierać rynku),
chciałbym wymienić kilka nazw:
Digital i jego produkt, VAX/VMS (Kevin był specem od tego systemu), SCO i
jej wersja Unix'a, Netcom, wspomniane już Naczelne Dowództwo Armii
Amerykańskiej i ich maszyna NORAD (spopularyzowana w filmie "Gry Wojenne";
zresztą Mitnicka porównywano często do głównego bohatera filmu),
elektroniczne magazyny hackerskie: 2600 - The Hacker Quarterly, Phrack,
Wired, "Cyberpunk", przysłowiowa biblia hackerów, Central Emergency Response
Team (CERT), Electronic Frontier Foundation (EFF), Crack, Satan (jak również
jego autor, Dan Farmer).
Dla potencjalnych hackerów mam smutną wiadomość: Nie ma opisów, jak
włamywać się do komputera:-) Zostały tylko zasygnalizowane pewne techniki
zdobywania nieautoryzowanego dostępu do maszyn.
Czytając tę książkę, zauważyłem kilka pomyłek, których nie chciałbym
nazywać błędami, wołałbym nazwać je nieścisłościami: dla przykładu, logi
systemowe zostały przetłumaczone jako "dzienniki systemowe" (po angielsku
logbook to dziennik okrętowy), często pojawia się wyrażenie "notatka
e-mail", IRC został przedstawiony jako kanał głosowy (!) na Internecie,
program Crack został przedstawiony jako "Cracker", a program Satan jako
"Szatan"... Ale to są drobiazgi, nie zniekształcające idei książki, i nie
odbierające przyjemności jej czytania (takie jest moje skromne zdanie).
Akcja porównywalna z akcjami w książkach Folleta czy McLean'a, a jednak
nie jest to fikcja literacka, lecz, jak pisze autor, "żywo napisana historia
wzlotów i upadków Kevina Mitnicka, jednego z negatywnych bohaterów naszych
internetowskich czasów". Powinna zainteresować każdego, kto lubi książki
akcji, łączące w sobie niebanalność, rzeczywistość i nierzeczywistość,
komputery, sieci komputerowe i stosunki międzyludzkie. Zaprawienie jej
odrobiną psychologii, ludzkich problemów i namiętności, a także fakt, że
uświadamia czytelnikowi o problemach stwarzanych przez nadchodzącą epokę
nowego, jeszcze nie do końca opanowanego medium jakim jest Internet,
sprawia, że książkę czyta się jednym tchem. Polecam!
Na marginesie chciałbym zauważyć, że książka została wydana w oryginale w
1996 roku. A pierwsza osoba wypożyczyła ją z biblioteki 23 lipca 1996. Brawa
dla polskiego wydawcy!
Reportaże: List z Hameryki
Autor: Justyna Woźniak
[re2] List z Hameryki.
[ Justyna Woźniak - ████████████████████████ ]
No i stało się. Siedzę sobie w małym rupieciu zwanym samolotem Polskich
Linii Lotniczych LOT i czekam na start. Obok mnie Daria, przede mną siedzą
Tomek i Mariusz, a za mną Ania i Madzia. O Jezusicku, gdzie to nas wywiewa.
Samolot gwałtownie wzbija się w powietrze, a Tomek niebezpiecznie blednie;
jak nam potem wyjaśnił jego zdaniem w czasie startu obniża mu się poziom
cukru i może nawet dojść do zejścia śmiertelnego. Ciekawa hipoteza, mógł to
wymyślić tylko człowiek studiujący biochemię, a tą osobą jest właśnie
Tomeczek. Lądujemy we Frankfurcie i jedziemy do "Youth Hostel" zameldować
się. Tak naprawdę, to każdy z nas wolałby się już dziś znaleźć w Greensboro,
gdzie mamy spędzić 2 semestry na zwariowanej uczelni UNIVERSITY OF NORTH
CAROLINA IN GREENSBORO.
Następnego dnia, na lekkim kacyku po nocnym oblewaniu naszego wyjazdu
znowu siedzę w samolocie i obserwuję ukradkiem Tomka; zemdleje przy starcie
czy nie zemdleje? Tym razem się udało i wygląda na to, że dotrzemy na
miejsce w komplecie. Ten LOT to niezła frajda: 10 godzin obżerania się,
popijania najróżniejszych drinków, podziwiania wspaniałych widoków i
oglądania filmów. Po raz pierwszy widziałam burzę z góry, niesamowity widok,
widzisz w dole pioruny i ulewę a nad tobą świeci słoneczko. Potem jeszcze
jedna przesiadka w Filadelfii i już jesteśmy na miejscu. Wysiadam z samolotu
młodsza o 6 godzin z powodu przesunięcia czasu i uderza we mnie dziwne
powietrze. Co jest grane? Po prostu wilgoć, średnio 60%, włosy robią się
poskręcane a koszulki wyglądają jak po treningu...
Jesteśmy zakwaterowani w oddzielnych akademikach i każdy z nas ma
przydzielonego współlokatora (Amerykanina lub Amerykankę co by nie
zapomnieć gdzie się jest). Moja roommate to Cindy - zabawne dziewczę,
freshman czyli kotek, na pierwszym roku biedactwo. Szybko się
zaprzyjaźniamy, rozpoczynam naukę hiszpańskiego, Cindy jest bowiem pół
Amerykanką, pół Boliwijką i mówi perfect po hiszpańsku. H'ola como es tas?
Znaczy jak się masz. Reszta mojego słownictwa nie przeszłaby przez cenzurę,
może następnym razem.
Daria dzieli pokój z Kirsten, która studiuje śpiew klasyczny i ma zamiar
śpiewać w operze; ma czym oddychać więc podejrzewam, że jej głos jest
bardzo silny. Mariusz dostał Larrego, koleś ma bzika na punkcie futbolu
amerykańskiego, potrafi spędzić 12 godzin przed telewizorem, jakie to
typowe dla Amerykanów. Podnieca się, widząc kupę zawodników leżących jeden
na drugim, obrzydliwość. Czas leci na łeb, na szyję i już jesteśmy po
"orientation week", zostaliśmy zapoznani ze wszystkimi udogodnieniami
technicznymi (wicie rozumicie, to jest telefon, tu się mówi a tu się słucha,
he he) i jesteśmy gotowi do rozpoczęcia nauki.
Cholerka, jestem w szoku, nie przypuszczałam, że oni tu mają taką szkółkę.
Z każdego przedmiotu mam pozadawane rozdziały do przeczytania (tak a propos
to studiuję socjologię), w ciągu tygodnia wypada jakieś 200 stron po
angielsku, poza tym zadania domowe i dodatkowe ćwiczenia na Internecie. Z
utęsknieniem czekam na weekendy, zazwyczaj robimy sobie wtedy jakieś
wycieczki, o których w następnym "Liście z Hameryki". Oprócz nas jest
jeszcze 60 osób z 14 krajów, które tak jak my, są tu na 2 semestry. Bardzo
wesołe towarzycho, przynajmniej 3 razy w tygodniu dochodzi do tak zwanych
zajęć integracyjnych, polegających na wypijaniu brudzia z każdym kto się
napatoczy. Ogólnie rzecz biorąc jak na razie bardziej się trzymamy we
własnym gronie, bo amerykańskie party "suck", czyli delikatnie mówiąc są
dziwne. W ogóle dziwny to narodzik, jeszcze ich nie rozgryzłam, ale
cierpliwości, pani socjolog zadziała. Na razie mogę to powiedzieć bez żadnej
przesady, jest to kraj ludzi dwukrotnie przekraczających dopuszczalną wagę i
ubierających się zupełnie bez gustu. A mają takie możliwości...
Na koniec coś o obsesji wszystkich international students: POCZTA! Każdy z
nas ma swoją skrzynkę pocztową, które to skrzynki znajdują się w tym samym
budynku gdzie stołówka. Sprawdzamy te cholerne skrzynki 2 razy dziennie,
lecimy z wywieszonymi jęzorami, a tam tylko blacha świeci w słońcu, czyli
znowu zero listów. Mówię Wam, można się nieźle zdołować, tysiące myśli
przelatują przez głowę typu: ktoś mi wykrada listy, albo: nikt mnie nie
kocha, już tam o mnie w tej Polsce zapomnieli.
W takich przypadkach idzie się do Computer Lab i sprawdza e-mail.
Reportaże: Internet - problemy
Autor: Dar_ek
[re3] Internet - problemy.
[ Dariusz Nierada - DAR_ek - █████████████████ ]
Zostałem poproszony o napisanie artykułu (hi Cobretti), właściwie
zmuszony, wiec nie pozostaje mi nic innego jak dokonać tego zbereźnego
dzieła. Chciałem napisać o Internecie, a o tym jak wiadomo można pisać dużo
dobrego, ale zaraz... po co mam pisać wychwalając Internet? Przecież to
robią wszystkie gazety komputerowe (i nie tylko)! Chyba warto by było
napisać przynajmniej jeden artykuł, który ukaże także złe strony Inetu,
problemy jakie w nim występują i zagrożenia.
Warto by zacząć od rzeczy najbardziej wychwalanej w Inecie, t.j.
praktycznie niemierzalnej, ogromnej ilości danych, w tym programów,
rysunków, plików muzycznych, itp. itd. Niby wszystko fajnie, ale trzeba zdać
sobie sprawę, ile trzeba się niekiedy namęczyć, żeby znaleźć potrzebną nam
rzecz! Przypomina to trochę szukanie igły w stogu siana! Sytuacje poprawiło
trochę pojawienie się dość dobrych "szukaczek" (głupio to brzmi po polsku)
pracujących na WWW np. Yachu, Altavista, Shareware.com, Find it, Search.com
(starsze ich poprzedniki typu ARCHIE - nie spełniały swego zadania zbyt
dobrze).
Lecz i to ostatnio zaczęło nie wystarczać, np. szukając drivera do myszy i
ustawiając zakres szukania tylko na PC-DOS i wpisując sława do szukania
"mouse" i "driv" dostaniemy w odpowiedzi przynajmniej 80 programów! Jeszcze
gorzej sytuacja przedstawia się przy szukaniu wśród stron WWW. Jeśli szukamy
przez Altawistę kogoś o dość powszechnym nazwisku, możemy dostać nawet ponad
1000 odwołań! Przy szukaniu programów najgorsza sytuacja była wśród plików w
"super" standardzie nazw mS-dOS (8+3 litery nazwy), konia z rzędem temu kto
odgadnie co kryje się np. pod nazwą msvc15.exe?! Oczywiście jeśli znamy
dokładnie nazwę szukanego pliku mamy sytuacje dużo prostszą.
To, że dowiemy się, gdzie znajduje się szukany przez nas plik, to dopiero
połowa sukcesu. Połączenie się z serverem, na którym on jest nie zawsze jest
możliwe. Najczęściej zdarza się to przez usterki na liniach telefonicznych
(głównie polskich [cool tPSA-monopol]) - połączenie odbywa się przecież
przez kilka, czasami kilkanaście komputerów-serverów, poza tym, często
niektóre servery ustawiają pewną maksymalną ilość ludzi którzy mogą sciągać
w tym samym czasie (np. 200), i nie zawsze się załapiemy (choć to nawet
dobrze, bo ściąganie na raz przez kilkaset ludzi z jednego servera może
bardzo ładnie spowolnić czas przesyłania pliku nawet do 50 bajtów/s.
Następnie, po dostaniu się na nasz wybrany server i załączeniu downloadu
możemy zostać mile powiadomieni, że przewidywany czas ściągania będzie
wynosił ~684 minuty :-).
Rzeczą oczywistą dla każdego jest, że czas ściągania zależy tylko od dwóch
rzeczy: wielkości plików i szybkości połączenia. Pierwszy można tylko
zmienić kompresując najmocniej jak się da plik, za to szybkość połączenia to
całkiem inna bajka. W dla serverów położonych w Polsce wynosi średnio 5-1
kB/s, a dla dalszych miejsc (np. USA) 1-0.01 kB/s. Więc przy długich plikach
i wolnych połączeniach, kto nie umie (czy nie ma możliwości) puścić
ściągania w tle może naprawdę umrzeć z nudów.
Pewnym problemem dla ludzi korzystających z zabawy w Inet są pieniądze.
Nie dotyczy to oczywiście studentów, uczniów, i innych ludzi korzystających
za darmo. Ale podobno (jak podaje NASC) ok. 60% wszystkich ludzi podpiętych
jest komercyjnie, tzn. muszą płacić - po primo za telefon, po secundo za
użytkowanie konta. Nie są to straszne sumy jeśli przyjąć że telefonem
łączymy się miejscowo, ale są. Jak łatwo policzyć, za używanie telefonu
przez 1 godzinę dziennie przez miesiąc płacimy ok. 100 zł za telefon, plus
opłata za konto (różnie, ale chyba min. to 40 zł.). Niby nie jest to dużo,
ale proszę wsiąść pod uwagę, że w innych krajach opłata ta jest znacznie
mniejsza. Np. sam telefon w USA w stosunku do średnich wypłat jest ponad dwa
razy tańszy. Nie wspominając już np. o Kanadzie gdzie połączenie Inetu do
domu (nie telefoniczne) kosztuje przy użytkowaniu 1h/day 20-30$ na miesiąc,
czyli ok. 65 zł!
Wychodzi ponad dwa razy taniej, nie mówiąc już jak to się ma do skali
zarobków! Warto dodać (choć wszyscy to chyba wiedzą) że za takie a nie inne
ceny są odpowiedzialne: tELEKOMUNIKACJA pOLSKA SA - monopolista na telefony
przewodowe w Polsce, oraz NASC - monopolista na połączenia Internetowe w
Polsce (za niedługo będzie też tPSA).
Przejdzmy do całkiem innej sprawy: braku cenzury w Inecie. Teoretycznie B.
Clinton podpisał ostatnio ustawę "o wartościach chrześcijańskich w
Internecie":-), ale tak na prawdę to wszyscy to mają w miejscu gdzie tylko
papier toaletowy dochodzi. No i niby jest bardzo dobrze, ale niekiedy ludzie
przeginają. Takiej pornografi jaka istnieje w Inecie i jest tylko na
wyciągnięcie ręki nie ma nigdzie. Na prawdę nie mam nic przeciwko rozebranym
panienkom (nawet jestem "za"), nawet nie dziwią mnie za bardzo rysunki z
stosunkami oralnymi, analnymi, orgie i co tam jeszcze wymyśliła ludzka
wyobraźnia, ale to co można jeszcze zobaczyć na listach to już naprawdę
przesada! Sex ze zwierzętami (psy, koty, konie, krowy, świnie, nawet węże),
z nieletnimi, nie mówiąc już o widokach poćwiartowanych ludzi. Wg mnie
powszechność i łatwa dostępność takich rzeczy powinna się wyraźnie
zmniejszyć.
Inną sprawą jest anonimowość w Internecie. Nie trzeba się wcale namęczyć,
żeby wysłać list anonimowo komuś lub na jakąś listę dyskusyjną, czy poszaleć
na irc'u tak, że nikt nie będzie wiedział skąd piszesz. Jest to oczywiście
fajna sprawa, ale niektórych ludzi, którzy za szczyt dobrej zabawy uznają
zatrucie komuś życia zachęca do przeszkadzania innym. Potem wysyła taki
komuś list z kilkoma megami śmieci, czy flooduje na irc'u. Sama radość!
Przyjrzyjmy się Inernetowi pod względem bezpieczeństwa i prywatności. Niby
wszystko jest OK, mamy konto na hasło, niby jak nikomu nie powiemy hasła, to
nikt (oprócz administratora systemu) nie będzie mógł odczytać waszych
danych. O bezpieczeństwie swoich systemów będą wam się chwalić ich
producenci i sprzedawcy, będą przydzielać certyfikaty bezpieczeństwa, itd.
Ale to wszystko teoria. Praktyka jest zupełnie inna. Wystarczy trochę w tym
posiedzieć, a przy dobrych chęciach można zacząć "zabawę" w włamywanie się
na inne konta. Sposobów na włam jest wiele i choć producenci systemów
wymyślają coraz to nowe zabezpieczenia, to i tak hackerzy znajdują coraz to
nowsze "dziury" w systemie.
Właściwie to są dwa rodzaje hackerów, jedni włamują się dla własnej
satysfakcji, po to, aby znaleść dziury w systemie i następnie je "załatać",
ew. założyć sobie gdzieś konto (tak na wszelki wypadek jak jedno mu
zablokują), drugi rodzaj to ludzie którzy włamują się by coś zamieszać,
komuś coś wykasować, coś ukraść. Wiadomo, ta druga grupa to dzieci które nie
miały zabawek w dzieciństwie, ale zdarzają się.
Tym miłym akcentem chciałbym zakończyć, choć oczywiście nie znaczy to że
wymieniłem wszystkie problemy Internetu. Właściwie są to tylko nieliczne
sprawy, które mi się najbardziej rzucają w oczy. Jednak mimo tych
niedogodności, mimo wszystkich wad, Inet ciągle jest bardzo fajną sprawą i
warto się w niego zaangażować.
Reportaże: Trzygłowy smok
Autor: Tro_
[re4] Trzygłowy smok, czyli o podatkach po duńsku słów kilka.
[ Adam Trojanowski - Tro_ - ███████████████ ]
Tym, którzy wiedzą - przypominam, a tych, którzy nie wiedzą - informuję,
że z tych i innych równie ważnych powodów rzuciło mnie na wygnanie do krainy
Andersena, Królewny Śnieżki i siedmiu sierotek - Danii. Od początku pobytu
nurtuje mnie jedno pytanie: jak ONI tu mogą żyć? Zgodnie z biblijnym "co
boskie - Bogu, a co cesarskie - cesarzowi" oddają co miesiąc kupę szmalu
tajemniczemu trzygłowemu smokowi.
Pierwsza głowa smoka. Ta znajduje się najbliżej i jest najbliższa sercu
tych, którzy nie lubią pracować i znienawidzona przez tych, którzy pracować
potrafią, chcą, ba! niektórzy pewnie nawet lubią... Nosi ona nazwę skąd nad
znajomą - komuna (ni mniej ni więcej tylko tutejsza gmina).
Otóż głowa ta połyka średnio od 13 do 20.5% dochodów duńskiej jednostki,
czy też osoby fizycznej, czyli po prostu obywatela w zależności od miejsca
jego zamieszkania. Głowa ta trawi wszystko. Na trawienie idzie jakieś 8%
tego, co połknęła, a resztę wypluwa dając obywatelowi i wielu innym w
zamian, podstawową opiekę zdrowotną do lat 18, wychowanie i przechowanie
spłodzonych pociech, utrzymanie dróg - by obywatel mógł odwiedzać znajomych,
portów, którymi się chlubi, no i najważniejsze: pieniążki na dach nad głową
dla tych, co go nie mają i na jedzenie dla tych, którym go brakuje.
Wystarczy, że po prostu zgłoszą się do głowy, że się nie ma co jeść, gdzie
spać i czym pracować, a głowa załatwia wszystko (czasem żeby sobie głowy nie
zawracać, głowa daje na odczepnego pieniądze, a czasem kieruje tam, gdzie
można je zarobić - dla własnego dobra nie powinno się wtedy głowie
odmawiać).
Z taką głową dobrze mają zwłaszcza kobiety (bez zbędnych skojarzeń,
proszę) - głowa dopilnuje by kobieta miała 4 tygodnie wolnego, zanim powije
głowie małego nowego obywatela, potem następne 6 miesięcy na odchowanie tego
obywatela, w międzyczasie da pieniążki na jego wyprawkę, znajdzie miejsce na
przechowanie malutkiego obywatelka, gdy rodzic zdecyduje się na powrót do
pracy i wychowuje go według swoich tajemnych reguł. Cały czas mamusia jest
wspierana, a to przez przedstawicielkę głowy, która uczy być obywatelka, a
to przez dodatkowe fundusze spadające jak manna z nieba, kiedy brakuje
własnych.
Głowa ta nawet pozwala posłać obywatelka do szkoły prywatnej, jeśli nie
nadaje się on do państwowej - i płaci nauczycielom tego obywatelka jak swoim
(w zasadzie różnica pomiędzy szkołą państwową, czy tez raczej komunalną, a
prywatną to ta, że druga jest "dla opornych" i kwestia własności jest inna,
choć dlaczego, to nie wiem, bo nikt tu jeszcze na takiej szkole nie
zarobił).
Jedno mnie tylko dziwi - dlaczego przy takiej opiekuńczości głowy, małych
obywatelków przybywa coraz mniej? Albo się dużym obywatelom nie chce
spółkować (?! - bzdura) albo kłopotać z małymi obywatelkami (to pewniejsze)
albo też nie wiedzą, co robić z pieniążkami, które daje im głowa za małego
obywatelka, który kiedyś będzie dużym obywatelem no i odda to wszystko
głowie z nawiązką...
Druga głowa - zajmująca się już nieco bardziej poważnymi sprawami, jest
odpowiednikiem naszego województwa i nazywa się tu z angielska konty
(county). Obywatel zobowiązany jest dać głowie dziesiątą część swoich
dochodów. Z dziesięciny tej ósma część jest jak to zwykle bywa trawiona, a
reszta zwracana w postaci wielkich dróg, skomplikowanych planów typu "co
gdzie kiedy w którym miejscu będzie", łożenia pieniążków na dalsze
kształcenie obywatelka, który już powoli zaczyna być obywatelem i
pokazywanie mu, jak ma robić, by zarobić, instalacji pozwalających odbudować
dookoła to, co inni obywatele wcześniej zrujnowali w środowisku, zajmuje się
już całym systemem pomocy, gdy obywatelowi się zachoruje, tzn. głowa taka
wie, gdzie postawić szpital i ilu doktorów zatrudnić, no i na koniec
dostarcza temu obywatelowi trochę rozrywek w postaci tego, co w rozrywce
samo utrzymać się nie potrafi, a więc teatrów i muzeów wszelkiej maści i
rodowodu...
Co ciekawe mimo, że głowa ta ma moc walenia po głowie mniejszej głowy
(tzn. poprzednio opisywanej), to po rozum do tej głowy idą również ochotnicy
wybierani przez takich jak i oni obywateli. Procedura ta jak powszechnie
wiadomo zwana jest wyborami. To, że po rozum do mniejszej głowy ubiegają się
obywatele w tzw. "wyborach", jest chyba powszechnie zrozumiałe...
Do TRZECIEJ GŁOWY również obywatele są wybierani, a więc ludzie ludziom
zgotowali ten los... Trzecia głowa zwie się "rząd", ale wszyscy przez rząd
rozumieją tu raczej parlament. Owa głowa połyka mniej więcej ok. 20% dochodu
obywatela w zależności od tego, ile zarabia, w zamian nie dając nic oprócz
kolejnych ograniczeń i mądrzenia się, co obywatel robić może, a czego nie.
No, czasem głowa ta dzieli się z mniejszymi od niej głowami tym, co dostaje
i wspomaga je, gdy obywatele wyciągają od nich za dużo... W końcu jak ta
głowa coś powie, to najczęściej słowa musi dotrzymać... bo rozum będą
tworzyli już inni obywatele i nie będzie więcej taki sam, a każdy obywatel
chce taki rozum jak najdłużej tworzyć... może w kupie jest im łatwiej
myśleć?
Zbierzmy więc wszystko do tzw. kupy: obywatel oddaje 20% małej głowie, 10%
średniej głowie i 20% dużej głowie. Gdy obywatel chce coś kupić, oprócz ceny
wyznaczonej przez sprzedającego oddaje 25% wartości zakupu dużej głowie,
czyli razem (przy założeniu, że obywatel wyda w jednym miesiącu wszystko co
zarobił) mamy 75%. Dołóżmy do tego jakieś 10-15% tego, co obywatel odkłada
na czas, gdy nie będzie już mógł pracować, a żyć będzie chciał całkiem
godziwie (niektórzy tak robią, choć nie muszą, bo zawsze mogą się zwrócić do
pierwszej głowy, która im wszystko da, ale zazwyczaj kiepskiej jakości...).
Takiemu obywatelowi zostaje więc 20% tego, co zarobił... I nic dziwnego,
że większości obywateli nie chce się pracować... A niedługo nadejdzie już
czas, gdy trzeba będzie według PRAWA ustanowionego mądrze przez duża głowę
utrzymywać wszystkich, którzy z tych i innych ważnych powodów nie pracują
(za starzy, za młodzi, niezdolni do pracy lub dwie lewe ręce) przez taką
samą liczbę tych, którzy pracują. Czy wtedy system ten się nie rypnie?
Oczywiście wszystko spadnie na głowy obywateli i inne głowy już nie pomogą,
bo nie będą miały za co. Prawda, że będzie basen w każdym mieście,
krawężniki takie, że nie da rady się o nie potknąć i ubikacje, do których
można wjechać wózkiem, ale to tylko kwestia czasu, jak dłoogo po takim
załamaniu to jeszcze postoi...
Prawda, że dorobili się jednego - dzięki tym głowom wychowali takich
obywateli, którzy pilnują się nawzajem, by nikt nie ruszył nie zamkniętego
samochodu, ani nie potrzeba policjantów z radarami, bo jeżdżą tak
przeraźliwie przepisowo. Tego im zazdroszczę. Pozostałych rzeczy raczej nie,
bo powodują więcej kłopotu niż chwilowej radości. Mnie pewnie też nie
chciałoby się pracować... choć i bawić im się też nie chce, ale o tym może
innym razem.
Prawda, że system w ogólnych zarysach przypomina nasze trzy polskie głowy?
Ta druga wszak nie pochodzi z wyboru, a trzecia na nic konkretnego nie może
się nigdy zdecydować i pozostaje ostatnia kwestia - procentowo to wygląda
może podobnie (21-45%+22% nie licząc ZUS) tylko problem leży w tym, ile
zarabia Duńczyk, a ile Polak, nawet przyjmując, że życie w Danii jest 3x
droższe (sprawdziłem). Żyje się w Danii więc może i łatwiej (zwłaszcza,
jeśli się rodzi dzieci) ale jak dłoogo to potrwa i czy chce się tyle płacić
za innych? A co wy na to?
Reportaże: Święci i grzesznicy
Autor: Sal Solo
[re5] Święci i grzesznicy.
[ SAL SOLO ]
Od czasu do czasu wielcy komputerowego świata fundują nam kolejną porcję
sensacyjnych wiadomości. Jednak nie zawsze muszą one dotyczyć nowych gier.
Istnieje druga strona życia firmy; ta mniej znana niewtajemniczonemu
obserwatorowi. Do tej sfery należy rywalizacja producentów nie tylko na polu
informatycznym, ale także na sali sądowej. Jedną z takich spektakularnych
spraw był proces pomiędzy japońską korporacją Sega Ent. Ltd a amerykańską
firmą Accolade. A wszystko zaczęło się od nieco odmiennego rozumienia
przepisów prawa komputerowego...
Firma Accolade postanowiła wkroczyć na rynek gier przeznaczonych dla
miłośników konsolowego szaleństwa. Jako pierwszy cel wybrała sobie
posiadaczy konsol firmy Sega. W końcu od kogoś trzeba ściągać te pieniądze.
A jak tego dokonać ? Wystarczy stworzyć grę, która będzie "chodzić" na danej
konsoli, chociażby Genesis. Jednym z problemów na jaki napotykają
programiści jest zapewnienie kompatybilności, czyli mówiąc po ludzku
zgodności, z konsolą Segi. Do tego potrzebne jest posiadanie kodów
programowych. Sega takie kody posiadała i chętnie udostępniała je
zainteresowanym firmom, oczywiście po uzyskaniu stosownej opłaty
licencyjnej. Początkowo Accolade myślało o zakupie licencji, lecz szybko
porzuciło ten pomysł i zdecydowało się na uzyskanie koniecznych informacji w
inny sposób. W tym celu programiści dokonali dekompilacji gier firmy Sega
(konkretnie trzech produktów). To wystarczyło amerykańskim informatykom, aby
otrzymać opis funkcji zapewniających kompatybilność z "Japończykiem".
Sega nie zamierzała pozwalać niedoszłemu partnerowi na takie praktyki. A,
że ma sporo pieniędzy postanowiła je jakoś rozumnie wydać, np. na opłacenie
prawników.
Proces jaki toczył się przed amerykańskim sądem był dość długi i burzliwy.
Nie ma sensu opisywanie każdego posiedzenia, odwołań, przesyłania spraw do
sądu drugiej instancji. Strony na poparcie swoich racji przytaczały różne
argumenty. Accolade udowadniało, że proces kopiowania nie narusza prawa
przysługującego firmie Sega, a dokonanie "rozbicia programu na czynniki
pierwsze" było potrzebne dla poznania zasad działania. Dla lepszego
zobrazowania sytuacji warto podkreślić, że Accolade formalnie nie dokonał
plagiatu - otrzymany kod źródłowy nie był wierną kopią dzieł Segi.
A jaki był finał tej sprawy ? Sąd zdecydował, że Accolade bezpośrednio nie
naruszył praw japońskiego producenta, a wszelka monopolizacja rynku jest
sprzeczna z obowiązującymi zasadami. Cała sprawa wykazała jak dokładnie
należy badać wszelkie przesłanki związane ze stosowaniem prawa
komputerowego.
My na razie nie mamy takich problemów. Owszem, obowiązuje u nas nowe prawo
autorskie, ale prokuratura nie jest zbytnio przeciążona. Jak na razie
zajmuje się ściganiem piratów, i to tylko tych głupszych, którzy dają się
złapać. Reszta, przy milczącej aprobacie ogółu robi swoje. A sąd dziękuje
Bogu, że jednak nie jesteśmy tak blisko tej Europy i takie sprawy nieprędko
się u nas pojawią. Do czasu.
Reportaże: Wakacje 96 - sposób na następne
Autor: SzYmI
[re6] Wakacje 96 - sposób na kolejne.
[ Rafał Szymczak - SzYmI - ██████████████████████████ ]
Przez kolejne lata w czasie swojego życia, szczególnie podczas nauki
liceum i na początku studiów zastanawiałem się jak spędzić wolny czas w
wakacje. Spędzić - łatwo powiedzieć- ale wykombinować coś konstruktywnego to
już nieco gorzej, szczególnie, że zazwyczaj całe planowanie pozostawia się
na ostatnią chwilę zazwyczaj oglądając się na innych. Po kolejnych niezbyt
udanych stwierdziłem - dość tego - czas wziąć sprawy w swoje ręce - i
wreszcie przeżyć coś - o czym można było miło wspominać zimowym długim
wieczorem. Z góry informuję, że mój pomysł jest do zrealizowania przez
każdego, nie trzeba być ani wielce usportowanym, ani nic z tych rzeczy, no
może trzeba wykazać się minimum determinacji i może troszkę poświęcenia -
ale czego się nie robi by dopiąć jakiegoś celu. Opowiem Wam o wakacjach na
rowerze - wiem - dla wielu jest to niewyobrażalne - ale jest naprawdę
możliwe - spróbujcie...
Któregoś pięknego dnia przechodząc przez korytarz na mojej uczelni
(Politechnika Gdańska), trafiłem na ogłoszenie klubu rowerowego ANTYMOTO o
rajdzie - wycieczce miesięcznej po Niemczech. Jako, że od małego lubiłem
kręcić po różnych terenach i w różnych warunkach propozycja ta wzbudziła we
mnie nie małe zainteresowanie. Udałem się na zebranie organizacyjne i
zdecydowałem się wziąć w tym udział. Od tego wszystko się zaczęło - najpierw
był Tour de Germany'94, potem Tour de Benelux'95, a w tym roku Tour de
Alps'96 - na tym ostatnim się teraz skupię, bo wrażenia z niego są jakby
najświeższe.
Jak to zwykle bywa - wszystko zaczyna się i kończy na pieniądzach - one
ustawiają i w pewien sposób ograniczają trasę możliwą do przebycia. Trzeba
pamiętać o wydatkach stałych (wyżywienie), ubezpieczeniu (to podstawa),
podróży, pieniądzach awaryjnych no i na samym końcu tych, które wydaje się
na przyjemności. Nie będę nikogo przekonywał dlaczego wydawanie swoich
pieniędzy (własnoręcznie zarobionych) jest przyjemniejsze od pozbywania się
każdych innych - bo mam do czynienia z ludźmi rozumnymi - i dlatego też
skupię się na realnych kosztach z którymi należy się liczyć.
Nasz Tour de Alps'96 rozpoczął się w Genevie (Szwajcaria), więc musieliśmy
się tam w jakiś sposób dostać - wynajęcie bus-a na 7 osób z rowerami
kosztuje około 2.5 mln starych złotych do tego zakup wyżywienia (puszki) i
ubezpieczenie - całość zamyka się w 3 mln. Nie jest to chyba wiele jak na
start. Pomijam koszt związany z zakupem roweru - a przynajmniej z jego
przygotowaniem do przebycia 2000 km w pod dość znacznym obciążeniem i dość
specyficznych warunkach. Należy na niego spojrzeć dość trzeźwym okiem,
ocenić jego przydatność do poruszania się po różnych drogach. Nie twierdzę,
że trzeba mieć super sprzęt - ale zdecydowanie polecam wszelkiego rodzaju
rowery typu TREKING - tylko błagam - nie prosto ze sklepu - bo najczęściej
nie są w stanie przebyć pierwszych 500 km bez naprawy.
Start - Geneva - kierunek - Polska - tylko, że do niej był jeszcze spory
kawałek drogi. Wyruszyliśmy w grupie 7-osobowej - podzieliliśmy się na dwie
ekipy, a to głównie ze względu na noclegi, ale o tym za chwilę. Trasa, którą
należy przebyliśmy była przemyślana, rozplanowana mniej więcej na każdy
dzień jazdy i co najważniejsze uwzględniała topografię terenu, czego
najlepsze przykłady mieliśmy w Alpach. Należy pamiętać o tym, że każdy
jedzie swoim tempem, nie ma co uprawiać przysłowiowej "jazdy w trupa", bo
przecież celem samym w sobie jest zobaczenie jak najwięcej przyrody, nie
samo przejechanie tego dystansu. Grupa i tak będzie się poruszać z
prędkością najwolniej jadącej osoby i sztuczne popędzenia zazwyczaj i tak
nie przynosi efektu.
Dziennie przejeżdżaliśmy około 70 km, choć bywały takie dni, że trafiały
się odcinki i 103 km. Z naszych pomiarów jednoznacznie wynikało, że na
siodełku każdego dnia nie spędzaliśmy więcej niż 5 godzin, a co widzieliśmy
- to nasze. Gwarantuję Wam, że jak się jedzie na rowerze to widzi się 300%
tego, co widać zza szyb samochodu, a co najważniejsze ten wspaniały
dwukołowy pojazd jest w stanie dotrzeć prawie wszędzie. Dla rowerów jest
bardzo mało zakazów wjazdu, a jakość ścieżek rowerowych w krajach Europy
zachodniej jest wręcz wspaniała. Po pierwsze tam, czyli nie w Polsce -
niestety - rower jest równoprawnym uczestnikiem ruchu i ma takie same prawe
jak każdy inny pojazd.
Zauważa się to szczególnie na wszelkiego rodzaju skrzyżowaniach, gdzie
samochody wręcz z piskiem hamują, by przepuścić rowerzystę - bo tam - nie ma
co ukrywać kultura jest o niebo wyższa. Najlepiej dawało się ją poznać
podczas szukania noclegu. Należy tu nadmienić, że podczas tych 4
zwariowanych tygodni nie zdarzyło się nam ani razu spędzić noclegu na polu
namiotowym czy czymś takim. Po prostu spaliśmy u ludzi zupełnie nam obcych,
w ich ogródkach przydomowych, czasem w domach - różnie - zależy jak wypadło
danego dnia. I to jest właśnie przyczyna dla której spaliśmy osobno - czyli
w dwóch grupach, bo nikt by nie przyjął 7 osób na noc, a w mniej licznej
była już taka szansa. Nie twierdzę w tym miejscu, że znalezienie noclegu
było proste za każdym razem, czasem trzeba było się nachodzić - ale zawsze
znajdowali się jacyś mili ludzie i podejmowali nas gościną.
Wymienialiśmy wrażenia, zadawali nam tysiące pytań (znajomość
cywilizowanych języków obcych jest wręcz niezbędna), bywało, że kładliśmy
się do śpiworów grubo po północy z powodu nie kończącej się dyskusji przy
butelce wina czy czegoś w tym rodzaju. Spaliśmy u bardzo różnych osób:
począwszy od ludzi prostych, wieśniaków, ludzi na emeryturze przez
pracowników fizycznych, lekarzy a kończąc na dyrektorach fabryk i zakładów.
Traktowali nas jak jakiś z lekka zwariowanych, którzy to nie bacząc na
pogodę, niebezpieczeństwo zwiedzali ich kraj, okolicę, miasta.
Najlepsze było jak w krajach niemieckojęzycznych do rozmowy były
zapraszane dorastające dzieci posyłane na naukę języka angielskiego, który
my preferowaliśmy i miały za zadanie służenie nam za tłumaczy. Widać było
dumę u ich rodziców, że oto ich latorośl umie się dogadać z kimś w innym,
niż narodowy języku. A my kręciliśmy dalej, ciągle dalej, przed siebie,
zwiedzając Szwajcarię, potem Austrię by przez Węgry dostać się do Słowacji,
gdzie zakończyła się nasza wyprawa. Przejechaliśmy przez niejedną alpejską
przełęcz wzbudzając podziw u miejscowych ludzi, nie rzadko wpychając przez
kilka godzin rower pod górę tylko po to, by zobaczyć na szczycie prawdziwy
śnieg padający w lipcu na wysokości 1903m.
Zachęcam wszystkich do tego rodzaju wypraw oraz do wykonywania
nieskończonych ilości zdjęć, a co najważniejsze do pisania pamiętnika
wyprawy. On to właśnie pozwala zatrzymać na dłużej miłe chwile, nie
dopuszcza możliwości zapomnienia o jakimś ważnym szczególe. Zainteresowanym
udzielę wszelkich informacji dotyczących tego typu wyjazdów - porzućcie
samochody, wskoczcie na Wasze rumaki.
Niech moc będzie z Wami...
Reportaże: Wycieczka
Autor: Miklex
[re7] Wycieczka.
[ Michał Kleczkowski - Miklex - █████████████ ]
Z niektórych miejsc można zobaczyć kapitalną panoramę. Na Montmartrze,
staje się na placyku przed Bazyliką i widzi trzy czwarte Paryża, oczywiście
przeważnie dachy, ale zawsze coś wystaje. Kościoły i pałace są ogromne jak
wyspy nad ulicami. Trochę bliżej centrum z Beauburga, super widok z kolei
na Montmartrze, trzeba wjechać schodami ruchomymi na ostatnie piętro, nic
nie kosztuje, a widok kapitalny już jak się jedzie, bo schody są w
przezroczystych tunelach na zewnątrz budynku. Oczywiście można zwiedzić
kilka wystaw po drodze. Na czwartym piętrze oglądałem kiedyś w ramach stałej
ekspozycji pokrowce na fortepiany Buysa. Kompletne delirium. Fortepiany
zrobione z rożnych materii, że sztywnego sukna, klękały tak jak słonie w
cyrku, inne z włóczki zwisały ze ścian itp. Na piątym jest normalnie główna
wystawa, teraz był to Bacon.
Na placyku przed Beauburgiem zawsze coś się dzieje, gra jakaś muzyka,
grupy mimów robią przedstawienie, albo po prostu ludzie się wydurniają na
wszelkie sposoby, żeby zarobić kilka groszy. Ponieważ placyk jest pochyły i
wystawiony do słońca dużo ludzi leżało na bruku i opalało się. Kawałek
dalej są hale, dawna dzielnica targowa. Te stare autentyczne zburzyli, a na
ich miejsce wykopali dużą dziurę w ziemi, gdzie na kilku piętrach można
znaleźć rozmaite butiki i nawet duże sklepy. Te nowe hale są coraz bardziej
zaniedbane, marna klimatyzacja więc strasznie duszno, ciepło i pod ziemią,
więc oczywiście coraz więcej kloszardów, a wieczorem miejsce spotkań
chłopców z przedmieść.
Stacja metra pod halami okropna do przesiadek, na kilku poziomach i
ciągnąca się kilometrami, można łatwo zabłądzić. Metro jest z jednej strony
kapitalne jako środek transportu, ale śmierdzi, i trzeba się nabiegać po
schodach przy każdej przesiadce. Korytarze mają własne życie, czasem z
oddali słychać fantastyczna muzykę, nie wiadomo skąd, bo jeśli to nie twój
korytarz oddalasz się i nigdy do końca nie wiadomo kto i gdzie grał. Czasami
są sceny, których się nie zapomni. Jechałem kiedyś w nocy, było mało ludzi w
korytarzach, okazało się, że na peronie jestem sam, jedynie na przeciwko,
oddzielony torami siedział facet, który po chwili wyciągnął harmonijkę i
zaczął grać strasznie smutne bluesy. Nie było nikogo, więc względna cisza i
te dźwięki odbijające się od zaokrąglonych stropów były wszędzie, strasznie
żałowałem kiedy przyjechało jego metro i koncert się skończył. Teraz też
zaliczyłem fajną scenkę. Metro zatrzymało się na jakiejś stacji, otworzyły
się drzwi i zamiast normalnego hałasu, piękna muzyka. Na tle wyjścia
zamkniętego kratą stał olbrzymi facet z ogromnym kontrabasem i grał z
lekkością wirtuoza. Był oświetlony bardziej od tyłu, widać było właściwie
tylko brodatą sylwetkę chwiejącą się w takt pociągnięć smyczkiem, było to
cholernie ulotne, drzwi się zamknęły i metro ruszyło. Czasami przy dłuższej
podroży wydaje mi się, że tylko ja jeszcze jestem realny, a to co dzieje się
dookoła to ułuda, dekoracja. Nic nie wiem o ludziach pojawiających się koło
mnie na czas otwarcia drzwi, albo siedzących w tym samym wagonie do
najbliższej stacji. Wszystkie rasy i języki mieszają się. Rano więcej
turystów z mapami Paryża w ręku, w godzinach szczytu, zapieprzający w dal
lud pracujący, wieczorem przeważają języki murzyńskie, arabski, albo slang z
przedmieść, dużo glin po cywilnemu i czasem bardzo brutalne kontrole
policyjne.
W niedzielę rano wyruszyliśmy bulwarem St-Germain w kierunku muzeum Orsay.
Pustka kompletna, poranny chłodek, strumienie wody w rynsztokach (to ich
sposób oczyszczania). Po drodze minęliśmy Brasserie Lipp, miejsce spotkań
miejscowej śmietanki i naprzeciwko Deux Magots, gdzie sfotografował się
Pszoniak z tego artykułu. Według przewodnika Paryż za dwa Ludwiki, miejsce
gdzie starsze bogate panie podrywają młodych, czekających na wylansowanie
chłopców. Lansowanie nie było nam w głowie, ominęliśmy knajpę, potykając się
o liczne Rolls Roycy i inne Bentleye.
W muzeum dobra pora, mało ludzi i dobra wiadomość, w niedziele taniej.
Ponieważ byłem tam już, zaproponowałem ambitną trasę, z próbą pobicia
rekordu szybkości. Na szczęście żadne z nas nie było zainteresowane obrazami
historycznymi ani sielankowym realizmem. Wjechaliśmy schodami ruchomymi na
ostatnie piętro, skąd jednym rzutem oka zaliczyliśmy wszystkie rzeźby
stojące niżej. Potem naprawdę ciekawe sale, Van Gogh nie dający się nigdzie
sklasyfikować, niesłychanie subtelne, rysowane z niedoścignioną wirtuozerią
pastele Degasa, Manety, Monety i radosne obrazki Gaugina z wysp, gdzie
wykitował na syfilis. Ale sądząc po modelkach warto było. Dla mnie
najbardziej odjazdowe, dwa wielkie malunki Toulouse-Lautreca, monumentalne,
posklejane z kawałków tektury, rysowane kredką i tylko gdzieniegdzie
podkolorowane. Facet nie miał forsy na płótno ani na farby i w dodatku
musiał używać drabiny bo miał metr czterdzieści w kapeluszu, a efekt
fantastyczny.
Znów zwiedzający byli równie ciekawi jak wystawa. Ludzie ze słuchawkami
przy uszach, można je wypożyczyć przy wejściu, na tych słuchawkach
naciskasz numerek i sympatyczny głos objaśnia Ci co widzisz na danym obrazku
i dlaczego przy jakimś malunku trzeba wydąć uduchowione ooooh.:) Mimo, że
rekord na pewno pobiliśmy, siły opuściły nas i musieliśmy zjechać windą dla
niepełnosprawnych. Za późno odkryliśmy możliwość pożyczenia wózka
inwalidzkiego, co przy częstych zmianach mogłoby nam dać dodatkowe fory.
Przelecieliśmy jeszcze ulicę St. Honore, oglądając wystawy wszystkich
najlepszych z Haut Couture i do hotelu.
Szwagier przebrał się za pingwina i z aktówką poleciał na swój kongres.
Korzystając z jego nieobecności zaczęliśmy mało ambitnie używać metra.
Pierwsza wyprawa na Montmartre, żeby sprawdzić knajpkę, znów z tego
przewodnika dwóch Ludwików. Na stacji Abbesses, jak głupi nie poczekaliśmy
na windę i za karę zasuwaliśmy pięć pięter po krętych schodach. Potem
cierpliwie poczekaliśmy na kolejkę linową, bo schodów do Bazyliki jeszcze
więcej. Przelecieliśmy plac de Tertre, przypominający rynek warszawski, z
artystami malującymi miejscowe kicze i portrety turystów i kilkaset metrów
w dół do knajpki o nazwie Zakręt. Doskonałe miejsce, stoliki nakryte ceratą
pamiętającą czasy impresjonistów, krzesełka wyplatane plastikiem i
kapitalny nastrój. Lepiej by było wieczorem pewnie fajna miejscowa fauna.
Mieliśmy przedsmak, co tu się może dziać, kiedy zobaczyliśmy człowieka o
wyglądzie artysty zjeżdżającego z góry na rozwalającym się rowerze bez
hamulców, dla utrudnienia ulica była jednokierunkowa i to w złym kierunku,
bardzo wąska i mocno uczęszczana. Kiedy zniknął, z za zakrętu wyjechał
autobus, zajmujący dokładnie całą szerokość uliczki, ale jakby się nie
wyminęli to by było widać, bo autobus był biały.
Stamtąd na Pola Elizejskie, pierwszy punkt kontaktowy, szwagier nie
wiedział o której skończy.
Czekaliśmy piętnaście minut, nikt się nie pojawił. Drugi punkt kontaktowy
był w hotelu Georges V. Skromny hotelik, gdzie jedynka kosztuje od 1500 fr
a suita 15000 fr za noc. Usiedliśmy w holu, szwagier miał zadzwonić i kazać
wywołać pana Szczepana Brzęczyszkiewicza. Siedzieliśmy i było coraz
bardziej głupio, odbywał się jakiś koktajl i kręcące się drzwi wrzucały do
środka dziwnie poprzebierane baby, pingwiny w smokingach i nawet małe
dzieci przebrane za dorosłych. Nie było żadnych telefonów do nas, a nasze
rozchodzone buty i wytarte dżinsy dziwnie nie pasowały do otoczenia.
Poszliśmy do najbliższego metra i dalej do hotelu z licznymi przesiadkami.
Okazało się później, że szwagier nie dzwonił, bo wzięliśmy numer telefonu z
polskiego przewodnika, nieważny od kilku lat. W Paryżu strasznie trudno o
książkę telefoniczną odkąd wynaleźli Minitel. Wpadli do hotelu z kolegą
pieć minut po naszym wyjściu, popędzili nawet do baru w nadziei, że siedzimy
tam i czekamy na wykupienie, ale przecenili naszą wytrzymałość na atmosferę
wielkiego świata. Poodnajdowaliśmy się jakoś i po spożyciu rożnych sałatek
utknęliśmy w hotelu, żeby uczcić zieloną noc.
W poniedziałek szwagier pojechał na kongres. Zabrał nas ze sobą,
poprzedniego dnia odkrył autobus (nr 82) jadący fantastyczną trasą
turystyczną. Od ogrodów Luksemburskich, pod wieżą Eiffla do Łuku
Triumfalnego, wycieczka mało męcząca, przy okazji odkryłem, że plac przed
wieżą Eiffela nazywa się Place de Varsovie. Pojechaliśmy jeszcze do
miejscowych Domów Centrum za Operą, ale oboje mieliśmy już dosyć, ja bo nie
miałem w planie zakupów, a siostra przeżywała jak zwykle potworny
reisefiber, patrzyła bez przerwy na zegarek i nie była w stanie oglądać
czegokolwiek.
Szwagier oczywiście spóźnił się (siostra w tym czasie chodziła już po
ścianach) i na sygnale pojechali taksówką na lotnisko. Ja wyruszyłem na
dworzec, oglądając po drodze stragany bukinistów. Znów szedłem zaułkami
starając się zachować przybliżony azymut. Torba coraz bardziej ciążyła,
postoje były coraz częstsze, w końcu zrezygnowany wsiadłem do metra i
zaszyłem się w knajpie dworcowej o nazwie Niebieski Pociąg. Knajpa jest
secesyjna, z wielkimi skórzanymi fotelami, na które można paść i marzyć o
własnym ciepłym łóżeczku.
I to by było tyle, wycieczka jak wycieczka, tyle, że cholernie
wyczerpująca. Okazało się, że rodzina zdążyła na samolot i nawet nie ukradli
im samochodu spod lotniska.
Reportaże: Recenzja sztuki
Autor: AnushiA
[re8] Recenzja sztuki pt. "Swój człowiek".
[ Anna Gidyńska - AnushiA - █████████████████████ ]
Sztuka Aleksandra Ostrowskiego pod tytułem "Swój człowiek", w tłumaczeniu
Tadeusza Nyczka i reżyserowana przez Kazimierza Kutza, została wyemitowana
przez TVP w Teatrze Telewizji. Chociaż została napisana w XIX wieku, to
jednak nie straciła ona wcale na aktualności. Prawdopodobnie to dlatego
tłumacz jako tytułu użył całkiem współczesnego określenia - określenia
człowieka postrzeganego tak, jak postrzegany jest Głumow - główny bohater
sztuki.
Głumow - pozornie człowiek zupełnie przeciętny i nie marzący o niczym
szczególnym - obmyśla bowiem plan, którego wykonanie ma otworzyć mu drzwi do
kariery w świecie moskiewskiej socjety. Postanawia dzięki pochlebstwom,
kłamstwom i intrygom zdobyć protektora, a później bogato się ożenić. Jako,
że jest "mądry, zły i zawistny", jak sam o sobie mówi, to ma duże szanse
doprowadzić swój plan do końca. Żeby jednak odreagować jakoś te ciągłe
kłamstwa, postanawia prowadzić dziennik, w którym będzie zapisywał swoje
prawdziwe myśli i spostrzeżenia dotyczące nowych znajomych. Niestety,
wpadnie on w ręce jego kochanki, Kleopatry Mamajewej, która po przeczytaniu
niepochlebnych dla niej i jej znajomych zapisków postanowi je dyskretnie
podsunąć całemu towarzystwu naraz. Szybko nadarza się okazja - dzień
oficjalnych zaręczyn Głumowa z piękną Maszeńką...
Nie, cud się nie zdarza. Zapiski zostają odczytane i ogół towarzystwa
czuje się głęboko urażony, oszukany. Padają pytania "jak on mógł tak
udawać?", ten i ów przyznaje, że "on miał coś takiego w oczach...". Jedna
tylko osoba, moskiewski dandys, o którym Głumow napisał, że "gdy ktoś na
wyścigach nazwał go libertynem, ten przez trzy dni chodził dumny jak paw i
przechwalał się, jaki to zeń libertyn", zgadza się z wystawioną sobie
opinią. Głumow jednak ani myśli przepraszać czy usprawiedliwiać się.
Powtarza publicznie swoje sądy i wychodzi, zapowiadając, że rychło będzie o
nim głośno. Towarzystwo przy stoliku zaś wspomina swoje z Głumowem rozmowy i
konstatuje, że tymczasem jest on wykluczony z "towarzystwa", ale za jakiś
czas pomyśli się o "ułaskawieniu" owego zdrajcy.
Oglądając sztukę nie szokujemy się jednak bezeceństwami Głumowa.
Przeciwnie, dzielnie mu sekundujemy w urabianiu na swą modłę po kolei
każdego z nowo poznanych "dobrodziejów". I chociaż mogłoby się zdawać, że
Głumow stracił wszystko, to jednak jesteśmy przekonani, że będzie mu się
szczęściło w życiu. Z bardzo prostego powodu - chociaż z pewnością spotka
wielu ludzi złych i zawistnych, to jednak żaden z nich nie dorówna mu
inteligencją...
Kazimierz Kutz zaangażował do swej sztuki najlepszych polskich aktorów.
Główna postać odtwarzana jest z prawdziwą wirtuozerią przez Zbigniewa
Zamachowskiego, jednego z bardziej utalentowanych polskich aktorów. Grywał
on już różne role, ale chyba nigdy dotąd nie zdarzyło mu się grać szubrawca.
Jednak grana przezeń postać jest przedstawiona niezwykle sugestywnie,
podobnie jak kuriozalne małżeństwo Mamajewów, grane przez Annę Dymnę i Jana
Peszka. Innym postaciom także nie można nic zarzucić. Jedynym mankamentem
jest muzyka, skomponowana przez Jana Kantego Pawluśkiewicza - a właściwie
jeden motyw muzyczny, przewijający się przez całą sztukę. Nie pasuje on
zupełnie ani do treści sztuki, ani do tego, co dzieje się w danej chwili. W
dodatku dźwięk dzwoneczka wykorzystany w owym motywie wprowadza zamęt,
bowiem zbytnio kojarzy się ze zwykłym dzwonkiem do drzwi. Czasami muzyka
prawie zagłusza to, co mówią aktorzy - dotyczy to zwłaszcza rozmów Kleopatry
Mamajewej i Głumowa, w dużej części prowadzonych namiętnym szeptem.
Sztuka ta uważana jest za jedną z najlepszych sztuk Ostrowskiego, i nie
bez racji. Jest ona jednak czymś więcej niż tylko komedią - jest to
drapieżna satyra. Od pierwszej sceny widzimy cały mechanizm funkcjonowania
tego świata, jego głupotę i hipokryzję. Właśnie ta bezkompromisowość czyni
tę sztukę tak frapującą i aktualną.
Felietony: Pasożytnictwo - jest czy nie ma?
Autor: Denebola
[fe1] Pasożytnictwo - jest czy go nie ma?
[ Radosław Ścibior - Denebola - █████████████████████████ ]
Pasożyt, to ogólnie mówiąc organizm, który lubuje się żyć kosztem innego
organizmu. Słowo to, chociaż w początkowym zamyśle związane z niższymi
organizmami roślinnymi i zwierzęcymi z czasem także wyewoluowało. Tym samym
na dzień dzisiejszy znacznie odbiegło od definicji pozostawionej nam w XIX
w. przez twórców tego pojęcia: Leucharta, Kuchenmeistera i Van Benedena. Z
wolna też wkrada się nam w inne dziedziny życia. Mniemam, że jest też znane
mistrzom obróbki skrawaniem w lubelskim Daewoo, mimo że nigdy nie
uczestniczyli oni w lekcjach biologii. Pojęcie to często było używane także
w stosunku do ludzi i to nie tak dawno... bo w czasach ostatniego systemu
politycznego. Ubolewam, że w czasach dzisiejszych staje się znów coraz
bardziej zapomniane!
Pasożyt musi żyć kosztem innego organizmu, a w czasach wszechogarniającej
nas demokracji każdy człowiek dla drugiego nie jest już wilkiem, a chciałby
być co najmniej komensalem. To ostatnie słowo, żywcem wzięte z żargonu
biologicznego oznacza kooperacje lub w mocnym uproszczeniu układ bazujący na
pewnych ustępstwach nie przynoszący szkody obojgu partnerom. Hmmm?... Jakby
wyżej napisane słowa cos mi przypominały. Ha! Mam! Hihihihi... Lepsze i
gorsze związki partnerskie miedzy ludźmi a może nawet małżeństwa?
Jak to więc jest z tymi pasożytami? Jak sami wiemy z autopsji pasożyt
pasożytowi nierówny! Co innego przecież, gdy Józek z Vb ukradnie Heli z tej
samej klasy kanapkę, a co innego jak współpracownik firmy przez cały czas
działa na jej szkodę. Twórcy pojęć biologicznych już dawno zwrócili uwagę na
to co napisałem wyżej, definiując pierwszy przypadek jako pasożytnictwo
fakultatywne --> taki pasożyt, ogólnie mówiąc korzysta z okazji by stać się
nim na krótko, chociaż z głodu nie umiera. Oraz drugi przypadek,
pasożytnictwo obligatoryjne ---> pasożyt musi pasożytować, bo tak mu
wygodnie lub po prostu inaczej nie umie. A jak przedstawia się sprawa w
związkach międzyludzkich?
Otóż moim zdaniem, w stosunku do pobratymców żyjemy w zażyłych lub całkiem
luźnych związkach pasożytniczych. Czyli, takie oto sobie pasożyty
fakultatywne lub obligatoryjne. Pasożytnictwo fakultatywne jest częściej
uprawiane, gdyż jest znacznie trudniejsze do wykrycia. Natomiast w
uprawianiu drugiej formy często brylują ludzie o niższym statusie społecznym
oraz nie zawsze potrafiący zabłysnąć intelektem. Tę oto formę interakcji,
nota bene znacznie łatwiejszą do wykrycia oraz bardzo drastycznie
wyglądającą w czasie wpadki, ludzie często nazywają (tu użyje niezbyt
eufemistycznie brzmiącego skrótu skurwysyństwem). Tak, tak... odkryte
pasożytnictwo często zostaje personifikowane z powiązaniami rodzinnymi:-)
Bierze się to zapewne stąd (tu nie chciałbym zabierać chleba etymologom;),
że pewne cechy dziedziczą się. Tu nie odkrywam Ameryki, bo od dawna wiadomo,
że "niedaleko pada jabłko od... skorupki co to za młodu nasiąknie".
Pasożytnictwem brzydzimy się wszyscy, ale nie wszyscy potrafimy je dostrzec,
lub chociaż właściwie zinterpretować. Człowiek, wraz ze swoja wiedzą,
związkami kulturowymi, w których się obraca, normami moralnymi tworzy w
kontaktach interpersonalnych przebogatą gamę związków pasożytopodobnych. Tę
najwyżej stojącą formę pasożytnictwa nazwałbym w stosunku do Homo sapiens -
pasożytnictwem wyrachowanym.
Słyszę jakieś protesty? Jeżeli zatem jesteś bez winy (czytaj --> jeżeli w
życiu chociaż przez sekundę nie stałeś się "pasożytem") weź kamień...
Człowiek stosuje w swoim życiu cały wachlarz adaptacji pasożytniczych: od
pasożytowania na ludziach, instytucjach, aż do pasożytowania na naiwności
innych. Hehe, tu drobna dygresja... Pasożyt w przeciwieństwie do drapieżnika
nie stara się zabić swojej ofiary, bo nie leży to w jego interesie... Wręcz
stara się by ten układ trwał jak najdłużej, bo jest mu w nim dobrze...
Czasami ludzie, którzy odkryją u kogoś objawy pasożytnictwa na sobie -
nazywają go darmozjadem lub w najdelikatniejszej formie przebąkują coś o
"usuwaniu wrzodów". Chociaż w przyrodzie różnica miedzy pasożytem a
drapieżnikiem często jest bardzo płynna, to u ludzi rzadko kiedy można mówić
o drapieżniku i ofierze wyłączając Leona Zawodowca i jemu podobnych:-)
Nie jest to może trafne porównanie, aczkolwiek dość bliskie. Zysk, w
jakiejkolwiek formie ---> czy to energetycznej, czy też finansowej jest
zawsze zyskiem...
Żeby uzmysłowić Wam tą płynną granicę, należy przytoczyć tu pewien
przykład. Gdy napada mnie lub Was komarzyca (panowie komary są nadzwyczaj
grzecznymi nektarożercami) i wyssie trochę krwi - jest quasi pasożytem.
Gdyby natomiast wyssała ze mnie cala krew, co doprowadziłoby do zejścia
śmiertelnego, byłaby bezwzględnym drapieżnikiem. W związkach czysto(!)
międzyludzkich pomijając inne stresogenne sytuacje, intensywność
pasożytowania innych na nas jest wprost proporcjonalna do szybkości
siwienia...;) Spróbujmy zatem przeprowadzić wstępną analizę interakcji
międzyludzkich pachnących pasożytnictwem (czasem bardzo silnie skrywanym pod
płaszczykiem na przykład... hmmm... miłości? W jakich zestawieniach mogą się
one przejawiać:
a) męsko-męskich
b) męsko-damskich
c) damsko-męskich
d) damsko-damskich -> najtrudniejsze do zdiagnozowania, bo to i kobieta
zmienną jest (to co dla nas mężczyzn jest pasożytnictwem, dla kobiet może
być przyjaźnią;)), a i posiada ona bardzo silnie rozwiniętą intuicję. A ja w
Piśmie nie uczony jestem, więc istnienie punktu d mogę jedynie podejrzewać,
co tym samym chciałbym zasygnalizować. Należało by mu jednak poświęcić masę
wnikliwych badań, których na chwilę obecna ja się nie podejmę:(
Jako, że żyjemy w europejskim kręgu kulturowym, najbliższe stają się nam
tym samym dwa przypadki: b i c. Zerwaliśmy bowiem już dawno z patriarchatem
(nie musze już ze współplemieńcami iść na łowy, zostawiając kobietę na
pastwę losu bez słowa protestu). Matriarchat, też raczej schodzi do
podziemia, co najwyżej został zachowany w układach z mężczyznami zw.
pantoflarzami. Pozostają wiec ww. dwa układy. Jak ja je widzę w skrócie?
Posłużę się przykładami z filmów, bo nie sądzę by takie przypadki
pasożytnictwa były spotykane w życiu codziennym;-)
Przykład c jawi mi się następująco: (w sklepie jubilerskim) Ona mówi:
"Kochanie, kup mi tę kolię, będzie mi w niej nad wyraz do twarzy", a
myśli... już ja dobrze wiem... co ona myśli:-) On mówi: "Jakże się cieszę,
że mogłem zrobić ci tak wspaniały prezent". Jak wcześniej wspomniałem
sytuacja ta jest żywcem wyjęta z filmów(hihi) w życiu bynajmniej
niespotykana. Czy dostrzegacie tu pasożytnictwo???
A jeżeli tak to u kogo? Powiem Wam, że dostrzegają je obydwoje partnerzy
lub nie chcą go dostrzec... Może być też taki układ, że ten nagły impuls
pasożytniczy będą starali się ukryć... Ciąg dalszy będzie wyglądał mniej
więcej tak: Ona myśli: "Jeżeli kupi mi tę kolię to odpłacę się tak upojną
nocą, ze długo będzie ją pamiętał" --> tu duży plus dla kobiety, za starania
w kierowaniu myśli w kierunku quasi komensalizmu ;-). On myśli: "Robię to
dla niej z czystej miłości" --> tu sam nie chce do siebie dopuścić myśli o
czystym pasożytnictwie. Tak czy owak przykład pasożyta jest tu dla mnie
nadzwyczaj wyraźny.
Przykład b także łatwo przeanalizować. I tu, z braku nasuwających się
sytuacji z życia posłużę się przykładem zaczerpniętym z mitologii. To, że w
wieku młodzieńczym mniej lub bardziej pasożytujemy na rodzicach już nikogo
nie dziwi, a wręcz jest ogólnie przyjęte i akceptowane (wystarczy sięgnąć do
podręcznika psychologii wieku dziecięcego by przekonać się, że ten układ
potrafiliśmy nawet ująć w mądre, naukowe słowa). Gorzej, gdy pasożytnictwo
pojawia się później, a my próbujemy promować je w dorosłym życiu jako
kompleks Edypa (hihi nie mylić z Portnoya).
Z kompleksem tym umiemy sobie radzić gorzej, gdy przybiera on formę
drastyczna, a tym samym bardzo łatwo do rozszyfrowania. Kobiety godzą się
często z tym przejawem pasożytnictwa nazywając takowych mężczyzn w
zależności od ich urody lub walorów intelektualnych mężczyzną-dzieckiem lub
nawet kociakiem-dzieckiem. A jak powszechnie wiadomo, dzieciom wolno więcej.
Nie zamierzam tu omawiać punktu a, bo jest tak ogólnie znany (i jeżeli nie
przyjmuje zbyt jaskrawych form akceptowany), że szkoda wręcz klawiatury. Tę
formę pasożytnictwa, aczkolwiek tylko fakultatywnego, prawie na codzień
stosuję w moich kontaktach z przyjaciółmi... A, że odpłacają mi się tym
samym, więc żyjemy w idealnej harmonii jakbyśmy byli co najmniej
komensalami.
Jeżeli dalej nie udało mi się przekonać Was, że pasożytnictwo istniało,
istnieje i istnieć będzie, to pozostaje mi tylko pogratulować sobie, ze
urodziłem się mężczyzną. Tym samym ominie mnie przyjemność psucia się zębów,
odwapniania kości, wymiotów, apatii, anemii gdybym dziwnym trafem zaszedł w
ciążę. A przecież, to nic innego jak jaskrawe symptomy objadania organizmu
żywiciela;-) No cóż, głupio się przyznać. Chcąc, nie chcąc byłem pasożytem
od chwili poczęcia, jestem i pewnie będę... Taka to moja hmmm... ludzka
natura:-)
Mam nadzieję, że potraktujecie cały ten tekst podobnie jak ja, pisząc go z
przymrużeniem oka. Jeżeli niechcący ktoś z Was odkrył po jego lekturze
predyspozycje do pasożytnictwa, to jestem pewien, że nadzwyczaj szybko
odrzuci jako niedorzeczny - mój tok myślenia i stanie się z powrotem
pełnoprawnym, godnym, humanitarnym przedstawicielem naszego pokolenia...
Natomiast obrońców życia pasożyt... ops, przepraszam, dziecka poczętego,
proszę tylko o łagodny wymiar kary i ostatnie życzenie... zadowoli mnie
gratyfikacja w postaci elegancko i finezyjnie ułożonego stosu... zanim mnie
spalicie:-)
Jak zwykle czekam na interlokatorów:-)
Felietony: Pierwszy listopada
Autor: Cobretti
[fe2] Pierwszy listopada.
[ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]
Siedzę i myślę. O czym? O ludziach, których w tej chwili nie ma już na tym
świecie, o bliskich, znajomych i nieznajomych. Zastanawiam się czy musieli
odejść na zawsze, czasami bez pożegnania. Stwierdzisz w tym momencie, że oni
żyją. Racja - są wieczni. Ale tylko w naszej pamięci, na zdjęciach, filmach
i opowiadaniach. Nie umarli. Gdyby było inaczej nie warto by było żyć.
Cofam się o 15 lat wstecz. To był pierwszy pogrzeb, w którym
uczestniczyłem, lecz nie pierwsza śmierć z jaką dane mi było się spotkać.
Miał na imię Tomek, chodziliśmy razem do pierwszej klasy w podstawówce w
Przemyślu. Czy musiał zginąć? Oczywiście, że nie! Wszystko przez brawurę i
głupotę. Ale wtedy byliśmy wystarczająco głupi, żeby nie zdawać sobie sprawy
z tego co robiliśmy. Poszedł pochodzić po lodzie na starym wojskowym
bajorze, gdzie trzymane były karpie. Lód nie wytrzymał jego ciężaru. Pomimo
pomocy, nigdy więcej nie dane mi było z nim wyskoczyć na mecz, jaki
rozgrywaliśmy kilka razy w tygodniu.
A takich sytuacji było mnóstwo. Mieszkałem niedaleko Sanu, wystarczająco
zdradliwej rzeki, w której ginęło kilkanaście osób rocznie, czasami nawet
bez śladu. Dlaczego? Przez lekkomyślność, brawurę, niepotrzebne popisywanie
się przed kumplami, skoki na głowę przy 50 centymetrowej warstwie wody lub
też z mostu kolejowego. Nie twierdzę, że sam tego nie robiłem, ale im dłużej
żyję, tym bardziej cenię to sobie i na pewno teraz wiele rzeczy za nim
wykonam staram się przemyśleć. Niepotrzebne ryzyko - niepotrzebna śmierć.
Jaka ironia losu. Teraz na Wszystkich Świętych tysiące ludzi weźmie
samochody, którymi pojadą odwiedzić groby swoich bliskich. Ile ludzi tam nie
dojedzie, ile wypadków zdarzy się po drodze. Znowu bezmyślność da znać o
sobie, na drodze pojawią się niedzielni kierowcy, którzy nie mają praktyki,
szaleńcy wymijający na trzeciego. Okej, chcesz się zabić - nie ma problemu,
zrób to choćby zaraz, ale czemu przez Ciebie mają ginąć inni, niewinni
ludzie?
Groby - często zapuszczone i nie odwiedzane, w ten jeden dzień stają się
prawdziwą oazą kwiatów, barw i płomieni. Nie jest ważne czyj grób stoi obok,
jeżeli jest on zaniedbany i tak ktoś z litości zapali na nim znicz, postawi
jeden kwiatek, zmówi pacierz...
Dzisiaj rano zapukał do moich drzwi jakiś starszy człowiek. Powiedział, że
nie ma co zjeść i chciałby dostać jakieś kanapki. Zaznaczył, że nie chce
pieniędzy, chciałby tylko coś zjeść. Kanapki znalazły się dla niego od razu,
i to bez żadnych ceregieli. Był bardzo wdzięczny. Szkoda, że dopiero u nas,
na piątym piętrze udało mu się coś dostać. To daje do myślenia. A co by
było, gdybyś tak Ty przez jakiś przypadek, stał się żebrakiem? Co byś sobie
pomyślał o innych, którzy mają gdzie mieszkać, mają co jeść i mają Cię za
nic? Fakt, większość żebraków to Rumuni, cyganie i inne dziwne narodowości,
które mają się tak na prawdę lepiej niż to wygląda. I oni dla mnie nic nie
znaczą. Kłamią - a to jest wystarczający powód, żeby ich nie zauważać.
Zapada zmierzch. Feeria barw, jaka wzbija się nad cmentarzem. Sylwetki
skulonych w modlitwie ludzi, zadumanych nad grobami swoich bliskich. Czas
już iść do domu, jest późno. Ostatnie znaki krzyża, jeszcze jedno spojrzenie
na grób. Powoli cmentarz staje się pusty, a nad nim unosi się tylko zapach
kwiatów wymieszany z smolistą sadzą unoszącą się z ciepłym powietrzem znad
zniczy w górę.
Teraz do akcji wkraczają inni ludzie. To szabrownicy - złodzieje. Wiele
zniczy zgasło zanim zdołały się wypalić, chryzantemy wystarczy wziąść i
jutro rano sprzedać przed tym samym cmentarzem, z którego się kradnie. Przy
okazji okradania, niejeden grób jest uszkadzany lub zalewany woskiem. Nie
liczą się inni, ważne jest, żeby oni na tym zarobili. I co z nimi zrobić?
Cmentarz jest wtedy pusty, nie ma możliwości udowodnienia winy. Chyba, żeby
zacząć działać niezgodnie z prawem... Wtedy nikt więcej nie zabrałby się do
wynoszenia czegokolwiek z cmentarza.
Pierwszy listopada. Dzień taki sam jak wszystkie, a jednak inny. Dlaczego
tylko w tym dniu ludzie idą na grobowce swoich bliskich, pomimo tego, że
mieszkają 300 metrów od nich? Czym jest to uwarunkowane? Jakimś strachem?
Obawą? Specyficzną magią tego dnia? Nie sądzę. Może głupotą? Bardziej
prawdopodobne.
O czym myślą ludzie tego dnia? O swoich bliskich - na pewno. Być może
niejedna osoba zastanawia się czemu musiała stracić męża, żonę, matkę, syna
lub córkę? Czemu akurat ich to musiało spotkać? Dlaczego w ten sposób los
się z nimi obszedł? Co będą robić teraz, gdy ich nie ma? Dlaczego? Przecież
mogli by być w tej chwili razem.
Cóż, bywa i tak. Niektórzy w domach oglądają zdjęcia, przypominając sobie
wspólnie spędzone chwile. Wracają do wspomnień, które wyciskają łzy z ich
oczu. Czasami chcieliby zapomnieć o przeszłości. Lecz od niej nie można
uciec. Być może sam zastanawiasz się, kiedy przyjdzie kolej na Ciebie. Kto
Tobie zapali lampkę, gdy Cię już nie będzie, czy o Tobie też będą pamiętać?
Czy ktoś zapamięta tego żebraka, który w tym dniu prosił o kawałek chleba...
Czas mija, nie zmarnuj tego czasu...
Opowiadania: "tu i teraz"
Autor: Jojo
[op1] "tu-i-teraz"
[ Jacek Heine - Jojo - ██████████████████████ ]
...siedzę nad jeszcze miękką glinianą tabliczką. Bambusowy rylec jest już
gotowy do odciskania klinowych znaków, ale nie wiem jak zacząć...
...siedzę nad białą kartką papieru. Przypatruję się miniaturowym naciekom
atramentu na końcówce zaostrzonego pióra i w ich konfiguracji szukam
natchnienia. Znów staram się TO opisać, lecz nie wiem jak zacząć...
...siedzę przed monitorem. Dłonie zawieszone nad klawiaturą. Kursor
wskazuje miejsce, w którym powinny zaraz pokazać się pierwsze słowa, ale nie
mogę w myśli znaleźć odpowiednich na tyle, by zacząć...
...półleżę w fotelu i obserwuję pole odczytu próbując wychwycić w mojej
głowie słowa na tyle wyraźne, by móc je przekazać do pamięci. TE słowa (skąd
wiem, że to właśnie TE?), a raczej stenograficzne klucze, które mają je
wyobrażać będą potem przekształcone przez komputer w przekaz nadawany na
częstotliwości. Wystarczy tylko chcieć się zestroić (choć nie wiem któż
miałby to robić i po co?), by go odebrać. Ale pole odczytu jest puste -
żadne ze skojarzeń, odczuć czy wrażeń nie okazało się na tyle konkretne, by
pojawił się odpowiadający mu klucz...
...
...jak zacząć...
...pierwotne wrażenia giną w mroku niepamięci i niemożności nazywania
nie-rzeczy. Miriady eonów czasu bez czasu, nicości bez nazwy i pustki bez
wymiarów. Nie, nie chaosu - raczej pra- (do plus i minus nieskończoności)
-świadomości, efemerycznej transcendencji, nie- (ale jednak) -bytu. Nie wiem
(i chyba nikt tego nie wie) dlaczego pojawiło się pragnienie, by nadać temu
KIERUNEK; stał się więc czas i (dodatkowo, choć nie były niezbędne a tak
dziś przeszkadzają) kilka wymiarów, by móc uporządkować nie-byt i o pisać go
w BYT. Dalej TO potoczyło się już samo (tak sądzę): przeróżne formy
przekształcających się energii (choć głównie ciepła), walka konsolidacji z
entropią, okres ustanawiania i ustalania się praw fizyki, pierwiastków
chemicznych i pierwiastków życia - tych wszystkich "rzeczy" i pojęć, które
można z takim zapałem tworzyć, odkrywać lub niszczyć - zależnie od woli... i
uprawnień.
...kim jestem...
... nie mam niczego, co przypominałoby jakeś imię. Przykuty do tego
tu-i-teraz (tj. tego czasu i kilku wymiarów) obieram właściwie między tymi
trzema: Odkrywca, Obserwator i Twórca... i jestem tymi trzema pospołu:
odkrywam nowe wymiary, czas i rzeczywistość a potem obserwuję mogące
narodzić się w nich światy biorąc udział w tworzeniu (i niszczeniu - to
żadna różnica) cywilizacji, religii i filozofii... Ot - taki w miarę
niejałowy sposób spędzania (sic!) czasu dla istoty (ISTOTY !) mego rodzaju.
Mówiąc najbardziej obrazowo (na tyle, na ile pozwala na to język obecnego
tu-i-teraz), jestem TU skazany (za jakie grzechy?!) na dożywocie wieczne i
staram się odbyć ten wyrok na tyle godnie, na ile mnie jeszcze stać. Moje
życie wygnańca w tu-i-teraz nie jest zwykle zbytnio spektakularne, choć
oczywiście starając uwolnić się od nudy dokonuję pewnych, powiedzmy,
manipulacji. Spekulacja prawdopodobieństwem w łańcuchu przyczyna-skutek jest
jednym z moich ulubionych zajęć, czasem jednak ciekawy jestem jaki w
praktyce wynik w losach tego czy innego świata przyniesie to czy owo
wywołane przeze mnie zdarzenie.
Niektóre z tych eksperymentów wspominam zadziwiająco chętnie, smakując
radość z odczuwania odczuć: życzliwości, przyjemności, samouwielbienia
(szczególnie, gdy ich wyniki pokrywają się z tezami spekulacji) czy
zaciekawienia (gdy jest odwrotnie). Pamiętam więc uwielbienie Nakanaty -
królowej państwa Ar, gdy wśród chwały dworu dołączała mnie do panteonu swych
bogów i jej przerażenie, gdy pozrzucałem posążki innych. Do dziś ["dziś" to
takie bardzo "ludzkie" określenie tu-i-teraz] wysoko cenię zainteresowanie
Leonarda, którego kilkakrotnie w różnych światach wtajemniczałem w arkana
mechaniki (za każdym razem innej). To ja byłem pierwszym nauczycielem
młodego Vivaldiego w Wenecji (nauczyłem go nut) a Kolumbowi pokazałem raz
hologram Ziemi widzianej z satelity (myślał że śni, ale popłynął!). To ja
wymyśliłem słoneczny zegar (ta moja obsesja czasu), nauczyłem kalendarza
Inków i Celtów a Kamę i Sutrę seksu.
Miałem też kilkoro dzieci (rodzonych z kobiet lub przeze mnie), ale
wszystkie bez wyjątku zarażone wirusem autyzmu żyły krótko, zamknięte we
własnych wizjach inspirowanych informacją przekazaną w genach. Kocham je
wszystkie ! Zawsze starałem się być przy nich do końca i próbowałem ukoić
ich wewnętrzny lęk i ból. Ta miłość jest jedyną wartością przerastającą moje
"ja" poza każde "tu-i-teraz"...
...i moją największą karą.
Konkurs Reportera
Autor: Sokołek
[kon] Konkurs Reportera Na Najlepszą Stronę WWW.
[ Marcin Sokołowski - Sokołek - █████████████████████████████ ]
[ & Cobretti ]
Od tego numeru startuje Konkurs Reportera Na Najlepszą Stronę (KRNNS) WWW
jaka została zgłoszona do Reportera. Całością zajmować się będzie Sokołek i
wszystko co jest związane z KRNNS należy wysyłać do niego. On jest też
szefem KRNNS, a jego namiary na sieci:
Marcin Sokolowski - Sokołek - █████████████████████████████
Do konkursu należy zgłaszać swoje strony WWW, które następnie są oceniane
przez wszystkich zainteresowanych konkursem. W jaki sposób?
Należy oglądnąć wszystkie 10 stron i dowolnym stronom przyporządkować
pewną ilość punktów. Jest 10 punktów do podziału więc możesz przydzielić np.
wszystkie 10 punktów jednej stronie, albo 10 stronom po 1 punkcie, bądź też
kilka punktów kilku stronom. Wszystko zależy od tego, jak bardzo podoba Ci
się czyjaś strona WWW.
Następnie musisz wysłać informacje o wybranych stronach i przydziale
punktów Sokołkowi. To wszystko. Czas oddawania głosów: do dwóch tygodni od
wydania Reportera.
Następnie 5 stron, na które oddano najmniej głosów zostaną zastąpione
przez nowe strony i zabawa zacznie się od nowa w następnym wydaniu
Reportera.
Najlepsza strona Numeru zostanie dodatkowo umieszczona na Domowej Stronie
Reportera. I to jest cała nagroda, prawda że extra?:-)
Jeżeli zainteresowanie konkursem będzie znikome, to zostanie zamknięty:-)
A teraz 10 stron, na które można oddawać głosy. Zresztą są one dostępne ze
strony WWW Reportera.
1. http://akson.sgh.waw.pl/~michal/
2. http://zeus.polsl.gliwice.pl/~lesiu/
3. http://www.waw.pdi.net/~pawelk/
4. http://ibm.uci.agh.edu.pl/~koala/
5. http://chlor.kari.put.poznan.pl/~eloy/
6. http://150.254.3.4/~zuzanka/
7. http://lab.twins.pk.edu.pl/~kamil/
8. http://malenstwo.iinf.polsl.gliwice.pl/~ludmila/
9. http://linux.uci.agh.edu.pl/~jerome/
10. http://ursus.ar.lublin.pl/users/radeks/
Reporter 9/1996
Wstępniak: Sprawy techniczne
Autor: Cobretti
[ws1] Sprawy techniczne.
[ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]
Jestem sławnyyyyyy!!! O szczegółach w następnym numerze, bo ten jest
wypełniony po brzegi materiałem. Heh, jeszcze trochę i dojdę do siebie.
Poczytaj o tym na stronie Reportera albo PAP'u.
A póki co, widzisz, że zmienił się wystrój graficzny magazynu. Wziąłem się
za grafikę sam, bo jakoś nikt się nie kwapił do roboty. Wyszło chyba nieźle.
Nie zapomnij napisać listu do św. Mikołaja! Ciekawe co Ci przyniesie w tym
roku, co nie?
Przypominam o FTP Reportera, konkursie, i zapowiadam już genialny numerek
świąteczny, który ukaże się za jakieś 10 dni. Szybko nie? Będzie to
równocześnie mały jubileusz, 10 numerów w 5 miesięcy!
Pisz i przysyłaj mi teksty - to ważna rzecz. Niech nie muszę Cię o to dwa
razy prosić. Reszta technikaliów za tydzień. Yeah! Jestem sławnyyyyy!!!!
Na szybko: Zatwierdzone przez MEN
Autor: Michał Bartosz
[sz1] Zatwierdzone przez MEN.
[ Michał Bartosz - ████████████████████ ]
Pamiętacie może przyczynę wybuchu wojny trzydziestoletniej?
Jeśli nie, służę pomocą. Szczerze mówiąc ja również szybko bym o niej
zapomniał, gdyby nie pewien szczegół. Otóż termin użyty do nazwania owej
przyczyny jest moim zdaniem tak idiotyczny, że wprost nie sposób go
przeoczyć. Ale po kolei:
Pewnego pięknego, majowego dnia (roku 1618) czescy protestanci spotkali
się na zamku w Hradczanach z namiestnikami niejakiego pana Macieja
Habsburga. Na skutek drobnej różnicy zdań ci pierwsi się zdenerwowali
(każdemu wolno) i wyrzucili dostojnych oponentów przez okno (niestety ta,
jakże słowiańska forma polemiki nie przyjęła się). Niby wszystko jasne,
sprawa załatwiona. Jest jednak pewien szkopuł - jak się okazuje stwierdzenie
"wyrzucić kogoś przez okno" brzmi banalnie i cokolwiek niepoważnie na
kartach szanujących się dzieł o tematyce historycznej, czy w podręcznikach.
Dlatego też akt wywalenia cesarskich podwładnych przez okno znamy dziś jako
"defenestracje praska". Aby rozwiać wszelkie wątpliwości co do słuszności
tego terminu podam jego rodowód. Jest on cudownie prosty: przedrostek "de-"
plus "fenestra" (łać.=okno).
Oto bezbłędna recepta na nadanie jakże prostej i spontanicznej czynności,
wybitnie naukowego wymiaru. Cóż, czasem aż się prosi, aby dokonać
defenestracji podręcznika szkolnego.
Warsztat: Historia muzyki cz.1
Autor: Stanley
[wa1] Historia Muzyki cz.1
[ Tomasz Staś - ██████████████ ]
1. STAROŻYTNOŚĆ
Muzyka - sztuka niematerialna i przemijająca, była w starożytności bardzo
rzadko notowana, a zachowane nieliczne zapisy nie dają wyobrażenia o jej
rzeczywistym brzmieniu. Muzyka świata starożytnego bezpowrotnie
przebrzmiała. Fakt niedostatku materiałów dotyczących najdawniejszej
działalności muzycznej człowieka utrudnia badaczom wniknięcie w jej istotę.
Źródła poznania są prawie wyłącznie pośrednie. Są to zabytki pisemne,
ikonograficzne, instrumentarium muzyczne, architektura i inne. Badacze
próbują opisać muzykę dawną opierając się o obserwację twórczości ludów
pierwotnych. Takie działania pozwalają jedynie na wysnucie hipotez
uniemożliwiając w większości przypadków podanie informacji ostatecznych i
pewnych. Istnieją różne teorie dat powstania muzyki:
1. Muzyka powstała z naśladowania głosów zwierząt (teoria Ryszarda
Wallaschek - "Początki muzyki")
2. Karol Darwin w pracy o pochodzeniu gatunków próbował szukać źródeł
muzyki w zalotach i poszukiwaniu partnera
3. Karol Bücher - "Praca i rytm". W dziele tym dowodzi, iż muzyka powstała
jako środek ułatwiający pracę zespołową
4. Teoria reprezentowana przez J. Rosseau i Herberta Spencera, wywodząca
muzykę z języka mówionego (ekspresyjna mowa)
Najstarszym przejawem muzyki jest śpiew. Nie mógł on istnieć bez słów.
Śpiewacy tworzyli melodię do prostych tekstów dotyczących pracy i życia
codziennego plemienia. Muzyce towarzyszył zawsze gest i taniec. Związek
śpiewu, słów i gestu sprawia, że mówimy o synkretycznym (łączonym)
charakterze muzyki w jej początkowym okresie.
Najstarsze melodie, których istnienie jest pewne, składają się z dwóch
dźwięków. W starożytnej rejestracji rozpiętość melodii jest mała, motywy
bardzo krótkie, nie zawsze występuje punkt centralny.
Wyróżniamy trzy rodzaje muzyki ludów pierwotnych :
1. Logogeniczna - czynnikiem tworzącym jest słowo, a melodia jedynie jego
nośnikiem. Oparta na dwóch dźwiękach (z czasem rozszerzona) na ciągłym
powtarzaniu motywu, utrzymywana na średniej wysokości i wykonywana z
umiarkowaną siłą głosu.
2. Patogeniczna - wywoływana przez gwałtowny bodziec (wybuch emocji)
melodie o charakterze opadającym, cichnącym, występują interwały 4,5,8.
Przypomina okrzyki radości i wściekłości.
3. Melogeniczna - powstała przez połączenie i wymieszanie gatunków 1 i 2.
Następuje tutaj rozszerzenie skali, krystalizowane są interwały 4,5,8.
Tworzą się układy tetrachordalne i pentachordalne, wyróżniają się dźwięki
główne i poboczne, melodie mają przebieg opadający.
Ludy pierwotne mają bardzo silne poczucie rytmu, w ich muzyce istnieją
elementy wielogłosowości, głównie w równoległych 4,5,8 i elementy śpiewu
antyfonalnego (rozpoczyna jedna osoba, a później dołącza się grupa).
Egipt
Dzieje starożytnego Egiptu to okres od czwartego tysiąclecia do siódmego
wieku p.n.e. U starożytnych Egipcjan wszelka działalność, także twórczość
muzyczna, wynikała z religii. Muzyka była rodzajem obcowania z bóstwem
przemawiającym poprzez dźwięki muzyczne. Dzięki wykopaliskom sięgamy aż do
okresu przedhistorycznego, z którego pochodzą wszelkiego rodzaju prymitywne
instrumenty perkusyjne i trąby. Instrumenty które towarzyszyły wyprawą
wojennym, tańcom i uroczystością płodności.
W historii starożytnego Egiptu wyróżnia się trzy okresy:
1. Okres Starożytnego Państwa (ok. 3200 - 2000 p.n.e.) Źródłem jego
poznania są napisy na piramidach i sarkofagach, ilustracje przedstawiające
śpiewaków, instrumentalistów i tancerzy. Na podstawie tego materiału można
wnosić, że ważnym środkiem wyrazu był rytm przejawiający się w znacznym
udziale instrumentów perkusyjnych regulujących ewolucje taneczne.
2. Okres Średniego Państwa (ok. 2000 - 1500 p.n.e.) W tym czasie
przedostały się do Egiptu wpływy wschodnie. Tańce stały się szybsze,
orgiastyczne. Poszerzone zostało instrumentarium.
3. Okres Nowego Państwa (ok. 1580 - 1090 p.n.e.) Z tego okresu pochodzi
najwięcej zabytków. Pozwalają one zrozumieć, że muzyka służyła głównie do
udziału w obrzędach religijnych (m.in. kult zmarłych, uroczystości ku czci
boga Amona i in.) W tym czasie zaczynają w świątyniach muzykować także
kobiety. Popularna staje się gra na trąbach.
Niezależnie od obrzędów religijnych istniała muzyka świecka, która poza
funkcjami kulturowymi miała za zadanie cieszyć i bawić. Najważniejszym
elementem kultury Egiptu był śpiew. Towarzyszył obrzędom religijnym,
wykorzystywano go też przy pracy. Śpiewały naprzemian chór, soliści lub chór
i soliści. Śpiewakom często towarzyszyły harfy. Wielkie zespoły wokalno -
instrumentalne były zjawiskiem rzadkim. Częściej korzystano z zespołów
małych. Egipcjanie stworzyli system znaków cheironomicznych polegający na
odpowiednim układzie rąk i palców za pomocą którego oznaczali interwały.
Powstała w ten sposób seria dźwięków odpowiadających późniejszemu greckiemu
systemowi encharmonicznemu. W starożytnym Egipcie rozwija się szkolnictwo
muzyczne. Znana była prymitywna wielogłosowość (burdony). Co do teorii
muzyki nie zachowały się traktaty teoretyczne ani krótkie opisy poświęcone
tym problemom. Można przypuszczać, że znane były pewne normy według których
komponowano a także, że istniały uwarunkowania kosmologiczne muzyki. W
późniejszym czasie w kulturze egipskiej zaznaczyły się wpływy greckie.
Instrumentarium:
klaskanki, sistrum, kastaniety, talerze, dzwonki, bębny, flety pionowe,
piszczałki pojedyncze i podwójnostroikowe, trąbki, harfy, liry i lutnie.
Palestyna
Mówiąc o historii starożytnej Palestyny rozpatrujemy pierwsze tysiąc-
lecie przed naszą erą. O najwcześniejszej muzyce żydowskiej wiemy niewiele.
Religia zabraniała obrazowego przedstawiania ludzi. Nie wiemy jak wyglądały
instrumenty i praktyka muzyczna. Wiadomości czerpiemy przede wszystkim z
Biblii, oraz do dziś zachowanych w praktyce starych śpiewów synagogalnych.
Muzyka starożytnych Hebrajczyków była jednogłosowa, ametryczna, przeważnie
wokalna o charakterze recytacyjnym, opierała się na stałych modelach
melodycznych. Centralną rolę odgrywała muzyka związana z kultem religijnym.
Z czasem wykształcił się śpiew responsorialny.
1. Dialog solisty i chóru wykonującego stały refren
2. Dialog solisty i chóru powtarzającego całą zwrotkę
3. Wykonywanie śpiewu przez solistę a tylko zakończenia przez chór.
Śpiew responsorialny wyparł muzykę instrumentalną. Powstały nowe formy np.
śpiewy synagogalne tj. proste pieśni religijne śpiewane zbiorowo. Muzyka
śpiewów synygogalnych oparta była o skale diatoniczne, podobne do skal
greckich (np. pieśni żałobne opierały się o skalę frygijską, a taneczne o
skalę lidyjską). Posługiwano się też pentatoniką. Nie ma danych na temat
teorii muzyki w starożytnym Izraelu. Prawdopodobnie znana była teoria etosu,
a system dźwiękowy zbliżony był do greckiego. Wielkie zasługi w rozwoju
muzyki w Palestynie mieli królowie Dawid i Salomon. Za ich przyczyną
powstały pierwsze szkoły muzyczne, a zawód muzyka cieszył się ogromnym
uznaniem (za bogami i królami).
Instrumentarium:
rodzaj liry zwany kinnor, rodzaj cytry zwany asor, bębenki obręczowe, róg
kozi lub barani bez ustnika zwany szofar, dzwoneczki, grzechotki,
piszczałki, trąby, harfy i prawdopodobnie organy hydrauliczne.
Mezopotamia
O muzyce Mezopotamii także czerpiemy wiadomości na podstawie źródeł
pośrednich. Wiemy, że istniał podział na muzykę religijną i świecką.
Muzyka religijna:
Świątynie były centrum życia kulturalnego i naukowego. Przy świątyniach
istniały szkoły przygotowujące muzyków do udziału w obrzędach religijnych.
We wczesnym okresie typową formą muzyczną był psalm lub hymn. Z czasem
obrządek rozbudowano, był on połączeniem kilku psalmów lub hymnów (5 - 27).
Wykonawstwo opierało się na śpiewie solowym i chóralnym (z wykorzystaniem
praktyki responsorialnej - dialog solisty i chóru, oraz antyfonalnej -
dialog dwóch chórów) z towarzyszeniem instrumentów. Stosowano też
samodzielne wstawki instrumentalne w postaci preludiów, interludiów i
postludiów.
Muzyka świecka:
Ten rodzaj muzyki reprezentuje głównie muzyka dworska. Odznaczała się ona
ogromnym przepychem. Na dworach istniały wielkie zespoły instrumentalno -
wokalne (do 150 osób). Muzykę łączono z nauką o planetach i gwiazdach,
przypisywano jej także możliwości wpływu na zmianę stanów psychicznych
człowieka.
Instrumentarium:
Z Mezopotamii pochodzi wynalazek progów na gryfach instrumentów
strunowych.
Chiny
Znaczenie muzyki w Chinach było bardzo duże. Muzykę chińską można
podzielić na dworską, kultową i ludową. Źródłem poznania są liczne traktaty
o muzyce. Prężnie rozwija się teoria muzyki. Muzyka Chin, jej teoretyczne
założenia są ściśle związane z estetyką, etyką, filozofią i kosmologią.
Motywy melodyczne i rytmiczne, skale, wysokości dźwięków, instrumenty i
ich dobór łączą się z określonym znaczeniem emocjonalnym. Tworzą symbole o
wyraźnie sprecyzowanej treści. Są ściśle związane z ruchem, gestem, tańcem.
W starożytnych Chinach szczególne znaczenie miała muzyka instrumentalna.
Pierwszoplanową funkcję pełniła barwa dźwięku. Czynniki melodyczny i
rytmiczny odgrywały mniejszą rolę. Muzyka chińska dysponowała bardzo
bogatym i zróżnicowanym instrumentarium : gongi, litofon (kamienne płyty o
dźwiękach różnej wysokości), bębny, dzwony, tygrys, drewniana ryba, kołatka
korytkowa, cytra, lutnia, szeng, fletnia pana.
Indie
Charakterystyczną cechą muzyki hinduskiej jest jej kastowość (związana z
klasami społecznymi) oraz synkretyczność (związek między melodią i tekstem).
Taniec był zespołem gestów i symboli.
Utwory muzyczne tworzone były w oparciu o modele melodyczne zwane raga
(modele te o zróżnicowanym charakterze wyrazowym miały oznaczać dźwięk
centralny, początkowy i finalny) i rytmiczne - tala (35 różnych modeli
rytmicznych). Podstawę tonalną stanowią skale hepta - (7), heksa - (6) i
pentatoniczne.
Bardzo szeroko rozwinięty był system teoretyczny muzyki hinduskiej. Według
niego oktawa dzieli się na 22 cząstki zwane śruti. Znane było także pismo
nutowe. Muzyka Indii była jednogłosowa, bardzo zróżnicowana pod względem
melodii i rytmu. Posiadała wyrobione poczucie tonalne. Eksponowana była
linia melodyczna. Podstawowymi formami były sylabiczne recytacje świętych
ksiąg rig - wedy (wiedza hymnów) i ozdobne sama - wedy (wiedza śpiewów).
Poza tym wykonywano pochwalne hymny i uroczyste marsze.
W Indiach najważniejszą była muzyka wokalna. Na temat muzyki
instrumentalnej mamy mniej danych. Bardzo popularne były instrumenty
strunowe, zarówno szarpane (np. vina - rodzaj lutni z okrągłym pudłem
rezonansowym i długą szyjką z progami) i instrumenty szarpane zwane
sarinda. Poza tym grzechotki, bębny, tabla (bębny łączone w pary), dzwonki,
piszczałki pionowe i poprzeczne oraz trąbki.
Ciąg dalszy w następnym numerze Reportera...
Reportaże: List z Hameryki
Autor: Justyna Woźniak
[re1] List z Hameryki.
[ Justyna Woźniak - ████████████████████████ ]
Piątek, godz.12.00PM:
Siedzimy z Darią w jej pokoju i czekamy na Williama i Buda, którzy jadą z
nami. Spóźniają się łobuzy niemiłosiernie, William przyjeżdża jakby nigdy
nic o 1-ej i idzie sobie do biblioteki coś tam poszukać. Idę za nim i
wyciągam go prawie za uszy. Wreszcie zajeżdżamy po Buda i wyruszamy w
podróż. Jedziemy 9 godz., w połowie drogi zaczyna strasznie lać, a wiatr
jest prawie jak podczas huraganu. Tu William uprzejmie wyjaśnia, że co roku
w czasie fall break on ma najgorszy tydzień i coś mu się ciągle przydarza.
Patrzymy na niego z niemym wyrzutem. Dojeżdżamy do Pensylwanii i
zatrzymujemy się u przyjaciela Williama, Joe. Najpierw szukamy go przez
godzinę i okazuje się, że głupi Bill miał stary adres i nie raczył sprawdzić
nowego. Dzwonimy do Joe i dostajemy aktualny adres. Drzwi otwiera nam istny
zawodnik sumo w wadze super super super ciężkiej, czyli typical American. My
z Darią jesteśmy bardzo śpiące, ale chłopaki coś się nie kwapią żeby nas
zostawić w spokoju i włączają telewizor. Chrząkamy znacząco, ale to nie
działa więc mówimy wprost, że idziemy spać. To też nie za bardzo działa,
więc mówimy chłopakom, że musimy wcześnie wstać żeby jak najszybciej znaleźć
się w NY. Przez całą noc pada, Bud i William śpią na fotelach i robią sobie
dzień dziecka czyli forget about taking shower. Bluee, budzę się i widzę
naprzeciwko twarz Buda. Bud wygląda jakby matka natura zrobiła jakiś
straszny kawał jego rodzicom: zez rozbieżny, zęby wystają z buźki przez cały
czas, włosy wiecznie posklejane i nierozczesane. Reszta ciała jest równie
odrażająca: grube cielsko, obwisłe ramionka, strasznie krótkie ręce. Przy
pierwszym poznaniu możesz się przerazić (czy to maska na Helloween?), potem
robi Ci się faceta żal i chcesz się z nim zaprzyjaźnić, żeby nie był
samotny. Ale jego wnętrze jest także nieciekawe, Bud myśli poooowoooliiii,
jego zdolności intelektualne ograniczają się do zapamiętywania dialogów z
cartoons. William natomiast ciągle skubie swoją kozią bródkę i nie umie, jak
się w podróży okazało, podejmować najprostszych decyzji, niczego nie jest w
stanie zaplanować, cały czas czeka na innych, w tym przypadku na mnie i na
Darię, które miałyśmy nadzieję, że to oni nam pomogą w organizacji.
Sobota - od rana leje:
Leje tak, że wygląda na to, że pan Bóg się obraził i zamierza nas utopić.
Dojeżdżamy do miasta i w strugach deszczu nie widzimy nawet drapaczy chmur.
Parkujemy samochód po ponad godzinnym poszukiwaniu miejsca na parkingach i
udaje się nam przejść tylko 2 przecznice. Jesteśmy kompletnie mokrzy. Po
napiciu się kawy jedziemy metrem do uptown i rozdzielamy się na popołudnie.
To był mój i Darii pomysł, nie mogłyśmy dłużej znieść ich widoku i
bezmyślności. Idziemy na penn station i przez trzy godziny dzwonimy do
rożnych hosteli. Wszystko zajęte. W końcu w jednym z nich są pojedyncze
pokoje za 45$. Jako wzorowe Polki postanawiamy zrobić szwindelek i wynająć
pokój, a potem przemycić mnie jakoś do niego. To samo proponujemy chłopakom.
Udaje się! Nadal leje więc nie ma mowy o zwiedzaniu. Zostajemy z Darią w
pokoju, a chłopaki idą gdzieś coś zjeść i wracają późno w nocy. Oczywiście
nie zostają wpuszczeni i muszą spać w samochodzie, chociaż wydali pieniądze
na pokój. My za to śpimy z zapalonym światłem, bo jakbyśmy zgasiły to
karaluchy chyba by nas zjadły, w życiu nie widziałam takiej ilości robactwa.
Niedziela - nie pada, wow!
Darię coś tknęło i zadzwoniła do Maćka, kolegi z Wrocławia, który przebywa
od 3 miesięcy w NY z wizytą u brata i pracuje. Dzwoniłyśmy do niego z
Greensboro, ale powiedział, że nie może nam pomóc z przenocowaniem, bo brat
by się chyba nie zgodził. Maćka nie ma, ale jest ów brat, który usłyszawszy
naszą historię mówi: Dziewczyny, no to napierajcie! Chodzi o to, że mamy
przyjechać do niego i tam nocować. Mówimy chłopcom, że nie możemy ich
zabrać, oni zresztą mają nocleg u wujka Billa. No i napieramy. Arek i Maciek
mieszkają na 60th Street, na rogu 2nd Avenue, sam środek Manhattanu, 5 minut
do Central Parku i 5th Avenue, po prostu bomba. Mieszkają w bardzo ładnym
wieżowcu na siedemnastym piętrze z pięknym widokiem na olbrzymie drapacze.
Braciszkowie witają nas bardzo ciepło, pijemy herbatkę i ruszamy na
zwiedzanie. Nawet w niedzielę są korki, wszędzie tłumy, a my uderzamy na
Noho i Soho, chodzimy po przystani, z której widać całą panoramę Manhattanu,
idziemy na most Brookliński, a potem do World Trade Center. Wjeżdżamy za 8$
(!!!) na sam szczyt i dech nam zapiera, tak wysoko i takie widoki. Maciek
przez cały czas opowiada nam o mieście, obyczajach, rożnych wydarzeniach.
Następnie idziemy zobaczyć Trinity Church (w całości sprowadzony z Europy) i
Wall Street, która zupełnie nie zrobiła na mnie wrażenia.
O 4-tej jesteśmy umówieni z Arkiem i jego koleżanką w China Town. Razem
chodzimy po zatłoczonych uliczkach i zjadamy pyszny obiadek w chińskiej
restauracji. Nie bardzo mi tylko wchodziła zupka z kalmarami i krewetkami,
coś mi w niej śmierdziało. Następnie Dorota pokazuje nam wspaniałą
cukiernię i kawiarnię w Little Italy, gdzie funduje nam przepyszne ciasto.
Dorota jest lekarką, dostała wreszcie upragnioną pracę (po 5 latach
spędzonych w NY) i zarabia bardzo dobrze. Arek opiekuje się niepełnosprawnym
bogaczem i robi zdjęcia dziewcząt chcących zrobić karierę modelek, bo brat
tego inwalidy ma agencję. Wieczorem jedziemy na Times Square, boski widok.
Nagle ktoś nas wola, patrzymy a to Szwedzi z naszej grupy internationali, co
za zbieg okoliczności spotkać się w tym wielkim mieście. Idziemy razem do
Greenwich Village na ulicę pełną klubów bluesowych i jazzowych. Wszędzie
odbywają się koncerty, żyć nie umierać. W jednym z klubów gra kapela
staruszków, są naprawdę świetni. Przysłuchuje im się mniej więcej 70-letnia
Murzynka, która zostaje poproszona o przyłączenie się. Kobieta ma tak
wspaniały głos, że ciarki przechodzą, wszyscy wiwatują na jej cześć.
Wracając Polaczki robią mały numer. Arek i Maciek mówią, żebyśmy wszyscy
weszli na jednego tokena (żeton na metro), ale ja się nie załapuję więc
płacę. Wbiegamy do pociągu, a tu nagle wpada policja i krzyczy: wy tam w
szóstkę, natychmiast wysiadać. OOOPS, jesteśmy w kłopotach. Mnie i jednego z
facetów zostawiają w spokoju, reszcie każą się ustawić pod ścianą. Ten
facet, który został że mną to notabene syn Dupceka, pamiętacie go? Premier
Czech, bodajże w latach 60-tych, niezły numer co? Daria, Sasan (również
doktorek), Arek i Maciek mają do wyboru: albo zapłacić mandat albo spędzić
noc w więzieniu. Zaczynają się negocjacje, biedaki mogą podać adresy żeby
zapłacić później. I tu Arek okazuje zimną krew, na pytanie jak się nazywa
mówi: Jan Brzęczyszczykiewicz ze Szczebrzeszyna. Myślałam, że policjantów
krew zaleje jak usłyszeli to nazwisko, ale uwierzyli! Pękamy ze śmiechu,
reszta podaje fałszywe adresy. Teraz Daria ma cenną pamiątkę w postaci
nowojorskiego mandatu, którego oczywiście nigdy nie zapłaci.
Poniedziałek - śliczna pogoda.
Idziemy z Darią na Fifth Avenue i do Central Parku, chodzimy po sklepach
największych projektantów, zwiedzamy Trump Tower (co za kicz), Empire State
Building, wielki sklep z zabawkami, pstrykamy zdjęcia przy pierwszym
wieżowcu jaki tu powstał, nazywanym popularnie żelazkiem ze względu na
śmieszny kształt. Wieczorem dzwonię do Skipa, znajomego mojego znajomego.
Jedziemy do niego yellow cab, bo mamy mało czasu. Facet nigdy nie był w
Polsce, ale kolekcjonuje polską sztukę, zna polską historię i lubi Polaków.
Jest strasznie kochany, ale gaduła z niego niesamowita, przez godzinę
kelnerka nie może odebrać od nas zamówienia w trakcie obiadu, bo Skip nawet
nie zajrzał w kartę, cały czas gada.
Wracamy sobie pieszo, skromne 15 przecznic, ale o dziwo czujemy się
bezpieczne, policjantów jest chyba więcej niż przechodniów.
Wtorek - czas wracać.
Dzwoni William, jak się okazało jego wujek wcale nie przyjechał i oni
musieli wrócić do Joe, a ostatnią noc spali w hotelu, są spłukani i nie
mają nawet 4 dolców, żeby przyjechać po nas (przy wjeździe na Manhattan
płaci się za Turnpike). Musimy pojechać na Hoboken, do New Jersey. Tam już
nasi pechowi towarzysze czekają i wracamy do Greensboro i naszej szkółki.
Zajeżdżamy w rekordowym czasie niecałych 9 godzin, trzeba przyznać, że Bill
jest świetnym kierowcą.
Reportaże: Philipa K. Dicka poszukiwanie Boga
Autor: Alex
[re2] Philipa K. Dick'a poszukiwanie Boga.
[ Aleksander Wasilewski - Alex - ███████████ ]
Jako jeden z autorów strony o P.K.Dick'u, amerykańskim pisarzu, sf o
którym Stanisław Lem miał powiedzieć, że jest jedynym amerykańskim twórcą sf
wartym czytania, chciałbym przedstawić recenzję powieści Valis, zapraszając
jednocześnie wszystkich na stronę o Dick'u:
http://zeus.polsl.gliwice.pl/~alekw/dick.html
To DZIEŁO !!! Tak, to niewątpliwie najważniejsza książka Dicka. Jest ona
niejako kluczem do zrozumienia całej wcześniejszej twórczości Philipa.
Pozwoliła mi zrozumieć Kosmiczne Marionetki, czy Deus Irae.
Ta książka to poszukiwanie Boga (dla Philipa istnienie Boga oznaczało
istnienie realnego świata, a więc tego, czego szukał w całej swej
poprzedniej twórczości), powstała na skutek pewnego przeżycia z marca 1974
roku, nie znajdziemy jednak w tej książce odpowiedzi na to, czy w istocie
było to doświadczenie Boga, czy tylko wytwór chorego umysłu Dicka. Zresztą
sam Dick dystansuje się od tego przeżycia wprowadzając Konioluba Grubasa
(Philip - grec. miłośnik koni, Dick - niem. gruby). Nigdy jednak do końca
nie wiemy, kto jest postacią prawdziwą, Phil czy Koniolub. Wydawać się może,
że jest nią Phil sceptycznie nastawiony do egzegezy Konioluba, jednak to
Koniolub wyjeżdża do Francji (Dick w istocie był w Metz w 1977). Ta książka
to liczne domysły na temat istnienia Boga i jego miejsca we wszechświecie od
agnostycyzmu: "Człowiek i prawdziwy Bóg są tożsami (..), ale ślepy, oszalały
stwórca i jego spieprzony świat oddzielają człowieka od Boga", własnej
kosmogonii (Tractates Cryptica Scriptura), aż do powrotu do chrześcijaństwa:
"jestem Chrześcijaninem, bo Jezus albo Bóg chrześcijański uratował mnie i
oswobodził", o mało nie popadając w sidła sekty Lamptona (?!). Chociaż ten
powrót odbywa się, to bardzo krętymi drogami. W pewnym momencie myślałem, że
agnostycyzm to ostateczna teoria Dick'a tłumacząca niepotrzebną śmierć
Glorii i Sherri, jednak tak nie jest, to byłoby zbyt proste, egzegeza
czerpie ze wszystkich kultur, m.in. wschodu, Dogonów i antyku. Ta książka
zawiera wiele elementów niejasnych i tajemniczych (czy Sophia w istocie była
wybawicielem, jeżeli tak to dlaczego zginęła, kim byli Lamptonowie, czy
tylko szaleńcami, jeżeli tak to kim był wówczas Koniolub, również wierzący w
Valis?), których nigdy do końca nie zrozumiemy, musielibyśmy poznać psychikę
Dick'a a jest to niemożliwe, a poza tym nie jestem teologiem, więc nie wiem
na ile argumenty Grubasa są prawdziwe.
Pomimo tego Valis to niewątpliwie DZIEŁO i warto je przeczytać, chociaż z
sf ma niewiele wspólnego. Nie polecałbym jednak jego lektury czytelnikom
pierwszy raz sięgającym po Dick'a, ponieważ może zniechęcić, bo jest to
książka trudna.
I już na marginesie, mamy w tej książce również próbkę dickowskiego humoru
w scenach z Kevinem wyciągającym na Sądzie Ostatecznym za ogon swojego
sztywnego jak patelnia kota i z Wagnerem u bram raju.
Reportaże: IrcParty
Autor: Karinka
[re3] IrcParty - Szczyrk'96
[ Karina Pałencka - Karinka - █████████████████ ]
Jak co poniektórym wiadomo ja sobie ircuję od lutego tegoż roku.
Czy to krótko czy długo? - sama nie wiem... Do tej pory nie miałam
przyjemności jeszcze gościć na ircparty (w Nowym Sączu nie mogłam być),
jednakże 11.10-13.10 byłam w Szczyrku:)). Nie będę tu oceniała, jakie to
ircparty było w porównaniu z innymi, bo nie uczestniczyłam w żadnym innym,
a opinie innych są różnorakie. Mnie osobiście imprezka w Szczyrku się
podobała. Nie wiem czemu, niektórzy komentowali kiepską (ich zdaniem)
organizację "by pasterz". Kurcze! Sami swych czterech liter i głowy nie
ruszą, aby coś zorganizować i jeszcze wciąż komentują, że oni to by to
zrobili czy tamto! No to czemu nie zrobicie? Może sami coś zorganizujecie i
wtedy zobaczymy...
Osobiście w Szczyrku gościłam dłużej niż trwało ircparty.
W czwartek do Warszawy dotarł jorgi i umówiliśmy się tradycyjnie na Dworcu
Centralnym. W oczekiwaniu na pociąg zaczepił jorgiego "kumpel" - menel jak
siemasz Kościuszko, twierdzący, iż jest po cywilnemu (podkoszulek, brudne
spodnie, dziurawe trampki, popsute zęby) - i agitował kolegę, aby wziął w
Wigilię udział w manifestacji pod Belwederem...
O 17.10 wpakowaliśmy się w pociąg do Bielska-Białej. W przedziale była
m.in. kobieta z torbą podróżniczą i dwoma pudłami, która czytała książkę
pt.: "Jak wyzwolić w sobie energię". Lektura poskutkowała, gdyż owa pani w
Katowicach-Ligota była już gotowa do wysiadki, a wysiadła na stacji
Pszczyna:)). Kolejnym współpasażerem był starszy pan, który do Idzikowic
odmawiał różaniec, a później do Sosnowca zagłębił się w lekturze "Życia
pośmiertnego". Bardzo barwna (i intrygująca mnie i jorgiego) postać to
osobnik siedzący naprzeciw nas. Facet koło pięćdziesiątki, cały czas coś
jadł, a głównie szamał łyżeczką dżemik. Jeśli owa istota w danej chwili nie
konsumowała to np. chusteczką odświeżającą myła sobie... łokcie! Po co owy
gość to robił, to jest zagadką do dzisiaj:)). Owy pan opuścił nasz przedział
w okolicach Katowic - zdążyłam zauważyć, że był właścicielem marynarki
obwieszonej różniastymi orderami, medalami etc. W Czechowicach-Dziedzicach
dosiadł się do naszego przedziału młody osobnik, który był bardzo smutny. Ja
w konwersacji z jorgim zadałam pytanie czy Bielsko-Biała to miasto
wojewódzkie? (coś mi się kojarzyło, województwo bielskie, ale nie wiedziałam
co z tą Białą?? - stąd pytanie). Smutny osobnik rozrechotał się dość
rozkosznie:)).
O 20.48 dotarliśmy do B-B. Przeszliśmy przez schodki zalane do kostek wodą
na dworzec PKS. Najpierw kilka minut szukaliśmy kas, które jak się później
okazało czynne są tylko przez kilka godzin na dobę:)). Autobus mieliśmy za
kilkadziesiąt minut, więc stwierdziłam, iż "dopieszczę" słuchawką własną
rodzicielkę. Jejku! Ludzie, jakie historie owy aparat na tamtejszym dworcu
słyszy to głowa mała. Np. kobitka rozwodziła się na temat zwyrodniałego
charakteru swojego byłego faceta, który właśnie ja rzucił. Następnie owa
istota rozważała możliwości co też ona sobie zrobi itd. Kolejny rozmówca co
chwila powtarzał słówko "nie". Dość śmiesznie to brzmiało dla mnie jako
osoby słuchającej z boku. Jak już dorwałam się osobiście do możliwości
skorzystania z aparatu okazało się, że owe urządzenie nie chce przyjąć mojej
prawie dziewiczej karty telefonicznej - kolega jorgi przekonał go!
Dodzwoniłam się bezproblemowo.
Na dworcu mają także godne zwiedzenia toalety:)))). Tradycyjnie WC jest
podzielone na damskie i męskie:)). Wchodzi się, patrzy w lewo (panie), bądź
prawo (panowie) i już się widzimy:))). Wspólny cieć pobierający 0,50 zł:)).
PKS-y tamtejsze są fajowe, a kierowcy jeżdżą w sposób specyficzny. Owe 17
kilosów dzielących B-B od Szczyrku przejechałam wciąż lecąc na ludków:)).
Dojechaliśmy do Szczyrku Centrum, gdyż nie mieliśmy pojęcia, gdzie jest
Camping Skalite. Po zasięgnięciu języka u rożnych miejscowych ludków,
uzyskaliśmy rozbieżne informacje, że owe miejsce od Centrum oddalone jest od
1,5 km do 2 km idąc w dół. Udaliśmy się tam i nawet nieźle nam poszło, gdyż
od razu trafiliśmy. Brama i drzwi campingu były zamknięte, więc zrobiłam
użytek z dzwonka. Po chwili usłyszeliśmy "bardzo sympatyczne i gościnne" -
CZEGO? Zbaraniałam, jorgi również. Wyłuszczyłam pijanemu cieciowi co bym
chciała. Facet zainkasował na lewo od nas po 10 PLN od osoby (opłacało nam
się, gdyż tamtejszy czasownik wynosi 16 PLN od osoby). Cieć nic nie wiedział
na temat ircparty, które miało się tam odbyć. Pilnujący zaprowadził nas do
pokoju i sobie poszedł.
Pokoje mają fajowe, tylko jak na tę porę roku maję wadę - jest piekielnie
zimno, gdyż nie grzeją, camping jest wyludniony. Co prawda kaloryfery są,
ale nie grzeją (włączyli je jak było ircparty). Ponoć koło 6 rano owy cieć
przytaraskał grzejnik elektryczny, abyśmy nie zamarzli w nocy (he he he) i
jorgi taskał go po terakocie. Wg "zeznań" kolegi wynika, że rumor był
nieziemski, jednakże ja się nie obudziłam. Rano udaliśmy się do sklepu,
później po pocztówki, a następnie poszliśmy zwiedzać Szczyrk. Wycieczka
skończyła się na wjeździe kolejką linową na Skrzyczne (przesiadka Jaworzyna)
1257 m.n.p.m.
Po południu zaczęli zjeżdżać się ircownicy. W kafejce campingowej
wieczorkiem usłyszałam kawał, który stal się hitem owego ircparty. Pozwolę
tutaj sobie owy kawałek przytoczyć: czy wiecie jakie jest marzenie
informatyka??... Mieć dużego twardziela. Wieczorem było ognisko, można było
miło i sympatycznie spędzić czas. W sobotę każdy sam albo w towarzystwie
organizował sobie czas. Ja z jorgim i ole mieliśmy zamiar zaszczytować na
Klimczoku; jednakże oznakowanie szlaków (a tak nawiasem mówiąc Beskid Śląski
jest specyficzny pod tym względem; szlaki np. przechodzą przez ogródek bądź
sad ludzi tam mieszkających). Pomyliliśmy drogę, więc zrezygnowaliśmy ze
zdobycia szczytu i poszliśmy na przystanek PKS. Najbliższy autobus odjeżdżał
do B-B, więc tam się skierowaliśmy, a stamtąd pojechaliśmy do Żywca na
piwo:). Z Żywca wracaliśmy pociągiem, do którego w pewnym momencie dosiedli
się pseudokibice z ochroną. Panowie byli natrąbieni jak meserszmity. Byłam
jedyną istotą płci żeńskiej w przedziale, jednakże dwóch "kibiców inaczej"
zwracało się do nas per "dziewczyny". Dowiedzieliśmy się, iż jeden z owych
ludków gadał z żabojadem, ale żabojada chyba na meczu nie było, bo pijany
spał na torach w Zawierciu etc. Poza tym owym Panom przydarzyło się
nieszczęście, po prostu katastrofa, dramat... denko od flaszki
odleciało...:))
Po powrocie do Skalite zastaliśmy widok (hit imprezy) pasterz dziabiący
drzewo. No, wspomnę tylko, że siekiera nie wydoliła i pękła, ale pasterz
pomysłowy człek, więc robił to przy pomocy... drągów... Zresztą bramkę
później również otwierano za pomocą owych drągów. Wieczorem było coś
podobnego do dyskoteki. Podobnego piszę, gdyż były to bodajże dwie piosenki
z czego jedna nawet /me zatańczyła. Później wszyscy, którzy chcieli się
bawić przenieśli się na ognisko z kiełbaskami (tradycyjnie pasterz nie
dotrzymał słowa, i barana-ów nie było). W zamian za baraninę były kiełbaski
i tanie piwko - 2,3 zł za 0,5 l. Przy ognisku było cool:)). Śpiewy słychać
było do rana (o szczegółach zabawy nie będę pisać, niech żałują Ci co nie
byli:)).
W niedzielę od ranka imprezowicze zaczęli rozjeżdżać się do domków. Ja z
jorgim koło południa (po pożegnaniu organizatora:). Wiwat Pasterz!!!)
ruszyliśmy na podbój Klimczoka. Przy szczytowaniu wyszedł brak kondycji,
praca biurowa, słodycze etc...:)) Jednakże na Klimczoku pierwsze co
zrobiłam, to udałam się do schroniska po napoje;))). Z owej górki poszliśmy
na Szyndzielnię, skąd odlotową, nowiutką kolejką zjechaliśmy do
Bielska-Białej. Wróciliśmy koło wieczorka na camping; okazało się, że na
terenie ośrodka jest jeszcze towarzystwo z Lublina. Niestety towarzycho
wieczorem wracało już do Lublina. Po pożegnaniach na przystanku poszliśmy z
jorgim zwiedzać dalej knajpki szczyrkowskie.
W poniedziałek pojechaliśmy (już tradycyjnie) do Bielska-Białej skąd
mieliśmy zamiar udać się w stronę Wisły. Nic z tego nie wyszło i w
ostateczności wylądowaliśmy w Ustroniu. (Uwaga! Jeśli ktoś mnie będzie
denerwował i drażnił, będę go wysyłała właśnie do Ustronia). Ustroń mi się
nie podobał i już! Miasteczko jak miasteczko, ale szlaki turystyczne mają do
d... Wg mapy usiłowaliśmy dojść na Czantorię, ale... nie udało nam się.
Szybko się zniechęciłam i jedyne co mi się tam podobało i jest moim zdaniem
do polecenia, to pizza w "Oleńce":)))
Wtorek (z powodu wyczerpania się funduszy) spędziliśmy w okolicach
Szczyrku. Najpierw poszliśmy zaszczytować do Kościoła na Górce - nie warto;
tam właśnie zobaczyłam oznakowanie szlaków turystycznych przebiegające przez
podwórka, sady i ogródki tamtejszych górali:))) Czad! Po zjedzeniu naleśnika
(taco) skierowaliśmy się do miejsca oznaczonego na mapie jako Szczyrk wdp.
Nie wiem dlaczego, ale wydawało nam się, że to jest Szczyrk wodopój:)) he,
he, he:)) Okazało się, iż pod "wdp." kryje się nazwa wodospad:)). Dojście od
Skalite (gdzie mieszkaliśmy) do drugiego końca Szczyrku (Biały Krzyż)
zajmuje około 2,5 godziny spacerkiem. Z Polany Salmopolskiej szczytami
chcieliśmy wrócić do Skalite. Tu muszę przyznać, że oznakowania szlaków były
w porządelu:)).
Wracaliśmy, wracaliśmy... Jeśli byłyby jeszcze ze dwie górki z podejściem,
to osobiście bym chyba tam klapnęła i zdecydowała się na nocleg w górach:)).
Zeszliśmy (hi hi kolega zaliczył glebę, ja się ucieszyłam z tego powodu i
sama osobiście w tempie przyspieszenia zrobiłam to samo) z gór koło godziny
19... Nie ma to jak łażenie w październiku po 18 w górach poprzez las...
Ciemno! Jak zeszłam już do Szczyrku byłam super szczęśliwa, dopadłam budki,
napoiłam się i udałam na camping, gdzie był prysznic (moje ówczesne
marzenie!) Z wielkiej radości zużyłam całą ciepłą wodę. Następnie
zszamaliśmy kolacyjkę i poszliśmy spać... o godzinie 20.30 (!). Położenie
się po spacerku (około 20 kilosów) dało efekt rano, gdyż o 8.30 już
wstaliśmy (!).
Po spakowaniu się, zjedzeniu śniadanka, "wykończeniu" filmu foto mieliśmy
zamiar już się pożegnać ze Skalite:). Zdążyliśmy jeszcze odebrać rachunek za
nasz pobyt:)). Tutaj nieźle się rozbawiłam. Owy kwitek został wystawiony na
jorgiego. Po pierwsze zmieniono mu nazwisko. Po drugie jorgi zamieszkuje na
ul. Dragona, Pani zaś wpisała mu ul. Drogową. Po trzecie - to jest najlepsze
- panienka zamiast miasta Gdańsk wpisała Solińsk:)). Ciekawe gdzie takowa
miejscowość się znajduje??? Rany! Skąd ona wzięła te informacje? Miała jak
wół napisane dane przez kierownika - nie wiem, może ma trudności z
czytaniem? No cóż, jorgi dowiedział się kilka nowych rzeczy i faktów o
sobie. Grunt to to, że ośrodek jest fajowy i ja bawiłam się wspaniale,
szkoda tylko, że tak krotko:(
O 12.44 ruszyliśmy z Bielska-Białej i o 16.25 wylądowaliśmy w Warszawie. O
17.02 wpakowałam grzecznie jorgusia do pociągu, który zawiózł go do domciu,
a sama udałam się do swej chaty. Tak w skrócie wyglądała reszta mojego
urlopiku i ircparty w Szczyrku:)). Więcej szczegółów możesz się dowiedzieć
od uczestników:)). Ciekawe kto zrobi kolejną taką imprezkę?
Reportaże: Prawdziwi kibice
Autor: SzYmI
[re4] Prawdziwi kibice...
[ Rafał Szymczak - SzYmI - ██████████████████████████ ]
Gdańsk, wtorek, 15 października 1996
Pod koniec października postanowiłem odwiedzić pewną osobę w Toruniu.
Ustaliliśmy wspólnie termin i godzinę mojego przyjazdu, zupełnie nie
przeczuwając co się może stać tego pięknego dnia, podczas sobotniej ligowej
kolejki w piłce nożnej.
Na dworcu pojawiłem się kilkanaście minut przed odjazdem pociągu, było
nawet jak na tak młodą godzinę sporo osób na peronie, dodatkowo zauważyłem
niewielką grupkę szalikowców. Wjechał pociąg na stację i zająłem miejsce w
przedziale w ostatnim wagonie. O tym jak był to trafny wybór okazało się już
chwilę później, gdy pociąg dodarł na stację Gdańsk Główny. Jeszcze nim
zdążył się zatrzymać dało się słyszeć donośny krzyk wydobywający się z
młodych gardeł prawdziwych kibiców Lechii Gdańsk. Korytarz w wagonie po
chwili był już pełen szalikowców, ale oprócz nich wsiadły również oddziały
policyjne, które wygoniły kibiców z kilku przedziałów. Pociąg ten - relacji
Gdynia-Katowice - wiózł wszystkich osoby przebywające w tymże wagonie pod
kluczem, ponieważ został on zamknięty.
Jak się okazało na niezbyt długo, gdyż dało się zauważyć przetasowania
wśród szalikowców. Prawie natychmiast też rozpoczęła się alkoholizacja z
zapasów posiadanych przez najbardziej zainteresowanych. Co ciekawsze
odnosiło się wrażenie, że napoje wyskokowe są dostępne również w samych
pociągu, szczególnie po widoku powracających z kierunku Wars-u osób z piwem
w plastikowych kubkach. Generalnie było nawet spokojnie, poza drobnymi
ekscesami na każdym postoju, kiedy to skandowaniu Lechia Gdańsk, Lechia...
nie było końca. Dwie godziny jazdy do Bydgoszczy minęło dosyć szybko i
nadszedł czas przesiadki. Większość osób wysiadających w tym mieście udawała
się dalej do Torunia - gro osób to studenci zaocznych kierunków. Czekając na
korytarzu, aż pociąg się zatrzyma, uzyskaliśmy informację, że Lechia gra
dziś z drużyną z Myszkowa - wydawało się, że to już koniec atrakcji na dzień
dzisiejszy. Jakież było nasze zdziwienie, gdy na peronie stacji stała
pokaźna grupka fanów Zawiszy Bydgoszcz - czekali na kibiców z Gdańska.
Wysiadający opuścili pociąg dość sprawnie, gdy nagle zaczęło dochodzić do
rękoczynów pomiędzy szalikowcami jednej i drugiej drużyny. Wyjście z samego
centrum bijatyki było utrudnione z powodu zbyt dużej liczby osób na peronie
biorących udział czynny i przyglądających się biernie całemu zdarzeniu.
Nagle fani Zawiszy wskoczyli na tory... i w ruch poszły kamienie - tzw.
tłuczeń - i wagon został całkowicie nimi obrzucony - dziw, że nie poszła
żadna szyba - przynajmniej do momentu, do którego udało mi się skryć w
przejściu pod peronami, gdzie latające kamienie nie były już w stanie nam
zagrozić. Komentując całe to wydarzenie udaliśmy się na pociąg w kierunku
Torunia. Jak się okazało, mieli nim właśnie jechać szalikowcy z Bydgoszczy
na mecz w Toruniu. Tylko tego było nam brak. Na peronie powitał nas
policjant następującym tekstem - cytuję dosłownie: Pasażerowie do tyłu,
bydło do przodu!! Na torach stał piętrus - zamiast elektrycznego - widocznie
kolej bała się demolki tego składu i podstawiła coś bardziej pogańskiego.
Usiadłem z tyłu, wraz ze studentami studiów zaocznych, obserwowaliśmy
przemarsz fanów, wyławianie najbardziej rozognionych z tłumu oraz działania
służb policyjnych i kolejowych w całym pociągu. Komentowaliśmy na bieżąco -
było wesoło, tylko pewien starszy pan siedzący przede mną był bardzo
oburzony z powodu wychowania polskiej młodzieży - generalnie był przeciwny
organizowaniu jakichkolwiek imprez sportowych, jeżeli tak mają wyglądać
kibice udający się na piłkarskie widowisko. A pociąg jechał dalej.
Wjechaliśmy na stację Toruń Główny. Już na kilka minut przed tym
przystankiem ustawiła się kolejka osób gotowych jak najszybciej wysiąść i
uciec przed kolejnymi zajściami. Jak się okazało ich strach był niczym
nieuzasadniony, ponieważ na dworcu policja sprawnie wyładowała szalikowców a
normalni pasażerowie mogli w spokoju wysiąść. Do ich uszu dochodziły
niecenzuralne teksty generowane przez prawdziwych kibiców, dzięki którym
można się było się dowiedzieć dlaczego jedna drużyna jest wspaniała a druga
beznadziejna i na odwrót. Pod eskortą policji fani dotarli na mecz, a ja
nauczony doświadczeniem wróciłem tego samego dnia expressem do domu -
całkowicie pustym i raczej wolnym od zagorzałych kibiców sportowych.
Reportaże: Sprawa Irca
Autor: Voytass
[re5] Sprawa IRCa.
[ Wojciech Szałwiński - Voytass - ██████████████ ]
[ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]
[ i wiele innych ludzi... ]
Kilka słów ode mnie (Cobretti):
Wszystko poniżej jest pisane bez polskich liter, ponieważ są to cytowane
listy, opracowane i zebrane przez Voytassa. Oczywiście ze względów
objętościowych pozwoliłem sobie dokonać skrótów, przy zachowaniu
najważniejszych przesłań wynikających z treści listów.
Osobiście jestem oburzony tym co się wydarzyło. Nie popieram takiego
działania i jest ono żenujące dla samych adminów, bowiem pokazuje ich niski
stopień inteligencji (czy chłopcy nie wiedzą, że istnieje takie coś jak
publiczny IRC-client?). Mało tego - każdy przejaw ograniczania praw
człowieka to nadużycie, skierowane zarówno w tego co nakłada restrykcje jak
i nią obłożonego. Takie zachowanie nie miało prawa zaistnieć, a pomimo to
zdarza się nagminnie. I to nie tylko w Toruniu. Może przykład z mojego
podwórka... Jeżeli ktoś ma konto na usctoux1 i chce skorzystać w CTO z
przeglądarki graficznej to nie da się niestety. Pozostaje Lynx, albo
przeglądarki lokalne.
Tu nawet głupiej komendy "at" nie można sobie wykonać, pomimo prośb u
admina o przydzielenie praw na tą arcyułatwiająca i odciążającą server
komendę. Przecież pewne rzeczy mogłyby się robić nocą...
Wracając do IRC - jak słusznie zauważysz, służy on nie tylko jako zabijak
czasu, ale dzięki niemu można zebrać materiały potrzebne w pracy, szkole i w
życiu osobistym. Można w czasie rzeczywistym prowadzić konsultacje, zebrania
i narady. Można wreszcie przesłać niezbędne pliki i jest on najszybszym
sposobem na dostarczenie niezbędnej informacji, czasem bardzo istotnej. Dla
niektórych osób IRC jest jedyną formą kontaktu ze znajomymi.
Bez względu na fakt blokowania terminali przez IRC, nie powinno się
zabraniać używania tej usługi, a pozwolić regulować to samym
zainteresowanym. A już zupełnym nieporozumieniem jest brak konsultacji w tej
sprawie ze studentami. Student - to słowo kiedyś było potężne samo w sobie,
teraz Student znaczy tyle, że jest to człowiek głupi, można go poniżać, nie
ma racji i ogólnie przeszkadza szkole! Tylko, że szkoły bez studentów nie
mogłyby istnieć.
Cholernie żałuję, że muszę się uczyć w tak podłych warunkach.
To chyba z grubsza tyle jeśli chodzi o mnie, teraz czas na materiał od
Voytass'a:
Zaczęło się wszystko od takiego oto niewinnego message'u systemowego:
-----
From ███████████████████ Tue Nov 5 14:14:47 1996
Subject: Irce i Mudy
W godzinach 8-18 obowiazuje zakaz uzywania IRC oraz grania w MUDy (poza
sobotami i niedzielami). Egzekwowane to bedzie poprzez ubijanie wszelkich
klientow IRC i MUD.
Mariusz Kasinski
-----
Niewiele czasu potem pojawiła się, również w tej formie nadana, odpowiedź na
powyższy message:
-----
From ██████████████████████ Tue Nov 5 18:11:10 1996
Wszystkie osoby przeciwne blokowaniu w wybranych godzinach pewnych uslug a
preferowaniu innych prosze o maile wraz z uzasadnieniem na adres:
█████████████
Interesuja mnie listy wraz z protestami z poza Torunia, gdyz jest to swego
rodzaju odciecie od swiata, cenzura i ograniczenie swobodnego przeplywu
informacji....
------
Posypaly sie protesty:
-----
From: Tomasz Brzezicki <██████████████████████>
Tomek co sie stalo z ircem miedzy 10.00-18.00 To godziny najwiekszej jego
uzywalnosci
-----
From: Maddy <█████████████████████>
Rozumiem, zablokowali IRCa do 18:00. Ale jest juz 18:10 a wciaz mnie
kiluje!!!!! I co mam zrobic???
-----
From: Marek Arendt <██████████████████████>
Ja stanowczo protestuje przeciwko wprowadzeniu z dniem dzisiejszym blokady
na irc'u i mudach. Nie grywam w mudy ale uwazam,ze powinny byc obie te
formy rozrywki dostepne. W godzinach wieczornych mozna owszem porozmawiac na
irc'u,ale z ludzmi z ...australii. Godziny popoludniowe sa najlepsza pora do
tychze rozmow. Poza tym to nie jest tak,ze osoby ircujace i mudujace nie
udostepniaja terminali reszcie....ktos tu ma bledne zdanie o tym wszystkim.
Licze,ze blokada zostanie zniesiona!!
------
From: Aleksander Asztemborski <█████████████████████>
Ja,Aleksander Asztemborski stanowczo protestuje przeciwko blokowaniu
irca...i mudow.... dzisiejsza blokada byla juz lekka przesada... Nie grywam
w mudy,ale uwazam,ze blokowanie dostepu do tych form jest nieuzasadnione...
Wielu ludzi korzysta z irc'a... Jak na przyklad mam porozmawiac z koleka z
katowic,ktory nie ma wlasnego konta a moze byc jedynie na irc'u (spod
windowsa)..?? Szczegolnie jestem przeciwny blokowaniu tych form w tych
godzinach... i jeszcze jedno....jak jest blokada do 18.00 to niech bedzie do
18.00...a nie np do 18.10.....
------
From: Tomasz Kepa <█████████████████████>
Pisze do Ciebie w sprawie killowania IRCow i MUDow w "godzinach pracy".
Znow server w Toruniu jest praktycznie jedyny w Polsce, w ktorym zabrania
sie korzystania z MUDa i IRCa! Oczywiscie, jest to w pelni uzasadnione, gdy
kupa ludzi siedzi na terminalach i nie robi nic innego, jak nawija z
kumpelka siedzaca metr obok przez IRCa czy killuje potworki na mudzie. Ale
nie wszyscy przeciez IRCuja czy MUDuja z annexa (bo chyba o to chodzi, czyz
nie?). Chociazby ja - w 90% przypadkow korzystam z sieci w domu, przez
modem. I czy moje IRCowanie czy MUDowanie w jakikolwiek przeszkadza komus w
pracy? Nie sadze. Mam nadzieje, ze w najblizszej przyszlosci zabronione
zostanie uzywanie programow: Tin, Elm, Pine, Talk, Write, Wall. Przeciez
wiele osob na bawiacych sie na sieci wykorzystuje godzinami tylko te
programy, co powoduje praktycznie niepotrzebne zajmowanie terminala.... A
tak na powaznie: czy nie lepszym rozwiazaniem byloby killowanie IRCow i
MUDow tylko wtedy, gdy dana osoba siedzi na annexie?
------
From: "It's me." <██████████████████████>
Protestuje przeciw uniemozliwieniu studentom dostepu do IRC-a. Bezposredni
kontakt z innymi uzytkownikami sieci (w tym takze z zagranicy) jest dla
mnie bardzo istotny z uwagi na nauke jezyka obcego oraz koniecznosc
konsultacji z pewnymi osobami w sprawie materialow do prac pisemnych,
prezentacji ustnych oraz pracy magisterskiej. Protest ten motywuje rowniez
faktem, ze nie posiadam telefonu i IRC jest jedyna mozliwoscia
bezposredniego polaczenia sie z osobami pomagajacymi mi w nauce. Z
powazaniem Agnieszka Deregowska
------
From: Rafal Jankowski <█████████████████████████>
Blokowanie IRC`a i MUD`a w godzinach 8-18 to moim skromnym zdaniem juz
lekka przesada. Internet jest ogolnie dostepny i nieistotny jest fakt, ze
ktos wykorzystuje go do IRC`a, czy MUD`a - kazdy powinien miec mozliwosc
swobodnego korzystania z sieci w godzinach mu odpowiadajacych. Mylalem, ze
wyszlismy juz z czasow blokowania swobodnego dostepu do informacji, ale
widocznie sie mylilem. Obysmy nie doczekali sie drugich Chin. Dla mnie
osobiscie decyzja ta nie ma sensu. Na IRC`u przebywaja ludzie z roznych
stref czasowych i bardzo czesto sa osiagalni tylko w czasie dnia, czyli
pomiedzy 8, a 18. Czy nalezy urwac te kontakty tylko dlatego, ze ktos
blokuje IRC`a w tych godzinach? Wydaje mi sie, ze IRC zostal stworzony aby
ulatwic kontakty miedzy ludzmi podobnie jak telefon. Dziwna raczej bylaby
sytuacja, gdyby uzywanie telefonu dozwolone byloby w okreslonych godzinach.
-----
From: █████████████████████
It has come to my attention that you are considering a ban of IRC useage
by your students. This is unfortunate, as it is a window to other worlds and
cultures. I have met many students during my time on IRC and have found them
all to be enjoyable and non-malevolent.
Please, consdier rescinding this ban, that all cultures may communicate
freely throughout the world.
John
-----
From: Michal Sniegocki <███████████████████████>
Niedlugo (tj. 7-8 grudnia) odbedzie sie seminarium komputerowo -
internetowe na wydziale WNEiZ. Jedna z prezentowanych uslug bedzie IRC -
jako mozliwosc zorganizowania telekonferencji. Prosze wiec o zezwolenie na
korzystanie z irc-a w tych dniach.
Prezydent projektu
PS. Prywatnie tez korzystam z irc-a, i to zazwyczaj nie do zabawy. Jest to
jedyny sposob aby porozumiec sie na zywo np. z Taiwanem . Ograniczenie
czasu dostepu powoduje liczne problemy (np. godzin tam i tutaj.)
-----
From: Anna Maria Klonica <████████████████████>
...jeszcze bardziej oburzjacy jest fakt, ze przeprowadzono taki zakaz bez
zapytania o opinie uzytkownikow....
-----
From: Bartosz Maruszewski <█████████████████████>
Wyslalem taki oto list do gen@mat... :
1) Czy moglbys mi uzasadnic decyzje o zabronieniu korzystania z IRC'a i
MUD'ow? Ale poprosze odpowiedz bardziej godna dojrzalego czlowieka niz 'bo
blokujecie terminale'...
2) Jaka jest roznica miedzy ircowaniem a korzystaniem z talk'a ? Bo
wlasnie dziewczyna obok mnie rozmawia poprzez talk z kims juz dosc dlugi
czas ...
3) Jaka jest roznica miedzy graniem w mudy a sciaganiem przez caly dzien
gier, czy np. ogladaniem kilkuset stron WWW?
4) Z tego co wiem to mat.uni.torun.pl i cc.uni.torun.pl to dwie odrebne
domeny, dwie odrebne instytucje i odrebni administratorzy a Ty jestes w
domenie mat.uni.torun.pl.
5) Co na to p. Wolniewicz i p. Kurpiel ?
6) Rownie dobrze mozesz zakazac korzystania z poczty, bo dziewczyny siedza
i od rana do wieczora pisza listy o tresci takiej samej jakby rozmawialy na
IRC'u ...
7) Mozesz takze zakazac korzystania z news'ow, bo to przeciez tez zabiera
bardzo duzo czasu, czy nie?
8) Goscie obok np. korzystaja z talk'a a siedza o kilka metrow obok
siebie; co Ty na to?
Moge tak wymieniac i wymieniac bez konca. Decyzja jest wedlug mnie bez
podstawna. Administrator w moim pojeciu jest to ktos kto dba o to aby system
dzialal mozliwie najepiej (system operacyjny komputera oczywiscie) a
uzytkownicy powinni uzgadniac miedzy soba kto kiedy chce co zrobic.
Jezeli juz dochodzi do takich krokow to trzeba bylo na poczatku napisac
kartke i wywiesic, ze ' Terminale sluza tylko i wylacznie do korzystania z
tego i tego. Nie wolno korzystac z terminali dluzej niz xxxxx'. E-mail
██████████████████ "... and remember ...
█████████████████████ <-- preferable
Admin in the loiv.torun.pl domain the system is for admins, not for users"
--------------------
From: Andrzej Kepinski <███████████████████████>
Czytalem informacje dotyczaca programow IRC i MUD... chcialbym dowiedziec
sie dlaczego zostala podjeta taka decyzja... i dlaczego w/w uslugi zostaly
zablokowane... wiem, ze server SS10 jest serverem pocztowym i zgodzilbym sie
gdyby cos takiego zostalo zrobione tam... ale dlaczego zabrania sie tego
uzytkownikom servera ALF ???
Ustna informacja ktora dotarla do mnie "poczta pantoflowa" tlumaczaca to
zjawisko duzym obciazeniem terminali ANNEX, co powoduje ze wielu czeka na
miejsce w chwili gdy inni IRCuja jest w/g mnie falszywa... jestem tu
codziennie, a czasem nawet dwa razy aby sprawdzic poczte i czasem
porozmawiac ze znajomymi ktorzy ucza sie w Gdansku lub Poznaniu... a czasem
nawet w Stanach i Kanadzie... nigdy nie spotkalem sie z sytuacja abym musial
czekam godzinami na zwolnienie terminala przez uzytkownikow programu IRC lub
gier (MUD)... nigdy tez nie spotkalem sie z sytuacja aby ktos musial wiele
godzin czekac... oczywiscie, zdarzaja sie sytuacje kiedy wszystkie terminale
sa zajete, ale to nie powinno nikogo dziwic w przerwach miedzy zajeciami
wiele osob sprawdza poczte... a po zajeciach wiele osob odpisuje na listy...
w chwili kiedy tu przyszedlem ok godz. 17, byly zajete tylko 3 terminale,
teraz (godz. 18:30) zajetych jest 5, czyli 7 wolnych... wiec gdzie sa Ci
ktorzy niby czekaja na zwolnienie sie terminala...
Chcialbym tez uzmyslowic, ze system istnieje po to aby mozna bylo z niego
korzystac... blokowanie pewnych uslug na serverze "publicznie dostepnym"
jest w/g mnie ograniczaniem wolnosci uzytkownikow !!! Konsekwencja tego moze
byc poszukiwanie innej drogi dostepu do zablokowanych uslug, wyszukanie
publicznych IRC Clientow, lub korzystanie z zdalnych systemow... wtedy
trzeba bedzie zablokowac takze TELNET i RLOGIN... co sprytniejsi
wykorzystaja TALK, wiec tez trzeba bedzie zablokowac... przy dobrych
ukladach mozna wysylac sobie po kikadziesiat listow... to takze obciazy
system, wiec zablokowana bedzie poczta... i co zostanie z systemu...
uzytkownik bedzie mogl sie wlogowac... i wylogowac...
Wydaje mi sie, ze dochodzimy tu do pewnego paradoksu... tworzymy server,
ktory nazywamy "publicznie dostepnym", a nastepnie wprowadzamy ograniczenia,
zabraniamy korzystania z ogolnie dostepnych w sieci uslug... nie urazajac
nikogo, sadze ze zarowno system jak i osoby zwane administratorami sa po to
aby sluzyc uzytkownikom... a teraz mam wrazenie ze staje sie odwrotnie... ze
ktos pomyslal, ze to my, uzytkownicy, mamy sluzyc systemowi i
administratorom...
-----
From: Andrzej Kepinski <███████████████████████>
Chcialbym zwrocic uwage wszystkich na poczynania pewnych osob zwiazanych z
administracja sieci w polsce... w dniu 5 listopada 1996r. w Torunskim
serverze zablokowano dostep do pewnych uslug (IRC i MUD).
Zablokowanie ogolnie dostepnej na calym swiecie uslugi (IRC i MUD)
spowoduje, ze co lepsi znajda sobie obejscie tej blokady... a to spowoduje
dalsze blokady... no i co...??? skoro nie moge wymienic pogladow na jakis
temat na IRC przez godzinke... to bede zmuszony wyslac kilkadziesiat
listow... to bedzie pewnie trwalo troche dluzej i bardziej obciazy system...
wiec poczta zostanie zablokowana... a na server bedzie mozna sie wlogowac...
a potem wylogowac... kiedys bylem dumny ze mam konto na tak dobrym
serverze... teraz widze, ze rozkwit internetu w Polsce jest bardzo szybki...
ale rownie szybki jest jego upadek...
Jesli takze jestes przeciwny blokadzie pewnych uslug... jesli cos takiego
Ci sie zdazylo... napisz... musimy razem walczyc o WOLNY INTERNET
Napisz na te liste dyskusyjna... napisz tez do nas, o to nasze adresy:
Andrzej Kepinski, e-mail: ███████████████████████
██████████████
Tomasz Jedrzejczak, e-mail: ██████████████████████
█████████████
-----
From: Andy <████████████████████>
Uwazam ze nie nalezy blokowac uzytkownikom dostepu do pewnych uslug be
zadnego uzasadnienia. Podejrzewam takze, iz "krewni i zanajomi"
administratora tej domeny moga z tych uslug korzystac bez ograniczen.
Anyway, jesli jest jakies uzasadnienie to admnistrator powinien je podac i
co najmniej skonsultowac sie z uzutkownikami (np. na SGH jest ograniczenie
ilosci sesji IRC odpalonych na raz do jednej na uzytkownika z powodow
technicznych - slaba maszyna, cieniki drut).
-----
From: Piotr Klaban <███████████████████>
Co jakis czas pojawia sie ktos w Polsce, kto blokuje irc'a w celu:
1. zmniejszenia obciazenia lacza i terminali
2. aby dogodzic uzytkownikom czekajacym dlugo na wolne miejsce
Robi to w nastepujacy sposob:
1. wprowadza zakaz bez konsultacji z uzytkownikami zgodnie z zasada:
administrator jest dyktatorem (dobra zasada, bo administrator odpowiada za
swoje czyny osobiscie)
2. wymysla sprytny program, ktory przerywa irc/mod'a
3. zamyka konta tym co irc'uja zbyt czesto (to bylo w Szczecinie w Toruniu
zapewne bedzie)
Co robia uzytkownicy?
1. jest kilku, ktorzy sie burza wysuwajac argumenty sa zdenerwowani, wiec
podchodza do tego emocjonalnie
2. sa Ci, ktorzy sa za zakazem, przekonuja innych ze to dla ich dobra
Do czego to doprowadza? - przyklad Torunia
1. program badajacy ircownikow wykorzystuje przez 10 sekund w kazdej
minucie 10% CPU (wartosci przyblizone) kazdy irc zajmuje ok 0.18% CPU
2. niech ktos teraz sprobuje przyjsc do inst. matematyki po 18:00 - sobie
poczeka nie 2 godziny a 4 godziny (wartosci przyblizone)
Inny przyklad z tego samego Torunia:
Biblioteka Glowna takze udostepnia terminale (11 sztuk). Tyle, ze
zablokowanie tam irc/mud'a w ogole ich nie odciazy. Dlaczego? Bo tam sa
terminale graficzne. Kroluje Netscape. Kto z administratorow, tych co sa za
blokowaniem irc'a pomyslal jak obciaza lacza WWW (obrazki itd. - kto z Was
wylacza w Netscape AutoLoadImages?).
Jednak problem tam w miare rozwiazano: wprowadzono komputery "sluzace do
krotkich 15-minutowych sesji" - dwa. Czasem w kolejce sie czeka i pol
godziny, bo kazdy wykorzystuje cale 15 minut.
Moja propozycja:
0. administratorzy maja swoje obowiazki - brakuje troche dobrej woli
1. administratorzy powinni porozmawiac z uzytkownikami o planach tego co
chca zrobic, a nie - rozmawiac na pl.irc po fakcie Wtedy zeby zachowac twarz
tlumacza, ze jest to jedyne mozliwe rozwiazanie
2. niech wykorzystaja swoje umiejetnosci programistyczne i zrobia
mozliwosc logowania sie na terminalach "przeznaczonych do XX-minutowych
sesji"
3. uzytkownicy i administratorzy w Toruniu powinni wreszcie rozwiazac
problem irc'a, bo inne miasta takze beda wprowadzac po prostu zakazy Zawsze
jest kilka rozwiazan, a nie "jedynie sluszne jedno wlasciwe".
Uwagi koncowe:
Dlaczego tak duzo ludzi ircuje to pewnie kazdy wie (swoje). Niech zwroci
tez uwage na to, ze irc to prawie pierwsza rzecz ktorej uczy sie student na
Internet-cie. Kawiarnie internetowe w Warszawie zarabiaja glownie na IRC.
Pytanie: skad uzytkownik ma sie nauczyc innych rzeczy? Czegos tu brakuje
pomiedzy administratorem a uzytkownikiem. A jest wielka przepasc...
Szymon pisal wczesniej o "procesie dydaktycznym" - na korytarzu w Inst.
Matematyki sa zwykli uzytkownicy (no i dwa terminale na stale przeznaczone
dla pracownikow UMK), tutaj proces dydaktyczny jest pozostawiony im samym -
kierowanie nim przez zakazy i nakazy doprowadza do np. - "co ja za list
dostalam?! :-o" - zapytala mnie jedna uzytkowniczka, ktorej pogrozono
palcem, ze zablokowala terminal w PINE - a ona po prostu nie wiedziala co
znacza te skomlikowane slowa pomieszane z ostrzezeniami - "pine", "maila"
itp.
Brak sprecyzowanych praw/obowiazkow uzytkowniow/administratorow jest
spowodowany szybkim rozwojem internetu, i jest pewnie na reke niektorym.
Jednak tego brakuje. Czy ktos na alf'ie czytal kiedys regulamin? Nie? A
podpisywal swoim imieniem i nazwiskiem, ze sie z nim zapoznal - na podaniu o
zalozenie konta.
Piotr Klaban
moje opinie sa niezalezne i niekoniecznie sa opiniami UMK
-----
From: Rafal Milczewski <███████████████████>
Bardzo prosze o nie blokowanie dostepu do irc w godzinach pracy tj 8 a 18.
Dzieki niemu moge otrzymac kontant z wazna dla mnie osoba ktora ma konto na
komputerze alf.cc.uni.torun.pl. Z gory dziekuje.
-----
I parę słów ode mnie (Voytassa). To całe blokowanie usług i tłumaczenie
tego zajmowaniem terminali czy też blokowaniem mocy obliczeniowej procesora
(czy procesorów, nie wnikam) jest absolutnie bez sensu... Ludzie sobie
pozakładają konta na innych serverach, ircować i mudować będą dalej
(nawiasem mowiąc, to znam przynajmniej jeden adres muda na porcie 23, a nie
sądze, aby ktoś tu u nas z adminów, aą tak sie "popisał inteligencją", żeby
blokować ten port) tyle, że z innych serverów.
Dostaliśmy zresztą propozycję od jednego z adminów na południu Polski
bardziej (ze zrozumiałych względów nie podam bliższych danych) co do
załozenia kont dla użytkownikow zablokowanego servera (alf.cc.uni.torun.pl)
własnie do irca i muda... Spowoduje to wszystko tylko tyle, że łącze i
server będzie bardziej zablokowane, bo nie tylko informacjami płynacymi na
ircu (poza tym bardziej niż irc obciąża łącza na przyklad ftp) ale także
informacjami "telnetowymi". A terminale i tak będą zajęte... chyba, że się
postawi przy każdym (czy przy każdej grupie, stoją one sobie w trzech
grupach na korytarzach) człowieka, który będzie pilnował, żeby nikt nie
ircowal i nie mudował...
Pozdrawiam wszystkich czytelników i życzę im mniej bojowych adminów.
Wojciech Szałwiński
Promocja i reklama 'REPORTERA'.
██████████████
Felietony: Aborcja strikes again!
Autor: Dar_ek
[fe1] Aborcja strikes again!
[ Dariusz Nierada - DAR_ek - █████████████████ ]
Temat aborcji znowu w modzie! Znowu przelewa się litry atramentu, gazety
mają o czym pisać, znowu księża mają o czym wykładać na kazaniu, znowu
dzienniki telewizyjne mają czym zapełnić swoją ramówkę. Nie mam zamiaru
pisać kto ma rację, a kto nie. I tak każdy ma swoje zdanie i mało kto je
zmienia, w dodatku nasłuchaliśmy się już tyle argumentów "za" i "przeciw",
że raczej nic dodać się nie da. To o czym chciałbym pisać, to co nowego
pojawiło się koło tej sprawy. Po pierwsze, skandaliczne zachowanie się gazet
katolickich. Chodzi mi o sprawę z ujawnieniem wszystkich danych posłów (wraz
z ich adresami i telefonami domowymi) którzy głosowali inaczej niż oni by
chcieli. Na pierwszy rzut oka nie ma w tym nic złego, bo w końcu poseł to
przedstawiciel społeczeństwa i powinien być odpowiedzialny za to co robi,
słowem powinien robić wszystko jawnie, i wyborca powinien wiedzieć o jego
poczynaniach. Ale skutkiem tego było to, że "nieszczęśni" posłowie zostali
zarzuceni listami od "obrońców życia niepoczętego", musieli odbierać po
kilkadziesiąt telefonów w pracy i w domu (często anonimowych i często z
pogróżkami), musieli przyjmować kilkanaście wizyt dziennie, pomijając już
fakt, że wielu z nich zostało "wyklętych" przez swoich miejscowych księży z
ambony na kazaniu. Takie zachowanie praktycznie paraliżuje pracę danego
posła (jeśli coś zdarzało mu się robić, of course). W dodatku poseł ów może
zmienić jednak zdanie i zagłosować inaczej niż za pierwszym razem, ale nie
dlatego, że zgodził się jednak z argumentami katolików, ale tylko po to, aby
mieć wreszcie święty spokój! Czy o to chodzi w demokracji? I jestem pewien,
że ci co zdecydowali się opublikować dane posłów w pełni zdawali sobie
sprawę z konsekwencji swojego działania.
Drugim faktem który mnie deprymuje są wielkie manifestacje kościelne
"przeciwników aborcji" w wielu miastach. Skutku to to żadnego poza
rozgłosem na pewno nie przyniesie, bo ci co "wahali się" już dawno wyrobili
sobie swoje zdanie, a tylko robi zamieszanie, utrudnia komunikację w
miastach i pobudza agresję (i u przeciwników, i u zwolenników). Ale to, co
mnie najbardziej denerwuje to fakt, że na tych wiecach można zobaczyć prawie
wyłącznie księży, zakonnice, emerytów i małe dzieci! Jak to? O
rodzeniu/aborcji najwięcej wypowiadają się księża i zakonnice, którzy dzieci
mieć nie chcą, emeryci, którzy już nie mogą, czy dzieci które jeszcze nie
mogą:) w każdym razie nie mają na razie o tym zielonego pojęcia, za to są
bardzo podatne na sugestie, zwłaszcza od ludzi mających wielki autorytet
jakim są księża. (BTW. jego autorytet bierze się chyba stąd, że ksiądz
zawsze ma na wszystko odpowiedź [przynajmniej mu się tak zdaje], w
odróżnieniu np. od nauczyciela/wychowawcy, który przyzna niekiedy, że czegoś
nie wie).
Czemu mniej słychać np. lekarzy specjalistów? Oni mają znacznie więcej do
powiedzenia. Właściwie identyczna sytuacja jest z wychowaniem seksualnym w
szkołach. Najwięcej do powiedzenia mają księża i emerytki po
sześćdziesiątce! Owszem, swoje zdanie mogą mieć (a raczej powinni), ale na
pewno nie największe. Czemu ignoruje się w tym uczonych (psychologów,
seksuologów, pedagogów)? W jednym z reportaży traktujących o pismach
erotycznych mniej niż 10% poświęcono na opinie seksuologa L. Starowicza, a
całą resztę wypełniały wypowiedzi ludzi z kół katolickich. Wg mnie powinno
być przynajmniej odwrotnie.
Opowiadania: "Taki to już (...)
Autor: Piotruś Chałupko
[op1] "Taki to już mroczny czas" Krzysztof Kamil Baczyński i jego wiersze.
[ Piotruś Chałupko - ███████████████████████ ]
Siedział na drewnianej ławce w cieniu pożółkłych liści wyludnionego parku
Saskiego, ze wspartym podbródkiem na jego delikatnej dłoni, zaciśniętej w
pieść. Przyglądał się starym zakurzonym łabędziom, myśląc o życiu śmierci i
pożądaniu. W każdym bądź razie tak mi się wydawało owego dnia, kiedy to
natknąłem się na niego mimowolnie. Miał na sobie ciemno niebieski garnitur w
białe prążki, szarą kamizelkę oraz sztywny kapelusz dodający majestatyki
całej postaci. Twarz miał młodzieńczą a emanacja pewnego rodzaju cierpienia
z niej, była wręcz nienaturalna dla jego delikatnych rysów. Bujne, popielate
włosy, próbowały wyzwolić się spod sztywnego okrycia głowy. Na serdecznym
palcu lewej dłoni błyszczała w stłumionym słońcu obrączka.
Stałem, skrywając swą postać za przysadzistym drzewem, które dawało mi
możliwość bezpiecznej obserwacji owej postaci. Odczuwałem silny niepokój,
człowiek siedzący na ławce, w każdym bądź razie, nie podzielał mojego stanu
emocjonalnego, co chwilę tylko sięgał do wewnętrznej kieszeni marynarki
wyjmując złote (jak mniemałem) inkrustowane pióro i nakreślał po kilka zdań
na marginesach gazety, której pozostałe strony walały się bezwładnie targane
przez wiatr. Później znów zamierał przyjmując postawę obserwatora
obojętnego, tępo wlepiając wzrok w przypadkowe rzeczy, jakie napotkały jego
źrenice. Człowiek wstał i zamiast kupić kwiat u kwiaciarki, która stała tuż
przy bramie parkowej, zerwał z klombu i wpiął sobie w butonierkę.
Kwiaciarka nakryła go:
- To nie Boża łączka, szanowny panie - powiedziała rozgoryczona.
Nawet nie miała pojęcia jak bardzo pragnął aby nią była... Nie zwracał na
nią już więcej uwagi. Oddalił się lekkim krokiem, trzymając gazetę na wpół
złożoną i wywijając nią od czasu do czasu.
Nie miałem odwagi do niego podejść, znaliśmy się z czasów szkolnych kiedy
to razem uczęszczaliśmy do gimnazjum Batorego. Zawsze stałem na uboczu
przyglądając się jego twórczości i jemu podobnych - wyrastających
młodzieńców w duchu patriotyzmu zaangażowania społecznego. Wiedziałem iż
jeśli przyjdzie odpowiedni moment będę musiał stanąć z karabinem na
barykadach i walczyć jak każdy pospolity człowiek, nie myśląc zbytnio o
sprawach egzystencjonalnych. Zaś oni uważali iż ich śmierć niczego nie
przyniesie i mogli by znacznie więcej zdziałać jako poeci.
Krzysztof (bo takiż to właśnie pseudonim przybrał sobie już w czasach
szkolnych; prawdziwe imie i nazwisko to Kamil Baczyński) skręcił w ulicę
Senatorską którą udał się prosto do kawiarni w hotelu Europejski gdzie zwykł
przesiadywać codziennie. Nie wytrzymałem i podszedłem do jego stolika,
dyskretnie, nie wiedząc zbytnio jaka będzie właściwie jego reakcja.
Podniósł swój mętny wzrok znad gazety i wymamrotał:
- My się znamy.
- Tak, uczęszczaliśmy razem do Batorego, pamiętasz jeszcze małego Stasia.
- Boże jak żeś się zmienił, widzę, iż czas nie obszedł się z tobą
łagodnie.
- Nikt tego nie wie lepiej ode mnie - odpowiedziałem przytłoczony ciężarem
jego dostojeństwa.
- Cóż usiądź i zamów sobie czego pragniesz, oczywiście w miarę możliwości,
ciężkie czasy nastały. I chmury burzowe są coraz niżej.
- Przetrwamy. - Odpowiedziałem zdając sobie sprawę jak głupio to
zabrzmiało, siedział przede mną człowiek, który był dla mnie swego rodzaju
wzorcem osobowym, którego nigdy nie mogłem doścignąć. A ja tak się
zbłaźniłem.
- Wiesz, ja mam już powyżej uszu tego chronienia mnie. Przecież ukończyłem
kurs instruktorów dywersji i Agrokolię, a na akcję wolanowską nie wzięli
mnie i gdybym się nie uparł, nie wzięli by mnie i na akcję Tłuszcz-Urle.
Mówią że mam wielki talent i muszę przetrwać te wszystkie awantury. {Zdanie
zapożyczone z książki Aleksandra Kamińskiego "Zośka i Parasol"}
- Mają rację. - Powiedziałem dogłębnie zaskoczony jego szczerą i w sumie
jakże osobistą odpowiedzią.
- Trwać trwać przetrwać, ja już sam nie wiem chodzę w tę i z powrotem
sporo piszę i myślę na ten temat i wiesz co jest najśmieszniejsze, do
żadnego sensownego wniosku nie mogę dojść. - Sięgnął energicznie do kieszeni
marynarki wyciągając malutki notatnik gęsto zapisany malutkimi literkami. -
Masz czytaj...
Zacząłem z zaciekawieniem przeglądać jego zapiski z ostatnich dni , czułem
się jak małe dziecko któremu po długim okresie pozwolono wreszcie pobawić
się nową zabawką . Nie było tam wiele wierszy zaledwie cztery aczkolwiek
zapadły mi w pamięć po dziś dzień. Pierwszy z nich zatytułowany był "Z głową
na karabinie" występował w nim uderzający kontrast świata pomiędzy
Apokalipsą, a pięknem przyrody która jak mniemałem wynikała ze wspomnień
samego Krzysztofa.
- I jak ci się podoba? - zapytał mnie po chwili milczenia.
- Dobry. - I znów nie stać mnie było na mądrzejszą odzywkę.
- Wiesz uważam iż to nie sprawiedliwe nie jestem stworzony do walki jestem
poetą z powołania, a przez szalejąca wojnę muszę skupić się na walce z
okupantem, a tak bardzo bym chciał żyć w pokoju, w świecie bez nalotów,
łapanek i tego wszystkiego czego dostarcza nam codzienność - w tym momencie
podsunął mi pogniecioną kartkę z dużym napisem umieszczonym centralnie
"Niebo złote ci otworzę". - To mój ulubiony...
Siedziałem, czytałem i co chwilę przeszywały, mnie dreszcze. Nie wiem
dlaczego może z przerażenia, a może litości, ale teraz dażyłem mego rozmówcę
większym szacunkiem niż kiedykolwiek wcześniej. Przewracałem kartki
odczytując następująco "Mazowsze", "Z lasu", "Historia", "Modlitwa do
Bogurodzicy". Ogrom jego twórczości niesamowicie mi imponował. Odwołania do
średniowiecznej "Bogurodzicy" z prośbą o to, aby nauczyła nas umierać oraz
walczyć z godnością. Nigdy nad tym wcześniej się nie zastanawiałem, iż
walczyć znaczy również i umrzeć, karmiony patetycznymi hasłami nigdy nie
myślałem w tym kontekście o śmierci, miłości, bliskich i temu podobnych
rzeczach. Wczytując się w jego poezję natknąłem się na pewną prawidłowość
procesu historycznego. Twierdził on, iż historia ujawnia zło poprzez zło, a
wydarzenia ostatnich dni są swoistym apogeum zła.
Rzeczywiście winien był urodzić się w czasach pokoju gdzie mógłby rozwinąć
swój talent pisarski. Ale cóż zrobić rzeczywistość była jaka była i nie dało
się jej ni jak zmienić. Na powtarzający motyw natknąłem sie i w Mazowszu a
bardziej na pokrewny opisane są tam okrucieństwa wojny, śmierć wielu ludzi i
płynąca krew po mazowszańskiej ziemi krew. Gdzieś pod koniec doszukałem się
pragnienia i prośby o to by nie zginął bezimiennie i pozostał po nim ślad.
Rozmawialiśmy jeszcze chwilę, dopił swoją czarną kawę, podał mi rękę i
zwrócił się bardzo uprzejmie.
- Bardzo przepraszam ale naprawdę muszę już iść, żona czeka, bardzo ją
kocham, a ona na pewno się już denerwuje.
Obrócił się na pięcie i odszedł, zdążyłem jeszcze krzyknąć:
- Spotkamy się kiedykolwiek jeszcze?
- Zapewne w Arkadii. - odpowiedział od niechcenia i zniknął mi z pola
widzenia.
Czułem, jak z każdą chwilą napływają mi łzy, zacząłem biec, chcąc jak
najdalej uciec od otaczającego mnie świata. Wpadłem do swojego malutkiego
mieszkania na Mokotowie pospiesznie spakowałem najpotrzebniejsze rzeczy i
uciekłem...
Po kilku miesiącach zdecydowałem wyjść z ukrycia i powrócić do mego
rodzinnego miasta. To co tam zastałem wywołało we mnie silny szok, nie było
już ogrodu Saskiego, a w nim łabędzi; ani drzewa za którym skrywałem się.
Nie było też kawiarenki, jakże mi bliskiej. NICZEGO nie było.
Taka była cena za wolność, dopiero wtedy zdałem sobie z tego w pełni
sprawę. Stałem, a przede mną rozciągał się obraz pogorzeliska i ruin, aż po
sam horyzont. Był to tak przygnębiający widok, iż wydawało się że samo
słońce płacze, przeciskając swe promienie przez gęstą warstwę chmur . W
oddali pojawiła się mała grupa ludzi brudnych, obdartych z ubrań, a ich
twarze pokryte sadzą niedawnych wybuchów potęgowały jeszcze bardziej nastrój
grozy. Podbiegłem do nich.
- Bracia co się stało?
- Przegraliśmy, po prostu przegraliśmy.
- A co się stało Kamilem.
- Kamilem?
- Yyyy, Krzysztofem, Kamilem!
- To co prawie ze wszystkimi. Zobacz na podwórzu Ratusza - tam leży.
- Powstanie zaskoczyło go w śródmieściu przy ul. Focha, został skierowany
na stanowisko w Pałacu Blanka i tam - zawiesił na chwilę głos - czwartego
dnia powstania...
- A jego żona co z jego ukochaną Barbarą?
- Nawet nie dowiedziała się biedaczka o jego śmierci. Ranna 24 sierpnia,
dołączyła do niego pierwszego dnia września.
Udałem się czym prędzej na wskazane mi miejsce, targany wyrzutami
sumienia, iż mogłem zachować się jak mężczyzna; jak patriota i tak jak
wszyscy stanąć do walki. Brakowało mi odwagi. Nie potrafiłem z godnością
walczyć a tym bardziej umrzeć.
Postanowiłem oddać mu coś, co pozwoliłem sobie przywłaszczyć, był to
skrawek gazety, na której Baczyński zdołał zapisać swoje ostatnie słowa:
"Wołam cię obcy człowieku
co kości odkopiesz białe
kiedy wystygną boje
szkielet mój w ręku będziesz miał
sztandar ojczyzny mojej"
Rozłożyłem kartkę na skromnej mogile, przyciskając ją szarym, zimnym
kamieniem i odszedłem...
Odszedłem tak, aby już nigdy więcej nie powrócić.
Opowiadania: Ręka
Autor: Cobretti
[op2] Ręka.
[ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████]
Potworny ból głowy. Pulsująca krew, która wybijała rytm naznaczony przez
ciśnienie krwi. Cała, prawa strona czoła była uwalana w jakiejś mazi,
pokryta skorupą zaschniętej substancji i nienaturalnie wypukła.
Dotkliwa wilgoć przenikała go na wskroś. Starał się przypomnieć sobie, w
jaki sposób znalazł się w tym miejscu. Było ciemno - tak ciemno, że nie mógł
zobaczyć swojej ręki, którą trzymał przed oczami. Przebywał tu już od
godziny, może od dwóch, a może trzech. Nie pamiętał kiedy się ocknął, chyba
stracił już poczucie czasu. Ciemność go przerażała. Normalnie wystarczy 45
minut, żeby przywyknąć do braku światła. Nagle coś usłyszał. Oznaczało to
tylko jedno - nie jest sam. Jakieś dziwne, ciche odgłosy niosły się echem
po... no właśnie. Znajduje się pod ziemią? W jakimś budynku? A może coś się
dzieje z jego świadomością?
Niestety nie znał odpowiedzi. Podłoga była twarda, ale nie miała
charakterystycznych rowków dla bruku lub cegieł. Wydawała się gładka, tylko
gdzie nie gdzie obficie posypana była ziemią. Wstał i próbował zrobić kilka
kroków. A może to złudzenie? Może wcale nie jest taka równa i gładka,
przecież nie jest wykluczone, że... Upadł. Głowa zamiast uderzyć o podłogę,
zawisła nieruchomo nad otworem, z którego wydobywała się cuchnąca woń
rozkładającego się mięsa. Teraz było ją czuć wyraźnie, wcześniej jakoś nie
wychwycił tego zapachu, być może dlatego, że przebywał przez dłuższy czas w
tym pomieszczeniu i zdążył się do tej woni przyzwyczaić. Zbytnio się tym nie
przejął, ale coś go tknęło.
Co on tu robił? Wciąż zadawał sobie to pytanie, ale jakoś nie mógł znaleźć
odpowiedzi. Na wszelki wypadek wolał się już więcej nie przemieszczać, a
przynajmniej robić to ostrożnie. Nie, nie bał się ciemności, którą znał,
przerażała go ciemność, o której nic nie widział. Skoro nic nie da się
zdziałać to może by tak zacząć myśleć. Usiadł na podłodze, odsunął się nieco
od cuchnącej studni i próbował sobie przypomnieć jak się tu znalazł.
Spodnie, kamizela wojskowa, potężne buty, jakaś uprząż. Pamięta wojsko,
elitarną jednostkę w jakiej służył, zaszczyty, honory, wojnę... Ale to było
dawno temu. Może coś z ostatnich dni? Niestety, nic - pustka w głowie.
Przejechał po twarzy, zarost chyba 2 dniowy, czyli znajduje się w tym
stanie przynajmniej od 30 godzin. Normalnie zawsze się golił. Kieszenie,
wydawały się puste, ale jednak znalazł w nich nóż. Czy potrzebował czegoś
więcej? W tych ciemnościach przydałaby się latarka, ale to byłby komfort, a
do luksusowych warunków nie był przyzwyczajony.
Kiedyś, zanim jeszcze został zwerbowany do komandosów, prowadził szkołę
przeżycia w ekstremalnie trudnych warunkach. Zawsze mawiał, że do przeżycia
wystarczy nóż i trochę wyobraźni. Teraz miał nóż i mnóstwo czasu, żeby
przemyśleć to i owo. Problemem były tylko egipskie ciemności. Przypomniał
sobie przyjaciela. Dawny znajomy, jeszcze z lat młodzieńczych. Dużo ze sobą
rozmawiali, bardzo często zadawał mu pytania w jaki sposób porusza się i nie
wpada na przedmioty, bądź w jaki sposób potrafi wyczuć obecność drugiego
człowieka w pobliżu. Tak, miał przyjaciela, który był niewidomy. Teraz
zaczął przypominać sobie sposób zachowania chłopaka. Usłyszał jego słowa -
matka nie musi widzieć swojego syna, żeby stwierdzić, że to właśnie on
płacze. Dobrze to ujął, tak jak matka w tym przypadku, on posługiwał się
dzwiękiem. Brak wzroku zastępował mu wyostrzony słuch.
Usiadł na wilgotnej posadzce, zamknął oczy i wsłuchał się w ciemność.
Piski - do tej pory ich nie słyszał. Poczuł łagodny przepływ strumienia
powietrza po rękach. Po chwili stwierdził, że jest cała gama bodźców,
których nie zauważał, bo myślał innymi kategoriami. Teraz trzeba to
wykorzystać i wydostać się stąd. Jak się poruszać po tych pomieszczeniach,
nie narażając się przy okazji na niespodzianki? Niewidomy używa laski, więc
on zamiast laski postanowił wykorzystać własną nogę. Przed każdym krokiem,
omiatał na przemian, raz lewą raz prawą nogą, teren przed sobą. Szło się
wolno, ale wciąż do przodu.
Stop! Coś miękkiego dało się wyczuć pod butem. Schylił się, dotknął, wziął
do ręki... po chwili odrzucił ze wstrętem. Ręka zaczęła szczypać i
prawdopodobnie krwawić. To był nadzwyczaj wielki, zdechły szczur, w dodatku
zarobaczywiony. W palec wpił mu się jakiś czerw i coś ruszało mu się pod
skórą. Wyjął nóż i bez wahania usunął larwę wraz z częścią ciała. Palec
natychmiast powędrował do ust, jedyne czyste miejsce jakie posiadał.
Pokarm i woda. Musiał to zdobyć, jeżeli chciał cokolwiek zdziałać. Bez
tabletek oczyszczających, woda jaką mógł tu uzyskać nie nadawała się do
spożycia. Jedyne wyjście to destylacja, a to wymaga czasu i sprzętu. Ale nie
tylko, gdyby udało mu się zabić odpowiednią ilość szczurów... miał pewien
pomysł.
Doszedł do ściany, była ohydnie lepka i zimna. Tak jak podłoga, wydawała
się być z jakichś metalowych płyt, chociaż nie mógł doszukać się łączenia
pomiędzy nimi. Pomimo to trzymał się trasy jaką wyznaczała ściana. Szedł
wzdłuż niej jakiś czas, aż wreszcie stwierdził, że nie ma żadnych gwarancji,
że nie posuwa się w kółko. Pomieszczenie przecież mogło być okrągłe, tym
bardziej, że nie natknął się na żadne załamania, a ściana miała tendencję to
zakrzywiania się. Postanowił zrobić jakiś znak. Pozostawił uprząż, najwyżej
ją straci, ale będzie wiedział jak sprawy stoją.
Przewidywania się sprawdziły. Po jakimś czasie dotarł w to samo miejsce.
Dziwne, pomyślał. Może przegapił jakiś otwór w ścianie? Może było coś wyżej?
Bez wzroku był bezradny jak dziecko. Znowu zaczął myśleć jak jego
przyjaciel. Stanął, uspokoił myśli, zaczął wczuwać się w ciemność.
Przypomniał sobie strumień powietrza, który omywał jego ręce, gdy leżał przy
otworze, gdzieś w tej sali. Skoro był przeciąg, to znaczy, że musi być także
drugi otwór. Postanowił skierować się w stronę studni. Nie było to teraz
trudne zadanie, węch mu znacznie ułatwił wyszukiwanie. Przezwyciężając
obrzydzenie, włożył rękę do środka i obmacał brzeg studni. Pod kątem
prostym, wykonany z metalu.
Pomieszczenie było sztuczne, teraz był o tym niemal przekonany.
Rozkładające się mięso to z pewnością ludzie, którzy tam wpadli przez
przypadek lub w przypływie rozpaczy. Co gorsze, wszystko było jakieś takie
nienaturalne. Jeden napotkany szczur, metalowa sala, brak wejść, wyjść...
wtem zaczęło mu chodzić po głowie jedno zdanie. "Tylko dwa dni, ok? Dwa
dni!" Jakie to miało znaczenie? Nie wiedział, ale nie dawało mu to spokoju.
Siedzieć tutaj nie mógł, bo prędzej czy później padnie z głodu i braku wody.
Jeżeli wyjdzie z tego, bez złapania jakiegoś choróbstwa lub gangreny też
będzie zadowolony. Po podłodze łaziło mnóstwo robactwa, ale nie to
przejmowało go największym obrzydzeniem. Teraz głowę miał zaprzątniętą czym
innym. Postanowił zejść tym szybem, w głąb studni. Nie raz chodził kominami
w jaskiniach, więc czemu miał sobie i tym razem nie poradzić, tym bardziej,
że czas mijał nieubłaganie i nic się nie działo. Te odgłosy dochodziły
właśnie stamtąd, więc była szansa, że schodząc w czeluść studni, znajdzie
jakieś wyjście.
"Tylko dwa dni. Maksymalnie dwa dni, pamiętaj!" - pomyślał.
Co jest u licha? Jakie dwa dni? Myśl, myśl, bo pewnie ma to coś wspólnego
z Twoim pobytem w tej dziurze... Taa, łatwo powiedzieć, gorzej zrobić.
Strącił ręką kilka obleśnych stworzeń, jakie wpełzły na jego nogi.
Postanowił zagłębić się w studnię. Zaparł się plecami, nogi i ręce trzymał
wyciągnięte i oparte o przeciwległą ściankę pionowego tunelu. Teraz na
przemian ruszał rękoma i nogami, poruszając się coraz niżej i niżej. Przy
kolejnym automatycznym skurczu ciała, jego prawa noga natrafiła na pustkę.
Ostrożnie, tak, żeby nie stracić kontaktu, obrócił się i zszedł niżej.
Wszedł w poziomą odnogę, wychodzącą ze studni. Widoczność była w dalszym
ciągu zerowa. Usiadł odpocząć. Głowa bolała go niemiłosiernie. Dał odpocząć
rękom i nogom. Nagle sobie uświadomił pewne fakty. To co spotkał na górze,
to nie był szczur, to co słyszał to nie były znajome odgłosy, a zapach
gnijącego mięsa, to nie zapach mięsa...
Złapał się za głowę - zrozumiał w czym rzecz. Wreszcie uświadomił sobie
cel jaki miał osiągnąć. Dwa dni - teraz wiedział co to oznaczało. Powoli
odzyskiwał pamięć. Dwa dni, obcy statek, pakamery, śluzy, szyby
wentylacyjne, uderzenie, wstrząs... Jakoś to musi powiązać, chociaż wydawało
mu się już za późno. Zaraz, zaraz... Tajna misja, miał na nią dwa dni. Teraz
sobie przypomniał.
Razem z II Oddziałem Marines miał się udać na pustynię, gdzie odkryto
jakiś dziwny układ wentylacyjny, poprzedzielany pakamerami. Ci co weszli do
niego po raz pierwszy wywlekli na powierzchnię jakieś choróbstwo, nikt nie
miał pojęcia co to jest. Objawy były beznadziejne, to coś żerowało na
ludziach. Małe, obleśne robale, żyjące w trzewiach człowieka, wychodziły na
zewnątrz ciała. A wszystko powoli i bezboleśnie...
Po wstępnych badaniach materiałów z jakich wykonano te szyby, eksperci
stwierdzili, że nie zostały zrobione przez człowieka. Nie wiadomo było
również, co miało zawierać wnętrze tego obiektu. Jednak udało się
prześwietlić pomieszczenia i z grubsza otrzymać zarys kanałów oraz wygląd
struktury wnętrza. Teraz sobie przypominał coraz wyraźniej. Zresztą sam się
nawet zgłosił na ochotnika, żeby zbadać przeznaczenie tego labiryntu.
Wiedział jak to się stało, że stracił przytomność i pamięć. Schodził w
jeden z szybów pionowych, ale zabrakło mu liny do dalszego zejścia.
Postanowił się odpiąć i kontynuował zejście stylem kominowym. Latarkę wtedy
jeszcze posiadał, wszystko stracił na jednej z odnóg, do której wszedł.
Chciał pójść na rekonesans, a potem dalej kontynuować schodzenie, ale wpadł
do otworu. Potem już nic nie pamięta, ocknął się na ziemi w tej pakamerze.
Najprawdopodobniej zderzenie w płytą podłogi wywołało wstrząs mózgu i
czasowy zanik pamięci. Nie był tego taki pewien, może czegoś się nabawił.
Teraz to nie miało znaczenia, minęła już najprawdopodobniej wyznaczona
ilość czasu i całość została zalana betonem na wieki. Taki był plan - miał
48 godzin na spenetrowanie terenu, potem mieli zalać znalezisko, żeby nie
mógł się do niego dobrać nikt z zewnątrz. Następnie miało być
napromieniowane i wypełnione pod ciśnieniem gazami żrącymi, które miały
wybić wszystkie organizmy. Problem w tym, że on miał się dowiedzieć co
jeszcze jest w środku. Niestety, teraz już się nie liczy. Odpadł z tej gry
przed czasem.
Siedział w tym korytarzu i myślał, coraz bardziej zdawał sobie sprawę ze
swojego beznadziejnego położenia. A może jest gdzieś jeszcze jakieś inne
wyjście? A może... nagle stwierdził, że nie ma czucia w lewej ręce. Uderzył
nią o kolano, nic... dotknął jej prawą ręką i zamarł. Lewa ręka się ruszała,
pod skórą wyczuł tysiące obleńców. Po chwili ręka się rozsypała niczym
woreczek z kaszą. Dobrze, że było ciemno, dobrze, że chociaż tego nie
widział i dobrze, że tego nie czuł. Nie martwił się teraz brakiem wody i
pokarmu. Teraz to on stanowił pożywienie. Jaka ironia losu, kto by pomyślał.
Kilka, kilkanaście metrów nad nim byli ludzie, którzy mogli mu jeszcze
pomóc. Wszystko jednak skończone. Jest tu zamknięty na wieki. Chyba, żeby
dał jakiś znak, w jakiś sposób poinformował ich, że żyje. Robactwo można
było wytępić, nie było ono co prawda znane nauce, ale nie stanowiło
problemu. Gdyby udało mu się wydostać, miał by może jakąś szansę. Postanowił
wracać na górę. Miał tylko jedną dłoń czy zdoła? Zaczynało mu się robić
słabo, w ciemności zaczął widzieć jakieś kształty. To chyba jakieś chore
przywidzenia - pomyślał. Postanowił jeszcze chwilę odpocząć.
Czekał. Pomyślał o głowie, przecież też była porozbijana i krwawiła. Czy
teraz przyjdzie czas na głowę? Po chwili przestał myśleć...
Ogłoszenia
Autor: Reporter
Nadawca: Marcin Suchozebrski [ █████████████████ ] W związku z ostatnimi splitami, desynchami i lagami polskiej części EUnetu pragniemy zaproponować nową alternatywną sieć serverów irc gdzie nie będziesz wywalany przez server co 30 minut, traktowany po macoszemu oraz killowany bez przyczyny. Jeśli inicjatywa spotka się z zainteresowaniem, mamy w planach uruchomić nowe servery w w wielu miastach Polski, USA, Kanady, Wielkiej Brytanii i Niemczech Obecne servery PolNet: venus.ci.uw.edu.pl, ruby.kari.put.poznan.pl, delfin.elka.pw.edu.pl, nzs.sci.agh.edu.pl oraz monolyth.marmic.com.pl
Konkurs Reportera
Autor: Sokołek
[ Marcin Sokołowski - Sokołek - █████████████████████████████ ]
[ Cobretti ]
Wszystkie sprawy związane z konkursem w następnym numerze! Ten konkurs
musi się rozkręcić, zgłaszaj swoje strony, wybieraj najlepsze, niech się
dzieje! Wszystkie szczegóły na stronie Reportera. Uwagi i zgłoszenia kieruj
bezpośrednio do Sokołka.
Reporter 10/1996
Wstępniak: Sprawy techniczne
Autor: Cobretti
[ws1] Sprawy techniczne.
[ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]
.-~~\ Mamy Jubilesz! Dziesiąte wydanie w pięć miesięcy! Ależ tempo,
/ \ _ sam się tego nie spodziewałem. Można by go jeszcze podkręcić,
~x .-~_)_ co? Można! Kwestia "mania czasu". Akurat znalazłem kilka
~x".-~ ~-. chwil i dlatego tak się sypie numer za numerem.
_ ( / \ _ Teraz nastąpi przerwa, aż do stycznia. Mam zamiar
|| T o o Y || skończyć numer półroczny i jest to ostatnia
==:l l < ! I;== szansa na nadsyłanie swoich adresów i advertów,
\\ \ .__/ / // które ukażą się w wydaniu Pecetowym, gdzie
\\ ,r"-,___.-'r.// oczywiście znajdą się wszystkie numery Reportera.
}^ \.( ) _.'//. Będzie to coś w rodzaju składanki, oczywiście
/ }~Xi--~ // \ pojawi się tam wiele innych tekstów
Y Y I\ \ " Y nieopublikowanych w Reporterze - wraz z muzyką.
| | |o\ \ | Wciąż czekam na teksty. Reporter się nie zmienił,
| l_l Y T | dalej możesz przysyłać wszystko co chcesz, więc
l "o l_j ! nie zastanawiaj się ani chwili, tylko chwytaj za
\ / pióro (tzn. klawiaturę), pisz i przysyłaj.
,.---^. o .^---.._____ W Nowym Roku pojawi się wreszcie trochę
" ~ ~~~" prac na FTP Reportera. Zapraszam do
przysyłania kolejnych. Reporter promuje ludzi działających na płaszczyźnie
muzyki, grafiki, programowania, o tekstach już nie wspominając.
Sorry za małą wpadkę ostatnio. Listserv narozrabiał i pozamieniał
oryginalne pola "From:" w tekście o IRC, na swoje From, które wstawia na
początku maila. Już Emax to poprawił, więc więcej takich wpadek nie będzie.
Idą święta - chwile odpoczynku, refleksji, zabawy Noworocznej - zatem:
Życzę Ci z całego serca, udanych i szczęśliwych Świąt Bożego Narodzenia
oraz jak najlepszego, pełnego wspaniałych przeżyć i doznań Nowego Roku.
Niech to będą święta, które przyniosą Ci wiele ciepłych chwil, miłych
wspomnień, niezapomnianych doznań, pełnych uroku, spędzonych z rodziną
wieczorów. Chciałbym, żebyś nie musiał w te święta ani przez chwilę myśleć o
czymś przykrym lub przygnębiającym.
Wiedz, że bardzo ważne dla mnie jest, abyś pamiętał w te święta o tych
ludziach, którzy nie dostaną kartki świątecznej od bliskich, bo takowych nie
mają. Powiedz im kilka miłych słów - to cieszy, a chciałbym, żeby w te
święta wszyscy czuli się wspaniale. Życzę Ci także, niesamowitego prezentu
od św. Mikołaja, być może takiego, jaki sobie wymarzyłeś - marzenia się
spełniają, uwierz mi.
Oczywiście nie zapomnij o Reporterze - znajdź chwilę, siądź i poczytaj na
spokojnie to co piszą dla Ciebie autorzy świetnych tekstów. BUUM - poszedł
korek od szampana:-)
Wstępniak: Człowiek Roku
Autor: Cobretti
[ws2] Człowiek Roku.
[ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]
Zostałem Człowiekiem Roku - Internet'96. To już wiesz - jeżeli nie, to
zapraszam na stronę Reportera, tam dowiesz się więcej szczegółów. Dziękuję
wszystkim, którzy pomogli przyczynić się do mojego sukcesu - Reporter to nie
tylko ja - to kilkanaście osób, którzy dostarczają teksty, korektorzy,
obsługa techniczna, administratorzy serwerów, ludzie promujący Reportera.
Nie tylko oni - to również Ty, drogi czytelniku, bo bez Ciebie cały ten
interes by się nie kręcił. Wszystko robimy dla Ciebie, pragnąc, byś był w
pełni zadowolony z końcowego efektu. Tak więc nagrodzonymi powinni być
wszyscy i o wszystkich pamiętam. Dziękuję również za przysyłane gratulacje,
które dopingują mnie do jeszcze lepszego działania.
Oczywiście gorące podziękowania składam korporacji kanadyjskiej SkyNet
Communications, która dostrzegła moje zaangażowanie i odpowiednio je
doceniła.
To bardzo duże wyróżnienie, dlatego nie zamierzam siedzieć z założonymi
rękoma i upajać się sukcesem - przeciwnie, chcę, żeby moja działalność
przyniosła korzyści innym. W tej chwili moje wyróżnienie wykorzystywane jest
do poprawy dostępu i usług internetowych na naszej uczelni, stara się o to
pan Maciek Uhlig i ja. Osobiście chciałem przyczynić się do poprawy warunków
na innych uczelniach, czekam na propozycje współpracy, pomysły i sygestie.
Druga sprawa, to obecne rozmowy z Dziekanem oraz Rektorem U.Śl., jak
również uczestnictwo w nadchodzącym zebraniu - poruszę tam kilka spraw,
które powinny pomóc studentom na naszym wydziale i naszej uczelni.
Chcę wykorzystać Reportera do akcji udostępniania programów DarWare:-).
Tzn. program byłby rozpowszechniany w pełnej wersji, całkowicie za darmo, a
jeżeli ktoś zdecydowałby się na jego używanie i zostawienie go sobie, miałby
wpłacić pewną kwotę (dowolną) na jakiś szlachetny cel, np. Dom Dziecka,
potrzebującym wsparcia finasowego, schronisko dla zwierząt, itp.
Już mam zgłoszenie takiego programu, a Reporter będzie takie programy
promował. Chciałem również zająć się ochroną środowiska i zrobieniu czegoś w
tym kierunku. Sprawą dla mnie ważną jest poprawienie bezpieczeństwa w
Polsce, bo w tej chwili pójście z dziewczyną do parku wieczorem grozi nawet
kalectwem. Jeżeli uda mi się uratować choć jedno życie, pomóc chociaż jednej
osobie - będę z siebie dopiero wtedy zadowolony.
Wiem - powiesz, że to są tylko słowa, ale mam zamiar te słowa obrócić w
konkretne działania, zresztą już to robię. Masz jakieś inne propozycje,
uwagi, chcesz się przyłączyć - napisz, adres znasz. Dysponujesz
informacjami, którymi warto się podzielić z innymi, też pisz. Jestem otwarty
na wszystko, a sam Reporter może posłużyc jako świetne medium do
przeprowadzania szlachetnych akcji.
To tyle na razie z mojej strony. O wszystkim będę informował na bierząco.
Tiaaa... jestem dalej tym samym Cobrettim co trzy tygodnie temu, tylko
spadło na mnie więcej obowiązków - żadna woda sodowa mi do głowy nie
uderzyła:-)
Na szybko: Zagadki & Liczba pierwsza
Autor: Cobretti
[sz1] Zagadki matematyczne.
[ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]
Zadanie polega na podstawieniu za każdą literę cyfry tak, żeby podane
działania matematyczne były poprawne. Każda powtarzająca się litera to taka
sama cyfra (tylko w obrębie jednego zadania). Rozwiązania na końcu numeru.
Dobra rzecz na świąteczne wieczory. Może sam wymyślisz jakieś zadania, z
chęcią je tutaj opublikuję.
1) 2) 3)
ZR - RZ = RC WX * O = AC ZN + GE = EG
+ + + * * * + + +
WZ - RA = XC H * C = WX ZE + GK = EZ
----------------- ----------------- -----------------
BW - XC = WD HM * XA = WDDA LZ + PG = KL
[sz2] Liczba Pierwsza
[ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]
Liczba pierwsza to taka liczba, która dzieli się tylko przez jeden i przez
samą siebie. Problem polega na tym, że nie jest łatwo znaleźć wysokie liczby
pierwsze. Ostatnią najwyższą liczbę pierwszą znalazł superkomputer Cray, po
długich obliczeniach. A obecną obliczyły komputery, porozrzucane po całym
świecie, dzięki sieci Internet. Oczywiście obliczenia trwały w tym samym
czasie, a wyniki pośrednie były przekazywane pomiędzy komputerami. Teraz
największa liczba pierwsza wynosi 2 do potęgi 1398269 minus 1. Zapisać ją
można na 420921 pozycjach. Czyli zajmuje ponad 233 kartki maszynopisu!
Warsztat: Przepisy świąteczne
Autor: Danuta Banecka
[wa1] Przepisy Świąteczne.
[ Danuta Banecka - ███████████████████ ]
Barszcz Wigilijny:
Na 1 1/2 l wody: 3 średnie marchewki, 2 pietruszki, 1/4 selera, 1
podpieczona cebula, 5dkg suszonych grzybów, 2 listki laurowe, 4 ziarnka
ziela angielskiego, 2-3 ziarnka pieprzu, ząbek czosnku - ugotować wywar.
Osobno pokroić w talarki 4 duże buraki, zalać 1/2 l wody z dodatkiem octu
i gotować ok. 1/2 godz. Gdy wywar z jarzyn i buraków jest już gotowy,
przecedzić wszystko razem, raz zagotować, doprawić solą, cukrem i kwasem
buraczanym.
Kwas Buraczany:
2-3 duże buraki obrać, pokroić w talarki, ułożyć w słoju lub glinianym
garnku, zalać ok. 1 l przegotowanej, letniej wody. Na wierzchu położyć
kawałek razowego chleba (najlepiej piętkę), obwiązać ściereczką i pozostawić
w ciepłym pomieszczeniu na 5 - 8 dni. Gdy barszcz sfermentuje, zlać do
butelki lub słoika, dobrze zamknąć, przechowywać w chłodnym miejscu.
Uszka z grzybami:
ciasto: 1 szklanka mąki, 1 jajo, trochę wody, sól;
nadzienie: 10 dkg suszonych grzybów, 1 cebula, 1 jajo, sól, pieprz;
Grzyby starannie opłukać, ugotować, odcedzić, przepuścić przez maszynkę
(wywar można zużyć do zupy lub sosu). Cebulę pokroić w drobną kostkę i
podsmażyć na tłuszczu na złoty kolor, dodać grzyby, ostudzić. Następnie wbić
do grzybów jajko i dobrze wymieszać, doprawić solą i pieprzem. W dużym
garnku nastawić wodę do gotowania uszek.
Mąkę przesiać, wymieszać z jajkiem, solą i wodą i wyrobić niezbyt twarde
ciasto. Rozwałkować, pokroić w kwadraty (ok.4 x 4 cm), nakładać nadzienie.
Zlepiać trójkąty, a następnie dwa rogi ze sobą. Gotować we wrzącej, osolonej
wodzie.
Sandacz po polsku z jajami:
1 kg sandacz oczyścić, posolić, włożyć do wanienki do gotowania ryb
grzbietem do góry, zalać wodą, dodać 2-3 marchewki, 1-2 pietruszki, 1 por,
1/4 selera, 2 listki laurowe, 4 ziarenka pieprzu i 2 ziarenka ziela
angielskiego. Gotować pod przykryciem bardzo powoli ok. 20 minut. Gdy
sandacz miękki, wyłożyć na półmisek i obficie polać rozpuszczonym masłem
wymieszanym z 2 ugotowanymi na twardo i drobno pokrajanymi jajami. Rybę
ugarnirować ugotowanymi jarzynami, resztę sosu podać w sosjerce.
Sandacz duszony w winie:
1 kg sandacza oczyszczonego i posolonego w całości włożyć do wanienki,
dodać 2 łyżki masła, 1/2 szklanki białego wina i dusić pod przykryciem na
wolnym ogniu. Gdy stanie się miękki, wyłożyć na półmisek i trzymać w cieple.
Wywar przecedzić, rozetrzeć 1 łyżkę masła z 1 łyżeczką mąki, rozprowadzić
wywarem, dodać trochę wina, zagotować, zaciągnąć 2 surowymi żółtkami i
wcisnąć trochę soku z cytryny do smaku. Sosem polać rybę.
Mak wigilijny do kluseczek:
1 1/2 szklanki maku, 2-3 łyżki słodkiej śmietanki, 3-4 łyżki miodu, po 1
łyżce pokrojonych migdałów, orzechów laskowych, włoskich, fig, suszonych
moreli, smażonej skórki pomarańczowej, opłukanych rodzynek, olejek
migdałowy.
Mak sparzyć wrzątkiem, pozostawić do osączenia na noc, następnie zmielić 3
razy maszynką z gęstym sitem. Wymieszać z bakaliami, można dodać kieliszek
rumu. Podawać z kluseczkami z ciasta pierogowego.
A teraz jeszcze kawałek "Wigilii"
"Przykład wigilii skromniejszej wg Marii Monatowej (1910r):
1. Barszcz z uszkami - Zupa rybna
2. Szczupak w galarecie
3. Karp na szaro
4. Lin smażony z chrzanem
5. Kompot ze śliwek suszonych
6. Budyń migdałowy z szodonem
7. Kutia
Wigilia wykwintna:
1. Barszcz z uszkami - Zupa rybna puree
2. Paszteciki z ryb we francuskim cieście
3. Lin duszony w czerwonej kapuście
4. Sandacz w śmietanie "au gratin"
5. Łosoś z rusztu - sałata włoska
6. Mak tarty z łamańcami
7. Galareta ananasowa
W "Nowoczesnej kuchni domowej" A. Pietkowej z 1935 roku mamy bardzo
podobny zestaw:
1. Barszcz z uszkami
2. Gołąbki z ryżem i grzybami
3. Karp smażony
4. Sałatka z czerwonej kapusty
5. Kapusta z grzybami i ziemniakami
6. Strudel z jabłkami
7. Kompot z suszonych śliwek
8. Miód pitny
Oto zestawy wg Stefana Kuczyńskiego z jego "Specjalności kuchni polskiej"
wydanej w 1958 roku:
I zestaw:
1. Barszcz wigilijny z uszkami - Zupa migdałowa
2. Karp w szarym sosie z łazankami
3. Szczupak smażony
4. Kapusta z grzybami
5. Kompot z suszonych owoców
6. Łamańce z makiem
7. Pierniki, bakalie, owoce
II zestaw:
1. Zupa rybna
2. Rosół z lina
3. Kulebiak z ryba lub z kapusta i grzybami
4. Sandacz po polsku z jajami i masłem
5. Sandacz duszony w winie
6. Kompot z suszonych owoców
7. Mak wigilijny z łazankami
8. Strucle z makiem, strucle z masa migdałowa
9. Pierniki, bakalie, owoce
III zestaw:
1. Zupa migdałowa - Zupa grzybowa
2. Szczupak faszerowany
3. Szczupak po polsku zapiekany w sosie chrzanowym
4. Lin duszony w czerwonej kapuście
5. Kompot z suszonych śliwek
6. Tort makowy
7. Pierniki, bakalie, orzechy, jabłka
Nie oprę się, żeby się nie pochwalić zestawem wigilijnym mojej Mamy,
Wandy, która kultywuje tradycje z Wołynia:
1. Barszcz czerwony z uszkami
2. Pierogi z kapusta i grzybami
3. Karp w galarecie
4. Sandacz smażony
5. Kluseczki z makiem z bakaliami
6. Kompot z suszu z dodatkiem fig i daktyli
7. Piernik, keks (cwibak), strucle makowe i serowe
Warsztat: Historia muzyki cz.2
Autor: Stanley
[wa2] Historia Muzyki cz.2
[ Tomasz Staś - Stanley - ██████████████ ]
Grecja
W historii starożytnej Grecji wyróżniamy trzy okresy:
1. Archaiczny (do VI w. p.n.e.)
Najwcześniejsze wiadomości na temat rozwoju muzyki greckiej czerpiemy z
dwóch wielkich dzieł Homera: "Iliady" i "Odysei", oraz wykopalisk i zabytków
ikonograficznych. Twórczość epicką czasów pohomeryckich reprezentowały
przede wszystkim mity bohaterskie (np. "Teogonia" Hezjoda przedstawia
powstanie świata i genezę bogów). Poematy epickie wykonywano w sposób
recytatywny przy akompaniamencie kithary (melodeklamacja była swobodnie
dostosowywana do rytmiki i melodii tekstu słownego).
W VII i VI wieku p.n.e. rozwinęła się liryka. Uprawiano lirykę solową i
chóralną. Ośrodkiem liryki monodycznej była wyspa Lesbos, a najdoskonalszymi
lirykami Safona i Alkajos. Do liryki solowej zaliczamy takie formy jak :
skaion i nomos. Liryka solowa wykonywana była z akompaniamentem kithary lub
liry. Lirykę chóralną, która najwcześniej popularność zyskała w Sparcie
reprezentowały zróżnicowane gatunkowo pieśni takie jak:
- oda (3-częściowa pieśń pochwalna, części skrajne to pochwała bohatera, a
część środkowa to opis wydarzeń)
- tren - pieśń o treści żałobnej
- epinikion - pieśń zwycięstwa
- dytyramb - pieśń ku chwale Dionizosa
- pean - pieśń dziękczynna
- hymn - uroczysta pieśń pochwalna
- jamb - krótki żart poetycki
- elegia - refleksyjna pieśń o zróżnicowanej treści.
Dwie ostatnie formy nie były śpiewane, lecz recytowane z towarzyszeniem
instrumentu.
Liryka chóralna najczęściej była wykonywana z towarzyszeniem aulosu. W
okresie tym tworzył ojciec greckiej kitharodii - Terpander.
kitharodia - śpiew solowy z towarzyszeniem kithary
kitharosis - gra na kitharze
aulodia - śpiew solowy z towarzyszeniem aulosu
aulosis - gra na aulosie
2. Klasyczny (V i IV wiek p.n.e.)
Jest to rozwój dramatu (tragedia, komedia, dramat satyryczny). Głównymi
przedstawicielami tragedii są:
- Tespis (wprowadził jednego aktora)
- Ajschylos (wprowadził dwóch aktorów)
- Sofokles (wprowadził trzech aktorów)
- Eurypides (rozwinął tragedię)
Przedstawicielami komedii są: Arystofanes i Menander.
Dramat rozpoczynał się wejściem chóru. Miejsce na scenie, gdzie występował
chór nazywa się orchestra. Pieśni chóru oddzielały kolejne wypowiedzi
postaci dramatu. W partiach szczególnie burzliwych chór uczestniczył w
akcji. Na zakończenie - exodus - chór dawał podsumowanie, ocenę wypadków
przedstawienia. W skład chóru wchodziło 12-15 osób, chór dzielił się na dwie
lub trzy grupy, każda miała przewodnika - karyfeusza, aktorzy występowali w
maskach i na koturnach.
W okresie klasycznym rozkwita teoria muzyki, estetyka oraz krystalizuje
się system tonalny.
3. Hellenistyczny (330 - 27 r. p.n.e.)
W tym okresie dramat stracił popularność jako gatunek poetycko-muzyczny.
Uległ osłabieniu synkretyzm tej formy. Wyodrębniły się widowiska
pantomimiczne, chóralno - instrumentalne bez wątku dramatycznego oraz czysto
słowne utwory teatralne. Muzyka grecka miała przede wszystkim charakter
wokalny, gdyż przez całe wieki towarzyszyła poezji.
Teoria muzyki zaczęła się formować w VI w. p.n.e. Koncentrowano się
głównie na zagadnieniach kosmologicznych. Muzykę rozpatrywano jako jeden z
elementów kosmosu i próbowano znaleźć podobne zależności obowiązujące w
muzyce i wszechświecie. Pitagoras i jego uczniowie odkryli, że w materiale
dźwiękowym rządzą te same prawa co w kosmosie: ruchu i liczb. Źródłem
dźwięku jest ciało drgające, a dźwięki muzyczne i odległości między nimi
wykazują zależności matematyczne. Poza tym stworzyli jeden z pierwszych
systemów muzycznych - system kwintowy (pitagorejski). Posługiwali się oni
również monokordem (instrument do celów doświadczalnych z jedną struną).
Stworzyli podstawy dla akustyki muzycznej, nazywano ich kanonikami (od sł.
kanon-prawo). Arystoksenos zapoczątkował w teorii muzyki kierunek empiryczny
(doświadczalny), który brał za podstawę doświadczenia słuchowe i względy
praktyczne, dlatego jego i współpracowników nazywano harmonikami. Podstawy
dla teorii etosu stworzył Damon. Istotę teorii etosu stanowiło łączenie
charakteru wyrazowego muzyki (uwarunkowanego takimi cechami jak :rodzaj
skali, rytmu, tempa, rejestru) z określonym wpływem na psychikę człowieka.
Muzyka mogła oddziaływać na przeżycia i charakter słuchacza. Odpowiednia
muzyka miała działanie umoralniające, toteż przypisywano jej wartości
wychowawcze. Arystoteles przypisywał muzyce właściwości oczyszczania
duchowego, muzyka mogła mieć właściwości uzdrawiające, działała jak
lekarstwo.
Podstawą greckiego systemu tonalnego był tetrachord. Dzielony on był na
interwały o różnej wielkości (całe, ćwierć i pół tony) i w zależności od
tego przybierał postać diatoniczną, chromatyczną lub enharmoniczną. Cztery
połączone ze sobą tetrachordy w różnej formie wraz z dodanym najniższym
dźwiękiem uzupełniającym tworzyły "SYSTEM DOSKONAŁY" (podstawowy materiał
dźwiękowy muzyki greckiej). Od każdego dźwięku systemu można było budować
tak zwany gatunek oktawowy (tonos, propos). Początkowo było ich 13 potem 15
(5 niskich -hypo-, 5 średnich, 5 wysokich -hyper-):
- hypodorycka najniższy jej dźwięk F
- hypojońska - I I - Fis
- hypofrygijska - I I - G
- hypoeolska - I I - Gis
- hypolidyjska - I I - A
- dorycka - I I - B
- jońska - I I - H
- frygijska - I I - c
- eolska - I I - cis
- lidyjska - I I - d
- hyperdorycka - I I - dis
- hyperjońska - I I - e
- hyperfrygijska - I I - f
- hypereolska - I I - fis
- hyperlidyjska - I I - g
Teoria rytmu bazowała na metryce poetyckiej. Punktem wyjścia był zestaw
sylab długich i krótkich. Najczęściej stosowane jednostki miar poetyckich:
- trochej (długa, krótka)
- jamb (krótka, długa)
- daktyl (długa, krótka, krótka)
- anapest (krótka, krótka, długa)
- amfibrach (krótka, długa, krótka)
- spandej (długa, długa)
Regulowały one wzajemną długość trwania następujących po sobie dźwięków.
Tempo zależało od wykonawcy i nastroju utworu.
Grecka notacja muzyczna była notacją literową. Do dziś zachowały się
między innymi:
- dwa hymny delfickie ku czci Apolla
- Hymn do Muzy
- Hymn do Słońca
- Hymn do Nemezis
Na całym świecie zachowało się tylko 12 zabytków muzyki greckiej.
Instrumentarium:
jest ubogie w porównaniu z innymi kulturami antycznymi: lira, kithara,
barbiton (rodzaj liry), magadis (instrument typu harfy), aulos, piszczałka
podwójnostroikowa (częsta praktyka łączenia aulosów w pary od 3 do 15
otworów), syrinx - 7 piszczałek, kołatki, kastaniety, tamburyny, talerze,
dzwonki, egipskie sistra.
Rzym
Wiadomości o kulturze muzycznej w starożytnym Rzymie są niewielkie. Do
początków naszego stulecia negowano odrębność tej kultury wskazując na
liczne zapożyczenia. Nowe badania przyniosły dowody na samodzielność muzyki
rzymskiej choć nie podważają one istnienia wpływów zwłaszcza kultury
etruskiej, greckiej a w końcu orientu. Rzymianie asymilowali elementy innych
kultur, przetwarzali je w oparciu o własną tradycję. Rdzennie rzymska była
muzyka obrzędowa, wojskowa oraz niektóre formy muzyki teatralnej. Tak jak w
innych kulturach starożytnych, muzyka spełniała funkcję magiczną w rytuałach
religijnych, stąd wielkie znaczenie muzyki i wykonawców. Przykładem mogą być
śpiewy responsorialne ku czci Marsa i Kewiryna, muzyka towarzysząca obrzędom
pogrzebowym, muzyka związana z kultem Kybele, chóry dziewcząt i chłopców
uczestniczące w procesjach błagalnych i pokutnych.
Zachowane informacje o muzyce świeckiej dotyczą głównie muzyki wojskowej i
towarzyszącej formom scenicznym. W wojsku rzymskim muzyka spełniała istotną
rolę: regulowała rytm marszu ,pobudzała do walki, służyła do przekazywania
rozkazów. Muzyka podobnie jak w Grecji nieodłącznie towarzyszyła poezji i
formom dramatycznym. Brak zabytków uniemożliwia jej charakterystykę. Można
tylko przypuszczać, że tak jak w Grecji melodyka była uwarunkowana
przebiegiem tekstu literackiego. Funkcjonowały tu żartobliwe attelany i mimy
czyli realistyczne scenki rodzajowe o charakterze komicznym. W obu tych
formach ważną funkcję spełniała muzyka. Tragedia nie zyskała w Rzymie
większej popularności. Fragmenty muzyki głównie chóralne w tragediach nie
wykazywały związku z treścią sztuki i pełniły rolę interludiów. Powodzeniem
cieszyła się komedia, a muzyka była w niej szczególnie istotnym elementem
np.: komedia Plauta była zlepkiem mówionego dialogu i popularnych piosenek
tak zwanych cantica. Ważną rolę pełniła muzyka ludowa związana z tańcem.
Muzyka rozbrzmiewała także w cyrkach. Popularne w Rzymie było muzykowanie
uliczne.
Instrumentarium:
tuby (od 1 do 3 metrów), buccina (róg), liteus rodzaj długiej trąbki w
kształcie litery "j", tibia będąca odpowiednikiem greckiego aulosu, syrinx,
organy, liry, kithara, harfa, pandora rodzaj lutni, bębenki, tamburyny,
talerze, sistrum.
2. ŚREDNIOWIECZE
Historia liturgii chrześcijańskiej do roku 1000
Z pierwszego tysiąclecia nie zachowały się żadne zabytki muzyki świeckiej.
Przetrwała tylko muzyka religijna.
1. Historia muzyki chrześcijańskiej do r. 300
Nowa sekta Chrześcijan przejęła sporo z liturgii żydowskiej między innymi
śpiewy responsorialne i psalm. Na kształt śpiewów kościoła
chrześcijańskiego oddziaływały też inne kultury krajów starożytnych :
- z Grecji przejęto hymny
- ze wschodu typ śpiewu antyfonalnego.
Odprawiane były dwa typy nabożeństw:
a) komunia lub eucharystia czyli zalążek mszy
b) zebrania na których śpiewano psalmy i czytano Pismo św. czyli zalążek
godzin kanonicznych
Nabożeństwa odprawiano nieoficjalnie, gdyż były zakazane na terenie
Imperium Rzymskiego.
2. Dzieje liturgii chrześcijańskiej od IV do VI wieku.
Przyczyną przełomu i rozkwitu muzyki chrześcijańskiej w IV wieku była
zmiana sytuacji Chrześcijan w Imperium Rzymskim. Ukazanie się Edyktu
Mediolańskiego wydanego przez Konstantyna Wielkiego w 313 r. kładzie kres
prześladowaniom Chrześcijan. Cesarz Teodozjusz uznaje Chrześcijaństwo za
religię państwową. Następuje rozbudowa ośrodków kultu, wzrost liczby
wiernych. Wyodrębniły się różne liturgie. Aleksandria, Konstantynopol
zaczęły rozwijać własne obrządki. Liturgia przybiera inną postać w Imperium
Wschodnim i Zachodnim. W części wschodniej liturgie posługiwały się łaciną.
Chorał Gregoriański
Z czasem zaistniała konieczność ujednolicenia śpiewów kościelnych,
uprawianych w różnych ośrodkach chrześcijańskich. Ostatecznego
uporządkowania dokonał Papież Grzegorz I Wielki (590-604). Jego też zasługą
jest to, że przy pomocy misjonarzy rozpowszechnił obrządek rzymski w
Europie. Nastąpiło przypisanie określonych śpiewów konkretnym okazjom roku
kościelnego. Określonym formułom melodycznym przyporządkowane zostały
określone słowa, zaś liczba formuł została zredukowana. Śpiewy kościelne
kościoła rzymskiego przeznaczone na wszelkie nabożeństwa i msze całego roku
liturgicznego noszą nazwę Chorału Gregoriańskiego. Zebrane zostały one w
całość zwaną Antyfonarzem. W skład Antyfonarza wchodzą:
- graduale - śpiewy mszalne
- responsoriale - śpiewy ozdobne
- antifonale - zbiór modlitw
Najprostszą formą śpiewu chorałowego było czytanie tekstu Ewangelii, lub
innych fragmentów Biblii na jednym dźwięku ze wstępem i kadencją. Proste
śpiewy recytacyjne nosiły nazwę ACCENTUS, śpiewy ozdobne nazywano CONCENTUS.
Do tej drugiej grupy należały między innymi niektóre antyfony oraz
melizmatyczne jubilacje na słowie alleluja. Podstawą melodyki chorału jest
czysta diatonika. Najczęstsze są pochody sekundowe, tercjowe, ambitus sięga
septymy. Melodia ma zwykle postać łuku (dążenie do punktu kulminacyjnego i
opadanie do kadencji). Chorał jest zawsze śpiewany jednogłosowo w języku
łacińskim. Jest niemetryczny. Rytmiczna interpretacja chorału ma dwie
tendencje:
- ekwaliści - mówili, że wszystkie dźwięki należy uważać za równe czasowo
- menzuraliści - za podstawę czasową przyjmowali dwie wartości :długą -
longa i krótką - brevis.
Podstawowe znaczenie w chorale gregoriańskim miał tekst. Muzyka miała
jedynie pomagać w zrozumieniu tekstu, a więc nie mogła go zacierać. Ważną
sprawą stało się zatem ustalenie wzajemnych relacji między słowem a
dźwiękiem. Stosunek ten mógł być trojaki:
1. Sylabiczny - gdy na jedną sylabę tekstu przypadał jeden dźwięk
2. Neumatyczny - gdy na jedną sylabę tekstu przypadała jedna neuma
3. Melizmatyczny - gdy na jedną sylabę tekstu przypadało od kilku do
kilkunastu neum.
Skale kościelne
Podłożem tonalnym śpiewu gregoriańskiego jest system modalny. Cztery
podstawowe modi (tonacje kościelne) powstały z połączenia pentachordu i
tetrachordu z zachowaniem dźwięku wspólnego. Nazwy tych tonacji przyjęto od
skal greckich lecz nadano im kierunek wznoszący i przesunięto niektóre
stopnie:
- dorycka - d do d1
- frygijska - e do e1
- lidyjska - f do f1
- miksolidyjska - g do g1
Wszystkie skale mają dwa ważne dźwięki : dźwięk końcowy czyli finalis i
położony kwintę wyżej - dominantę czyli repercussio (najczęściej powtarzany
w przebiegu). Od skal autentycznych pochodzą skale plagalne - - hypo. Tony
plagalne składają się z tetrachordu poniżej finalis i pentachordu powyżej
finalis. Skale autentyczne i plagalne miały wspólny finalis. W skali
plagalnej finalis leży o kwintę niżej od dźwięku najwyższego a, dominanta
leży o tercję wyżej od finalis. Zakres skal obejmował dźwięki od G do d1. Z
czasem wprowadzono tonację eolską od a do a1 i jońską od c do c1 oraz ich
odmiany.
Ciąg dalszy w następnym numerze Reportera...
Warsztat: Tort Orzechowy
Autor: Cobretti
[wa3] Tort Orzechowy
[ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]
To jest mój ulubiony Tort. Tym bardziej ulubiony, że po prostu robię go
sam. Co w nim takiego wspaniałego? Nie wiem, bardzo go lubię i proponuję
abyś go także posmakował. W razie potrzeby można go zrobić z połowy
wszystkich składników, będzie po prostu mniejszy. Oczywiście na święta będę
go robił na pewno, może masz ochotę spróbować? Smacznego.
Tort Orzechowy:
------------------
25 dkg cukru zwykłego
25 dkg orzechów mielonych (orzechów włoskich)
10 jaj
3 łyżki tartej bulki
szczyptę soli
pół łyżeczki proszku do pieczenia
Białka ubić na sztywną pianę, stopniowo wsypywać cukier i ubijać.
Następnie dodawać po 1 żółtku i ubijać - wsypać resztę i wymieszać
Piec około 1/2 godziny w temp. 180-200 st. C.
Masa Orzechowa:
-------------------
25 dkg masła
10 dkg orzechów mielonych (orzechów włoskich)
1 szklankę cukru zwykłego
4 jajka
Masło utrzeć z żółtkami na pulchną masę i dodać 1/2 szklanki cukru. Białka
ubić na sztywną pianę. Dodawać po trosze cukru 1/2 szklanki. Dać nad gorącą
parę i ubijać, aż będzie gęste.
Po ostygnięciu dodać zaparzone 5 łyżkami mleka 10 dkg mielonych orzechów.
Po ostygnięciu dać do masy i wymieszać.
Poncz:
---------
3 łyżki rumu
1/2 szklanki przegotowanej wody
Rozmieszać i skropić - nasączyć zimny tort, przecięty na 2 lub 3 części.
Reportaże: Halloween
Autor: Justyna Woźniak
[re1] Helloween.
[ Justyna Woźniak - ████████████████████████ ]
Helloween - to święto mi się bardzo podoba, naprawdę Amerykanie potrafią
się bawić, a jacy są przy tym pomysłowi!
Od tygodnia na campusie i w rożnych miejscach miasta można było chodzić po
"haunted houses" czyli nawiedzonych domach. Świetnie zorganizowali to w
naszej cafeterii. Zamknęli jedną z sal i zamienili w nawiedzony dom.
Chodziło się po ciemnych korytarzach w kilka osób, razem z przewodnikiem,
którym był kierownik stołówki, he, he. Co chwilę wyskakiwały z ciemnych
zaułków jakieś potwory albo na przykład facet z wiertarką, miałam niezłego
cykora. Korytarze prowadziły do komnat, w których siedziały rożne "freaks" -
dziwolągi. Był tam między innymi straszny goryl, Freddy Kruger i Crazy Caf
Lady - jedna z kucharek, która stała z toporkiem, a koło niej leżały odcięte
ręce, blueeee!!!
Fajnie przystrojono bibliotekę - zainscenizowano miejsce zbrodni,
obrysowano linie, jakby przed chwilą zabrano zwłoki, wicie, tak jak w
kryminałach, a w jednej z sal pozawieszano krwawe głowy.
W czwartek wszyscy internationale i chyba połowa campusu pojechała do
Chapel Hill, najlepszego uniwerku w North Carolina. Tam co roku odbywa się
wielka feta z okazji Helloween. Przebrałam się za diabełka i też pojechałam.
Brzuch ze śmiechu to mnie do dziś boli. W życiu nie widziałam fajniejszych
przebrań: głowa na talerzu, cezar, karty do pokera, cukierki, lampa,
computer Apple, Simpsonsy, Beavisy i Buttheady, Superman, Batman, rower,
potworki, facet z metrowym penisem i plastikowymi pośladkami, ludzie z
gwoździami w czołach lub robakami w policzkach, po prostu szał! Ulice
zamknięte były dla ruchu, więc była to jedna, wielka, całonocna parada.
Wszystkie sklepy i bary otwarte, śmiechu co nie miara, tysiące rozbawionych
ludzików.
W piątek mieliśmy zabawę helloweenową w Tower Village, ale deszcz nam
trochę przeszkodził, bo bawiliśmy się na dziedzińcu. Bardzo mi się podoba,
że wszyscy tak starannie dekorują swoje domy i pokoje na ten dzień, dynie
dodają kolorytu. Trzeba przyznać, że Amerykanie nie przepuszczą żadnej
okazji do dobrej zabawy.
Reportaże: 1000 lat Gdańska
Autor: SzYmI
[re2] 1000 lat Gdańsk-a już całkiem niedługo...
[ Rafał Szymczak - SzYmI - ██████████████████████████ ]
W przyszłym roku będziemy obchodzić 1000-lecie miasta Gdańska, o czym ja -
mieszkaniec tego grodu chcę Was poinformować i zaprosić. Zarezerwujcie sobie
czas w wakacje by zobaczyć jak będą przebiegać uroczystości związane z tym
niecodziennym wydarzeniem.
Krótko o historii...
Początki Gdańska wiążą się z opanowaniem ujścia Wisły przez Mieszka I -
dzięki wykopaliskom zlokalizowano gród, podgrodzie, port datowane przez
archeologów na 997 rok, uznawany za rok założenia tego miasta. Był to zespół
grodowy od końca X wieku - do początku wieku XIV o powierzchni 2.27 ha, od
XII już na prawie 10 ha - otoczony wałem drewniano-ziemnym. Zabudowa była
dość luźna (około 250 domów). Ośrodek rybołówstwa, rzemiosła i handlu
morskiego, w końcu XI wieku uległ pożarowi. Ośrodek niezależnego księstwa,
od XIII wieku podporządkowany Piastom; prawa miejskie uzyskał w 1326 roku.
Już od końca XIII wieku rozległe kontakty handlowy, członek Hanzy. W XV-XVI
wieku jedno z najbogatszych miast polskich, ośrodek kulturalny. Od 1793 roku
pod panowaniem Prus, do 1939 roku ze statusem Wolnego Miasta Gdańska. W
czasie wojny masowe zbrodnie hitlerowskie na ludziach, w pobliżu obóz
koncentracyjny. Miasto zamienione przez Niemców na twierdzę, zniszczone w
55% - zabytkowe śródmieście - w 80% ale na całe szczęście odbudowane.
Niestety - nie z oryginalnej cegły, gdyż ta została z Gdańska wywieziona do
... stolicy - wszak tam też jest starówka i jej odbudowanie było ważniejsze.
Aktualnie...
W moim mieście trwają akurat przygotowania do tego wielkiego święta, jakie
ma nastąpić w przyszłym roku. Na starym mieście z tego właśnie powodu
powieszono na jednej z kamieniczek zegar odliczający czas - dni pozostałe do
rozpoczęcia uroczystości. Trwa nieustająca praca przy odnowie ulic, tak więc
póki co dajcie sobie spokój z odwiedzaniem nas, chyba że lubicie stać w
kilometrowych korkach. Remontowane są drogi wylotowe z Gdańska, a także
główne przelotowe przez miasto. Na starym rynku trwają prace przy odnowie
ważniejszych zabytków kultury, wszyscy się spieszą, bo czasu nie pozostało
już tak wiele.
Atrakcje...
Dokładnie jeszcze nie wiadomo jakie atrakcje będą oferowane przez miasto w
przyszłym roku, prawdopodobny jest zlot żaglowców, tylko że póki co Motława
jest zbyt płytka by mogły wpłynąć na nią tak duże statki. Komitet
organizacyjny przymierza się do tego, by sprowadzić jakiegoś artystę
światowego formatu, lecz najprawdopodobniej coś takiego jak miało miejsce w
Lyon-ie z udziałem Jean Micheala Jarre raczej się nie uda, gdyż tego typu
osoby mają zaplanowane swoje występy na kilka lat do przodu... Póki co
więcej jest na papierze niż w rzeczywistości, choć trzeba oddać miastu - a
raczej jego władzom, że impreza będąca testem - Jarmark Dominikański wypadł
w tym roku wyjątkowo okazale.
Jak będzie - zobaczymy - a jak pojawią się jakieś nowe rewelacje to z
pewnością na łamach REPORTER-a się nimi z Wami podzielę.
Reportaże: Bileciki - odbiło mi, a jakże!
Autor: Cobretti
[re3] Bileciki - odbiło mi, a jakże!
[ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████]
Ilekroć wspomnę o moim hobby, komuś, kto mnie nie zna, z reguły zadaje to
samo pytanie, podejrzliwie patrząc na mnie, czy go przypadkiem nie
nabieram.
- Bilety? Mówisz poważnie? Odbiło ci?
Tak, wtedy zdecydowanie twierdze, że mi odbiło. Bo chyba tylko tak można
nazwać ten przejaw zainteresowania biletami z wszelkich pojazdów, które się
poruszają. I w odpowiedzi wyciągam mu jeden z wielu klaserów, pokazując
okazy, o których pewnie nigdy nie słyszał.
- Co? Poważnie masz bilety 3 klasy kolei polskich?
No jasne, że mam. I to nie jeden rodzaj tych biletów. Następnie drapiąc
się po głowie spogląda na bilet z 1938 roku pochodzący z Wilna i nagle
wszystko wydaje mu się proste.
-To przecież bilet z Wilna! Ono było jeszcze wtedy w Polsce! Skąd to masz?
Jak zawsze - od znajomych, przyjaciół i nieznajomych. Czasem sam gdzieś
znajdę taki okaz, czasem muszę prosić się o niego kilka miesięcy. Ale na tym
nie kończę, wyciągam następny klaser z biletami linii lotniczych.
- O ja cie! Po jakiemu tu pisze?
Właśnie taka reakcja jest jak najbardziej standardowym zachowaniem przy
biletach z Królewskich Lini Lotniczych w Nepalu. Pismo jest faktycznie
trochę dziwne. No i zaczynam delikwenta oprowadzać po liniach lotniczych
świata, zahaczając o Kuwejt, Stany Zjednoczone, Niemcy, Włochy, Francje, i
kilka jeszcze innych państw, a kończąc na Polsce.
- A to co? Bilet peronowy? Bez sensu...
No właśnie, każdy się dziwi, że istniały kiedyś w Polsce bilety, które
upoważniały do wejścia na peron i tylko na peron, bez możliwości
podróżowania i to w autobusach PKS jak i kolejowe. Zresztą takie bilety są
dość często spotykane również poza granicami naszego kraju.
- Popatrz, ten bilet jest taki sam, czemu się powtarza w twojej kolekcji?
Wyjmuję dwa takie same bilety z klasera i biorę je pod światło aby
pokazać, że jednak nie są takie same.
- Aha, widzę! Ma inny znak wodny, dlatego jest tutaj, tak?
Dokładnie. Czasem na pierwszy rzut oka bilety wyglądają tak samo, ale po
dokładnej analizie można zobaczyć ze np. między serią AA i AC zmieniły
właściciela (wydawcę) lub też mają inne znaki wodne, tudzież nagle zostają
wszczepione w strukturę biletu świecące nitki w ultrafiolecie.
- Słuchaj, a mówiłeś mi kiedyś, że w Czeladzi nie ma dworca kolejowego.
Widzisz, myliłem się. Po prostu nigdy go nie widziałem, lecz tak na prawdę
w 1954 roku jeździła tutaj kolej Śląsko-Dąbrowska, którą mało ludzi teraz
pamięta. Ale jak widzisz, nadrabiam braki historyczne biletami, z których
można się wiele dowiedzieć. Teraz już następnej osoby nie wprowadzę w błąd,
tak jak mnie wprowadzili. Po prostu nie widzieli tej kolei i nie mieli z
niej biletu. A ja mam.
- Ty loho pancerna, przecież ja tych biletów do jutra nie przejrzę!
Dopiero przeszliśmy przez klasery polskie, a przecież ilość okazów
zagranicznych jest równie wielka. Ile ich masz i jak się w nich możesz
połapać.
Mam ich około tysiąca. Tak, około, gdyż co tydzień dostaję następne i
następne i kolejne... Wszystko dzięki ludziom, którym serdecznie za to
dziękuję. Nie gubię się wśród nich, bo wszystkie mam skatalogowane i
opisane, także wspomagam się moją pamięcią i panuje nad każdym bilecikiem.
Nawet tym.
- WOW! To jest bilet z kolejki linowej na Mount Blanc! Byłeś tam?
Niestety nie, ale kumpel był. Bilety z wyciągów i kolejek linowych mam w
tym klaserze.
- A w tamtym?
W tamtym mam bilety okazyjne, tzn. takie, które wydane zostały w małych
seriach i na specjalne okazje, jak np. zjazd młodzieży polskiej w Bonn. Mam
też takie perełki jak bilety na windy w wieżach obserwacyjnych, no i
oczywiście z wieży Eiffla z Paryża.
- A to??? To jest poważnie bilet z łodzi podwodnej?
No jasne. Pływa to to 80 metrów pod wodą, nazywa się Nautilus i wozi
turystów, coby mogli sobie popodziwiać zatopione okręty. Pamiętasz kapitana
Nemo, właśnie stąd wzięła się nazwa tej łodzi.
- No dobra, ale biletu ze statków nie widziałem, nie masz ich?
Mam! Ale w następnym klaserze, tutaj znajdują się bilety z promów,
statków, łodzi wycieczkowych, do wyboru do koloru.
- A bilety z wąskotorówek, kolei zwykłych i elektrycznych...
Są tutaj, poukładane latami i typem taboru. Np. kiedyś w Łodzi jeździła
Kolej Elektryczna Łódzka Spółka Akcyjna. A na odwrocie reklama krawatów, o
proszę, wtedy już znali podstawy promocji.
- Na wszystko masz odpowiedź, a raczej bilet. A masz jakieś dziwne bilety?
Tak, chociażby bilety przebijane, lub wydrukowane w sposób dziwny i
przypadkowy. Złe nałożenie kolorów, przesunięte znaki, bilety bite
dwustronnie, lub tylko do połowy. To się zdarza w druku, następne serie są
poprawione, więc jak widzisz mam tutaj unikaty, które nie weszły do
sprzedaży. Zresztą bilety z przedsprzedaży też tu są.
- Widzę bilety z metra. Węgierskie, paryskie, a to?
Rumuńskie. Ciężko było o ten bilet, ale go mam. Mam też dość ciężkie do
zdobycia bilety pracownicze, albo miesięczne, tudzież roczne i służbowe.
Wszystko do mnie trafia, typowa składnica makulatury i zarazem historii
powiązana z faktami, dokumentami, opisami i dawką odczuć wzrokowych i
estetycznych. Od początku wieku do jego końca. To jest zabawa, nigdy nie ma
końca i niewiadomo gdzie jest początek. Tak jak by się chciało zebrać cały
piasek jaki jest na ziemi.
- Traktujesz to na poważnie?
Zależy od sytuacji. Czasem myślę, że to tylko kaprys, ot po prosty taki
niesamowicie inny pomysł od wszystkich, a równocześnie gdyby było to tylko
chwilowe zauroczenie nie opisywałbym wszystkich okazów. To jest fachowa
robota, jeżeli kiedykolwiek, ktoś chciałby zrobić z tego użytek, ma pełną
dokumentację przydatną zarówno przy analizie historii transportu, podziału
na typy środków transportu, opisaną mam tutaj organizacje przewoźników, ich
zasięg, przeznaczenie, działalność. Tak więc jest to opracowane pod kątem
dalszego rozwoju i nic nie wskazuje na to, żebym kiedykolwiek chciał
zrezygnować z dalszego rozwijania tego arcyciekawego zajęcia.
Zresztą bilety biletami. Poznaje się przy okazji ludzi z innych krajów, o
odmiennej kulturze, którzy również starają się mi w tym pomóc. A ludzi z
polski, zbierających dla mnie bilety też jest dość sporo.
- A masz jakiś ulubiony bilet?
Tak, co tydzień inny, bo co jakiś czas dostaję okaz, który od razu jest
moim faworytem... do czasu aż w następnym tygodniu nie przyjdzie pocztą
następny. Czasem bajecznie kolorowy bilet z promu do Norwegii, czasem bilet
z Indii lub Brazylii. Chociaż te z Polski są równie interesujące
Szczególnie, gdy są sprytnie wykonane. Np. kasownik kasujący bilet w różnym
miesiącu pod różnymi literkami. Albo mapa miasta na odwrocie biletu. Albo
bilet wyglądający jak metka z chrupek.
- To może kupisz sobie autobus i zamieszkasz w nim, co?
Nie, no... aż takim maniakiem to nie jestem. Wolałbym jakiś bajeczny domek
położony nad morzem, a wokoło palmy, prywatne lotnisko, swój odrzutowiec...
- Zaraz, zaraz. Ale gdybyś miał prywatne lotnisko i swój odrzutowiec to
nie używałbyś na niego biletu, trochę szkoda. A jak lecisz czyimiś liniami
to masz bilety!
Racja, nie potrzeba mi samolotu. Wolę basen pełen uroczych dziewczyn.
Mógłbym pokazać im moją potężną kolekcję biletów...
- Nie wierzę. Znam Cię i pewnie nie miałbyś wtedy czasu na bilety.
Khm... tego... Jasne że nie! Wtedy bym za to mógł...
- Cicho! Wiem co byś mógł... O tym pogadamy kiedy indziej, hehe. Mam
trochę biletów w domu. Jakie bilety zbierasz, czy z muzeum też?
Nie, zbieram tylko bilety służące do komunikacji przeróżnymi środkami
transportu. Z autobusów, tramwaji, trolejbusów, metra, samolotów, kolei,
promów, łodzi, wyciągów, wind, kolejek linowych i tym podobnych. Zarówno
Polskie jak i zagraniczne. Legitymacje, miesięczne, okresowe, czasowe,
zwykłe, wszystkie po prostu.
- Na jaki adres Ci je wysłać?
Dariusz Majgier
█████████████████████
██-███ Sosnowiec
Polska
- A plany na przyszłość?
Planuję całą moją kolekcję zeskanować i udostępnić na Internecie, tak aby
każdy zainteresowany mógł sobie to przeglądać i podziwiać. Być może potrwa
to nawet około roku, bo kolekcja wciąż się rozrasta i wymaga dość sporo
czasu na przenosiny z postaci normalnej do skanowanej. Wszystko będzie
opisane i dokumentacja będzie również udostępniona. A może nawet znalazłby
się ktoś, kto chciałby wydać moją kolekcję na płytce CD albo w postaci
albumu. W każdym razie teraz pracuję nad przeniesieniem tego na internet.
-----
No i z grubsza tyle o moich bilecikach. Jeżeli możesz, to prześlij mi
bilety z Twojej okolicy, pozbieraj od znajomych, pogrzeb na strychu, może
znajdziesz jakieś starocie. Być może takich jeszcze nie mam, lub mam ale
nieaktualne. W miarę możliwości opisz je z grubsza, żebym wiedział który
jest z czego, ułatwi mi to późniejsze opisywanie i klasyfikację.
Możesz mi również nadsyłać dane o strukturze komunikacji, typach
przewoźników, sposobach organizacji ruchu, ciekawostki z dziedziny
komunikacji. Wszystko oczywiście udostępnię w miarę możliwości na sieci, jak
tylko skończę to opisywać. Być może już za pół roku. Dziękuję!
Felietony: Wigilia - symbole i obrzędy
Autor: Danuta Banecka
[fe1] Wigilia, jej symbole i obrzędy.
[ Danuta Banecka - ███████████████████ ]
Od niepamiętnych czasów wieczerza wigilijna składa się z postnych potraw.
Na stół podawano ryby, dania z mąki, kaszy, świeżych i suszonych grzybów,
warzyw, miodu, maku i orzechów. Wierzono, że spożycie w wigilijny wieczór
symbolicznych potraw zapewni zdrowie i pomyślność w nadchodzącym roku.
Wszystkim daniom wigilijnym przypisywano jakieś znaczenie:
- Opłatek symbolizował zgodę i jedność, a chleb - dobrobyt i początek
nowego życia.
- Ziarno zbóż oraz wypieki z mąki miały zapewnić pomyślność w nadchodzącym
roku. Samo zboże uznawano za źródło życiodajnej mocy i plenności.
- Ryby miały przede wszystkim znaczenie religijne: przypominały o chrzcie,
zmartwychwstaniu i nieśmiertelności. Były też symbolem płodności i
odradzania się życia.
- Kapustę w wieczerzy wigilijnej wiązano z życiodajną siłą sprawiającą, że
po zimowym uśpieniu cała przyroda odrodzi się na wiosnę.
- Groch chronił przed chorobami, a zwłaszcza świerzbem; w połączeniu z
kapustą gwarantował urodzaj.
- Grzyby według wierzeń ludowych ułatwiały nawiązanie kontaktu ze światem
zmarłych.
- Mak był symbolem płodności.
- Potrawy z miodu miały zapewnić przychylność sił nadprzyrodzonych.
- Jabłko spożyte podczas wigilii chroniło przed bólem gardła.
- Orzechy eliminowały ból zębów.
Wigilia to nie tylko postny posiłek. To także cały obrzęd związany z tą
jedyną w swoim rodzaju wieczerzą.
Najpierw liczba dań: kiedyś uważano, że powinna być nieparzysta. I tak "7
dań na stole chłopskim, 9 na szlacheckim, 11 na pańskim". Z czasem
zmieniono liczbę dań na 12 i każdego trzeba było spróbować choćby po
łyżeczce, "żeby w nowym roku nie pozbawić się równej liczby przyjemności".
Do stołu powinna siadać parzysta liczba biesiadników. Stawiano też
nakrycie dla niespodziewanego gościa.
Wigilia to czas przepowiedni. Z płomieni świec na stole wróżono o
przyszłości: jeśli paliły się równym, jasnym płomieniem - następny rok
zapowiadał się pomyślnie, jeśli zaś kopciły - zwiastowały troski i kłopoty.
A jeśli jakiś płomień zgasł - to był znak, że ktoś z biesiadników nie
doczeka przyszłej Wigilii.
Wróżono też z siana podkładanego pod obrus. Biesiadnicy wyciągali źdźbła i
z ich wyglądu wróżyli, czy ich życie będzie proste i długie, czy skrzywione
i krótkie.
Symbolika produktów i obrzędów wigilijnych, wywodząca się często z bardzo
odległej przeszłości, wynikała przede wszystkim z walki o przetrwanie.
Obchodząc uroczyście dzień Narodzenia Bożego człowiek próbował zapewnić
sobie nie tylko dostatek żywności, ale też dobrobyt i szczęście osobiste na
cały nadchodzący rok.
Felietony: Sami w kosmosie
Autor: Dar_ek
[fe2] Sami w kosmosie?
[ Dariusz Nierada - DAR_ek - █████████████████ ]
Ostatnie doniesienia o znalezieniu śladów życia na meteorycie z Marsa,
oraz kilka nowych coraz bardziej wiarygodnych pojawień się obiektów nie z
tego świata, tudzież film "Independence day", czy serial
sensacyjno-przyrodniczo-kryminalny z dodatkami horroru SF "X-Files"
powtórnie wzmogły niekończące się dyskusje związane z życiem w kosmosie. Ja
także "idąc na fali" chciałbym przybliżyć tę sprawę czytelnikom, którzy
interesują się nią, ale nie mieli jeszcze okazji popatrzeć na nią z
naukowego punktu widzenia.
Na początek temat bardzo częstych pojawień niezidentyfikowanych obiektów
(często latających), później zaś fakt istnienia (lub nieistnienia) życia w
kosmosie, tudzież cywilizacji pozaziemskich i kontaktu z nimi.
Część pierwsza, czyli spodki.
Autor tego tekstu jest sceptykiem do kwadratu, czyli człowiekiem który
każdą informacje o pojawieniu się UFO (NOL'a, spodka czy jak go tam zwał)
najpierw przyjmuje jako bajkę, wymysł, dziwne zjawisko przyrodnicze
(aczkolwiek możliwe), czy widzenia ludzi "na ziołach". Aczkolwiek nie uważam
że pojawienie tego typu jest niemożliwe, czy nie odbyło się nigdy w
przeszłości. Przy rozmyślaniach tego typu, o pojawieniach się takich
obiektów chciałbym posłużyć się logikom, czy najważniejszym instrumentem w
rękach naukowca i badacza, lecz zdaję sobie sprawę, że gdy będę chciał
wytłumaczyć, czy przewidzieć zachowanie się "obcych" z punktu widzenia
"ziemskiej" logiki mogę zabrnąć w ślepy zaułek.
Logika postępowania "obcych" może być różna od naszych zachowań, lecz
gdyby porzucić logikę, to cóż by nam jeszcze zostało? Chyba tylko siąść,
zapłakać się, czy może oddać znów w ręce jakiegoś następnego w kolei boga,
który wie wszystko, a nam od tej wiedzy won. OK, po pierwsze opowiadania o
rozbiciach UFO (i odnalezieniu jego szczątków) wkładam między bajki braci
Grimm i Andersena. Dlaczego? Ponieważ aby taki obiekt w ogóle pojawił się na
Ziemi musiał przebyć pewną odległość w Kosmosie, szacowaną na co najmniej
kilkadziesiąt (kilkaset? kilka tysięcy???) lat świetlnych (odległość od
najbliższego systemu planetarnego który można brać pod uwagę).
Przyjmując że najszybciej można poruszać się z prędkością mniejszą od
prędkości światła (dlaczego, patrz: Einstein), podróż taka musiała by zająć
naszemu kosmicie co najmniej (szacując b. optymistycznie) kilka set lat
ziemskich. Wynika z tego, że jeśli miał od możliwość takiej eskapady, to
jego rodzima cywilizacja musiała być o kilka "szczebli" bardziej rozwinięta
od naszej. Dlatego, pojazd kosmiczny zbudowany przez nich (który potrafiłby
przebyć taką odległość, w rozsądnym czasie) byłby tak skonstruowany, że
prawdopodobieństwo rozbicia się go na Ziemi byłoby bardzo, bardzo małe.
Zbudować pojazd który przebywa kilkadziesiąt lat świetlnych i rozbija się na
ziemi, to byłaby dopiero fuszera.
Jeśli już taki obiekt miałby ulec katastrofie, to daleko bardziej
prawdopodobne byłoby, że stanie się to gdzieś w kosmosie, a najbardziej
prawdopodobne że przy największych prędkościach.
Następna sprawa to wszelkie zdjęcia, filmy i relacje z pojawień się
niezidentyfikowanych obiektów na niebie, zwłaszcza w nocy. Przyjmując za
wielce prawdopodobne, że domniemani "obcy" zorientowali się, że Ziemia jest
miejscem na której istnieje cywilizacja (choć może z ich punktu widzenia
słabo rozwinięta) (o "nie naturalności" Ziemi można się już przekonać z
odległości kilkudziesięciu lat świetlnych obserwując jej emisje
promieniowania elektromagnetycznego, nie mówiąc już o jej bliższej
obserwacji). Wtedy "obcy" albo staraliby się nawiązać z nami kontakt, albo
by nas tylko obserwowali, nie kontaktując się z nami. W pierwszym przypadku
mogli by to zrobić na tysiące sposobów (mniejsza o to jak, ale na pewno nie
tak sieroczo jak ukazują niektóre doniesienia z gazet typu "Nie z tej
Ziemi"), tak że dowiedzielibyśmy się o tym w krótkim czasie. Nic takiego nie
odbyło się na razie więc wnioskuje, że każde domniemane odwiedzenie nas jest
raczej obserwacją. Tak, tylko każdy obserwator starałby się, żeby obiekt
jego obserwacji nie widział jego działalności.
Dlaczego więc większość opowiastek o UFO ukazuje je jako obiekt świecący
lekko powiedziawszy jak Mega Disco "Kanty" (lasery bajery)? Zdecydowana
większość zdjęć przedstawia jasne "plamki" na tle ciemnego nieba! Czyż tak
trudno by im było zorientować się, że człowiek jest dosyć uczulony na te
małe pasmo fal elektromagnetycznych zwanych falami świetlnymi? Zauważmy
jakimi technikami ukrywania dysponuje nawet człowiek. Samoloty typu F-117,
czy B-2 wcale nie są ostatnią nowością w przemyśle zbrojeniowym, a ich
zdolność niewidzialności dla radarów zdaje się być lepsza od tych jakimi
miałby dysponować "obcy", pochodzący z wyższej cywilizacji.
O przepraszam! Zapomniałem o trzeciej możliwości. Możliwe jest, że "obcy"
przylatują na Ziemię, obserwują (nas, czy coś innego na Ziemi), ale mają w
nosie to, czy ich widzimy, czy nie. Możliwe, choć mało prawdopodobne. Ale
dalej zastanawiające jest, że "spodki" tak intensywnie świecą. Po co? Czyż
nie jest to niepotrzebna strata energii? Na pewno nie po to aby nie dobić do
siebie przypadkiem. Może być to skutek uboczny napędu wykorzystywanego,
przez "obcych"? Może, jednak raczej na pewno nie. Wniosek z tego taki że jak
już jesteśmy obserwowani to tak, że o tym nie wiemy, a jak już "obcy" będą
chcieli się z nami spotkać, to na pewno się o tym dowiemy (myślę że nie w
taki sposób jak w "Dniu Niepodległości", :-)). Aha, stwierdzenie S.
Howkinga (btw. znakomitego uczonego), że doniesień o UFO jest tyle, że na
pewno coś w tym jest, uważam że bardzo głupie i autor powinien się głęboko
zastanowić nad tym co powiedział.
Zainteresowanych szerzej tematem sceptycznego patrzenia na nadprzyrodzone
rzeczy i UFO, odsyłam do publikacji Jamesa Randiego, eksperta od
demaskowania takich rzeczy. Przytoczę tu tylko jedną z jego historii.
Mianowicie raz zgłosił się do rozgłośni radiowej w Nowym Jorku i powiedział
na antenie że był świadkiem jak UFO przelatywało nad miastem (co oczywiście
wymyślił), opisując je dość dokładnie i poprosił żeby ludzie, którzy
widzieli coś podobnego zadzwonili do studia. Tej nocy zadzwoniło bodajże
kilkanaście osób twierdząc że też widzieli coś podobnego. To chyba mówi samo
za siebie, jak bardzo tego typu opowieści mogą być przesadzone.
Część druga, czyli życie w kosmosie.
Życie poza Ziemią. Istnieje, czy nie? Możliwe, czy nie? Fani boskiego
stwórstwa życia proszeni są od razu do opuszczenia tego rozdziału, gdyż z
doświadczenia wiem, że nie można z nimi "normalnie" rozmawiać (logika,
nauka), a tylko można się nabawić wrzodów na żołądku, czy popaść w
alkoholizm gdy ciągle na pytanie dlaczego jest tak, a nie inaczej dostajemy
odpowiedz, że bóg (czy Bóg, żeby nikogo nie obrazić) tak chciał. Tego typu
odpowiedzi są dobre dla ciemnych członkiń koła gospodyń wiejskich, a nie dla
ludzi o szerszych horyzontach i zainteresowaniach.
OK, na początek trzeba jednak przyjąć pewną rację ludziom, którzy
twierdzą, że przejście z materii nieożywionej do choćby najprostszych
białek, czy aminokwasów, jako podstawy życia (przynajmniej takiego jaki my
znamy) jest bardzo, bardzo skomplikowane i samo z siebie jest bardzo mało
prawdopodobne (jednak na pewno nie niemożliwe). Oczywiście o powstaniu życia
decydują przede wszystkim warunki na danej planecie (temperatura, dostępność
pierwiastków, atmosfera, odpowiednia ilość promieniowania UV, itd., itp.).
Trzeba zdać sobie sprawę że jeśli nawet takowy akt jest bardzo mało
prawdopodobny to jednak mając do dyspozycji czas liczony w miliardach lat,
jest prawie pewne, że takie coś nastąpi jeśli tylko warunki będą w miarę
odpowiednie. Wynika z tego, że dla stworzenia życia będziemy musieli znaleźć
"tylko" planetę podobną do Ziemi w podobnym układzie planetarnym (chodzi
przede wszystkim o ważną rolę Słońca przy powstaniu życia).
Oczywiście nie znaczy to, że na planetach o innych, czy zgoła całkowicie
niepodobnych warunkach niż na Ziemi życie powstać nie może! Jednak nic o tym
nie wiemy i na razie w myśl zasady "brzytwy Ockhama" nie będziemy tego brali
pod uwagę (w duchu jednak myśląc, że jeśli się mylimy to tym lepiej).
Spróbujmy oszacować ile jest w kosmosie planet podobnych do Ziemi. Jako, że
nie tak łatwo jest zobaczyć planety nawet najlepszymi teleskopami ze względu
na ich wielkość (a raczej małość), jedyne udokumentowane planety poza naszym
układem są zaobserwowane dzięki ich oddziaływaniu na ich macierzyste
gwiazdy. Takich udowodnionych planet nie ma dużo (bodajże kilka, może
dzisiaj już więcej), więc ilość układów planetarnych będziemy liczyli w/g
ilości gwiazd.
Dane i założenia będę podawał za S. Lemem (który z kolei wzorował się na
van Hornerze) uaktualniając w miejscach gdzie potrzeba. Najpierw trzeba
zaznaczyć (wbrew głosom "uczonych" teologów, czy innych proroków) że nasze
Słońce jest całkiem przeciętną gwiazdą (pod względem wielkości i wieku)
położoną w "przeciętnym" miejscu (ani nie za blisko krańca Drogi Mlecznej,
ani nie za blisko środka) galaktyki, która też jest dość typową galaktyką
spiralną jakich jest miliardy. Przyjmiemy dość pesymistycznie, że
przeciętnie jedna gwiazda na 150 posiada planety. Liczba gwiazd w galaktyce
przeciętnie wynosi 150 miliardów, więc mamy w naszej galaktyce ok. miliarda
systemów planetarnych. Dodając do tego że tylko w widocznej części kosmosu
mamy do dyspozycji ponad miliard galaktyk, to nawet przyjmując bardzo małą
wartość prawdopodobieństwa powstania życia na planecie to przez pomnożenie
go przez przypuszczalną ilość układów planetarnych uzyskujemy ładną liczbę,
zdecydowanie większą od jedności.
Obliczenia te są oparte na bardzo pesymistycznych założeniach, dość chyba
niesłusznie, gdyż jeśli okaże się, że istnienie życia (może nawet tylko
kiedyś) na Marsie jest na 100% pewne to nasze obliczenia powinniśmy pomnożyć
lekką ręką o kilka dziesiątek.
Część trzecia, czyli obce cywilizacje.
Oczywiście co innego istnienie samego życia, a co innego istnienie
rozumnego życia, cywilizacji (technicznej). Czy ewolucja życia zawsze
prowadzi do powstania inteligencji? Chyba raczej nie. Więc jaka jest
przybliżona ilość planet, na których rozwinęła się cywilizacja? Tu niestety
poruszamy się prawie całkowicie po omacku. Spróbujmy zatem zajść problem z
dokładnie drugiej strony. Spróbujmy oszacować ilość (a raczej częstość)
występowania cywilizacji po obserwowaniu ich działalności.
Jak to!? Oburzy się czytelnik! Przecież nie obserwujemy żadnych
(udokumentowanych jako 100% działalność "obcych") znaków działalności obcych
cywilizacji!!! Właśnie; zerowy wynik to też wynik i można z niego wyciągać
wnioski. Nawet przy dzisiejszym zaawansowaniu techniki obserwacji kosmosu
powinniśmy odkryć "odgłosy" działalności obcych cywilizacji technicznych
(jak o tym w rozdziale IV-tym) oddalonych przynajmniej 10 lat świetlnych, a
jeśli aparaturę odpowiednio się ukierunkuje, to mogła by ona odebrać sygnały
z odległości daleko większych (ponad tysiąc razy). Chodzi o odgłosy o
podobnym natężeniu jakie wysyła teraz nasza cywilizacja (nie mówiąc o tym
jakie powinna wysyłać cywilizacja daleko bardziej rozwiniętą). Czy aby inne
cywilizacje były tak daleko od nasz oddalone? Może.
Może jednak w grę wchodzić nie zazębianie się w czasie naszej cywilizacji
z tymi położonymi bliżej. Chodzi o to że nie wiadomo, ile (średnio) może
trwać "życie" cywilizacji. Czy aby wiecznie? Brak znaków "obcych"
cywilizacji może świadczyć o czymś wręcz przeciwnym, że czas trwania życia
rozumnego jest raczej krótki. Możliwe jest jeszcze jedno rozwiązanie. Wysoko
rozwinięte cywilizacje wcale może nie cechować większy od naszego pobór
mocy. Może mieć nawet mniejszy, tylko może potrafić lepiej wykorzystać
energie, z większą sprawnością. Tak samo może umieć przekazywać informacje,
bez zbędnego rozsyłania fal we wszystkich kierunkach (w tym i w kosmos). To
wydaje się dosyć prawdopodobne.
Część czwarta, czyli jak zobaczyć obce cywilizacje.
W obserwacji kosmosu, aby spróbować odnaleźć ślady "obcych" oczekuje się,
albo odbioru modulacji jakiejś częstotliwości fali elektromagnetycznej, albo
wzmożonej emisji/absorbcji energii, albo zaobserwowania tzw. "cudu". Co do
pierwszego punktu, wiadomo o co chodzi. Modulacja częstotliwości fali jest
łatwa do wykrycia, i łatwo odróżnić celową emisję informacji od szumu.
Jednak nie jest tak do końca, gdyż jeśli przesyłaną informację stara się jak
najbardziej skrócić (co jest potrzebne przy dużej ilości przepływu
informacji, jaki na pewno cechuje rozwiniętą cywilizacje) informacja coraz
bardziej staje się podobna do szumu (plik skompresowany wygląda prawie
dokładnie jak zbiór losowych liczb).
W drugim i trzecim przypadku oczekuje się zaobserwowania jakiegoś
anormalnego zjawiska, nie zgodnego z znanymi nam prawami natury. Takie
zjawiska mogłyby być obserwowane, pod warunkiem oczywiście, że
odpowiedzialna za nie cywilizacja stała by na naprawdę wielkim poziomie.
Musiała by parać się tzw. inżynierią kosmiczną, dziś znaną jedynie z książek
SF, a polegającą np. na zmianie procesów zachodzących w gwiazdach, czy
budową/niszczeniem planet (oczywiście dla jakichś tam swoich celów). Może
też chodzić o takie rzeczy jak sfery Dysona, czyli gigantyczną sferę wokół
gwiazdy, w celu wykorzystania jej całej energii, czy wiele, wiele innych
teorii, które można mnożyć bez końca.
Jednak dotychczas nic takiego się nie obserwuje, lub obserwujemy, lecz nie
zdajemy sobie z tego sprawy (co na jedno wychodzi). Radzę jednak uzbroić się
w cierpliwość jeśli oczekuje się na odkrycie "obcych" i właściwie jednego
tylko możemy być pewni, na pewno nie będą wyglądać tak jak przypuszczamy i
na pewno nie będą się zachowywać dokładnie tak, jak ktoś by mógł
przypuszczać.
Życzę bliskich spotkań III-go stopnia.
Felietony: Prawdy i przesądy
Autor: Denebola
[fe3] Prawdy i przesądy z życia roślin, ludzi i zwierząt.
[ Radosław Scibior - Denebola - ██████████████████████████ ]
Na wstępie chciałbym serdecznie podziękować dr Andrzejowi Paleologowi za
cenne uwagi i wskazówki przy powstawaniu tego zbiorku oraz mgr Robertowi
Stryjeckiemu za interesujące przykłady.
Jak zwykle, jestem też chętny do polemizowania z każdym, komu po lekturze
tego tekstu pozostaną jeszcze jakiekolwiek wątpliwości.
DŻDŻOWNICE ŚWIECĄ: PRAWDA
Wiele organizmów zwierzęcych (także żyjących w naszym kraju) ma zdolność
emitowania światła. Może ono pochodzić z utleniania pewnych związków
chemicznych, co łączy się z wydzielaniem energii lub jest ono
charakterystyczne dla struktury niektórych pierwiastków np. fosforu. Nazwano
również pewne substancje zwierzęce, które świecą. Przykładem może tu być
lucyferyna występująca u "robaczków świętojańskich". Zdolność świecenia
posiada też jedyna świecąca dżdżownica krajowa - kompostowiec świecący.
Także wielu innych przedstawicieli świata zwierząt potrafi świecić,
począwszy od pierwotniaków (nocoświetlik), a skończywszy na wielu gatunkach
ryb głębinowych. Świecą też niektóre glony, a światło ich może czasami
uratować życie. Fantastyczny opis pozostawił niedoszły zdobywca Księżyca -
Jim Lovell, dowódca Apollo 13 w książce pt: "Utracony księżyc".
GADY SĄ WSTRĘTNE, BO OŚLIZŁE: NIEPRAWDA
Żaden przedstawiciel gromady gadów nie może być oślizły. Powierzchnia
łusek gadzich (począwszy od kameleona poprzez węże, jaszczurki, krokodyle a
skończywszy na żółwiach) jest zawsze sucha. Jest to spowodowane tym, że
przedstawiciele tej gromady nie posiadają gruczołów śluzowych, a dokładniej
żadnych gruczołów, które otwierałyby się na powierzchni ciała.
UGRYZŁA MNIE MUCHA: NIEŚCISŁE
Typowa mucha domowa nie posiada po prostu aparatu gębowego, który
predysponowałby ją do zadawania tego typu ran. Jest on typu liżącego,
aczkolwiek pewne jego ustawienie pozwala na zdrapywanie powierzchni. Nie
jest to jednak z pewnością gryzienie. Jedynie niektóre muchówki, które
"gryzą" (jeżeli już miałbym tak nazwać operowanie ich kłująco-ssącym
aparatem gębowym) są zdolne do powodowania ran. Mogą to być np.: mustyki,
komary, moskity, gzy.
UGRYZŁ MNIE PAJĄK (KRAJOWY): NIEPRAWDA
Do zadawania ran pająkom służą szczękoczułki, które można najprościej
zdefiniować jako człon z banieczką jadową i kolec jadowy. Nie ma, niestety
fizycznej możliwości aby którykolwiek z krajowych pająków mógł przebić skórę
człowieka. Nawet dla największego z krajowych pająków - krzyżaka jest to
zadanie przekraczające jego możliwości. Szczękoczułki nadają się natomiast
doskonale do przebijania owadziego oskórka. Jedynie nieliczne gatunki
pająków mogą być groźne dla człowieka. Tego typu gatunkiem występującym w
Pd. Europie jest tarantula. Pojedyncze ugryzienie jest niewiele groźniejsze
od ukąszenia osy, aczkolwiek kiedyś uważano, że przed niechybną śmiercią,
chroni grupowe pląsanie. Stad też prawdopodobnie wywodzi się nazwa tańca -
tarantella. Innym, groźniejszym europejsko- azjatyckim gatunkiem jest
Lathrodectes mactans tredecimguttatus - "karakurte". Zaraz po wojnie były
opisywane przypadki zejść śmiertelnych przy wielokrotnym pogryzieniu przez
tego typu pająka. Opisy te dotyczyły pogryzienia pracujących żniwiarzy we
Włoszech. Prawdopodobnie już dwukrotne ugryzienie dziecka przez tego pająka
może spowodować śmierć.
"BIEDRONECZKI SĄ CACY A PAJĄKI SĄ BE": BŁĄD RODZICÓW PRZY KSZTAŁTOWANIU
PSYCHIKI DZIECKA
Zwykle taki punkt widzenia pokutuje czasem dożywotnio, najczęściej w
psychice dziewcząt. To, że pająki nie są "be", dowiaduje się już 3-letni
chłopczyk, gdy po raz pierwszy pozbędzie pierwszego napotkanego pająka ośmiu
odnóży krocznych. Tłumaczenie, że jest pokryty włoskami (przez co jakoby
brzydki) jakoś do mnie nie trafia. Jest to raczej oszukiwanie własnej
ułomności psychicznej ;) Wystarczyłoby wziąć matkę, która przekazuje córce
taką wiedzę i pokazać jej pod lupą co robi biedroneczka, gdy atakuje np.
mszyce. Rozbryzgiwana dookoła hemolimfa, odrywane odnóża, miażdżenie puszki
głowowej z pewnością upewniłoby dziewczynkę, że może jednak jest odwrotnie.
Ponadto pokutuje tu także błędne przekonanie omówione punkt wyżej.
ZABICIE PAJĄKA PRZYNOSI DESZCZ: NIEPRAWDA
Przesąd ten, jakkolwiek błędny świadczy jednak o szacunku jakim ludzie
żyjący w ścisłym kontakcie z naturą darzą pająki. Dla nich jest to bowiem
wyspecjalizowany drapieżnik niszczący muchy.
JEŻELI ZOBACZĘ W DOMU PAJĄKA ZABIJAM GO!: GŁUPOTA
Żaden organizm zwierzęcy nie jest samoudręczycielem. Podobnie również i
pająk. Żadne zwierzę nie będzie przebywać w miejscu, gdzie nie ma nic do
jedzenia. W mieszkaniach pospolitym gatunkiem może być np. kątnik. Na
pierwszy rzut oka można by przyjąć, że jest to pomniejszona replika
krzyżaka, bez rysunku na odwłoku. W danej chwili gdzieś w moim domu
mieszkają sobie 2-3 pająki, czasami żaden (gdy nie mają one co jeść). Rzadko
je spotykam, bo nie lubią światła, a gdy już je spotkam to schodzę im z
drogi...
Zazwyczaj znikają wtedy gdzieś za lodówką. Dziwne? Nie! Jeżeli ktoś
oglądał "Nikitę" to wie, że istnieją postacie, które wchodzą i zabijają tam,
gdzie nikt inny nie może (Jean Reno jako prototyp Leona Zawodowca ;)). Taką
funkcję w moim domu pełnią pająki. Jeżeli pospolicie do niedawna występujący
w moim domu rybik cukrowy ma mi zżerać dywany, tapety, książki i przynosić
do domu jaja pasożytów na odnóżach to wolę by w zaciszu ciemnej łazienki
zabił go kątnik. Wiele ludzi ma (nawet nie znając przyczyn np. ciągły katar)
alergie od wylinek i odchodów roztoczy kurzowych, które są wszędzie. U mnie
ten problem rozwiązuje.... Tak, już wiecie kto. Czasem wolę go nawet
przegonić z pościeli (czasem tu zachodzi) niż wycierać twarz w odchody
roztoczy żyjących w pierzach poduszki. A jak spełni już swą role drapieżnika
to odchodzi ku mojemu niezadowoleniu, ale przecież nikt nie lubi ginąć z
głodu. Ja po prostu wybrałem zdrowie w symbiozie z pająkiem.
PLUSKWY GRYZĄ: NIEŚCISŁE
Wypijają krew i zwykle boleśnie kłują właśnie one (i pchły), szczególnie
nocą. Dlatego często trudno skojarzyć sobie rankę z tym pluskwiakiem.
Dyletantowi łatwiej zwalić wszystko na pająka... Ale tylko dyletantowi :).
Poza ukłuciem, ranki takie bywają często zanieczyszczane co może doprowadzać
do wtórnych infekcji bakteryjnych o różnym przebiegu. Wykazują one
termotaksję dodatnią (reagują na temperaturę np. ciała ludzkiego), rozwój
ich zachodzi w różnych miejscach np. pod tapetami. Często odbywają długie
wędrówki w poszukiwaniu pokarmu oraz potrafią nadzwyczaj długo głodować.
Dzień, zwykle przeczekują w ukryciu (fototaksja ujemna). Dlatego właśnie
przez długi czas ich obecność może ujść uwadze. U mnie ich nie ma. Powód
wyjaśniłem wyżej :)
KOMARY GRYZĄ: NIEŚCISŁE
Kłują. I to tylko samice. Pobranie krwi jest dla nich niezbędne dla
prawidłowego rozwoju komórek jajowych. Reagują one na dwutlenek węgla
(wydychany z powietrzem) przez co bezbłędnie lokalizują zdobycz. Ukąszenia
są bezbolesne (ślina komara ma właściwości znieczulające) dlatego często
udaje im się jednak tą krew pobrać. Opuchlizna i swędzenie jest reakcją
organizmu człowieka na białka śliny komara. Nie przenoszą AIDS, więc
przestroga. Nie da się nijak zrzucić obecności wirusa HIV na komarzyce :)
ODBIEGLIŚMY W ROZWOJU DALEKO OD MAŁPY: NIEPRAWDA
Niedaleko... Mimo, że niektórym ten fakt nie przypadnie specjalnie do
gustu. Okazuje się bowiem, że informacja genetyczna o człowieku zapisana w
DNA (kwas dezoksyrybonukleinowy) pokrywa się z analogiczną informacją
zapisaną w DNA małpy w ok. 99%. I to łącznie z cechami warunkującymi
obecność ogona u człowieka, który to z czasem zanikł jako narząd zbyteczny
;)
WIELORYB TO RYBA: NIEPRAWDA
... Chyba, że dla przedszkolaka. Wieloryb jest ssakiem, który wtórnie
przeszedł do środowiska wodnego. Oddycha jednak płucami, a rodzące się młode
odżywia się mlekiem matki.
SOKI ROŚLIN SĄ TRUJĄCE A DIFFENBACHIA ZAWIERA STRYCHNINĘ: NIEŚCISŁE
Soki wielu krajowych roślin mogą być trujące dla człowieka. Przykłady
korzystania z trucizn roślinnych znane są już od dawien dawna. Wczesną
wiosną 399 r p.n.e. największy myśliciel jakiego wydała grecka demokracja
ginie w więzieniu przez wypicie kielicha z cykutą. Cykuta to trucizna
sporządzona z szaleju jadowitego, silnie trującej rośliny o przepięknych
białych kwiatach. Po jej wypiciu Sokrates umarł dość szybko, o czym wspomina
sam Platon w "Fedonie". Zgadza się to z dzisiejszymi poglądami na działanie
cykutotoksyny zawartej w szaleju. Oddziaływuje ona na rdzeń przedłużony,
przy dużej dawce powodując śmiertelne porażenie. Jest ona substancją
lipoidotropową, szybko rozprzestrzeniającą się w organizmie. Śmierć może
nastąpić już po kilku minutach. Równie silnymi truciznami roślinnymi mogą
być np. atropina, papaweryna, kurara i masa innych.
Jeżeli chodzi o diffenbachię, sok z tej rośliny jest w zależności od dawki
toksyczny, a nawet trujący. Jednak to nie strychnina jest powodem zatruć.
Mimo, że w wielu książkach i artykułach można spotkać takie uwagi, to jednak
badania prowadzone w naszym kraju udowadniają, że jest to związek zbliżony
budową - ale nie strychnina. Cóż, marne to jednak pocieszenie, gdyż jest on
także równie trujący. Rzeczą nie ulegającą dyskusji jest jednak to, że nie
wyparowuje on z rośliny.
ZJEDZENIE MUCHOMORA SROMOTNIKOWEGO JEST TRUJĄCE: NIEŚCISŁE
Niektóre gatunki grzybów posiadają substancje trujące dla człowieka.
Istnieje jednak kilka typów zatruć grzybami. Niektóre substancje toksyczne
powodują degenerację komórek różnych narządów, głównie wątroby. Niektóre
trucizny z grzybów działają szybko np. falloidyna (gdy to już po kilku
godzinach niewiele z wątroby pozostaje do zebrania). Inne np. amanityna
wolniej. Paraliż centralnego układu nerwowego powoduje natomiast muskaryna.
Jednakże związki toksyczne w grzybach jakkolwiek istnieją, są związkami
organicznymi. Dlatego też, przy długotrwałym działaniu wysokiej temperatury
mogą ulegać rozkładowi do substancji nietoksycznych, tym samym tracąc swoje
właściwości. Kto jednak profilaktycznie przed przypadkowym spożyciem
muchomora gotuje wszystkie grzyby np. 60 razy?
UKĄSZENIE ŻMII JEST ŚMIERTELNE: NIEŚCISŁE
Z pewnością jest groźne dla zdrowia i życia człowieka, ale niekoniecznie
śmiertelne. Po podaniu antytoksyny nie jest już zwykle groźne. Ukąszenie
dziecka może być śmiertelne. Paracelsus powiedział kiedyś mniej więcej o
związkach dostarczanych do organizmu człowieka w ten sposób: "Wszystko jest
trucizną i nic nie jest trucizną, zależy to tylko od dawki". W literaturze
można spotkać dane mówiące o tym, że zdrowy, dorosły człowiek powinien
przeżyć ukąszenie żmii bez pomocy lekarza! Po co jednak zmuszać organizm do
tak potężnych procesów detoksykacyjnych.
UKĄSZENIE 2-3 SZERSZENI JEST ŚMIERTELNE: NIEŚCISŁE
Szerszeń (Vespa crabo) - nasza największa osa, posiada jad o silnym
działaniu na organizm człowieka. U ludzi nieuodpornionych ugryzienie nawet
przez jednego szerszenia może być groźne. Większa dawka toksyny może
spowodować wstrząs amfilaktyczny i śmierć. Wielu jednak pszczelarzy dużo
lepiej znosi jad pszczeli niż szarzy zjadacze chleba.
WSZY POWSTAJĄ Z BRUDU: NIEPRAWDA
Może są częstsze w miejscach o niskim stanie higieny. Jednak już od dawna
wiadomo, że powstają po prostu z jaj :)
"PACHNIE ŚCIĘTĄ TRAWĄ": NIEŚCISŁE
Ścięta trawa nie pachnie, podobnie jak ścięte drzewo i dym z ogniska. Mogą
pachnieć natomiast pewne substancje np. żywice uwalniając olejki eteryczne
lub pewne alkaloidy jak np. kumaryna zawarta w trawie.
W NOCY WSZYSTKIE KOTY SĄ CZARNE: NIEPRAWDA
W nocy nie jestem Murzynem! A i koty mają taki sam kolor jak za dnia.
Wszystko zależy od falowej budowy światła, zdolności widzenia jaką dają nam
czopki i pręciki w oku oraz od zdolności przetwarzania obrazu z oka przez
mózg.
MĘŻCZYŹNI SĄ SŁABSI PSYCHICZNIE OD KOBIET: NIE ULEGA WĄTPLIWOŚCI...
Aczkolwiek mogą istnieć wyjątki ;) (które potwierdzają regułę) :(
KOBIETY GORZEJ PROWADZĄ SAMOCHÓD: PRAWDA
Jest to związane przede wszystkim z budową mózgu człowieka. Mężczyźni dużo
lepiej postrzegają kolory, perspektywę, dokładniej oceniają odległość.
Prawdopodobnie posiadają także szybszy czas reakcji na pewne bodźce (pod
warunkiem, że poprzedniego dnia nie byli na imprezie). Posiadają jednak
większe predyspozycje do brawury. Słuszniejsze wydawałoby się więc
stwierdzenie, że mężczyźni prowadzą samochód lepiej, jeśli chodzi o
motorykę, kobiety - uważniej.
KULTURYSTYKA TO SPORT DLA KOBIET: BARDZO MOCNO SPORNE
Jeżeli chodzi o podejście psychologiczno-estetyczne, z pewnością nie jest
to sport dla kobiet. Gwałtowny rozrost mięśni powodowany odżywkami i dietą
białkową tworzy sylwetkę kobiety mocno zbliżoną do męskiej. Nie ma w niej
już wtedy nic subtelności, finezji i piękna zakodowanego genetycznie w
kobiecie. Dla utrzymania zgrabnej sylwetki w zupełności wystarczy poprawna
dieta i calanetics. Dla niektórych kobiet nawet to jest za dużo, o czym
świadczą badania w kraju mówiące o 40% kobiet z nadwagą.
Aby stworzyć sylwetkę męską lub quasi męską z kobiecej w sporcie zwanym
kulturystyką można było kiedyś nieco oszukać naturę. Fantastycznie do tego
nadaje się testosteron, hormon męski powstający w jądrach. Podawanie go pod
różną postacią u mężczyzn znacznie podnosi wydajność organizmu. U kobiet
zwykle też. Oprócz figury widać to w rysach twarzy, wtórnej mutacji lub
chociażby możliwości pojawiania się owłosienia w miejscach zarezerwowanych
kiedyś dla mężczyzn ;)
Na zawodach proceder jest tępiony, więc stosuje się różne inne sposoby.
Pewne substancje np. sterydy anaboliczne otrzymywane syntetycznie raz za
razem są wciągane na listy środków niedozwolonych.
No cóż, powiem tylko tyle. Jeżeli w przyszłości tak właśnie ma wyglądać
ideał urody kobiecej, to cieszę się, że żyje teraz, gdy jest on jeszcze w
powijakach i dopiero się kreuje. :))
KOBIETY SĄ MĄDRZEJSZE OD MĘŻCZYZN: NIEŚCISŁE ... :)
Opowiadania: Archeolodzy sieci
Autor: Cobretti
[op1] Archeolodzy Sieci.
[ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]
"Gdzieś, kiedyś powiedzą, że byliśmy przeszłością. Nie pomylą się, ale
naszym zadaniem jest pozostawić po sobie jakiś ślad..."
Cobretti
W zasadzie nie mieliśmy co ze sobą począć. Siedzieliśmy całymi godzinami
przy komputerach i przeglądaliśmy niezliczone zasoby banków danych, tytuły
nowych książek, czasopisma sieciowe. Komputery to nasza codzienność.
Przychodzisz do domu i pierwsze co robisz to włączasz komputer. Wstajesz
rano, budzisz się i od razu go uruchamiasz, ale często on już jest włączony,
analizuje to co napłynęło w nocy.
Siadasz przy biurku i zaczynasz szperać. Ktoś do ciebie napisał, ktoś
podesłał nowe nielegalne namiary, ktoś napisał jak się włamać na tajne
servery. To nie te czasy co kiedyś, gdy byle uczniak mógł złamać
zabezpieczenia każdego systemu. Teraz wszystko jest tak zabezpieczone, że
nie ma siły żeby się dostać bez pomocy kogoś z wewnątrz. Jakiś przeciek,
niedopatrzenie przy wpisywaniu hasła, ktoś zapisujący hasło na kartce. Tak,
skleroza zawsze dokuczała i dokucza teraz. A nam to szalenie pasowało.
Było nas dwunastu, dokładnie tyle co apostołów. Czasami tak nas nazywali.
Byliśmy porozrzucani po całym świecie ale przyświecał nam jeden cel.
Podjęliśmy wyzwanie przeszłości. Badamy stare servery, stare sieci,
zapomniane hosty, przedpotopowe juke-boxy, archaiczne zasoby na twardych
dyskach. Jesteśmy Archeologami Sieci.
Tą nazwę wymyśliłem już dość dawno, przez lata chodziła mi po głowie.
Pewnego upalnego lata w 2012 roku, będąc na wykładzie z sieci, siedzieliśmy
z kumplami na nudnym wykładzie i rozmawialiśmy na dziwne tematy. Jednym z
nich było usuwanie plików. Normalnie plik nie istniał, ale po wydaniu
komendy można było plik przywrócić do życia i co najciekawsze nie był w
żaden sposób uszkodzony. Istniało duże prawdopodobieństwo, że można
odczytywać pliki skasowane nawet rok, dwa lata temu, jeżeli system nie był
zbyt często narażony na duże ilości zapisów innych informacji. Wtedy
porównałem to do archeologii w wydaniu komputerowym. Pomysł był dobry, ale
nikt nie myślał o tym na poważnie. Ot, po prostu jeszcze jeden z naszych
pomysłów, których na studiach nam nie brakowało.
Teraz nasza dwunastka żyła z tego. Codziennie penetrowaliśmy zagubione
dziesiątki lat temu informacje. Z reguły były to nic nie warte śmiecie,
czasami nawet nas dobijały wciąż te same informacje w różnych wydaniach. Ale
były momenty, gdy aż chciało się pracować. Kiedyś natrafiliśmy na stare
servery agencji informacyjnych, TASS, REUTER, CPI. To był niezły interes.
Teraz narobiło się maniaków żądnych staroci. Tak jak kiedyś kolekcjonowało
się stare meble, tak teraz w modzie były stare informacje.
Grzebaliśmy we wszystkim. Zabezpieczenia dla nas nie istniały, pamiętam
jak kiedyś, gdy byłem jeszcze dzieckiem, mówiło się że nie ma komputerów tak
szybkich, żeby udało się rozgryźć zabezpieczenia metodą prób i błędów.
Trzeba by tylu lat ile istnieje wszechświat, żeby złamać proste hasła. Teraz
śmiać mi się chce z tego, ale za lat kilkanaście inni będą śmiać się z tego,
czego dziś nie możemy osiągnąć.
Stare servery bankowe umożliwiły nam wykrycie oszustw, pracowaliśmy wtedy
dla policji skarbowej. Chodziło im o pewien przekręt z przelewami na konta.
Wystarczyło podpiąć do procedury przelewającej gotówkę, mały niepozorny
fragment programu, który ułamki procent przelewał na konto szefa firmy
komputerowej. Wtedy myślał, że jego sposób nie zostanie wykryty, niestety,
po dwudziestu latach trafił na nas, nie miał najmniejszych szans.
Mafia też używała sieci, jako najszybszego środka transportu gotówki i
zleceń. Kasowali po sobie wszystko, ale w sposób logiczny. Pliki fizycznie
na niektórych serverach pozostały. Pozostały również dość przepastne archiwa
na wewnętrznych sieciach Novell 6.20. My przechwytywaliśmy wszystko co się
dało przechwycić. W nocy komputery pracowały i zbierały informacje a w dzień
pracowaliśmy my. Po odrzuceniu niepotrzebnych danych trafialiśmy albo na
smaczny kąsek, albo na kości dla psa. Ale podobało się nam to zajęcie. Tym
bardziej, że kiedyś nie cierpiałem historii. Teraz mogłem sobie tą dziedzinę
nadrobić, ale jakim kosztem...
Mieliśmy na karku mafie, płatnych morderców, szefów banków, prywatnych
przedsiębiorców, polityków, policje... Wszyscy mieli nas dość, w końcu
krzyżowaliśmy im plany od początku istnienia naszej grupy. Ale nie było aż
tak wielkiego ryzyka jak przypuszczaliśmy. Żaden z nas nie znał pozostałej
jedenastki. Każdy działał własnymi sposobami, zamazywał po sobie ślady i nie
byliśmy amatorami, o nie! W przeciwnym wypadku już dawno gryźlibyśmy ziemie.
Wielu ludzi o nas słyszało, ale nigdy nie kontaktowaliśmy się z nimi
bezpośrednio. Tylko w wybranych punktach łącznikowych, ewentualnie poprzez
skomplikowaną strukturę sieci wewnętrznych. Ja nawet nie wiedziałem skąd
pochodziła pozostała jedenastka. Żaden z nas nie pytał o to innych, bo każdy
wiedział na czym polegało nasze zajęcie.
Każdy zbadany server, każdy dysk twardy, streamer, nośniki optyczne,
szpulowe, magnetyczne naznaczaliśmy w specyficzny dla siebie sposób.
Symbolem egipskiej dwunastki, symbolem historii, która stała się dla nas
chlebem powszednim.
Zastanawiałem się często jak długo można to ciągnąć, ile czasu potrwa, aż
ktoś nas przechwyci, czy następnego dnia też będę miał ochotę coś odkryć. Im
częściej o tym myślałem, tym bardziej wydawało mi się, że czas skończyć,
oddać tą działkę innym, zająć się uprawą ogródka, zasiać trawę, odpocząć,
wyjechać...
Ale wiedziałem, że nie ma lepszych od nas speców, że ktoś mógłby
spartaczyć robotę, a odpowiedzialność była duża. Na swoich dyskach mieliśmy
zapisane terabajty danych, gdyby to wpadło w niepowołane ręce, to nawet nie
byłoby o czym gadać.
To co robimy to robota na całe życie, z tego nie można się wycofać, nie
można powiedzieć nie. W pewnym momencie pieniądze już cię nie bawią bo masz
ich tyle, że nie wiesz co z nimi zrobić. Dajesz je ubogim, szpitalom, domom
dziecka, pomagasz ofiarom wojen, dofinansowujesz badania naukowe. Masz swój
dom, swoje komputery, swoje życie. Jesteś samotny, bo zbyt duże ryzyko
wystarcza ci w zupełności i lepiej go z nikim nie dzielić. 100 godzin non
stop przy klawiaturze to normalka, mówisz sobie, że stracisz zdrowie, wzrok,
ale to nie pomaga, bo wiesz, że poświeciłeś się tej robocie. A tam, gdzieś
na drugim końcu świata popełniane jest morderstwo, gwałcona jest kobieta,
umiera głodny człowiek, wybucha wojna, inna się właśnie kończy, powstaje
nowy kraj, kraj upada, nowi politycy dochodzą do władzy, podnosi się poziom
oceanu, palą się lasy, wybuchają wulkany, umierają ostatnie gatunki
zwierząt, gdzieś ulega awarii elektrownia atomowa, wybucha epidemia,
huragany pozbawiają ludzi dachów nad głową, ktoś cierpi, brakuje lekarstw,
powstają nowe technologie, ludzie pracują nad nową zabójczą bronią, świat
umiera, świat się rodzi...
Ale na to nie mam czasu, jestem w tej chwili jakiś 30 lat do tyłu, to co
dzieje się dzisiaj będzie mnie interesowało za jakieś pięćdziesiąt lat, jak
dożyje. Mam nadzieje że tak, że świat się zmieni na lepsze, najwyższy czas.
Przeszłość jest wystarczająco straszna i mam nadzieje, że nic z niej się
nie powtórzy, inaczej moja praca byłaby stratą czasu. A my mamy zmienić
świat na lepszy, po to jesteśmy i z tego jesteśmy dumni. Naszym zadaniem
jest coś po sobie zostawić, nie tylko korzystać i zrobimy to najlepiej jak
potrafimy. Już jest noc, czas szybko leci, nawet nie zdajemy sobie sprawy
jak szybko, a tyle spraw jest do załatwienia i tyle danych do zbadania.
Jutro wstanie nowy dzień, taki sam jak dziś - nie, nie taki sam, może uda
nam się go zmienić na lepszy.
Lekkie pstryknięcie, komputer wyłączony. Na jak długo? Do jutra, bo czas
jest zbyt cenny, żeby go stracić.
Ogłoszenia
Autor: Reporter
Nadawca: Radosław Raciniewski - Radetzky - ██████████████████████████
Na VENUS znajdziesz ciekawe informacje, ciekawe strony i ciekawych ludzi.
Między innymi stronę magazynu internetowego REPORTER oraz strony kanałów
ircowych #Gdansk i #Warszawa. To wszystko u nas. Zajrzyj:
http://venus.wis.pk.edu.pl/
Nadawca: Cobretti - █████████████████
Wynajmę za grosze zamek w chmurach! Oczywiście jeżeli masz jakieś ekstra
rysunki ASCII to ślij je do mnie, już ja zrobię z tego użytek, może nawet
otworzę galerię... Ten nie jest mój, znalazłem go na Internecie, ale jest
imponujący.
. . /\ .: * . . .
* .' `. . . * . .
: . / \ _ .________________ . .
| `.+-~~-+.'/.' `.^^^^^^^^\~~~~~\. .
. -*- . . |u--.| / \~~~~~~~|~~~~~|
| | u|.' `." " |" " "| .
: . |.u-./ _..---.._ \" " | " " |
-*- * | ~-|U U U U|-~____L_____L_ .
: . . |.-u.| |..---..|"//// ////// /\ . .
. * |u | | |// /// // ///==\ / \ .
. : |.--u| |..---..|//////~\////====\ / \ .
. | u | | |~~~~/\u |~~|++++| .`+~~~+' .
|.-|~U~U~|---..|u u|u | |u |||||| | U|
/~~~~/-\---.' |===| |u|==|++++| | |
aaa |===| _ | ||.---..|u u|u | |u ||HH||U~U~U~U~| aa@@
aaa@@@@@@aa |===|||||_|| |===|_.|u|_.|+HH+|_/_/_/_/aa a@@@@@@
aa@@@@@@@@@@@@@@a |~~|~~~~\---/~-.._|--.---------.~~~`.__ _.@@@@@@a ~~~~
~~~~~~ ~~~ \_\\ \ \/~ //\ ~,~| __ | |`. :|| ~~~~
a\`| ` _// | / _| || | | `.' ,''| aa@@@@@@@a
aaa aaaa a@@@@\| \ //' | // \`| | `.' .' | | aa@@@@@@@@@@@@@
@@@@@a@@@@@@a ~~~~~ \\`//| | \ \// \` .-' .' | '/ ~~~~~~~ ~~
@S.C.E.S.W.@@@@a \// |.` ` ' /~ :-' .'| '/~aa
~~~~~~~ ~~~~~~ a@@@| \\ | // .' .'| | |@@@@@@a
a@@@@@@@\ | `| ''.' .' | ' /@@@@@@@@@a
Rozwiązanie zadań
Autor: Cobretti
Odpowiedzi na zadania z początku numeru: 1) 2) 3) 31 - 13 = 18 12 * 7 = 84 17 + 24 = 42 + + + * * * + + + 43 - 15 = 28 3 * 4 * 12 14 + 28 = 41 ----------------- ----------------- ----------------- 74 - 28 = 46 36 * 28 = 1008 31 + 52 = 83
Inne - Opowiadania
Demo
Autor: Cobretti
Demo.
[ Dariusz Majgier - Cobretti ]
Siedział sam w swoim pokoju, głęboko wciśnięty w fotel i myślał.
Nieustannie nad czymś myślał, tak intensywnie, że nic poza jego pomysłem nie
istniało i nic się nie liczyło.
Miał swoją grupę, miał do dyspozycji wiele starych procedur, tricków i
zaskakujących efektów. Ludzie z jego grupy stanowili elitę samą w sobie, ale
ciągle było mu czegoś mało. Nie bawiły go kolejne pierwsze miejsca zajmowane
na kolejnym party, nie robiły na nim wrażenia produkcji innych grup tak samo
jak nie ruszały go smętne i dość prostackie gry. On myślał, a myśląc można
zdziałać wiele...
Kiedyś, w latach dziewięćdziesiątych ludzie zachwycali się możliwościami
komputerów nowej generacji, szybkością procesorów, nowymi technologiami.
Teraz on miał to wszystko w zasięgu ręki, w sprzęcie już nie zmieniało się
tak wiele jak kiedyś, teraz przede wszystkim wszyscy pracowali nad
oprogramowaniem. Wszystko zostało już wymyślone, więc zbyt wiele
nowoczesnych rozwiązań nie pojawiało się tak często jak kilka lat temu. To o
czym myślał było technologicznie możliwe, ale czy podoła wyzwaniu? Czy da
radę bez żadnego przygotowania zademonstrować wszystkim swoją produkcję?
Przecież nie można było tego przetestować. Czy jest tak dobry jak myśli?
Takie i podobne pytania kłębiły się niczym rozwścieczony rój węży w jego
umyśle. Myślał i wyobrażał sobie wszystko - kadr po kadrze, wiedział, że
będzie pierwszy, który wykona takie demo, ale może być też pierwszą osobą,
której się to nie uda. A stracić można było wszystko, łącznie z życiem.
Postanowił zaryzykować, postawić wszystko na jedną kartę. Powiedział
pozostałym osobom z grupy czym się chce zająć i wytłumaczył im techniki
modelowania światów. Sprawa była potwornie skomplikowana i wszystko musiało
być zapięte na ostatni guzik, gdyby jakaś procedura nawaliła... nie, nie
chcieli nawet o tym myśleć.
Muzyk stwierdził, że nie powinno być kłopotu z udźwiękowieniem tego
pokazu. Grafik miał wystarczająco dużo narzędzi, dzięki którym można było
uzyskać upragniony efekt końcowy. Swapper zaczął informować wszystkich o
zbliżającym się niecodziennym wydarzeniu i stał się najbardziej znanym
swapperem na scenie. Coder miał najgorsze zadanie, musiał scalić wszystko w
jedność i zapanować nad tym. Na razie myślał. Układał sobie plan w głowie,
starał się być niemal obecny we wnętrzu tego dema, starał się wyobrazić
sobie wszystkie użyte efekty. Tak! Miał wizję i wiedział, że musi to
wykorzystać. A czas leciał.
Po sześciu miesiącach pozostali członkowie grupy dostarczyli wszystkie
niezbędne komponenty. Muzyka była obłędna i doskonale współgrała z tym co
chciał uzyskać. Grafika w pełni spełniała jego oczekiwania. Gra barw i cieni
miała sprawić, że będzie to niesamowite przeżycie emocjonalne. Ludzkość
wiedziała, że takie efekty będzie można kiedyś uzyskać, ale czy była
przygotowana na tak szybki skok do przodu? Nie wiedział, miał nadzieje, że
to co robi będzie w przyszłości czymś normalnym i że musi być pierwszy.
Pomimo upływu czasu w dalszym ciągu jego praca nie została ukończona. Wciąż
więcej myślał, niż kodował.
Jego myśli kierowały się w stronę psychiki człowieka - jak ludzie
zareagują na system kreowania rzeczywistości, jak wpłynie to na ich
psychikę, czy wytrzymają tą niesamowitą dawkę emocji i odczuć? W dalszym
ciągu nie wiedział czy ma prawo aż tak bardzo ingerować w świat tych osób.
Być może niektórzy popadną w amok, inni przestaną postrzegać uroki świata
rzeczywistego, jeszcze inni będą go nienawidzić za to, że stworzył nowy
rodzaj broni w konfliktach międzyludzkich.
Samo zakodowanie dema nie sprawiało mu problemu. On cierpiał psychicznie.
A cierpiał coraz bardziej. Lecz sprawy zaszły za daleko, już nie mógł się
wycofać, większość dzieła zostało wykonane i wszyscy czekali na pokaz. Test
miał być tylko jeden, na premierze. Łudził się jeszcze, że być może mu się
nie uda, że go tylko wyśmieją i zapomną o wszystkim a on będzie mógł wrócić
do starych, sprawdzonych procedur, nie szokujących prostych efektów i do
swojej grupy. Ale gdyby mu się udało prawdopodobnie zmieni rzeczywistość w
fantazje, a jego ingerencja w świat rzeczywisty będzie nieuzasadniona. Ale
czas płynął nieubłaganie i zbliżał się dzień Wielkiego Party. Miała się
zebrać czołówka wszystkich grup na świecie, nie mogło zabraknąć jak zwykle w
takich sytuacjach kilkunastu wysłanników z korporacji komputerowych
werbujących zdolnych programistów do swoich firm. On jako jedyny nie dał się
wciągnąć w komercję, on pisał dla przyjemności i dla sceny. Bo scena była
dla niego wszystkim, tam nabrał szlifów, sławy i doświadczenia. Ten dzień
miał być ukoronowaniem jego dotychczasowej działalności i wszyscy stawili
się, żeby razem z nim cieszyć się z jego sukcesu.
Nie wiedzieli co ich czeka, nie wiedzieli jakie grożą im
niebezpieczeństwa. Owszem, ci najlepsi domyślali się nad czym on obecnie
pracuje, ale nigdy nie rozmawiali o tym pomiędzy sobą. Każdy mógł
przypuszczać, że takie demo w końcu powstanie. Nikt tylko nie sądził, że tak
szybko.
Siedzieli ulokowani w jednym z pokoi udostępnionym wszystkim uczestnikom
Wielkiego Party. Wszyscy milczeli i tylko gesty i mimika twarzy oddawały
całe ich przerażenie i obawy. Jeszcze tylko kilka godzin, jeszcze tylko
ostatnie kontrolne sprawdzenie kodu. Jeżeli popełnili gdzieś błąd będą
wiedzieć o tym za niedługo, jeżeli nie popełnili błędu, to o tej samej porze
jutro, będą najsławniejszą grupą na scenie i nikt tak szybko nie odbierze im
zwycięstwa. Ale teraz bali się niemal jak dzieci, które po raz pierwszy
wchodzą do ciemnego pokoju. Nie przeraża ciemność, którą się zna, lecz
przeraża niewiadome, coś, czego wcześniej nikt inny nie zrobił.
Teraz wiedzieli jak czuł się człowiek, który pierwszy postawił stopę na
marsie, oni czuli się tak samo. Niepewność, nadzieja, groza...
Ostatnie rozmowy, ustalenia, ponaglenia i zapewnienia, że wszystko będzie
dobrze, że potoczy się tak jak zaplanowali. Coder już nie myślał, odprężył
się, wyluzował, wiedział, że zaraz będzie mógł przetestować nowoczesne i
niesprawdzone procedury modelowania świata rzeczywistego.
Fenomen polegał na tym, że oni mieli ingerować w rzeczywistość,
kształtować ją według swoich potrzeb. To brzmi jak magia, ale magią nie
jest. Wykorzystać okazję mogli tylko raz, potem generator materii nadawał
się na złom. Jeżeli coś zrobią nie tak, mogą doprowadzić do sytuacji
krytycznej, mogą nie wyjść ze świata kreowanego przez program, mogą się w
tym świecie zapętlić, mogą się w nim zagubić lub po prostu zostać
zdematerializowani bez możliwości powrotu.
Nikt do tej pory czegoś podobnego z generatorem materii nie wykonał,
owszem, był on używany do prostych rzeczy, jak chociażby generowanie
pożywienia, materiałów codziennego użytku, ale żeby modelować świat należało
posiadać odpowiednie wyposażenie i zasób wiedzy.
Coder stwierdził, że czas zaczynać. Wyszli z pokoju, udali się na miejsce
pokazu, po krótkiej mowie powitalnej zaczęli przygotowywać procedury
rozruchowe.
Opóźniacze materii zadziałały. W tej chwili nie istniało już w około nic.
To co wszyscy jeszcze widzieli to opóźniony, jeszcze nie zdematerializowany
stary świat. Nowy potrzebował około 17 sekund na ukazanie się publiczności.
Słyszeli szum wody, śpiew ptaków i gdzieś w dali rytmiczne uderzenia werbli.
Atmosfera zrobiła się tajemnicza, każdy wyczuwał, że jest to coś
niesamowitego, coś na co czekali, ale nie potrafili sobie tego wyobrazić.
Nagle pojawił się nowy świat, spowity mgłą, która powoli opadała a wokół
wyłaniały się ruiny zamku. Gra barw sprawiała, że całość wyglądała
bajecznie. Nagle, zamek przeszedł płynnie w ogniste rydwany - dla każdej
osoby jeden. I nagle wszyscy będący na pokazie zaczęli się ścigać z własnymi
myślami, byli oszołomieni. Muzyka wydobywająca się z wnętrz ich ciał,
nieomal ich rozrywała, a to, że widzieli się z góry, pomimo tego, że wciąż
gnali na złamanie karku, nie było złudzeniem.
Wtem cisza, przerwana upiornym wrzaskiem. Wszystko przemieniło się w
przepastną dżunglę, nieprzebyte odmęty zieleni i dzikość rytmów przyrody.
Gdzieś w górze stado Pterozaurusów spadała na nich jak na swoje ofiary, ale
zanim pomyśleli, że mogą być zagrożeni, już odbywali podróż statkiem
kosmicznym z szybkością światła. Oni rzeczywiście już nie znajdowali się na
Ziemi. Ziemia już dla nich nie istniała, podczas gdy kilometr od miejsca
Wielkiego Party wszystko toczyło się normalnie. Zwykły dzień, te same
codzienne obowiązki, ten sam poranek, południe i zachód słońca.
Demo trwało nadal, wciąż zaskakiwani i nie mogący nadążyć za biegiem
wypadków obserwatorzy nie wiedzieli, że zaraz nastąpi błąd krytyczny. Coder
również nie wiedział, bowiem nie mógł wcześniej pozwolić sobie na
przetestowaniu wszystkiego przed Wielkim Party. Dlatego tak bardzo obawiał
się o ten pokaz. Ale maszyna po uruchomieniu już nie była sama w stanie się
zatrzymać, wszystko kontrolował program. Modelowanie światów to nie zabawa,
i oni o tym wiedzieli, nie wiedzieli tylko, że demo straciło panowanie nad
generatorem materii, i że w tej chwili coraz bardziej oddalali się od Ziemi.
W pewnym momencie nastąpiła explozja, niesamowicie wielki wybuch. Zaraz po
nim nastała cisza, a oni przestali być, rozpłynęli się w nicości i wszystko
wróciło do stanu z przed kilkunastu miesięcy.
Siedział sam w swoim pokoju, głęboko wciśnięty w fotel i myślał.
Nieustannie nad czymś myślał, tak intensywnie, że nic poza jego pomysłem nie
istniało i nic się nie liczyło.
Miał swoją grupę, miał do dyspozycji wiele starych procedur, tricków i
zaskakujących efektów. Ludzie z jego grupy stanowili elitę samą w sobie, ale
ciągle było mu czegoś mało. Nie bawiły go kolejne pierwsze miejsca zajmowane
na kolejnym party, nie robiły na nim wrażenia produkcje innych grup tak samo
jak nie ruszały go smętne i dość prostackie gry. On myślał, a myśląc można
zdziałać wiele...
Mutanci - żywe trupy
Autor: Cobretti
Mutanci - żywe trupy.
[ Dariusz Majgier - Cobretti ]
Zostałem sam. Naszym celem było zdobycie wszystkich danych o ośrodku badań
nad ludźmi dotkniętymi chorobą popromieniotwórczą. Baza już nie istniała,
bunt jaki tutaj wybuchnął i zbyt mały stopień zabezpieczeń nie pozwolił na
utrzymanie porządku. Nie wiem dlaczego wysłali do tej misji tylko naszą
dziesiątkę, skoro 49 strażników nie mogło sobie dać z nimi rady.
Mieliśmy podawać się za geologów badających syberyjską tajgę. Wiedzieliśmy
tylko, że ponad dwudziestu zmutowanych ludzi przebywa teraz na wolności i
musimy ich wszystkich zlikwidować zanim stanie się coś niedobrego. Podobno
mieli niesamowite możliwości, byli odporni na ból, nie czuli lęku i byli
nadzwyczaj żywotni. Wyglądali jak upiory z horrorów.
W pewnym momencie zobaczyliśmy jednego z nich. Idąc za nim dotarliśmy do
wioski, której nie było na mapie. Zresztą tutejsze tereny nie były nigdy
dobrze oznaczone. Być może ten ośrodek to nie jedyna tego typu placówka w
tej tajdze. Ukryliśmy się w krzakach i obserwowaliśmy ich. W pewnej chwili
zobaczyliśmy, jak jeden z nich pokazuje na nas i rusza w naszą stronę.
Za chwilę dołączyli następni. Biegli przez las bezszelestnie, nie patrząc
pod nogi. Nie mieli broni, ale byłem pewien, że nie będą się z nami bawić.
Było ich zbyt wielu, zaczęliśmy uciekać. Biegliśmy może kwadrans, może
godzinę nie wiem. Obejrzałem się za siebie. Jakieś 50 metrów ode mnie, z
krzaków wynurzyły się potwory. Zdębiałem. Nadal biegli równym tempem,
oddychając spokojnie, bez jakichkolwiek śladów zmęczenia.
Zatrzymaliśmy się. Uniosłem karabin i wystrzeliłem. Kula trafiła
pierwszego z prześladowców. Na jego czole zobaczyłem krwawy ślad.
Przeładowałem i strzeliłem do drugiego. Widziałem, jak siła uderzenia
pocisku odrzuca go w tył.
Wybiegliśmy na wzniesienie. Ponownie spojrzałem do tyłu i zamarłem.
Potwory, które przed chwilą zabiliśmy, biegły znowu w naszą stronę. Ale ich
krok był trochę mniej pewny i jakby wolniejszy, wyraźnie słabli. Po chwili
pierwszy upadł, a po kilku krokach runął drugi. Sprawdziłem, nie żyli.
Wydawało się, że chyba większość z nich zlikwidowaliśmy. Niestety, to były
tylko przypuszczenia. W chwilę potem w krzaków wychynęli na moich kumpli.
Miałem szczęście że udało mi się ujść z życiem.
Postanowiłem zbadać tylko obręb tej wioski i potwierdzić przypuszczalne
miejsce tego obozu dla ofiar eksperymentów i katastrof jądrowych. Wioski
jak ta nie są tylko radziecką specjalnością. Wszystkie państwa zajmujące się
badaniami jądrowymi musiały utworzyć podobne "przechowalnie". Na pewno
można je znaleźć w amazońskich lasach czy afrykańskim buszu.
O łączności ze Stanami Zjednoczonymi mogłem tylko pomarzyć. Cały osprzęt
straciliśmy koło tej wioski. Zostało mi trochę żarcia, karabin i miernik
promieniowania. Przypomniałem sobie, że niedaleko stąd powinno być jezioro.
Miałem okazję zbadać następne wydarzenie.
Była właśnie pora obiadu, gdy w instytucie atomowym, odległym o 16 km od
syberyjskiego miasta Tomsk, nastąpił wybuch. Nigdy nie będzie wiadomo, co
się wtedy, 6 kwietnia 1993 r. naprawdę wydarzyło.
Prawdopodobnie ludzie obsługujący instalację nieumyślnie spowodowali
gwałtowny wzrost ciśnienia gazów w zbiorniku zawierającym kwas azotowy,
uran i pluton. Gazy rozerwały zbiornik, a od ich oparów nastąpiło zwarcie
instalacji elektrycznej, a potem potężna eksplozja.
Słup ognia widoczny był z wielkiej odległości. Na szczęście padał śnieg i
prawie nie było wiatru, więc skażony został obszar tylko w promieniu 20
km.
Zdążyłem się przyzwyczaić do chorobliwej atmosfery tajności otaczającej
wszystko, co w byłym Związku Radzieckim związane było z atomistyką. Jednak
nadal zdumiewa fakt, że potężny ośrodek atomowy oraz zbudowane wokół niego
miasto liczące 114 tysięcy mieszkańców, przez tyle lat nie istniało na
żadnej mapie. Co więcej, nie istnieje nadal, a na jego określenie wciąż
używa się kryptonimu Tomsk-7.
Wszystkie te miasta mają status prawny terenów przygranicznych i
rzeczywiście są w pewnym sensie "państwami w państwie". Każde z nich otacza
szeroki pas zaoranej ziemi, wieże strażnicze i kilometry drutu kolczastego.
Tajemnicze cyfry dodawane do nazw ośrodków atomowych oznaczały jedynie
numer kodu pocztowego. Fakt istnienia Czeliabińska-70 wcale nie oznaczał,
że gdzieś tam, powiedzmy, na dalekiej Syberii było 69 innych Czeliabińsków.
Żeby sprawę jeszcze bardziej skomplikować, Rosjanie co kilka lat zmieniali
numery kodów, na przykład z Czeliabińska-40 na Czeliabińsk-65.
We wszystkich tajnych miastach obowiązywały absurdalne wręcz środki
bezpieczeństwa. Na przykład Chruszczow nakazał, by w Krasnojarsku-26
wszystko - czyli reaktor, fabryki i część mieszkalną - zbudować pod ziemią i
połączyć za pomocą tuneli. Mówi się, że ich długość jest dziesięciokrotnie
większa od długości tuneli moskiewskiego metra.
Dwie największe katastrofy wydarzyły się w zakładach Majak w ośrodku
Czeliabińsk-40 (przemianowanego 10 lat temu na Czeliabińsk-65). W 1957 roku
wybuchł w nich zbiornik magazynowy, emitując promieniowanie o stężeniu 20
milionów curie. Eksplozja spowodowała skażenie promieniotwórcze obszaru o
powierzchni 20 tyś. km, zamieszkałego przez 450 tyś. ludzi. O niczym ich nie
poinformowano.
Z zakładów Majak latami usuwano odpady ciekłe do pobliskiego jeziora
Karaczaj. W 1967 roku, podczas strasznej suszy jezioro wyschło. Z dna
jeziora wiatry zdmuchnęły pyły radioaktywne o stężeniu 120 milionów curie.
Dla porównania, podczas katastrofy w Czarnobylu zanotowano stężenie od 25
milionów do 50 milionów curie.
Przeprowadzane w 1991 roku badania nad brzegami jeziora Karaczaj wciąż
wykazywały poziom aktywności 600 rentgenów na godzinę: jest to dla
człowieka dawka śmiertelna po jednej godzinie.
Ja chciałem się tam dostać osobiście i sprawdzić ile w tym wszystkim było
prawdy. Pomimo tego, że minęło już od tego wydarzenia ponad 40 lat,
dochodząc w strefę jeziora można było zauważyć walające się białe kości,
obumarłą roślinność i wciąż wyschnięte jezioro. Nie zamierzałem już teraz
sprawdzać poziomu promieniowania nad brzegiem, to co zobaczyłem mi
wystarczyło. Jeszcze tylko zaliczyć wioskę i spadam z tego bagna jak
najszybciej.
Jeżeli nie uda mi się wrócić całym i żywym i tak mnie odnajdą i
przeczytają to co mam do powiedzenia w tej sprawie. Wszczepione przed naszą
misją teledatory osobiste emitują sygnały radiowe, dzięki którym możliwa
jest lokalizacja każdego z nas. Na razie żyje, jak długo nie wiem. Ale
zaczynam mieć tego dość. Tym bardziej, że poziom promieniowania jaki mogę
przyjąć zwiększa się z każdą chwilą.
Zawróciłem. Następne dwa dni marszu. Jestem w pobliżu wioski mutantów. Jak
na moje dane, myślę, że powinno być ich jeszcze około dziesięciu. Gdzie
oni żyją, czym się pożywiają, gdzie śpią, co piją? Tysiące pytań przewija mi
się w głowie i ani na jedno nie potrafe logicznie odpowiedzieć. Teraz była
pełnia lata, ale w zimie nie było szans przeżyć tutaj bez mieszkania. Nasza
misja skończyła się w chwili gdy zostałem sam. Regulamin mówił, że
gdybyśmy czasem trafili na niesprzyjające warunki, to misja trwa do chwili,
gdy przy życiu pozostaje nas co najmniej trzech. W innym przypadku
zostajemy tylko biernymi obserwatorami i po badaniach mamy udać się w
bezpieczne miejsce i czekać na przylot śmigłowca transportowego. Do końca
misji pozostały mi jeszcze 4 dni. Do tego czasu jestem zdany tylko na
siebie.
Zobaczyłem ich znowu. Stali na skraju wioski i patrzyli. Nie sądzę żeby
posługiwali się wzrokiem. Oni musieli mieć uaktywnione jakieś inne zmysły.
Byłem oddalony o niecały kilometr, gdy nagle jeden z nich odwrócił się i
zaczął biec w moją stronę. Zamarłem. Teraz bez względu na wszystko myślałem
tylko o oddaleniu się z tego miejsca. Zacząłem biec ile sił w nogach. Na
próżno. Gdy się obróciłem zobaczyłem, że mnie dogania. Musiałem go zabić.
Stanąłem, przymierzyłem i wypaliłem. Krwawy potok z jego skroni w niczym nie
przeszkadzał mu w pogoni za mną. Wypaliłem znowu. Widziałem jego twarz,
cała powykrzywianą, ciemnego koloru, nienaturalne otwory nosowe, zasklepiona
jama ustna, oczy białe całkowicie. Tak jak przypuszczałem, nie używał oczu,
być może łączność telepatyczna pozwalała wykrywać mu swoje ofiary. Dzieliło
nas sto metrów, może mniej. Nie mogłem biec dalej, byłem za bardzo zmęczony.
Zacząłem strzelać w nogi, pociski rozrywające poskutkowały. Odpadła mu noga,
nie mógł mnie gonić. Zaczął pełznąć, wił się jak robak na haczyku i wydawał
z siebie przeciągłe gwizdy.
Nigdy nie myślałem, że dane mi będzie ujrzeć człowieka tak bardzo
odmiennego od ludzi znanych na co dzień. To był koszmar, który wydarzył się
na prawdę. Zacząłem iść, jak najdalej stąd. Zobaczyłem wzniesienie, koło
którego zginęli moi kumple. Poszedłem tam w nadziei, że być może znajdę
nadajnik.
To co zobaczyłem przerosło moje zdolności psychofizyczne, zacząłem tracić
nadzieje na powrót. Oni tam siedzieli i gapili się na mnie. Patrzyli się na
mnie w nienaturalny sposób. Mieli takie same białe gałki oczne jak ten,
którego zabiłem. Nawet nie próbowałem uciekać. Dokonałem ostatniej
transmisji danych do podręcznego dyktafonu. Siadłem i czekałem na śmierć.
Knajpa
Autor: Cobretti
Knajpa.
[ Dariusz Majgier - Cobretti ]
- Wiesz jak to jest, gdy czasami zamiast myśleć zdajesz się na instynkt.
Nie chciałem go unicestwić, ale te plazmowe cudeńka są takie szybkie...
Zresztą nie wiedziałem kim on jest. Nigdy wcześniej go nie spotkałem.
Trudno, stało się. Może gdybym wiedział postąpiłbym inaczej. - Jeszcze raz
potrząsnął głową. - Co ja narobiłem? Mam teraz całą korporację przemytników
na głowie.
- Masz też najlepszy pojazd, najlepszy osprzęt, niesamowite szczęście i to
coś co sprawia, że jednak wychodzisz cało z każdej opresji. Uda Ci się,
zawsze Ci się udawało. Nie pamiętasz ile razy wydali na Ciebie wyrok
śmierci?
- Wiem, ale to co innego. Widzisz tych ludzi obok?
- Taa, bo co?
- Nie jeden z nich jest przemytnikiem. W tej chwili wszyscy polują na moją
głowę. Podobno nieźle płacą.
- Podobno. I co? Chcesz im dać zarobić?
- Nie, tego nie powiedziałem. Ale trzeba by się zastanowić jak opuścić ten
lokal w miarę bezpieczny sposób.
- Poczekaj, gdzie się śpieszysz. Stąd i tak nie da sie uciec. Grajmy na
czas, być może coś się wydarzy i będziemy mogli na spokojnie opuścić tą
cholerną knajpę.
- Svebous był szefem przemytników. Oni go kochali, dzięki niemu sami mieli
co robić, a płacił im krocie. Teraz gdy go nie ma, będą się chcieli zemścić.
Prędzej czy później mnie dopadną, a wtedy wolałbym sam się zastrzelić. Wiesz
jak oni zabijają, no nie?
- Taa, nie zapominaj, że w tej chwili też jestem w to wplątany. W końcu
siedzisz i gadasz ze mną.
- Wybacz Dick, faktycznie, narobiłem Ci problemów, ale czy nie lubisz
przygód? Pamiętasz jak załatwiliśmy tych klientów z Aguarany. Sam się wtedy
zgłosiłeś na ochotnika, pamiętasz.
- Jasne, że pamiętam. Ale tam zginął mój brat...
- Bardzo nam pomógł, gdyby nie on, byłoby więcej zabitych. To był dobry
wojownik. Mi też go brakuje, przydałby się teraz.
- Wracając do Svebous'a. Czemu go kropnąłeś? Przecież mogłeś go zostawić w
spokoju, udawać, że nic się nie stało. Teraz miałbyś spokój, a to, że
zginęła by ta dziewczyna to już nie Twój problem. Mało to razy widzieliśmy
śmierć?
- Zabić w równej walce to nie problem. Ale ona była bezbronna. Chciał ją
wykorzystać i zabić. Nie mogłem na to patrzeć. Być może dobrze, że go wtedy
nie znałem. Może bym się wahał? A tak nie miałem żadnych uprzedzeń. Szybki
ruch ręki i moja givera zrobiła z niego obłok pary.
- Ale mogłeś go załatwić na zewnątrz, a nie w środku tej knajpy. Przecież
było tam mnóstwo ludzi. I na pewno kilku przemytników.
- W takiej sytuacji się nie myśli, Dick. Zrobiłem co uważałem za stosowne.
On widział, że się podniosłem, gdybym choć chwilę się wahał zabiłby mnie
pierwszego. Nie mogłem się wycofać, chodziło o kobietę. O nie byle jaką
kobietę.
- A kim ona była? Znałeś ją?
- A jak myślisz, dlaczego tam siedziałem? Nigdy nie zapuszczam się na
Telente, ale wtedy musiałem. To była żona Twojego brata...
- Niemożliwe, słyszałem, że...
- A jednak żyje. Nie może mieć z nami nic wspólnego. Widzisz, być może
Svebous wiedział, że jest siostrą Natana. Może dlatego chciał z niej
wycisnąć informacje. Ale nie wiedział, że ja będę niedaleko.
- Czemu mi nic nie powiedziałeś? Czemu...
- Bo wiedziałem, że będziesz chciał się dowiedzieć, gdzie przebywa i co
robi.
- I zrobię to! Jestem jej coś winien.
- Więc masz okazję. Zobacz kto stoi pod ścianą.
- Visea! Więc mają nas!.
- My to nie problem. Ale mają Visea'e. Mówiłem, że oni nie zabijają tak
szybko. Śmierć jest prosta, zemsta to ciekawsza rozrywka.
- Co robimy.
- Nic. Nic nie możemy zrobić. Ona tam stoi, ale to przynęta. Widzi nas i
gdyby mogła to by podeszła. Nie podchodzi jednak, wiec oni chcą, żebyśmy
podeszli do niej. Najprawdopodobniej chodzi im o to, żebyś zostawił mnie
samego. Idź do niej, tylko na to czekają.
- Zabiją Cię!
- Nie zabiją, powiedziałem, że chodzi im o coś więcej. Gdyby mieli mnie
zlikwidować zrobili by to już dawno. Dlatego idź do niej.
- Ty wiedziałeś, że nic nam na razie nie grozi. Wiesz pewnie dlaczego
trzymają nas przy życiu.
- Nie wiem, ale się domyślam. Idź, nie pozwól jej czekać, musi się bać. Ja
coś wymyślę, jak zawsze.
- Visea, myślałem, że nie żyjesz, czemu nie dałaś znaku życia? Kto Cię tu
przyprowadził? Gdzie oni są?
- Dick, przepraszam, ale to dla waszego dobra. Nie chciałam, żeby kiedyś
zdarzyła się właśnie taka sytuacja jak dzisiaj. Niestety, jednak się
zdarzyła.
- Ilu ich może być?
- Widziałam około dwudziestu. Tak na prawdę musi ich być więcej. Macie
broń?
- Tak, podręczne strzelby plazmowe. Ale to chyba nie na wiele się tutaj
zda. Chodź do nas, czemu tu stoisz.
- Spójrz na ręce, nie trzymam ich z tyłu dla zabawy.
- Sukinsyny, przywiązali Cię?
- Aha, bystry jesteś.
- Co się stanie jak Cię odetnę?
- Oglądnij się.
- Hmm, oni we mnie celują...
- Właśnie to miałam na myśli...
- Dzięki za ostrzeżenie, jakie jeszcze niespodzianki szykują?
- Widzisz stolik przy którym siedzieliście?
- Co?? Więc go zabrali, wykorzystali moment mojej nieuwagi! Po to byłaś im
potrzebna. On też wiedział, że tak będzie.
- Teleportery osobiste. Ale tak ma być. Dlatego nic nie mówiłam. Póki nie
będziemy się stawiać nie powinno być problemów. Więc lepiej czekajmy... Czas
działa na naszą korzyść.
- Dobra, poczekamy. Zresztą i tak nie mamy wyjścia jak słyszę. W końcu
wszystko zostało już ustalone.
- Nie wszystko, znasz go, on coś wymyśli
- Taa, znam za dobrze. I znowu wpakuje nas w kłopoty.
- Nie zupełnie, widzisz co po nim zostało?
- Teleporter! Masz rację, wiedział co robi. Sam dał się zabrać, ale nam
zostawił teleporter. Czyli on wszystko zaplanował już wcześniej. Może to nie
oni, ale to my kierujemy nimi. Co?
- Mówiłam... Zobacz, strażnicy też zniknęli...
- Faktycznie. No to pryskamy.
- Stój, czekamy na niego, on tu wróci za chwile.
- Nie możliwe, nikt im się nie wyrwał, a już na pewno nie stawi się
jeszcze raz w tym samym miejscu w którym go porwali.
- Spójrz na stolik jeszcze raz.
- Nie wierze, on tam jest! To on! Wrócił! Skąd wiedziałaś.
- Bo tamta osoba to hologram, on był tutaj cały czas tylko schowany na
zapleczu. Ja też jestem hologramem, a jak wysokiej klasy sam mogłeś się
przekonać. Zostaw mnie i wracajcie na pokład. Czekam tam na was...
Dzika Dzikość Dzikich Dzikusów
Autor: Cobretti
Dzika Dzikość Dzikich Dzikusów.
[ Dariusz Majgier - Cobretti ]
- Heyka. - Dziki wierzchowiec mruknął pod nosem, wpadając z rykiem do baru
piwnego.
- Ryk, siadaj obok mnie. - Ryk wpadając z wierzchowcem nie zauważył stołu
i wrypał się wprost na niego.
- Jak wpadasz! - ryknął Stołu.
W tym momencie Wpadasz nie wytrzymał. Jak mogli porównać go ze Stołu?
- Jak mogłeś porównać mnie ze Stołu?? - zapytał oburzony.
Do tej pory Oburzony siedział cicho. Ale gdy usłyszał, że o nim mowa, też
przyłączył się do dyskusji.
- No więc się przyłączyłem. - powiedział Też.
- Ale bałagan się zrobił. - Dziki wierzchowiec wiedział co mówi.
- No więc zrobiłem się, i co z tego? - Bałagan stanął obok Ryka.
- Kto tu jest kto??? - zapytała Heyka.
- Jak to kto? Ja! - odpowiedział Kto.
- Nie rozumiem! - to znów Heyka.
- Tu jestem. - Nierozumiem myślał, że jest wołany.
- Nierozumiem, nie jesteś Wołany! Wołany stoi koło baru. - Stołu dodał od
niechcenia.
- Tak, Wołany stoi obok mnie. - mruknął Bar.
Mnie spojrzała na Bara i prowokującym spojrzeniem dała mu znać że nie
żartuje.
- Jak zwykle, żartowałem. - Nie się uśmiechnął.
Mu dostał znać, ale nic nie zrozumiał.
- A ty Nic, jak zwykłe nie rozumiesz - Koniu miał już powyżej uszu tej
gadki.
- Co ty nie powiesz... - Gadka do tej pory milczący nie wytrzymał.
- Przecież byłeś do tej pory Milczący... - Koniu zaczął przejmować
inicjatywę.
Po chwili Inicjatywa została przejęta.
- Jestem Przejęta od tej pory! - darła się Inicjatywa.
W tym samym czasie powyżej uszu Konia zaczynało być Gadki coraz mniej.
- Heyka. - do baru wpadł szybki Lopez.
- Co ty chcesz ode mnie? - Heyka się dymyślała...
- Ja? - spytał Ty.
- Nie! - odparowała Heyka.
- Co? - odezwał się Nie.
- Wołasz mnie? - zdziwił się Co.
- Zamknąć się! - ryknął Koniu.
W tym momencie wszyscy się zamknęli. I to był błąd Konia, bo zapomniał
dodać, żeby nie na klucz, bo klucza nie było.
- Nie ma Klucza. - Błąd Konia ocenił sytuację.
- Nie oceniaj mnie po wyglądzie. - Stwierdziła Sytuacja.
- Bo co? - Błąd Konia nie dawał za wygraną.
Ale Bo i Co byli zamknięci na klucz, którego nie było.
- W tym momencie Koniu nie wytrzymał, wziął piwo i wyszedł.
Chodź Piwo idziemy gdzie indziej, gdzieś gdzie będzie można spokojnie
porozmawiać, bo tutaj chyba wyobraźnia płata figle.
A Wyobraźnia siedziała i spokojnie płatała figle...
Misja
Autor: Cobretti
Misja.
[ Dariusz Majgier - Cobretti ]
Dotknął jej warg i wyszeptał:
- Muszę już iść. Czas na mnie. - Jeszcze tylko przejechał ręką po tych
cudownych włosach, które przed chwilą opadały na jego twarz i zasłaniały mu
najpiękniejszy uśmiech jaki kiedykolwiek widział. Jej uśmiechnięta twarz,
głębokie upojne spojrzenia, filuterne i zalotne miny.
- Zawsze się gdzieś spieszysz. Nie możesz zostać jeszcze chwilę? -
błagalnym tonem wypowiedziała tak jak zawsze. Wiedziała dobrze, że nie może
zostać ale miała nadzieje, że kiedyś pobędzie z nią dłużej.
- Wiesz dobrze, że nie mogę... - odpowiedział i zaczął się ubierać.
Pocałował ją na pożegnanie. Została w łóżku sama. Pewnie że tęskniła za
nim, ale on miał w tej chwili ważniejszą misję do wypełnienia. Wiedział, że
ona nie zapyta o co chodzi bo nie mógł jej powiedzieć. Ufali sobie
bezgranicznie, tworzyli zgraną parę i żadne z nich nie chciało tego związku
zaprzepaścić.
Szedł starą, dobrze znaną drogą prowadzącą z domu do budynku Korporacji
Gwiezdnej Zoltana. Nie patrzył przed siebie, zdał się na instynkt. Myślał o
czymś co nie dawało mu spokoju od kilku miesięcy. Po sześciu minutach
znalazł się w środku gmachu. Jak zawsze panował tutaj straszny ruch. Ludzie
gdzieś się spieszyli, coś załatwiali, zapychali niepotrzebnie windy i
tarasowali przejścia. Nie cierpiał tłoku, wyszedł z holu i przeszedł do
małego budynku na zewnątrz. Tu znajdował się teleporter dostępny tylko dla
ludzi z Korporacji. On do Korporacji nie należał z czego był nawet
zadowolony. Wystukał na klawiaturze alfanumeryczny kod dostępu, po czym
rzucił do mikrofonu nazwę stacji docelowej.
- Witam Asterey. Spodziewałem się że wpadniesz. Jak nie dziś to jutro, ale
wiedziałem, że przyjdziesz. - Ben wstał z fotela i ruszył w stronę dopiero
co przybyłego speca od sztucznej inteligencji.
- Jak się masz Ben! Spodziewałeś się mnie, mówisz? - Asterey nie wyglądał
na zdziwionego. - W końcu ten problem dotyczy także ciebie, fakt. Mam
nadzieję, że uda mi się go dzisiaj rozwiązać.
- W jaki sposób masz zamiar dowiedzieć się kto szmugluje procesory
logiczne? Przecież jesteś tylko człowiekiem. - Ben nie za bardzo wierzył w
słowa młodzieńca bo i sprawa była na tyle zagmatwana, że nie mógł ją
rozwiązać zwykły śmiertelnik.
- Właśnie dlatego, że jestem człowiekiem dam sobie radę. Ale na razie nic
nie powiem, żeby nie było żadnych przecieków. - powiedział i zawiesił na
moment głos. - Udostępnij mi wszystkie kody do stacji roboczych i
cybernetycznych strażników. W końcu po to tu jestem.
- Czyżbym też był podejrzany? Kody masz przygotowane na dysku. Jest to tak
zwany dysk kuriera. Gdyby ktoś chciał się do niego dobrać a nie zna kodu
dostępu dane na dysku ulegną bezpowrotnemu zniszczeniu. - Ben obracał
pomiędzy palcami kawałek plastyku z kodem. - Numer dostępu to numer mojego
identyfikatora. Mam Ci powiedzieć czy już go znasz. - Uśmiechnął się, bo
wiedział, że dla Asterey'a dostęp do tajnych danych to kaszka z mleczkiem.
- Powiedz, chcę sprawdzić czy nic nie zmieniłeś. - Asterey też się
uśmiechnął, wiedział że Ben wie, że on zna ten numerek.
- Nic nie zmieniłem. W takim razie masz wszystko co jest Ci potrzebne.
Teraz lepiej już idź. Wolałbym, żeby nikt Cię tutaj nie widział. - Wstał z
fotela i odprowadził Asterey'a do drzwi.
- Do zobaczenia wieczorem, jak nie wrócę to powiedz Leili... Albo nie, nic
jej nie mów, domyśli się, dlaczego nie wróciłem. - Spojrzał jeszcze raz
Benowi w oczy i wyszedł.
Szedł teraz o wiele pewniej, nie będzie musiał tracić czasu na przejście
wszystkich kodów transmisji i omijanie zabezpieczeń przy strażnicach
zaporowych. Myślał o dziewczynie, którą zostawił w łóżku. Chciałby do niej
wrócić cały i zdrowy. Ale z drugiej strony misja jaką musiał wypełnić nie
dawała mu spokoju. Jako jedyny specjalista od sztucznej inteligencji i
główny doradca od systemów logicznych miał nielichy problem do
rozgryzienia. Ktoś szmuglował procesory logiczne, mogące powodować
zakłócenie pracy robotów serwisowych i strażników. Żeby było mało, nie
sprzedawał tego towaru tylko bezpośrednio wymieniał moduł logiczny w
robotach i to w przypadkowych jednostkach.
Stanął przed wejściem do tunelu serwisowego prowadzącego do magazynu
centralnego. Strażnik spytał go o kod dostępu. Podał wymaganą kombinację i
poszedł dalej. W jego głowie snuły się domysły i plan działania. Procesory
logiczne były jak dotąd wkładane do jednostek opuszczających magazyn. Skoro
tak, to być może tutaj trzeba szukać rozwiązania zagadki. Ale wchodząc tutaj
narażał się śmierć. Sam nie miał przy sobie żadnej broni. Był jedynym
człowiekiem w magazynie, bo ludzie byli tutaj niepotrzebni. I dodatkowo,
jeżeli nawet spotka tutaj myślące roboty to najprawdopodobniej i tak nie
dadzą tego po sobie poznać. Nie może próbować grzebać w ich układach bo może
się zdemaskować i z tego magazynu na pewno nie wyjdzie cały.
Procesory logiczne były towarem o największym stopniu zabezpieczeń. Tylko
nieliczni mieli do nich dostęp i tylko specjaliści byli w stanie je
oprogramować. Było to największe osiągnięcie w nauce pozwalające na
samoistne funkcjonowanie robotów, nie wymagający kontroli. Przydawało się
przy wysyłaniu ekspedycji na niezbadane planety, przy pracach zagrażających
życiu człowieka oraz przy pracy z materiałami rozczepialnymi.
Zabezpieczenia polegały na tym, że odpowiednie jednostki dostawały
określony procent inteligencji. Tak aby nie rozwinęły się zbytnio i była
możliwa kontrola nad nimi w przypadku awarii. A te procesory użyte tutaj
najprawdopodobniej mają zniesione wszystkie poziomy zabezpieczeń, ale tego
jeszcze do końca nie był pewien.
Szedł długim prostym korytarzem a po drodze mijały go modele T-10 i T-110
przeznaczone do transportu. Przewoziły jakieś skrzynie. Starał się wyczuć w
nich coś nienormalnego, podniesiony poziom inteligencji lub coś w tym stylu,
ale wszystko na nic. Albo dobrze udawały albo były głupie jak but.
Próbował zachodzić im drogę, odbierać skrzynie, ale nic w ich zachowaniu nie
zobaczył nienaturalnego. Prawdziwe niespodzianki miał dopiero w zanadrzu.
Szedł dalej, minął model S-98 i coś go ruszyło. "Czemu strażnik nie stoi na
swoim miejscu?" pomyślał. To mógł być podstęp. Gdyby teraz zawrócił i
próbował dowiedzieć się co się stało, że zszedł ze stanowiska mógłby wpaść.
Gdyby tego nie zrobił to też by było dziwne. Stanął, odwrócił się i
krzyknął:
- S-98, czemu nie jesteś na pozycji? - czekał co odpowie robot.
- Mam opuścić magazyn, dostałem nakaz z centrum kontroli robotów. -
Bezdusznym głosem odparł robot po czym dalej powoli posuwał się na przód.
"Muszę mu odpuścić i udawać, że się nic nie stało. Oni na pewno już
wiedzą, że tu jestem". Centrum sterowania znajdowało się trzy poziomy
wyżej, nad ziemią. Tutaj w oświetlonych korytarzach musiało znajdować się od
groma kamer i czujników. Nie miał jeszcze pomysłu jak to obejść. Szukał
jakiegoś terminala, jakiejś końcówki, komputera wpiętego w sieć. Spojrzał na
mapę korytarzy wiszącą na ścianie. Skręcił na prawo, zszedł schodami w dół i
znalazł się na poziomie 2. Znowu musiał podać identyfikator. Strażnik S-77
zachowywał się tak samo normalnie jak reszta robotów.
Wszedł do pomieszczenia, w którym stały trzy komputery powiązane z centrum
sterowania. Teraz zaczął mieszać w systemie. Na początek zdobył numery
pozostałych strażników i wyłączył je za pośrednictwem fal
elektromagnetycznych. Wiedział, że te które będą się poruszać to
inteligentne maszyny, które zabezpieczyły się przed wyłączeniem.
Teraz pozostało mu niewiele czasu aby dostać się na poziom 0 i spróbować
opanować magazyn. Wychodząc z pomieszczenia natknął się na robota S-56.
Stał obok drzwi i ani drgnął. Sprawiał wrażenie wyłączonego.
"Pewnie udaje" pomyślał i krzyknął w jego stronę:
- Hej, S-56 co tu robisz? - ale robot stał jak przedtem, nie był głupi
żeby dać się zdemaskować.
Zaczął biec. Robot, którego zostawił powoli sunął w jego stronę. "Ha, więc
jednak miałem rację" pomyślał. Zapamiętał numer i jeszcze bardziej
przyśpieszył kroku. Podczas biegu mijał wyłączone roboty serii T. Gdy brał
następny zakręt wpadł na S-19. Niewiele myśląc wyrwał mu broń. Mały zgrabny
blaster był teraz zbawiennym lekarstwem na chorobę, która dotknęła ten
magazyn. Zobaczył jak na prostej ustawiły się dwa roboty serii S. Zaczął
strzelać. Jeden został uszkodzony a drugi tylko nadpalony. Nie miało to dla
niego znaczenia. Rozbroił je i pomknął dalej. Gdy dostał się do głównego
magazynu zobaczył, że wszędzie jest tu pełno kamer i dziwnych czujników. Z
boku stał terminal.
Jego palce zaczęły tańczyć na klawiaturze w rytm muzyki jego umysłu.
Wyświetlił mapę podziemi. Był bez wyjścia, a roboty szły w jego stronę. Nie
musiały się śpieszyć, bo nikt stąd nie jest w stanie uciec. Ale jego wzrok
spoczął na teleporterze. "Nie powinno go tu być" pomyślał. Ale skoro jest,
pozwolił sobie na pół godziny zwłoki. Potrzebny był kod dostępu
uruchamiający teleporter. Teraz starając się ominąć zabezpieczenia próbował
go zdobyć. Czuł, że ktoś przeszkadza mu w penetracji systemu. Dziwił się
nawet dlaczego nie wyłączą zasilania, ale widocznie ktoś na górze nie
myślał logicznie. "Mam go!" krzyknął w myślach. Zrzucił komputer na ziemię i
używając następnego kodu, jaki dostał od Bena otworzył sejf. W środku
lśniła cała seria procesorów logicznych. To stąd ją brali. Ale ktoś musiał
najpierw dać im kod dostępu. Od spraw bezpieczeństwa sprzętu był Ben. Nie
zastanawiał się długo. Teraz musiał zrobić tu porządek. Gdzieś tutaj był
skład pocisków do blasterów i małe wyrzutnie taktyczne do operacji
naziemnych. Skierował się do wyjścia.
Znowu T-78 zajechał mu drogę. Na niego pociski z broni ręcznej nie
działały, był odpowiednio wzmocniony specjalnie do transportu towarów.
Rzucił się na ziemię i rozpruwając sobie mundur o gąsienice jezdne znalazł
się po drugiej stronie robota. Modele T były za wolne, żeby zareagować
odpowiednio szybko. Asterey zaczął biec w stronę zbrojowni. Szybkimi ruchami
palców wprowadził kod dostępu i zatrzasnął drzwi. Tu znalazł wszystko co
potrzebował. Umieścił detonatory i działa w jednym miejscu. Pouzbrajał
głowice taktyczne, paliwo i moduły z tlenem przeniósł w drugą cześć
pomieszczenia. Jak to wszystko wybuchnie, to cały kompleks nadaje się tylko
na złom. Będzie się o to martwił jak go sprowadzą na Ziemie. W tej chwili
wiedział, że musi przeżyć.
Cztery detonatory rozmieścił symetrycznie w sali po czym otworzył drzwi i
jednym pociskiem taktycznym powalił czekające przed drzwiami roboty. Miał
czystą drogę. Zaczął biec do teleportera.
Wbiegł do kapsuły, zaczął wstukiwać alfanumeryczny kod, nacisnął
detonator, usłyszał odgłos eksplozji ale wciąż tu stał. Za chwilę nie
będzie tego miejsca na mapie a on wciąż tu tkwił. Wydarzenia zaczęły dziać
się w ułamkach sekund. Teleporter był odłączony od sieci. Włączył go
wprowadził kod i zniknął. W tym momencie kapsuła uległa zniszczeniu. Znowu
udało mu się wyjść cało z tego bagna. Potężne targnięcie całym kompleksem
dało znać jak wiele było przechowywanej broni. Też wbrew przepisom.
- Witaj. - Ben był przygotowany na tą wizytę. Trzymał w ręku blaster i
najwyraźniej chciał zrobić z niego użytek.
- Tak myślałem Ben. Ale to było do Ciebie nie podobne. Po co Ci te
procesory? Chciałeś mieć armię robotów na swoje usługi? - Asterey grał na
czas.
- Teraz to nie istotne, wszystko zepsułeś. Myślałem, że tam na dole sobie
nie poradzisz, ale wymknąłeś się. Jesteś lepszy niż myślałem, a może to nie
dopatrzenie z mojej strony. - Ben kurczowo ściskał broń.
- No dalej, strzelaj! Na co czekasz? - Asterey wiedział, że za chwilę
doprowadzi go do stanu zmieszania. Każe mu do siebie strzelać, a Ben nie
lubi robić co mu się każe, wiec zacznie myśleć. I to był ten moment.
Asterey skoczył na Bena, chciał mu odebrać broń, ale nie zdążył go nawet
obezwładnić. Ben nie żył, zginął przez przypadek.
Wyszedł z biura Bena, skierował się do budynku Policji Konfederacji
Ziemskiej. Wiedział, że zacznie się teraz długi proces i nie wszystko
będzie dla nich jasne. Jak on nie cierpiał przesłuchań...
Po wyjaśnieniu wstępnym dostał dwa dni wolnego. Należało mu się po tym
czego dokonał. Być może uratował skórę ważniakom z Korporacji Gwiezdnej,
być może uratował planetę przed buntem robotów. Teraz to już przeszłość.
Znowu był w domu ze swoją dziewczyną.
- Muszę już iść. Czas na mnie. Ci z Korporacji chcą ze mną gadać. -
Gładził jej włosy i muskał wargami jej szyję.
- Zawsze się gdzieś spieszysz. Nie możesz zostać jeszcze chwilę? -
błagalnym tonem wypowiedziała tak jak zawsze. Wiedziała dobrze, że nie może
zostać ale miała nadzieje, że kiedyś pobędzie z nią dłużej.
- Zostanę, oni mogą zaczekać... - Oplątał ją swoimi potężnymi ramionami i
zaczął całować, coraz niżej i niżej...
Mózg
Autor: Cobretti
Mózg.
[ Dariusz Majgier - Cobretti ]
- Mój Mózg... boje się, zróbcie cos, proszę... - Drawn rozpaczliwie,
resztka sił błagała o pomoc.
Żołnierze z szesnastej miedzykolonialnej zgromadzili się wokół
zastygającego ciała swojej koleżanki. Tylko ona miała jeszcze naturalne
ciało, reszta żołnierzy to tylko jedno wielkie zbiorowisko przeszczepów.
Jedyne co mieli naturalne to mózgi.
- Ja umieram, zróbcie cos, mój Mózg... - słowa zaczęły się gubić, a jej
ostatni oddech został przerwany przez kolejny wybuch miny rozrywającej.
Nie zostało zbyt wiele czasu. Mózg po trzech, czterech minutach stawał się
bezużyteczną masa zepsutych komórek i skrzepów. Czas zaczął się teraz
liczyć jak nigdy.
Tylko za pomocą autodoka można było podtrzymać mózg przy życiu, dostarczyć
odpowiednia ilość tlenu i zadbać, aby żadna z kluczowych części składowych
tego unikalnego tworu przyrody nie została uszkodzona poprzez nieodwracalne
zmiany jakie zachodzą po ustaniu czynności życiowych. Problem w tym, ze
autodok był w tej chwili jakieś 432 kilometry stad a łączność z baza została
przerwana.
Trzy minuty nie były nawet wystarczające dla teleporterów stacjonarnych, a
jednak kumple z jednostki zaryzykowali własnym życiem żeby ratować jedyna
dziewczynę jaka im pozostała.
- Ted odsuń się! Na cztery włącz teledetektory pozycji powrotnych, a na
pięć daj całą moc z procesorów systemów dematerializacji, jak nie wyjdzie
to trudno, i tak przeżyłem ponad 36 lat w armii.
- Dwa, trzy, cztery...
- Masz pozycję powrotną i 35 sekund na zabranie autodoka, dłużej nie
wytrzymają fazowniki materii...
- Pięć...
Zniknął, nikt nie mógł zaręczyć ze dotarł właśnie tam gdzie został
wysłany, czasami wiązka materii w teleporterach przenośnych ulegała
odkrzywieniu, nawet nie można było zaręczyć czy kiedykolwiek go jeszcze
zobaczą. Zresztą przekonają się o tym za 49 sekund.
Greger pomimo swoich 178 lat nie wyglądał na starca, wszystkie części
składowe swojego ciała miał najwyższej jakości, każdy mięsień, ścięgno,
kość były przygotowane do zadań jakie mieli wykonywać na Teranie. Ta planeta
to ostatni teren na którym przechodzili końcowe szkolenie przygotowujące do
starcia na Planecie Wojennej nr 36. Chcieli się tam znaleźć w komplecie,
niestety, jedyna część ich ciała, która była podatna na uszkodzenie stała
się przeszkodą.
Każdą część z ludzkich organów dało się wykonać na zamówienie, wszystko
oprócz mózgu, który stanowił integralna cześć składową człowieka. Drawn
leżała teraz bez czucia i już zaczęły się procesy niszczące komórki w jej
mózgu. Greger powinien się już pojawić, zaniepokojenie narastało z każdą
sekundą. Nagle w miejscu skąd został wysłany pojawił się jakiś dziwny czarny
obłok, zaraz potem zmienił kolor na czerwono rdzawy, a gdy opadł ujrzeli jak
Greger zastygł bez ruchu, spojrzał na nich i rozleciał się na miliony
drobnych jak ziarenka piasku cząstek z jakich został zbudowany jego
organizm. Niestety teleportować się mogli tylko prawdziwi ludzie...
Właśnie stracili Drawn...
Niedokończone piwo
Autor: Cobretti
Niedokończone piwo.
[ Dariusz Majgier - Cobretti ]
Stał na ulicy, wpatrzony gdzieś w dal, oparty o stary murek, jaki jeszcze
tutaj pozostał. Był ubrany w jasne jeansy, t-shirt i sportowe buty. Jego
ubranie nie było pierwszej jakości, o nie. Za to było zawsze odpowiednie,
nie wiadomo jak on to robił, że zawsze miał nienagannie czyste ubranie i
idealnie ułożone włosy. No i ten wyraz twarzy, z reguły poważny i
zdecydowany, ale i tak jego dawni przyjaciele wiedzieli dokładnie co wyraża.
Nie raz pojawiał się na nim uśmiech zadowolenia, który tak bardzo lubiły
dziewczyny.
Dziewczyny - nie miał żadnej na stałe, raczej starał się znaleźć tą
jedyną, lecz wciąż nie spełniały jego oczekiwań. Były albo głupie, albo
naiwne, albo brzydkie. Miał wysokie wymagania, więc pierwsza lepsza panienka
mu nie wystarczała. Wystarczyło spojrzeć na niego i już wiedziałeś, że coś w
nim jest. Nie jedna dziewczyna miała okazję poznać go trochę lepiej, ale
nigdy do końca. Bo nikt go chyba jeszcze nie rozgryzł, wciąż tchnęło od
niego tą nutką tajemniczości.
Oczy ukazują duszę. Wiedział o tym. Starał się panować nad wszystkimi
emocjami i nie okazywać ich na zewnątrz. Zarówno gniew jak i radość. Czasem
tylko pozwalał sobie na pełen luz gdy był z nową dziewczyną lub gdy był sam.
Przyjaciele? Chyba nie istnieli, nie ufał zbytnio nikomu bo tak było
lepiej dla niego i dla innych. Kumple? Owszem, miał ich całe mnóstwo, ale
żadnemu nie powierzyłby swojego życia. Kumple to rzecz zawodna i o tym
wiedział. Sam nigdy się na sobie nie zawiódł i miał do siebie bezgraniczne
zaufanie. Zresztą od dziecka wolał działać w samotności, zawsze dotrzymywał
słowa i nigdy nikogo nie zawiódł. Wszyscy zawodzili, tylko nie on. I miał do
wszystkich o to żal.
Siedział na tym murku i postanowił wejść do knajpki, która leżała
niedaleko stąd. Usiąść, wysączyć jedno piwo i zabrać się za coś
konkretnego. Zrobił jak pomyślał. Zszedł z murka, i wolno skierował się w
stronę zabudowań. Wszedł do środka. Było dosyć spokojnie jak na tego typu
knajpkę, oddaloną od miasta o kilka kilometrów. Grała jakaś przytłumiona
muzyka z radia, a w powietrzu unosił się dym z papierosów. Pomyślał, że
brakuje jeszcze kilku jazzmanów zasuwających na saksofonie. Zresztą on sam
lubił muzykę i czasem, gdy nie miał co robić grywał na klawiszach.
Rozglądnął się po sali. Po prawej stronie, w kącie zauważył kumpla z
dziewczyną. Podszedł do nich, nie lubił siedzieć sam.
- Cześć Tom. Jak się masz? Kimberly! - rzucił na powitanie.
- Cześć, nie sądziłem, że będziesz w tej okolicy. Co cię tu sprowadza? -
odrzekł Tom.
- Przyłącz się do nas, fajnie że jesteś. - Kimberly nie ukrywała radości.
Uśmiechnął się, zawsze się uśmiecham, gdy widział piękne dziewczyny. A
dodatkowo Kim była nie tylko piękna, ale i mądra. Tom był spokojny,
wiedział, że za Kimberly się nie weźmie. Nigdy nie interesowały go
dziewczyny, które miały chłopaka i mężatki. To była jego żelazna zasada.
- Wybaczcie na moment, wezmę sobie piwo. Zaraz wracam. - i oddalił się w
kierunku baru.
Lubił Tom'a i Kim. Byli świetną parą. Nie wiele było tak dobranych par jak
oni. Zamówił piwo, było schłodzone i kufel pokrył się delikatną rosą. Wziął
kufel w rękę i podszedł do stolika.
- Przechodziłem niedaleko stąd, postanowiłem wstąpić. Liczyłem na to, że
spotkam kogoś znajomego. - znowu posłał uśmiech w stronę Kimberly.
Kim odpowiedziała dokładnie tak samo. Jej białe zęby i pełne wargi robiły
na nim wrażenie. Zresztą nie tylko na nim. Chwilę temu do knajpki weszło
czterech chłopaczków, może nieco starszych od niego. Widać było, że nie
przyszli tutaj pogadać tylko szukać zaczepki.
Spojrzał na nich. Nigdy nie lubił takich śmieci, nie nadawali się na nic.
Zapite, zaplute brudasy nie dające pożyć spokojnie zwykłym ludziom. To przez
nich ginęły samochody, okradani byli ludzie starsi, wieczorami nie można
było pokazać się w ciemnych zaułkach. Nie spuszczał ich z oczu.
A oni gapili się na Kim. To go wkurzało, ale nie mógł nic zrobić, patrzeć
można się każdemu. Olał ich i rozmawiali dalej.
Rozmowę przerwało hałaśliwe ulokowanie się tych czterech kretynów przy
stoliku obok. On wiedział, że nie siedli tutaj przypadkowo, chodziło im o
Kim.
- Niezła jesteś ślicznotko! - krzyknął jeden.
Tom spojrzał mu w oczy. Powiedział w tym spojrzeniu wszystko. On zrozumiał
go doskonale, bo jemu nie trzeba było wszystkiego dwa razy powtarzać a nie
był głupcem. Zrozumiał, że gdyby do czegoś doszło nie może pozwolić, żeby
Tom się wdał w bójkę bo nie miał by z nimi szans. Zabijaka był z niego
żaden. No i podstawowa rzecz. To spojrzenie oznaczało prośbę. Prośbę o
wsparcie dla Kim. Na wszelki wypadek. Jemu nie trzeba było tego mówić, Kim
była dla niego jak siostra, nie dał by skrzywdzić żadnej dziewczyny, a już
na pewno nie Kim.
- Uspokójcie się, okey? - powiedział do nich i zmierzył ich twardym
spojrzeniem.
Oni zaśmiali się tylko i dopiero teraz zaczęli pozwalać sobie na więcej.
- Dasz mi dupci mała? Zobacz, kumplowi stanął. He, he, he, he, he.
No tak, więc nie załatwi tego dyplomatycznie. Tego się obawiał, ale
jeszcze raz spróbował użyć słów:
- Dajcie spokój, dobra? Zostawcie ją. - i tak wiedział, że to nic nie da.
Jednak spróbował, żeby być w zgodzie z samym sobą i swoimi zasadami.
Faktycznie, na niewiele to się zdało. Kim zaczęła się trochę obawiać i
zaproponowała, żeby z tąd wyjść. Pomysł nie był zły, ale i tak pewnie nie
tak łatwo by się wyszło. Postanowił poczekać i zobaczyć co się wydarzy.
- Kim, nie bój się, nie dam Ci zrobić krzywdy. A ty Tom, siedź i nie rób
nic głupiego. Poradzimy coś na nich. - stwierdził to tak pewnym głosem, że
uwierzyli, choć on sam nie był do końca pewien czy da radę coś zrobić.
Nagle jeden z tych popaprańców chciał włożyć rękę pod spódnicę Kim. Teraz
wszystko potoczyło się błyskawicznie, bez żadnego zastanawiania się, niemal
mechanicznie i odruchowo, potężnym kopnięciem z półobrotu powalił na deski
amatora kobiecych wdzięków. To na chwilę ich zbiło z tropu, ale zaraz
zaczęli próbować atakować. I to chyba na poważnie, bo jeden wziął krzesło.
- Kim przejdź w spokojniejsze miejsce, proszę! - krzyknął i posłał jej
następny uśmiech. Zaraz potem powalił następnego amatora walk wschodu,
poprzez szybki obrót i wyprowadzenie ciosu na krtań. Następny z atakujących
zamachnąwszy się krzesłem stracił panowanie nad środkiem ciężkości, więc
wystarczyła dzwignia na rękę i ściągnięcie na parter półobrotem, przy okazji
zawadzając głową delikwenta o nogi stolika. Został jeszcze jeden oraz
następnych dwóch podnoszących się z ziemi. Ten jeden coś nie kwapił się do
ataku, raczej tylko stał i patrzył co się wydarzy. No więc on zajął się
niedobitkami z ziemi. Cios na żebra, poprawka w splot, dwa strzały z
poślizgiem na piszczel i kopnięcie w kość ogonową. Klient nie był w stanie
wstać ponownie. Drugi nie próbował już nawet się bronić więc tylko dwoma
ciosami na twarz dla bezpieczeństwa zabezpieczył sobie trzeciego agresora a
czwarty wymiękł całkowicie. Było po sprawie.
Tom patrzył i nie za bardzo wiedział co powiedzieć, chyba wszystko
potoczyło się za szybko. Zresztą wszyscy w knajpie patrzyli się na niego i
nie za bardzo wiedzieli nawet co się stało. Dopiero barman stwierdził, że ma
u niego następną kolejkę gratis. Zresztą nie tylko on ale również Kim i Tom.
Był z siebie zadowolony, może nawet dumny. W knajpie zrobiło się dość gwarno
z jego powodu. Znowu się przydał i mógł pomóc. A pomagać lubił bardzo. Robił
to za nic, no może za słowo "dziękuję". Bardzo sobie cenił podziękowania, bo
gdy ktoś mu nie powiedział, że docenia to co zrobił był wściekły na tą
osobę. Słowo "dziękuję" nic nie kosztuje, więc uważał, że choć tyle mu się
należy.
Tom spojrzał na niego. Znowu spojrzenie, znowu nie musiał myśleć co Tom mu
chce powiedzieć poprzez to spojrzenie. Podziękował mu najlepiej jak
potrafił. Kim widział teraz w całej okazałości, jej długie blond włosy
opadały na ramiona. Spojrzał na jej twarz. Promienisty uśmiech wykwitł na
jej twarzy niczym słońce podczas burzy. Też mu pięknie podziękowała. Znowu
się do niej uśmiechnął. To już trzeci raz, dużo jak na niego.
- Tom, Kim! Chodźmy stąd. Może pójdziemy do mnie? Dokończymy rozmowę, w
końcu nie często się spotykamy. - zaproponował i wiedział, że mu nie
odmówią.
- Chodźmy stąd. Dobrze, że się tutaj kręciłeś. Gdyby nie ty... - nie dał
mu dokończyć.
- Przecież nic wielkiego nie zrobiłem. Ot po prostu, nie pozwoliłem się im
za bardzo rządzić - skwitował to z nijakim wyrazem twarzy.
- Dobrze wiesz jak bardzo nam pomogłeś. Wiesz jak ja się bałam! Jesteś
niesamowity, gdzie się tak nauczyłeś walczyć? - Kim była trochę pod
wrażeniem.
- W zasadzie nigdzie, trochę znam ju-jitsu no i oni nie byli dobrzy. W
przeciwnym wypadku to ja bym tam leżał. - Spojrzał Kim w oczy, objął ją
ramieniem i poszli do domu.
Jak przyjaciele. Ale on nie miał przyjaciół, owszem miał kumpli i niech
tak zostanie. Jeszcze przez jakiś czas rozmawiali o wydarzeniach w knajpie.
To oczywiste że pomogła mu obecność Kimberly, gdyby nie ona nie miał by się
przed kim popisywać, a on zawsze lubił robić wrażenie. No i usłyszeć słowa
podziękowań i uznania. Docenili go przecież. A jutro znowu mu się coś pewnie
przytrafi...
Prom kosmiczny
Autor: Cobretti
Prom Kosmiczny.
[ Dariusz Majgier - Cobretti ]
- Crew, dostaliście to zadanie. - szef sekcji do spraw lotów
międzygwiezdnych przyszedł osobiście poinformować człowieka
odpowiedzialnego za sprawy bezpieczeństwa lotu promu kosmicznego z ziemi na
orbitę.
- Wiec jednak dostaliśmy tą robotę! - Crew wyglądał na zadowolonego
faceta. - Idę powiedzieć o tym chłopakom. Ucieszą się. - Tak, zawsze chciał
być najważniejszy i teraz dostał swoją szansę.
Mieli przetestować oprogramowanie i komputery sterujące całym lotem i
dbające o bezpieczeństwo ludzi, którzy za kilka miesięcy mieli spróbować
dostać się na orbitę i naprawić uszkodzony moduł transmitera. Całe ich
zadanie miało się skupić na podzieleniu ludzi na dwie niezależne od siebie
grupy programistów, a następnie ścisłą współpracę w celu wykrycia jak
największej ilości błędów w oprogramowaniu i oprzyrządowaniu, które będzie
stanowiło serce i mózg promu.
Crew przyszedł na salę w której czekali młodzi ludzie z poza firmy o jak
najgorszej reputacji w świecie komputerowym. Oczywiście każdy wiedział czym
się zajmowali, byli wśród nich i weterani, którzy przez włamania i
wykradanie informacji z ośrodków naukowych, banków, baz wojskowych spędzili
część życia w więzieniach. Wyglądali na zwykłych ludzi, ale umysł i intelekt
mieli niezwykły a nikt nie potrafił spożytkować ich możliwości w sposób
właściwy. Zarówno dla wiedzy, jak i dla zaimponowania spędzali całe godziny
przed monitorami i klawiaturami tylko w jednym celu: złamać hasło, zdobyć
informacje, udowodnić sobie że są najlepsi i nikt nie może im dorównać.
To właśnie Crew ich tutaj zebrał i znalazł dla nich zajęcie godne ich
kunsztu i możliwości.
- Słuchajcie, dzielimy się na dwa zespoły, w których prace koordynacyjne
poprowadzą ludzie z naszego ośrodka. Wy będziecie odpowiedzialni za
działania mające na celu zniszczenie systemów kontroli lotu, testowania
programów w sytuacjach extremalnych i nieprzewidywalnych. W końcowej fazie
będziecie się starali tak manipulować programami i sprzętem, żeby przejąć
nad nim kontrole. Ale w odróżnieniu od waszej dotychczasowej działalności
ta będzie legalna. - Crew przerwał, ogarnął wszystkich wzrokiem, nabrał
powietrza i kontynuował.
- Każda z drużyn za wykrycie jednego błędu dostanie 10 tysięcy dolarów.
Oczywiście dzielicie się po równo i o każdym błędzie informujecie drużynę
przeciwną. Nie chcę żeby błędy się powtórzyły. Każda z drużyn będzie
testowała oprogramowanie na rożne sposoby, całkowicie odmienne. O wszystkim
dowiecie się bezpośrednio od waszych przełożonych.
Teraz stojąca z boku dwójka programistów zrobiła krok do przodu. Crew
zwrócił głowę w ich kierunku.
- Wierzbowsky i Oberstein zajmą się wami osobiście i w razie jakichkolwiek
pytań macie się zwracać bezpośrednio do nich. To na razie wszystko.
Crew wyszedł uzgodnić szczegóły i odebrać pakiet oprogramowania. Sprzęt i
odpowiednio wyposażone hale komputerowe czekały na gotowych na każde
wyzwanie hackerów. Dzisiaj mieli wolne. Testy zaczynały się dopiero za dwa
dni. To tego czasu piloci mieli ich poinformować na jakie elementy
oprogramowania należy zwracać szczególną uwagę, opowiadali o systemach
zabezpieczeń, o sposobach łączności z ziemią i ostatecznych decyzjach jakie
podejmował ostatni z pięciu komputerów jaki miał być na wyposażeniu promu.
Na trzeci dzień, po odpowiednim przygotowaniu teoretycznym zjawili się na
hali maszyn. Pierwsza drużyna objęła wschodnie skrzydło, a druga zachodnie.
Pozostało tylko wprowadzenie do sposobów testowania oprogramowania. Jako
pierwszy zabrał głos Wierzbowsky, prowadzący grupę drugą.
- Wiecie na czym polega teoria czarnej skrzynki?? - na sali zapanowało
rozbawienie. Jak to, oni mieli by nie wiedzieć. Wierzbowsky wiedział
dokładnie, że pytanie było banalne, ale musiał powiedzieć swoje, zgodnie z
przepisami.
- Naszym celem będzie wprowadzanie danych wejściowych i badanie zachowania
się programu na wyjściu bez analizy i zagłębiania się w strukturę i budowę
oprogramowania. Będziemy traktować cały ten majstersztyk, jaki odwaliła
jedna z wiodących firm za wielką niewiadomą. Tylko wprowadzamy dane i
patrzymy jak zachowuje się program. Jeżeli coś będzie się działo nie tak jak
powinno to dostajemy za to szmal i musimy poinformować drużynę przeciwną.
Więc wasza w tym głowa, żeby wykryć tych błędów jak najwięcej. Nie chodzi tu
o jakiś tam program. Chodzi tu o ludzkie życie, więc pieniądze nie grają
roli, zrozumieliście?? - Wierzbowsky podniósł szklankę z wodą do ust,
przełknął napój i kontynuował.
- Trójka astronautów ma do nas pełne zaufanie. Są do naszej dyspozycji
przez 24 godziny na dobę. Czas w jakim będziecie pracować nie jest niczym
normowany. Możecie tu siedzieć choćby od dziś do końca testów. Chcę żeby
wszystko grało i nie było żadnej wpadki za trzy miesiące. Jeżeli
którykolwiek z was zacznie nawalać jest zwolniony natychmiast. Pamiętajcie,
nie Ci, którzy zaprogramowali system odpowiadają za ludzkie życie gdzieś w
głębi kosmosu, ale właśnie zespoły testujące oprogramowanie są
najważniejsze. To od nas zależeć będzie czy wyłapiemy błędy, które na pewno
się gdzieś musiały pojawić. Nie ma oprogramowania bezbłędnego. Oberstein,
teraz Ty powiedz chłopakom na czym polegać będzie wasza rola. - dopił
resztę wody ze szklanki i usiadł na swoim miejscu.
Oberstein przechadzał się po sali i powoli tłumaczył wszystkim zebranym.
- My zajmiemy się czymś całkiem odmiennym, mianowicie przeźroczystą
skrzynka, lub jak kto woli białą. Nie będzie nas interesowały dane
wprowadzane wprost do programu, jak również wyniki końcowe. Owszem, macie
rację. Będą, ale nie w takim stopniu jak poprzednią grupę. My skupimy się
na samym programie, algorytmie jego zapisu i budowie procedur i funkcji.
Będziemy się pastwić nad jego wnętrzem, czyli będziemy niejako dopełnieniem
zespołu drugiego. Całą resztę powiedział Wierzbowsky, więc nie chcę się
powtarzać. Dodam tylko że nie jest to niedzielna wycieczka na grzyby do
lasu. Chcę żebyście dali z siebie wszystko, żebyście wgryźli się w każdy
możliwy fragment programu i ocenili jego złożoność i każdy element
sprawdzili linijka po linijce. Ci ludzie mają tu wrócić cali i zdrowi. Będą
mieli jeszcze szansę w razie spartolenia przez was roboty, ale nie mają
prawa z niej skorzystać. Wiecie czemu?? Bo jesteście najlepsi i macie to
udowodnić. Nie mi, nie firmie, ale całemu światu, jasno się wyraziłem?
Na sali dały się słyszeć pomruki zadowolenia. Niektórzy z własnymi
notebook'ami na kolanach już zaczęli działać. Zaczynał się wyścig o życie.
Wygrać ze śmiercią, to jest dopiero frajda.
W drzwiach pracowni pojawił się Crowe.
- Panowie, za 10 dni odbędzie się wykład poświęcony ogólnym
zabezpieczeniom i systemowi podejmowania decyzji przez komputery pokładowe.
Będzie również omówiona rola piątego komputera na pokładzie. Wiem, że to
znacie na pamięć, ale jeżeli chcielibyście posłuchać raz jeszcze to gorąco
zapraszam. - Tak samo szybko jak się pojawił, zniknął.
Zaczęła się cicha rywalizacja. Tak na prawdę nie chodziło im o pieniądze,
ani też o sławę. Chcieli się sprawdzić. Domowe komputery im nie
wystarczały, zabawki w instytutach obliczeniowych nie wytrzymywały
konkurencji z profesjonalnymi, ściśle sprecyzowanymi co do działań
komputerami nawigacyjnymi i ich systemami operacyjnymi. Każdy chciałby tu
być i móc pracować w tak doborowym gronie. Większość z nich znała się
dobrze przez Internet. Mieli swoje sekrety, których nikt nie znał. Mieli
swoich przyjaciół, wypróbowanych i sprawdzonych. Tutaj mieli okazję do
prawdziwych działań i do specjalizowanego sprzętu. Po 9 dniach na koncie
pierwszej ekipy pojawiły się trzy wykryte błędy. Ekipa druga niestety miała
puste konto. Każda z drużyn chciała wykryć jak najwięcej, ale w końcu i sami
twórcy tego systemu i programu nie byli głupcami, oni również
przeprowadzali próby i testowali wystarczająco długo to nad czym pracowali
od kilku lat.
Zbliżał się wykład poświęcony najnowszemu systemowi sterowaniu promem
kosmicznym, który miał zastąpić dotychczasowe, stare i nieco przestarzałe
systemy. Ten był lepszy z dwóch powodów. Był o wiele nowocześniejszy i
zastosowane algorytmy powalały na całkowity brak ingerencji w tok programu
przez jakikolwiek czynnik ludzki. Oczywiście, był tylko jeden feler takiego
rozwiązania - musiało być niesłychanie sprawne i nie można było sobie
pozwolić na jakąkolwiek pomyłkę ze strony komputerów i oprogramowania.
Crew siedział wygodnie w fotelu na środku sali. Mówił spokojnym i
opanowanym głosem.
- Cztery komputery główne i jeden zapasowy. Razem pięć komputerów. Piąty
komputer to ostateczność, nie można sobie pozwolić na jego użycie. Jest
pomyślany jako rozwiązanie awaryjne. Ale po kolei panowie. - Omiótł salę
wzrokiem, wszyscy słuchali chociaż na pewno znali to już wystarczająco
dokładnie, aby móc sobie darować ten wykład.
- Wszystkie cztery komputery wykonywać będą ten sam program. Równolegle i
w tym samym czasie będą przetwarzały te same dane i tak samo reagowały.
Wszystko po to, żeby jak najbardziej zadbać o ludzkie bezpieczeństwo i o
pewność podejmowanych decyzji. Ale nie jest wykluczone, że człowiek mógł się
pomylić w oprogramowaniu. Dlatego powołano nasze zespoły, żeby takim
pomyłkom zapobiec. Oczywiście, nadal nie będzie stuprocentowej pewności, że
systemy są sprawne do końca, i właśnie dla takiego przypadku został
pomyślany i wykonany cały projekt sterowania lotem. - Na sale weszli
Oberstein i Wierzbowsky, ale Crew nie przerywał...
- Ponieważ będą pracowały cztery komputery równocześnie, mogą wydarzyć się
różne schematy wykrycia błędu, zarówno w samym sprzęcie jak też
oprogramowaniu. Jeżeli wyniki obliczeń jednego z komputerów nie będą
identyczne jak pozostałych trzech, w wyniku porównania - pozostała trójka
wyłączy jeden wadliwy komputer i lot będzie kontynuowany. To jest oczywiście
najprostsze rozwiązanie i najbardziej prawdopodobne. Ale może zajść sytuacja
gorsza. Na dwóch komputerach mogą pojawić się odmienne wyniki obliczeń, lub
co gorsza trzy komputery mogą się mylić. Wtedy nie można jednoznacznie
powiedzieć, za pomocą którego komputera należy sterować lotem promu.
Ponieważ obliczenia są niesłychanie dokładne i skomplikowane, nie można tego
powierzyć przypadkowi. Tym bardziej gdy w grę wchodzi ludzkie życie. Po to
został skonstruowany piąty komputer. Jego konstrukcja i oprogramowanie jest
wykonane przez inną firmę niż podstawowa czwórka. Jest on standardowym
wyposażeniem każdego promu tej klasy. A jego zadanie jest tylko jedno:
sprowadzić załogę na ziemię. Jak najszybciej, jak najbezpieczniej i
bezwzględnie. Misja zostaje przerwana i wszystkie komputery podstawowe
zostają wyłączone. Sterowanie całkowicie przejmuje ten jeden komputer i bez
względu na wszystko musi sprowadzić bezpiecznie załogę z powrotem. Koniec.
To tyle o roli komputerów. A teraz do roboty. Ten system musi być
niezawodny, co jest chyba oczywiste. Ci ludzie muszą wrócić.
Andelly, Rock i Troph siedzieli w pracowni naukowej uniwersytetu
stanowego. Śledzili swoją przyszłą misję na monitorach komputerów. Widzieli
dokładnie każdy zaplanowany manewr, każdy ruch jaki mieli wykonać i każdą
część jaką mieli wymienić. Oglądali przebieg naprawy transmitera już setny
raz. Znali każdy szczegół, każdą operację i wszystkie teoretyczne zagrożenia
i niespodzianki jakie ich mogły czekać. Byli zwolennikami pedantycznej
szkoły przetrwania. Lepiej wszystko sprawdzić na ziemi niż mieć jakiekolwiek
problemy na górze. Tutaj na nowoczesnym sprzęcie mogli do woli testować
sytuacje w jakich mogli się znaleźć lub w jakich nigdy by się znaleźć nie
chcieli. Byli młodzi, zbyt młodzi by zginąć i pozostawić na ziemi swoje
rodziny, przyjaciół i znajomych. Dlatego przykładali się do tego co robią,
tym bardziej że nie było innych specjalistów mogących ich w razie czego
zastąpić. Siedzieli wiec tam prawie codziennie. Tym bardziej że czas startu
zbliżał się nieubłaganie. Codziennie ubywał jeden dzień, zostało ich jeszcze
20.
Zespół pierwszy wyłapał jak do tej pory tylko 3 błędy. Zaczęli od trzech i
na trzech prawdopodobnie zakończą. Tak myśleli i nie liczyli raczej na
zmianę wyników. Za to zespół drugi miał ich na swoim koncie ponad 18.
Cieszyli się, bo wiedzieli, że dzięki nim podniosło się bezpieczeństwo
pasażerów promu. Ponad połowa błędów to usterki sprzętu komputerowego.
Trzeba to było naprawić i testować na nowo. Od siedmiu dni cisza. Żadnych
wyników, zdawało się, że systemy są już sprawne. Niestety, nic bardziej
mylnego. Jeszcze na 5 dni przed startem ekipy wyłapały 1 błąd. Nic ważnego,
kwestia kolejności zainicjowania procedur samo testujących. Ale lepiej, żeby
wszystko miało swoje miejsce tak, jak to zostało przewidziane w
harmonogramach, dokumentacjach i opracowaniach technicznych lotu.
Zostało jeszcze nie całe 29 godzin. Andelly, Rock i Troph razem z
rodzinami wybrali się do zoo. Syn Rock'a spytał go wtedy dlaczego żyrafy
mają taką długą szyję. Troph i Andelly zaczęli się nawet z tego powodu
kłócić. Czy dlatego żeby sięgać wyżej i móc zrywać liście, czy żeby móc się
po prostu napić, bo długie nogi nie pozwoliłyby na skorzystanie z wodopoju i
zwierze umarłoby z pragnienia. W końcu żona Troph'a pogodziła ich, mówiąc
że długa szyja jest im potrzebna po to, żeby mieć głowę bliżej gwiazd. Z tym
się zgodzili wszyscy.
Na drugi dzień wydarzył się wypadek, który radość zamienił w łzy a
szczytne cele w rozpacz i przygnębienie. To stało się zaraz po starcie. W
dwunastej sekundzie lotu prom eksplodował. Nie mieli szans, podobnie jak
pilot, któremu zatnie się fotel katapultujący. To stało się zbyt szybko, i
trwało ułamki sekund. Byli tu i odeszli w nicość. Po prostu rozpłynęli się w
ogromie przestrzeni. Przestali być.
Zszokowane miny gapiów, obsługi naziemnej, operatorów lotu, personelu
technicznego, zaplecza medycznego. Czemu? Dlaczego zdarzyło im się coś
takiego? Czy była to wina oprogramowania? Może usterka techniczna, jakiś
szczegół w konstrukcji samego promu? Dlaczego właśnie oni... byli tacy
młodzi i tyle jeszcze mogli w życiu osiągnąć. Brali pod uwagę taką
możliwość, tu nigdy niczego nie można być pewnym, ale nie spodziewali się,
że jednak ich to dosięgnie. Teraz się to nie liczyło, oni zostali już tylko
w pamięci bliskich, żon, synów i córek...
Fragment raportu Komisji do Spraw Bezpieczeństwa Lotów Kosmicznych
Nr NCR-1218A78:
(...)
Główną przyczyną wybuchu promu kosmicznego była nieszczelność pierścieni
uszczelniających zbiorników z paliwem. W wyniku przedostania się ciekłego
tlenu do komory spalania nastąpiła lawinowa reakcja termiczna i naruszenie
integralności pojemników z paliwem. Na wskutek niekontrolowanego połączenia
substancji napędowych nastąpił wybuch paliwa, a co za tym idzie, zniszczenie
samego promu.
(...)
Śmierć ponieśli na miejscu Richard Andelly, Andrew Rock, Michael Troph.
Pośmiertne odznaczenia przyznane przez prezydenta jak również nazwanie ich
nazwiskiem Ośrodka Badań Lotów Kosmicznych nigdy w pełni nie oddadzą tego,
do czego przyczynili się jako piloci i naukowcy.
(...)
Winę za zniszczenie promu ponosi obsługa techniczna i główny konstruktor
systemów napędowych promu.
(...)
A teraz na poważnie:
W katastrofie promu kosmicznego Challenger na przylądku Canaveral na
Florydzie 28 stycznia 1986 roku śmierć ponieśli:
- Francis Scobee
- Judith Resnick
- Ronald McNair
- Michael Smith
- Sharon Christa McAuliffe
- Ellison Onizuka
- Gregory Jarvis
Rean & Alice cz.I
Autor: Cobretti
Rean & Alice cz. I
[ Dariusz Majgier - Cobretti ]
Cele w dalszym ciągu nie zniszczone. Straty znikome. Szanse na przeżycie
17 procent, wciąż maleją. - podręczny pager bezlitośnie pokazywał jak
brutalna może być rzeczywistość. Tym razem to nie ćwiczenia, nie istnieje
możliwość wyłączenia nawet jednej sekcji łazerów. Z dwudziestu trzech
robotów bojowych zostało jeszcze dwadzieścia jeden.
Oni o tym dobrze wiedzieli. Całe lata poświęcali na przygotowywanie się do
takich akcji jak ta. Oddział Zeta - wprawdzie dwuosobowy, ale jak dotąd
niepokonany. Tym się chlubili, to była ich druga nie symulowana akcja
bojowa. Procent strat wynosił zero i mieli nadzieję, że tym razem też
wyjdą z tego piekła cali.
Alice i Rean - twardziele z Zety. Zgrani tak doskonale, że nawet podczas
nietypowych manewrów jedno potrafiło przewidzieć posunięcie drugiego. Im
mniej ludzi tym sprawniejsza akcja i mniejsze straty bez względu na to co
mogłoby to oznaczać. Oni o tym wiedzieli.
Na niebieskim ekranie monitora ukazały się wreszcie dwa punkty. To byli
oni. Zachodnie skrzydło kompleksu akcji defensywnych nie było
najmocniejszym punktem obronnym. Wśród plątaniny korytarzy, za każdym rogiem
mógł stać robot bojowy, przygotowany do odpalenia pocisku rozrywającego.
Szli powoli w stronę magazynu z nadzieją, że dotrą tam przed łazerami.
Kończąca się amunicja nigdy nie jest lekarstwem na sukces. Tylko w
magazynach mogli pobrać dodatkowe wyposażenie bojowe. Najważniejsze były
pancerze klasy AA. Bez nich od razu mogliby podciąć sobie żyły.
- Alice, przyśpiesz trochę. Zdaje się, że mamy łazera na ogonie. - Rean
wyraźnie nie był w nastroju do żartów.
W chwilę później z bocznego korytarza wychynął mały pełzający robot. Jego
czujniki termiczne zareagowały na ciepło emitowane przez ludzi. Szybki ruch
dwóch sprzężonych wyrzutni i zapalająca się kontrolka podziałała na nich jak
kubeł zimnej wody. Natychmiastowy uskok z drogi pocisków znowu uratował im
życie. Chwila przerwy na przeładowanie i przewaga była po ich stronie.
- Tyły są moje! - między odgłosami detonacji doszedł go głos Alice.
Potężne targnięcie odrzuciło Reana na ścianę. Zadowolony z siebie pokazał
tylko palcem w stronę zdruzgotanego łazera.
- Mówiłem ci Alice, że go dopadnę.
- Pieprzysz, on miał być mój! - wyraźnie rozluźniona spojrzała na pager.
- Zostało jeszcze 20. Prowadź do magazynu. Jeśli tam dotrzemy postawię ci
piwo. - zażartowała
- O co się założysz, że je wypiję. - Rean szczerzył zęby w uśmiechu.
W centrum dowodzenia, na monitorze, ubył jeden punkcik symbolizujący
łazera. Błąd w oprogramowaniu nie pozwalał na rozbrojenie robotów. Wciąż
czekały na następnych kadetów, którzy próbowali swych sił w ośrodku
treningowym na Moraku. Alice i Rean mieli jedyną w swego rodzaju misję,
musieli wystawiać się na wabia i po kolei likwidować poszczególne sekcje
łazerów. Nie chodziło tylko o forsę, oni to po prostu lubili robić.
Komandor Spoke wskazywał palcem na obrzeże monitora, lustrując każdą
zmianę położenia jednego z dwudziestu pozostałych robotów. Jego palec
zawisł dokładnie nad czerwoną plamką oznaczającą zaplecze bojowe kompleksu
treningowego. Nie jeden z ludzi stojących za komandorem zastanawiał się,
czy w ogóle misja jaką powierzył swoim asom, jest do wykonania. Ale Spoke
wiedział, że przeszkolenie jakie przeszli w przeszłości było wystarczające,
sam ich szkolił, a do siebie miał bezgraniczne zaufanie.
- Dlaczego nikt nie dał im nadajnika? Dlaczego nikt nie dał im
odpowiedniej broni? Gdzie u licha jest człowiek, który projektował ten
kompleks, i dlaczego oprogramowanie nie było przetestowane do końca?
- Spokojnie. Na wszystko znajdzie się...
- I ty mi mówisz - spokojnie? Człowieku, tam są moi ludzie, ja odpowiadam
za ich bezpieczeństwo. - Spoke nie wydawał się zadowolony.
I istotnie nie był, nikt na jego miejscu by nie był. Tym bardziej, że od
kilku chwil, dwa punkty posuwające się nieustannie naprzód - stanęły;
zatrzymały się przed wejściem do magazynu. Nie wiedział dlaczego nie mogą
wejść do środka, i to go w tej chwili najbardziej denerwowało.
- Rean, otwórz te pieprzone drzwi!
- Nie mogę Alice, nie dam rady! - Rean kurczowo mocował się z zamkiem.
Od zachodniego skrzydła zbliżały się dwa majaczące kształty. Jeszcze
trochę, jeszcze tylko dwa zakręty i cele pojawią się w zasięgu skanerów.
Powoli i bezszelestnie parły naprzód.
Ciszę przerwał łomot działka zaporowego. Rean właśnie starał się rozwalić
na drzazgi drzwi, nie zważając na zawartość pomieszczenia. Wiedzieli, że
łamią regulamin, ale nie mieli wyjścia, zresztą była to ich jedyna szansa.
Musieli się dostać do środka, aby pobrać sprzęt, nawet kosztem własnego
życia. Ostatnie pociski poświęcili na ten pieprzony zamek. W końcu puścił.
Pomijając fakt, że gdyby jakiś zabłąkany pocisk wpadł do magazynu i
rozniósł z pół ośrodka treningowego, udało im się dostać do wnętrza. Teraz
był najgorszy moment z całej akcji.
- Alice, stań przy wejściu. - Alice nie czekając na to polecenie, już od
pewnej chwili stała przy wejściu do magazynu i nasłuchiwała.
- Jak by tak któryś z nich teraz zaczął obstrzał magazynu... - zaczęła.
W tym samym momencie usłyszała znajomy chrzęst działka i delikatny szum
silniczka elektrycznego.
- Rean! Szybko! - ale on już przeładował swojego NX'a.
Teraz plunął całą serią w głąb korytarza. Alice zrobiła to samo, z tym, że
w przeciwnym kierunku. Grzmot rozrywanych pocisków, wzmożony przez echo,
podziałał na nich jak muzyka. W jej rytm na końcu korytarza fruwały strzępy
łazera i pozostałości z zabudowy fragmentu korytarza. Żaden z łazerów nie
zdążył nawet ustawić się do odpalenia pocisków, nie mówiąc o przechwyceniu
celu.
Ale nie było czasu na odprężenie, wciągali na siebie z pośpiechem pancerze
klasy AA, bo gdzieś tam, za ścianą, mogły czaić się następne egzemplarze,
być może lepiej wyposażone. Na szczęście znaleźli tu także, przenośny
nadajnik, dzięki którym mogli połączyć się z dowództwem na powierzchni.
Zaczynali odżywać, teraz wiedzieli, że nic ich nie powstrzyma od wypełnienia
misji, że zgarną tę forsę, a Spoke będzie zadowolony.
Zostało jeszcze 18. Szanse na przeżycie nadal maleją - pager był
nieubłagany. Komputer zbierał dane, analizował je bit po bicie i przesyłał
na ciekłokrystaliczny wyświetlacz umieszczony na wewnętrznej stronie uprzęży
bojowej Alice.
- Jak to maleją? - oburzył się Rean. - W końcu dopiero teraz mamy
prawdziwą przewagę, mamy broń, łączność z bazą, i w zasięgu wzroku żadnego
łazera. Więc jak do diabła mogą maleć?
- Nie wiem Rean, może znów błąd w oprogramowaniu. Przecież komputer
analizujący dane korzysta z programu. Może wirus, może sabotaż, może ktoś
się chce nas pozbyć. Kto wie? - ściszyła głos.
- Dobra, Alice, bierzemy sprzęt, kilka granatów, parę taśm z pociskami i
małe działko zaporowe. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, za kilka godzin
będziemy na powierzchni. - Rzucił też kilka słów do słuchawki - Spoke,
słyszysz mnie, wytrzymaj jeszcze trochę, jak wyjdziemy, wszystko ci
opowiem. Wiem, że chciałbyś sam zająć się tymi łazerami, ale my damy sobie
radę nie gorzej niż ty, w końcu twoja szkoła nie?
- Stary, będziemy tu czuwać, żebyś mógł mi powiedzieć jak było na dole,
spokojna głowa. Nieźle cię słychać. Over.
Alice skończyła dobierać sprzęt i gdy tylko ruszyła w stronę zdruzgotanego
przejścia zgasło światło.
- Co jest u licha? Przechodzimy na podczerwień! - A do Spoke'a dodał -
Mamy tu mały kłopot, włączcie zasilanie awaryjna, jakieś akumulatory czy
coś, bo panują tu nieliche ciemności.
- Robimy co w naszej mocy. Uważajcie na siebie, za chwilę powinny
zabłysnąć lampki serwisowe. - Odezwał się czyjś głos.
To nie był Spoke, ten głos przypominał Rean'owi pewnego znajomego jego
kumpla, byłego kumpla. Kiedyś był jego partnerem, jeszcze zanim poznał
Alice i został komandosem w piechocie międzygalaktycznej. Nieraz wspominał
jak razem z nim zaliczali kolejne akcje, może nie takie jak ta, ale i one
były wezwaniem dla pary nieustraszonych młodzieńców. Były. Znowu się
zamyślił. Byli dla siebie jak rodzeństwo, do czasu tego paskudnego wypadku
na promie zrzutowym. Pamiętał tylko rozhermetyzowanie kadłuba i syk
uchodzącego powietrza. Potem białe ściany, lekarze, aparaturę medyczną i
śmierć najlepszego przyjaciela. Pogrzeb był prosty, kilku wspólnych
znajomych, była dziewczyna i ojciec zmarłego, komandor Spoke...
Z zamyślenia wyrwał go oślepiający błysk po prawej. Za chwilę drugi,
niemal tuż przy samej głowie. Nie, teraz był już znowu zimnym wyrachowanym
niszczycielem.
- Przylgnij do ściany! - darła się Alice.
Ale on jej nie słyszał i na oślep walił serią po wszystkim co przypominało
robota. Ten miał jakieś osłony, pomimo tylu oddanych strzałów nie rozleciał
się na kawałki jak inne, wciąż co sekundę wystrzeliwywał pocisk, za każdym
razem korygując pozycję.
Ale Rean był szybszy. Zanim Alice zdążyła wbić w kolbę nowy magazynek, on
użył granatów przeciwpancernych. Tym razem efekt był należyty. Kupa
żelastwa eksplodowała i znowu okryła ich ciemność.
- Tu Spoke. Wiem, że dalej macie ciemno, muszę was zmartwić, ale awaryjne
nie działają. Może uda się coś zrobić, lecz nic nie mogę zagwarantować,
elektronicy analizują uszkodzone obwody i według nich powinniście mieć tam
chociaż oświetlenie serwisowe. Jak coś się zmieni dam znać.
- Jakoś sobie poradzimy. - Doszedł go głos Alice. - To wszystko. Over.
I dalej przemierzali ciemny korytarz, kierując się do pomieszczenia
serwisowego, skąd co parę minut wyjeżdżał łazer. Podczerwień niewiele im w
tej chwili dawała, była bardziej pomocna przy lokalizowaniu źródeł ciepła,
jak na przykład silniczki w robotach. Podchodzili do skrzyżowania, teraz
wolniej, jeszcze bardziej skupieni niż zwykle, gotowi do nagłego uskoku, i
nasłuchujący każdego obcego odgłosu. Cały czas słyszeli tylko delikatny
szmer wentylatorów i odgłosy swoich butów pancernych. Panowała cisza, wśród
niej mogła się kryć śmierć, nie mogli popaść w rutynę, bo była ona zgubna
dla każdego przeceniającego swoje siły. Korytarz na przeciw siebie mieli
pusty, niewiadome czaiło się po lewej i prawej stronie. Niemal dokładnie w
tej samej sekundzie Rean i Alice, wyskoczyli do góry i upadając po środku
korytarza zajęli pozycje gotowe do strzału.
Napięcie opadło, korytarz był pusty, po prostu mogli być w sektorze nie
zajętym przez roboty. Należało kierować się na lewo, im szybciej tam dojdą
tym szybciej załatwią te paskudztwa zanim się rozpierzchną po całym ośrodku.
- Rean, słyszysz? - spytała z przerażeniem. - Będzie ich chyba z osiem.
Zajęli się przygotowaniem działka zaporowego, ustawili go przy odnodze
ślepego zaułka. Manewr był ryzykowny, ale oni lubili ryzyko.
- Alice, mamy do końca tego korytarza trzy zakręty, jeżeli nie damy rady
przy trzecim, nie będziemy mieć odwrotu.
- Wiem. - przytaknęła. - Ale za to żaden łazer nie zajdzie nas od tyłu,
będziemy mogli skupić się na skuteczności co daje nam to przewagę
techniczną.
- Więc, oby się udało. Działko jest nieźle podrasowane, powinno
powstrzymać kilka robotów, a resztą zajmiemy się my. Chodź, już czas,
nadchodzą.
Istotnie, odgłosy gąsienic poruszających się po idealnie gładkich
nawierzchniach korytarza, przybierały na sile. Z boku działka zaporowego
paliła się pomarańczowa dioda, sygnalizująca gotowość do odpalenia pocisków
rozrywających. Łazerów było 9. Posuwały się kluczem, jeden szedł na
przodzie, niejako wystawiając się specjalnie na obstrzał, reszta, po dwa
ciągnęły za nim. Ostatnie dwa pilnowały tyły, taka mała armia uzbrojona po
zęby i to nie atrapami, a prawdziwymi pociskami rozrywającymi.
Nagle kolor diody w działku zmienił kolor na czerwony.
- Słyszysz, jak im daje popalić. - Rean szczerzył zęby, reszta to będą
niedobitki, i damy sobie z nimi rady.
W tym momencie działko ucichło.
- Co jest! Przecież one do niego nie strzelają, to nie jest człowiek!
Virtual Reality
Autor: Cobretti
Virtual Reality.
[ Dariusz Majgier - Cobretti ]
Tysiące, miliony najdrobniejszych porcji informacji na sekundę,
transportowane z satelity przekaźnikowego na Ziemię wciąż były
przechwytywane przez speców z Cybernetic and Bionic Reality. Bit za bitem
bez przerwy napływały do centralnego komputera korporacji i były poddawane
wymyślnym, jak na systemy komputerowe o poczwórnej dokładności, torturom,
mającym na celu odkodowanie informacji jaki niósł przekaz.
Główny komputer nie miał z tym żadnych problemów. Był wyspecjalizowany w
łamaniu zabezpieczeń i w czasie rzeczywistym, na bieżąco, analizował dane i
dostosowywał sposoby odkodowywania tajnych informacji.
Cała sala lśniła w bieli, gdzie niegdzie pobłyskiwały lampki kontrolne a
systemy wspomagania sztucznej inteligencji starały się wyłapać najbardziej
znaczące wyrazy-klucze, mogące nieść potencjalnie ważne informacje.
Systemy wyszukiwania typu Smart były już tutaj mało przydatne, algorytmy
przeszukiwania i analizy stanowiły o tym czy gdzieś tam, daleko w głębi
kosmosu, ludzkiemu życiu nie zagrażało niebezpieczeństwo.
W pewnym momencie biała sala ożyła, nie zdarzało się to często bowiem z
reguły komputer sam mógł przeanalizować przekaz i zdecydować o jego małej
przydatności. W tej chwili miał albo problem, albo zawarte w przekazie dane
miały fundametalne znaczenie dla bezpieczeństwa lub sytuacji ludzi na
Torp'ie, w 21 koloni karnej.
- Nie jest możliwe jednoznaczne zdefiniowanie przekazu nr
17-13-17-47-235-ACCQAW z bazy na Torp'ie. - Meldunek powtarzał się co 12
sekund, czekając aż ktoś wreszcie go przejmie i stwierdzi o co tak na prawdę
chodzi.
Spece z CBR zareagowali jak zawsze... flegmatycznie i ospale.
- Hej, Sleem, idż to wyłączyć i załaduj tą frazę do słownika, niech na
drugi raz nie zawraca nam głowy. - Beher nie mógł sam pójść bo akurat
studiował plany budowy komputerów w nanotechnologiach i wciąż nie mógł
zrozumieć jednej rzeczy.
Sleem, jak to Sleem, wstał od stolika i powoli poszedł zobaczyć co się
stało.
- Sleem, jak to możliwe, żeby komputery mogły być tak małe, że mógłbym ich
nie zauważyć??? Sleem, kurcze, wyobrażasz sobie że można by na Twoim
zakutym łbie postawić cały ośrodek obliczeniowy?? - wyraźnie rozbawiony
znowu zagłębił się w najnowszych opracowaniach ze Space and Science.
- Taaak Beher, tak samo jak można by Twoją gębą straszyć dzieciaki na
filmach VR. - Sleem wyglądał tak jakby się właśnie obudził. Pewnie tak samo
się też czuł.
Kobiecy głos cały czas powtarzał ten sam tekst. Ale żadna kobieta nie
musiała użyczać swojego głosu, komputer sam potrafił generować odgłosy
naturalne nie do odróżnienia od rzeczywistości.
- O cholera, żeby ingerować w strukturę atomu trzeba mieć dobry wzrok, a
ja noszę okulary. He, he, he. - wyraźnie rozbawiony tekstem Beher odrzucił
gazetkę na pulpit sterowniczy i rzucił na trójwymiarowy ekran gierkę.
Grali prawie codziennie, szczególnie bawił ich czterowymiarowy tetris i
parę genialnie wykonanych programów symulujących nalot obcych cywilizacji
na Ziemię. Pełna gama odczuć: zapach, dźwięk, trzy wymiary, reakcja na
myśli, symulowanie stanów psychicznych... Tak!! Można było nawet umrzeć ze
strachu, te gry wymagały badań psychiatrycznych do ich używania. Nie można
było przesadzić. Pamiętał przypadek gdy twórcy tego oprogramowania w celach
testu zabili najprawdziwszego człowieka. 'I to tylko dlatego żeby sprawdzić
jego reakcje na prawdziwy strach' - pomyślał.
Z zamyślenia wyrwał go głos Sleem'a brzmiący przez interkom.
- Beher, rusz dupsko i chodź na dół. Ja tego też nie rozumiem, nie dziwie
się, że komputer nie mógł tego rozgryźć.
- Idę, już idę, czy na prawdę beze mnie już sobie nie możesz poradzić? Czy
będę Ci musiał trzymać jak będziesz się chciał odlać?? Sleem do cholery,
masz mózg więc przestań myśleć jajami. Chyba jesteś najlepszym specem od
kodowania więc jak komputer nie wydolił to sam się tym zajmij a nie pociskaj
mi kitów, że czegoś nie rozumiesz. W końcu ja jestem tylko szefem, i moja
ingerencja w te...
- Czy Ty się nigdy nie zamkniesz Beher?? - przerwał mu w pół zdania. -
Patrz i powiedz mi co to znaczy...
'Oni to Oni, nie pytajcie. Pojawią się tak nagle jak tutaj. Śmierć i Oni
to jedność. Nikt nie przeżył, ja też uległem zniszczeniu. Czas wsteczny: 1.
Rio-Er-12 - komputer bazowy'
- Sleem, chłopcy na górze robią sobie z Ciebie jaja, to wszystko. Czy ty
na prawdę nie widzisz, że to nie ma sensu. Obejdź standardowe procedury,
spróbuj kodów jakie przerabialiście w podstawówkach, to musi być dobry
dowcip. Czy Ty na prawdę nie możesz mnie wołać w ważniejszych sprawach.
Odrywasz mnie od najlepszych gierek jakie stworzyły firmy komputerowe od 3
lat.
- Zamknij się Beher. To poważna sprawa, myślisz, że gadasz z amatorem? Oni
nie mają szans, kodowanie omawiane w szkole to dla mnie kaszka z
mleczkiem, myślisz, że tego nie sprawdziłem. To co widzisz przyszło
rzeczywiście z bazy na Torp'ie i ma znaczenie właśnie takie jakie ma. A w
ogóle przekaz był nie zaszyfrowany i nie pochodził od człowieka. Nadał go
komputer główny i to w czasie wstecznym. - na chwile zawiesił głos.
- Czy Ty wiesz co to znaczy czas wsteczny, Beher?? - umilkł.
- Chcesz powiedzieć, że czas wsteczny rzeczywiście istnieje?? Słyszałem o
tym zjawisku, ale nigdy nie dane było mi to zobaczyć na własne oczy, to
jest ponoć niemożliwe z technicznego punktu widzenia. Przecież czas wsteczny
był jak dotąd możliwy do uzyskania tylko w technice Virtual Reality, ale tam
było to proste. Wystarczyło się cofnąć w czasie i jeszcze raz spróbować
wykonać pewne czynności, zresztą wszystko załatwiał komputer.
- No więc wyobraź sobie Beher, że chyba mamy na prawdę do czynienia z
czasem wstecznym. Ten komputer nadał to po jego zniszczeniu. Wiem, że brzmi
dziwnie, ale chyba na tym to polega. Jakimś cudem potrafił po swoim
unicestwieniu zmienić bieg czasu, wysłać informację dla nas na Ziemie i
ponownie zginąć.
- Bez sensu!! Skoro mógł cofnąć czas to mógł zmienić również bieg
wydarzeń! - Na twarzy Behera malowało się zdumienie i zaczął myśleć, tak
intensywnie, że nagle usłyszał siebie z przed chwili:
- Bez sensu!! Skoro mógł cofnąć czas to mógł zmienić również bieg
wydarzeń!
Tym razem coś go ruszyło, przypomniał sobie te gry komputerowe, które tak
dobrze potrafiły naśladować rzeczywistość, że aż trudno było rozróżnić
fikcję od prawdy. Nagle zrozumiał.
- Sleem. Wiem w czym jest problem. - zadowolony spojrzał na kumpla z
ośrodka.
- Taaa, no wiec mów bo ja ciągle nie rozumiem o co chodzi z tym przekazem.
- Sleem dalej zastanawiał się co może nieść za wiadomość ten strzepek
informacji.
- My gramy! Ty, ja, ten dziwny tekst, ten ośrodek - to gra! Wystarczy siłą
woli zakończyć grę i będziemy znowu wśród żywych. Nie wiem jak Ty, ale ja
bym się z chęcią skupił nad czym innym. - teraz mu ulżyło, rozgryzł problem.
- Zgadzam się. Jakieś czasy wsteczne, antymateria, nanotechnologie,
ciekawe co jeszcze byśmy wymyślili. O mały włos a byśmy zapomnieli, że to
gra! Czy Ty wiesz co mogłoby się wtedy stać?? - teraz faktycznie zabrzmiało
to groźnie.
Problem w tych grach polegał na tym, że sterowanie grą wymagało ingerencji
ze strony człowieka. Tylko własna wola mogła zakończyć ten pojedynek z
komputerem w całkiem innym świecie. W świecie VR, w którym programy miały
wpływ na psychikę, odczucia i były w stanie przejąć kontrole nad organizmem.
Tak, zaczęło się to od pomysłu zdolnego studenta informatyki. On wpadł na
genialny algorytm samo uczenia się programów i sposoby wpływania VR na
ludzką psychikę. Zresztą stosowano to później w medycynie i symulatorach
bojowych dla piechoty kolonialnej. To była twarda szkoła, z tą różnicą, że
tam nad graczami czuwał automat czasowy, a tutaj Sleem i Beher byli zdani
tylko na siebie.
- Sleem, słyszysz mnie, wstawaj. - Beher próbował podnieść kumpla z zimnej
posadzki. Nie wiedział dlaczego stracił przytomność.
Sleem leżał nadal, po chwili zaczął reagować normalnie ale niczego tak na
prawdę nie był pewien.
- Sleem, jest problem. Nie wiem na jakim poziomie wewnętrznym jesteśmy i
jak długo gramy w tą cholerną grę. - oczy utkwił w przyjacielu, w nadziei,
że otrzyma od niego odpowiedź.
- Ja też nie wiem jak głęboko zabrnęliśmy w to bagno. Jeżeli gramy zbyt
długo to nie dziwie się dlaczego straciłem przytomność. Organizm musi
odpocząć, pamiętasz te badania jakie wykonywali ludzie z SRTR nad wpływem
snu na człowieka. Wytrzymuje się maksymalnie 4, 5 dni. Potem tracisz mowę,
przestajesz słyszeć, musisz się przespać bo inaczej umrzesz. - powiedział to
tak, jak by sam w to nie wierzył, ale wyraźnie coś się z nimi działo.
Z reguły gracze nie zapędzali się daleko, poziom drugi lub trzeci
wystarczał w zupełności. Ciężko było zakończyć grę i być dalej w grze
pamiętając o tym. Tak więc poziom zagłębienia w gry w grze nie mógł być zbyt
wielki. Można było zgubić panowanie nad tym, gdzie się teraz człowiek
znajdował i to mogło doprowadzić do szaleństwa.
- Gdzie byliśmy ostatnio? Beher, do cholery rusz głową bo zginiemy w tej
grze i to nie ze strachu a z wycieńczenia i na dodatek tego wcale nie
odczujemy. Mam wrażenie, że wiem jak działają narkotyki i środki
dopingujące. To jest coś takiego jak ta gra. Myślisz, że jest wspaniale ale
tak na prawdę jesteś zmęczony i wycieńczony. To zabójstwo dla ciała. Boję
się, Beher. - spuścił oczy i opuścili następny poziom.
- Nic nie mogę poradzić, za daleko zabrnęliśmy. Tu jest jakaś ciemna
ulica, nie za bardzo widać gdzie moglibyśmy się udać. W ogóle zaczynam się
bać, że opuszczanie poziomów zagłębienia to tylko symulacja i tak na prawde
możemy wchodzić jeszcze głębiej. Jak to sprawdzić? - spojrzał na Sleema i
ich spojrzenia skrzyżowały się. Wyglądali obaj tak samo. Strach tkwił w ich
oczach i bali się, że nigdy nie opuszczą tej gry.
Najgorsze było to, że tej gry rzeczywiście mogli nigdy nie opuścić,
zasilanie było podtrzymywane przy braku prądu poprzez MPS'y. Pozostało im
kluczyć tak samo jak człowiekowi zagubionemu na pustyni, bez mapy, wody i
kompasu. Tak, mieli tak samo małe szanse.
- Sleem, patrz, widzisz ten samochód?? Przy nim jest człowiek, zapytamy go
gdzie jesteśmy.
- To na nic, nie wiemy czy on jest prawdziwy... zresztą jest jeszcze jeden
problem, musimy uważać, żeby się nie rozdzielić. Na razie byliśmy razem, ale
nagle możemy znaleźć się na innych poziomach gry. Na wszelki wypadek nie
myśl o tym... - Sleem odwrócił głowę od samochodu i zaniemówił.
Został sam, teraz już nawet nie był pewien czy zna jakiegoś Beher'a,
niczego nie można być pewnym w tej grze za wyjątkiem tego, że można z niej
nie powrócić.
'Przecież grałem w nią tysiące razy, zawsze udawało mi się wrócić, co
jest?' - zastanawiał się w myślach. 'Rusz głową Sleem, przecież musisz coś
wymyślec. A może ci się tylko zdawało, że grałeś? Może to jest Twoja
pierwsza gra, może to ci sie tylko śni, otwórz oczy, no dalej Sleem, zrób
to!' - jego wysiłki spełzły na niczym. Znalazł się właśnie w łóżku.
Śnieżnobiała pościel i delikatne pukanie do drzwi... 'Nie!' - pomyślał.
'Mam dość, dłużej tego nie zniosę.'
Chaos, pustka, odwieczna przepaść, bezmiar czasu, bezład materii, koszmar.
Wszystko naraz, i nic w tym samym czasie. Wyłączył się maksymalnie, przestał
myśleć. Zaczął zachowywać sie jak rasowy gracz. Wyimaginowane fazowniki
plazmy pojawiły się w jego dłoni. Od strony zabudowań jakiejś starej fabryki
widać było plac boju. Skierował się w tamtą stronę. Dwa potężne Tropery
stały na swoich miejscach i czekały na walczących. Nie widział czemu nie
było wokół ludzi, w powietrzu unosił się tylko swąd spalonego ciała, okolica
wyglądała na opuszczoną. 'Jakiś ładunek termiczny' - pomyślał i zaczął
wchodzić po schodkach do kabiny Tropera.
Usiadł, spojrzał na konsole sterowniczą, włączył główny przełącznik
zasilania, założył kask. Gdzieś w trzewiach maszyny dał się słyszeć szum
silników i siłowników pneumatycznych. Jego przekrwione oczy wyrażały
wszystko, nie musiał posługiwać się myślami, miał tylko jeden cel - zabawić
się na całego, zanim umrze w tej grze bez końca. Odprężył się, rozluźnił
wszystkie swoje mięśnie, ogarnął go spokój, poczuł przypływ mocy. Zamyślił
się na chwile. Przecież gdzieś tam poza grą, zostawił rodzinę, żonę, córkę,
przyjaciół... a może to też były tylko wyobrażenia. Nagle z zamyślenia
wyrwał go potężny wybuch na masce Tropera i usłyszał znajomy głos
- Zginiesz Sleem, jak pies...
- Beher, oszalałeś! To ja! Skąd się tu wziąłeś? Opanuj się! Nie możesz
tego zrobić, Beher!
- Takie są reguły tej gry Sleem, zapomniałeś? - na monitorze przekazującym
obraz z drugiego Tropera Sleem ujrzał twarz przyjaciela wykrzywioną w
śmiertelnym grymasie.
- Ty nie istniejesz Beher, to tylko sen... - sam już nie wierzył we własne
słowa, drugi pocisk grawitacyjny powalił Tropera na ziemie.
W tym momencie Sleem znowu odżył, przypomniał sobie swój cel. Przestać
myśleć, zacząć zabijać, wyeliminować przeciwnika z gry. Odżył, zapomniał,
zamienił się w mordercę. Potężne siłowniki stęknęły i całą swoją mocą
podniosły Tropera z powrotem do pozycji wyjściowej. Zaczął się morderczy
wyścig o pozycję w jak najlepszym miejscu na polu walki. Wszędzie istniały
resztki budowli, jakieś wieżyczki strzelnicze, za które można było się
ukryć.
Następny przełącznik i blastery Tropera uzbroiły się w pociski
jonowo-plazmowe. Beher tylko na to czekał, spokojnie zbliżał się w stronę
zburzonego muru za którym Sleem przygotowywał się do bezpośredniego starcia.
Swoje poczynania śledzili na skanerach, symulowane przez oprogramowanie w
pełnych trzech wymiarach.
Nagle Sleem znalazł się na pokładzie myśliwca i zaczął pikować w dół,
wprost na skały Diabelskiego Kanionu. Jeszcze dobrze nie wczuł się w rolę
pilota, gdy nagle zrobiło się ciemno i usłyszał głosy ludzi.
- Przestań Jake, to może się odbić na jego psychice, może zacząć traktować
normalny świat jak grę VR. Nie poradzi sobie potem z samym sobą. - Sleem
starał się od dłuższej chwili przerwać ten test i teraz mówił do głównego
projektanta systemów VR.
- Jasne Sleem, wyłączyłem już symulator. Za chwilę Beher dojdzie do siebie
i przestanie grać. Spokojnie.
Slemm już nie panował nad sobą. Zastanawiał się czy tak na prawdę nie
nazywa się Beher. 'To w końcu jak, Sleem czy Beher? Kim ja jestem, kogo ja
udawałem. To znaczy, że spotkałem sam siebie i z samym sobą chciałem
walczyć? A gdybym tak się zabił to zginąłbym na prawdę?' - nie kojarzył
niczego, nawet był pewny, że dalej gra. Zaczął szlochać. W końcu rozpłakał
się jak dziecko. Załamał się zupełnie...
3 lata potem.
Przybywało coraz więcej ludzi umysłowo chorych, którzy twierdzili, że są
wciąż w grze i nie mogą przerwać jej toku. Liczba wypadków śmiertelnych
zwiększała się z roku na rok...
Miedzynarodowa Unia Komputerowa w roku 2012 zabroniła używania gier
komputerowych VR. Ale na rynku gry tego typu były największym rarytasem.
Zaczął kwitnąć nielegalny handel grami VR. Stały się one najbardziej cennym
towarem na rynku. Zastępowały używki, naturalne potrzeby, rodziny,
przyjaciół. Były najgorszą plagą XXI wieku. Ale tak na prawdę najgorsze było
to, że nikt nie potrafił już do końca rozróżniać tych dwóch światów. A
może świat nie istnieje, może to też tylko gra...
Inne - Reportaze
Jak kupowałem drukarkę
Autor: Cobretti
Jak kupowałem drukarkę...
[ Dariusz Majgier - Cobretti ]
Przenieśmy się w przeszłość. Jest rok 1993 grudzień 5 dzień tego miesiąca.
Postanowiłem zaopatrzyć się w drukarkę, zbliżał się termin pisania prac
dyplomowych, a i w domu drukarka by się przydała.
- Czemu nie - powiedzieli rodzice, i tak część kwoty wykładałem z własnej
kieszeni. I zaczęło się...
Postanowiłem sprawdzić ceny w okolicznych sklepach w Sosnowcu i
Katowicach, poprzeglądałem wszystkie czasopisma komputerowe. W ręce wpadł
mi pożyczony od kolegi ENTER nr 12 rok 93. Od razu pochłonąłem artykuł o
drukarkach, i test jedenastu tanich drukarek. Było nie było z moim zasobem
gotówki i wiedzą teoretyczną stanęło na tym, że zapragnąłem mieć Seikoshe
SP-2400. Jak postanowiłem tak też zrobiłem. Ale co przeżyłem podczas okresu
między wybraniem, a kupnem poniżej.
Jest 10 grudzień, znów zjeździłem kilka sklepów i obcykałem sobie dwa
całkiem niezłe, ponieważ miałem ją kupić na raty chodziło też o dogodne
warunki płatności.
Na drugi dzień wywęszyłem w Sosnowcu nowo otwartą filię Optimusa. W
Gazecie Wyborczej wyczytałem, iż Optimus również rozprowadza drukarki
Seikosha, ale pod nazwą Optimus, co ciekawe nawet po interesującej cenie.
Dodatkowo, cholera, jeszcze dochodzi ten vat 22% i krzyżuje mi szyki. Ale
wcześniej nie miałem kasy, kto kupił sprzęt przed vatem ten teraz olewa
wszystko.
Minęło dwa dni, jestem coraz bardziej napalony. Jedziemy do Optimusa z
ojcem po drukarkę. Oczywiście grzeczna wymiana pozdrowień i przystępujemy
do rzeczy, mówimy, że chcieliśmy kupić Seikoshę na raty. Gostek odrzekł, że
owszem, czemu nie, ale dopiero od poniedziałku bo w tej chwili załatwiają
sprawy związane z otwarciem rachunku w nowym banku, bo poprzedni splajtował.
Więc co było robić, pakujemy się z powrotem do autka i go home. Ja
oczywiście podłamany.
Po kilku dniach znalazłem ogłoszenie w Gazecie, że na 22 stycznia (ulica,
nie data) jest nowo otwarty sklep z drukarkami i sprzedają na raty.
Oczywiście jadę tam sam zobaczyć co i jak.
Dzień dobry, Dzień dobry, macie Seikoshę 2400, tak, w jakiej cenie,
6200000, chciałbym kupić na raty; jakie warunki muszę spełnić. Oj, przykro
nam, ale właśnie wprowadzamy sprzedaż ratalną i bank musi podpisać
obustronne porozumienie, więc na raty będziemy sprzedawać dopiero od
czwartku.
Ok, cóż zrobić. Biorę tatę i jedziemy do Katowic po drukarkę. Znów,
cholera, pech. Gostek się tłumaczy, że to nie od niego zależy, że chciałby
jak najlepiej, ale bank nie podpisał umowy i na raty sprzeda nam od
poniedziałku.
Jest poniedziałek, połowa grudnia, ja już nie wytrzymuję nerwowo, dostaję
pomarańczowej gorączki, ledwo widzę na oczy. Dziś jest ten wielki dzień,
dziś będzie drukarka. Oczywiście jajo. W Optimusie znowu ta sama gadka, że
to niby bank jest na wczasach i przez dwa tygodnie nie obsługuje klientów.
To co to ma być za bank, jakieś gówno!!! Pakujemy się do bryki i jedziemy do
Katowic. Piękne powitanie, cieszą się że nas widzą znowu, bla, bla. Jest
godzina piąta po południu, a oni właśnie zamykali sklep i dla wyjątku nam go
otworzyli. Zaraz potem jakiś gostek pyta o ksero dowodu osobistego, niech
ich szlag, oczywiście nie mamy, bo we wcześniejszych warunkach tego nie
było. Co robić szukamy ksero, ale wszystkie pracują tylko do czwartej.
Zwijamy się do domu.
Po dwóch dniach, jedziemy tam z całym zestawem dokumentów, kser i innych
całkiem niepotrzebnych rzeczy. Dzień dobry, dzień dobry, to znowu my i nie
ma na nas haka. Byłem już stuprocentowo pewny, że mam dziś drukarkę. Ale jak
bardzo się myliłem miałem się przekonać za chwilę. Gostek wypisuje
dokumenty, ja i starszy mamy dość wszystkiego, ja mam nadzieję, a tu gostek
mówi, że zarobki starszego są źle wypisane i brakuje kilku tysięcy aby było
wszystko git. No to wkurwiliśmy się dosadnie i wyszliśmy z tego sklepu aby
już nigdy tam nie powrócić. Ku przestrodze ten sklep mieści się na 22
stycznia w Katowicach, a nazywa się jakoś na Baj (może Bajtbox), a jest na
tyle chujowy, że po zakupie towaru na raty nie otrzymamy od razu sprzętu,
tylko trzeba czekać kilka dni aż przykry Investbank zatwierdzi papiery.
Tak oto mija następny tydzień. Odpadł nam jeden dupiaty sklep, został
Sosnowiecki Optimus. Jestem w transie, jeżeli w tym tygodniu nie kupię
drukary to se (sobie) palne w łeb. Jest już Styczeń, jak dobrze policzyłem.
Co parę dni chodzę do Optimusa dowiadywać się jak tam ten bank, czy będę
mógł kiedyś, kurna, kupić tą drukarkę. Okazuje się, że za każdym razem
odpowiedź jest taka sama.
- Nic nie możemy powiedzieć, ale proszę się dowiadywać. Jak będziemy już
wiedzieć coś konkretnego, to ewentualnie zadzwonimy, proszę nam zostawić
swój numer.
Na szczęście nie mam telefonu bo mnie już wkurza ten Optimus. Rozglądam
się za jakimś innym sklepem. I co się okazuje? Niedaleko od centrum
Sosnowca znajduje się ulica Kościelna. Na ulicy kościelnej znajduje się
sklep BAC. W sklepie BAC znajduje się moja wymarzona drukarka. W mojej
wymarzonej drukarce brak tylko układu z polskimi literami, bo gostek wyjął
go i wstawił do swojej Seikoshy. Cena jest w porządku, wszystko gra.
Przyjeżdżamy ze starszym do tego sklepu z zamiarem kupienia drukarki, a on
mi mówi, że trzeba było mu wcześniej powiedzieć to by ją zamówił i by była.
Starszy ma już dość, ja też.
Umówiliśmy się na jutro. Przyjeżdżamy jutro a on mówi, że ma ale bez
polskich znaków, a jak chcemy to możemy poczekać, to on przywiezie z
hurtowni. Oczywiście czekamy, bo jestem zbyt napalony na drukarkę. Za pół
godziny rozlega się w sklepie telefon, i gostek mówi żonie, że będzie
drukarka, niech spisuje umowę. Za drugie pół godziny podjeżdża pod sklep i
co się okazuje - jest bez drukarki. Mało brakowało a by mnie szlag trafił.
Już kurna nie chodziło o drukarkę, ale o tego pieprzonego pecha.
Ponieważ umowa była spisana, a ja koniecznie chciałem mieć drukarkę i to z
polskimi znakami, stanęło na tym, że weźmiemy Seikoshę SP-2400 ale bez
polskich znaków, a na drugi dzień ma mi gostek załatwić układ z polskimi
znakami. W końcu jak kupowaliśmy drukarkę była godzina osiemnasta, pech
chciał, że gostek nie miał kabelka do drukarki, bo takowy należy dokupić
oddzielnie. Więc tego dnia miałem drukarkę, ale i tak nie mogłem jej
podłączyć do Amigi. Poczytałem sobie instrukcję, zrobiłem kilka wydruków
testowych i polazłem spać.
Jest sobota, już na prawdę nie wiem ile minęło dni od chęci kupienia
drukarki po raz pierwszy, chyba grubo ponad miesiąc. Mam drukarkę, po
południu jadę po kabelek i po układ. Kabelek kupuję bez problemu, ale gostek
nie załatwił polskich znaków, mam przyjechać w poniedziałek. No to kurna
jadę w poniedziałek. Ta sama gadka, mam przyjechać we środę. No to jadę
kurna we środę i proszę powstać
-NARESZCIE MAM DRUKARKĘ W KOMPLECIE -
Dyskietka
Autor: Cobretti
Dyskietka.
[ Dariusz Majgier - Cobretti ]
Teraz trochę matematyki. CZYSTA ANALIZA.
Leży przede mną dyskietka. Najprawdopodobniej zajechana na śmierć, bo nie
chce się sformatować. Stary rocznik, jeszcze z lat 90. Niepozorna, koloru
niebieskiego, z nalepką, na której napisane jest 'Barns'n'Pipes d.2'. Widać,
że nalepka jest nie od tej dyskietki. Poprzednia została usunięta, i na jej
miejsce trafiła ta. Kiedyś miałem na poprzedniej napisany tekst flamastrem,
ale jak to w moim przypadku, taka nazwa dysku nie była zbyt długo aktualna.
Na metalowej przesuwanej blaszce widnieje napis:
MICRO FLOPPY DISK
3.5". 2DD
135 TPI
DOUBLE SIDED
Numer dysku 29, wielkie czerwone cyfry nalepione są na lewo od blaszki, na
większej powierzchni bocznej. Tak się ma pokrótce charakterystyka. Teraz
przejdę do przeanalizowania zawartości takiej dyskietki, zaopatrzyłem się
wcześniej w scyzoryk tak, że nie powinno być problemu.
Próbuję dostać się z boku dysku do środka, nie ma problemu. Jedynie po
rogach, na połączeniu obu części dysku występują komplikacje. Gdy udało mi
się dostać ostrzem w miejsce zabezpieczenia przed zapisem miałem mały
problem jak to rozgryźć aby niczego nie uszkodzić. Jedno silniejsze
pociągnięcie i na ziemię poleciała zatyczka zabezpieczająca przed zapisem.
Olałem ją.
Mam już górne rogi rozwarstwione, teraz tnę nożem nalepkę na całej
długości górnej szczeliny jaką udało mi się podważyć scyzorykiem.
Przecinam naklejkę z opisem dysku centymetr po centymetrze. Przejechałem.
Rozpruwam ścianki boczne, udało się. Teraz delikatnie wyjmuję nośnik.
Trzy i pół calowy krążek pokryty super cienką warstwą magnetyczną wygląda
fatalnie, pełno na nim koncentrycznych wyżłobień, tak jakby głowica była
rysikiem. Jak się domyśliłem ślady te pochodzą stąd, że przenosiłem dysk w
niezbyt sterylnych warunkach i do środka musiał dostać się piasek, który
wywołał totalne spustoszenie na nośniku. Dobrze, że nie uszkodził stacji.
Po delikatnym usunięciu nośnika pozostała mi obudowa. Po niecałej minucie
wyskoczyła mi gdzieś sprężynka odpowiedzialna za przesuwanie się blaszki
chroniącej nośnik, a sama blaszka leżała obok dwóch części składowych
dyskietki. Blaszka wyglądała jak blaszka, nic dodać nic ująć. Ciekawiej
było ze sprężynką, bo można ją było wyginać i naciągać, a ona czasami
potrafiła wymknąć się niepostrzeżenie z moich paluszków i ginęła gdzieś na
dywanie. Potem odkryłem, że blaszkę można również wyginać i zaczęło sprawiać
mi to przyjemność. Wyginałem i wyginałem. Nie możliwe jest doprowadzenie
blaszki do kształtu pierwotnego, tego nauczyło mnie doświadczenie.
Spojrzałem na dwie części obudowy dysku, na pozór się nie różniły, ale
jednak jedna część miała większą ilość dziur a druga większą ilość
zaczepów. Nazwałem jedną część częścią damską a drugą męską. Co więcej,
podstawowa różnica to otwór po środku damskiej części, ten sam przez który
widać metalową część nośnika, zaczepianą przez stację w celu nadania
odpowiedniej prędkości kątowej nośnikowi.
W środku, a w tej chwili na wierzchu znajduje się coś w rodzaju
prowadnicy, wyłożonej specjalną warstwą materiału zmniejszającego tarcie do
minimum między nośnikiem a obudową podczas obrotu nośnika ze znaczną
prędkością w stacji dysków.
I to tyle co można zauważyć... stop, jest coś jeszcze, właśnie dostrzegłem
na tym materiale plamę z herbaty, widocznie jak był u mnie Baku i trąciłem
ten trunek co mi zalał z 20 nośników, część dostała się do tej właśnie
dyskietki.
Następnym razem rozbiorę coś poważniejszego, może stację dysków...
Gmeranie w sieci
Autor: Cobretti
Gmeranie w sieci.
[ Dariusz Majgier - Cobretti ]
Polowanie na informacje zaczęło się niewinnie. Szukałem jakiejś ciekawej
książki po angielsku. Najlepiej, żeby była znana i ciekawa. Postanowiłem,
że czytając książki dość szybko nauczę się normalnego angielskiego, a nie
takiego jaki jest wpajany w szkole. Jak postanowiłem tak uczyniłem.
Do roboty zaprzęgnąłem kilka sieciowych wyszukiwarek. Między innymi Yahoo,
Archie, i całą masę popularnych search'erów. Co się okazało - ano to, że
książek jest mnóstwo, ale są umieszczone czasem na bardzo odległych
serwerach, wiec czas ściągania jest dosyć długi i przeglądanie jest
utrapieniem.
Znalazłem server angielski, w którym literatura była posegregowana latami
napływania. Wtedy nie zwróciłem na niego uwagi, bo aktualnie przeglądałem
pliki przez Gophera. Dobre narzędzie, choć przestarzałe i nie używane tak
popularnie jak przeglądarki WWW.
Co znalazłem? Książki stare, do których wygasły prawa autorskie, bądź
udostępniane ogólnie. Między innymi stare dobre bajki, kto nie czytał
Alicji w Krainie Czarów, Królewny Śnieżki, bajek *.H.Andersena (jak on miał
na imię??), literatury pełnej dedukcji czyli Holmes'a A. C.Doyla, Piotrusia
Pana, i innych z czasów mojej młodości. Ale starość nie radość jak mówią
młodzi. Postanowiłem dostać w swoje łapska coś bardziej ambitnego. Po
piętnastu minutach poszukiwań trafiłem na Biblię i to w dodatku po polsku!!,
cool, fajnie mieć takie coś w formie elektronicznej, potrzebujesz cytacik to
proszę, pięć sekund i po krzyku (ale jakoś nie mogłem znaleźć fajnych
cytacików żeby je tutaj przecytować).
Po godzinie gmerania wpadłem na coś co mnie olśniło... scenariusze filmów,
to jest to! Na pierwszy ogień znalazłem scenariusze do Terminatorów. No
mówię, do Terminatora I i II. Odlot! Po angielsku, wiec coś co chciałem
mieć, tym bardziej mnie zmusi do czytania. Ściągnąłem sobie na dyskietki. Po
chwili natrafiłem na prawdziwą perłę bo literatura tego typu jest moją
ulubioną literaturą, a więc ALIEN I i II, czyli Obcy 8 pasażer i Decydujące
Starcie. No jak dla mnie bomba! Obcego II napisał oczywiście J.Cameron!! Ten
sam co napisał scenariusze Terminatorów, zabawa się zaczynała rozkręcać.
Przy okazji wpadły w moje ręce: Wyspa Skarbów, trochę literatury
Szekspirowskiej (chyba tylko dla jaj, bo mnie to w ogóle nie bawi),
konstytucja USA, jakieś podręczniki typu Jolli Cook's Book (czyli jak zrobić
napalm domowym sposobem, albo jak spalić komuś mieszkanie nie zostawiając
śladów) i inne badziewia, trochę mniej ciekawe, a jednak warte zauważenia i
ściągnięcia.
No dobra, ile można ściągać samej literatury. Skoro mogę dotrzeć do
wszystkiego to może zabawić się w NetRuner'a. Biegacza i szperacza
sieciowego, czyli małego Hackera, działającego na dużym polu bitewnym. No i
zaczęło się. Najpierw trzeba było opanować sztukę wysyłania tzw.
Fuckmaili. Spoko, banalna rzecz. Wyciągnąć hasło, przechwycić podczas
telnetów, też da się zrobić. Tym bardziej, że takie rzeczy są omawiane w
grupach dyskusyjnych i w podręczniku dla Hackerów dostępnym w sieci. Kto wie
jak szukać znajdzie wszystkie dane. Kto nie wie, ten i tak się nie dowie.
Łażąc po sieci pomyślałem o penetracji danych o znaczeniu strategicznym.
Kto mógłby takimi danymi dysponować... no kto? Oczywiście agencje
wywiadowcze, w końcu po to zostały stworzone. Wprawdzie do GRU się nie
dostałem, ale FBI i CIA stały przede mną otworem. Poufne dane były nie do
osiągnięcia (przynajmniej dla mnie, buuuu, muszę się jeszcze wiele nauczyć)
ale taki rarytas jak CIA World Fact Book zdobyłem bez problemu. Na początek
za rok 1992. Co w nim wyczytałem o Polsce? Ano wszystko, ile mamy lasów, łąk
i pastwisk, jakie produkujemy wyroby, ile lat mają poborowi, jaki jest
stan armii, jakie partie wygrały wybory, skład rządu, ile mamy statków,
jakich, jakie organizacje międzynarodowe działają w Polsce, ile mamy
kilometrów kolei wąskotorowych, co tylko zapragniesz się dowiedzieć i co ma
charakter strategiczny, miodzik dla zbieraczy danych o różnych krajach.
Jest tych danych od zarypania, aż spamiętać nie idzie.
I tutaj przypomniałem sobie o serverze angielskim, tam były wszystkie
CIAWFB dla lat następnych. No i już są na moim twardym, teraz gdybym
planował mały atak nuklearny na ruskich będę wiedział ile mają głowic
jądrowych...
Ale szukałem dalej. Ponieważ bawi mnie lotnictwo, wygmerałem wśród ogromu
danych trochę oznaczeń samolotów radzieckich w slangu amerykańskiej agencji
wywiadowczej. Przy okazji, krótki opis każdego modelu ruskich samolotów, też
nie lada gratka dla hobbystów-agentów.
Dzień zbliżał się ku końcowi. A jeszcze zostało mi tyle adresów do
spenetrowania... Pulp Fiction, też scenariusz, trafił do moich rąk jako
ostatni. Potem zacząłem chodzić po polskich serverach, ściągnąłem sobie
ostatnie numery Komputera i Biura z gazety wyborczej i miałem dość.
Następnym razem pościągam sobie obrazki, będzie co oglądać. Hm.. i to jakie
obrazki, takich dziewczyn na co dzień się nie spotyka, ach, gdyby tak taką
spotkać to by się od niej oczu nie oderwało.
Dobra złażę na ziemię. Już zlazłem. No to czas kończyć. Już skończyłem.
Jabłko
Autor: Cobretti
Jabłko.
[ Dariusz Majgier - Cobretti ]
Mam w ręce jabłko. Niewielkie, czerwone i nieokreślonego gatunku. Lubię
jabłka ale nie wszystkie. Ideałem dla mnie jest duże, zielone i kwaśne,
dlatego lubię papierówki, choć są one z deka za małe. Ale za to ich smak
jest doskonały.
No więc trzymam sobie to małe jabłuszko, wypolerowane na nogawce i
zastanawiam się z której strony go napocząć. Zanim jeszcze zdążyłem go
ugryźć odłamałem sterczący kawałek mocujący jabłko do gałęzi. Hm, wygląda
apetycznie, ale wolę to sprawdzić bo z reguły można się zawieść.
Soczysty, pełen determinacji kęs, przekonuje mnie, że jabłko należy do
tych gatunków, które lubię. Jest lekko kwaśne i słodkie zarazem, ale ogólne
wrażenie smakowe jest pozytywne. Łupka nie jest zbyt twarda, więc nie czuje
się jej tak bardzo jak w dzikich gatunkach jabłek zrywanych często w
zapuszczonych ogródkach.
Soczystość jabłka też jest wyśmienita. Nie jest ono suche i twarde, bądź
też cieknące jakąś nieapetyczną wydzieliną. To jabłko posiada dość sporo
garbników, co da się odczuć dość cierpkim smakiem. Podobną właściwość
posiada szara reneta, której zresztą nie cierpię.
Nie lubię również jabłek importowanych do polski z Holandii, według mnie
przesadą jest, żeby jabłka sprowadzać z takich odległości, skoro tutaj na
miejscu mamy tego owocu pod dostatkiem. Zresztą przez przypadek udało mi się
zaobserwować pewną właściwość tych holenderskich jabłek. Otóż wyjeżdżając na
wakacje dwa lata temu, przez przypadek zostawiłem jabłko w torbie, którą
miałem zabrać ze sobą. Po przyjeździe przypomniałem sobie o tym i
spodziewałem się zgnitego, śmierdzącego jabłka a tymczasem z zielonego
twardego owocu zrobił się miękki, czerwony i zdatny do jedzenia okaz prosto
z Holandii. Okazało się, że mimo przetrwania na skutek odpowiednich
napromieniowań, jabłko takie straciło swój smak i ogólne wrażenie po
konsumpcji kawałka było dalekie od ideału, powiem więcej, było paskudne,
wiec po chwili zaliczyło kosz na odpadki.
To jabłko, które w tej chwili dokańczam jest w porządku, bardzo dobrze
oddziela się miąższ od ogryzka, który pozostaje prawie czysty. Przypomina mi
się tutaj mój kumpel, który jabłka zjada w całości, łącznie z ogryzkami.
Widać nie robi to większej różnicy, ale ja nie jestem smakoszem ogryzków,
więc mój wędruje do kosza i jabłko przestaje istnieć. Zostaje jeszcze w
jamie ustnej smak, niezapomniana rozkosz płynąca z kubków smakowych
rozmieszczonych niesymetrycznie na języku, a sprawiających, że smak nie
traci się w chwili skończenia spożywania.
Będąc dzieckiem uwielbiałem tarte jabłka, chyba coś do tego jeszcze było
dodawane, ale już nie pamiętam. Wiem tylko, że szklana tarka pozostała do
dziś i gdybym tylko miał ochotę na cofnięcie się kilkanaście lat wstecz to
zawsze mogę spróbować.
Jedno jabłko to za mało, nie jest wykluczone, że za kilka chwil odejdę od
klawiatury i zjem następne. Tym razem będę pewny tego, że będzie to dobre
jabłko, bowiem wypróbowałem już tą partię jabłek, jaka nawiedziła moją
hacjendę
Oczywiście jabłka najlepiej smakują gdzieś nad rzeką, urwane prosto z
drzewa, lub podniesione po potrząśnięciu jabłonką, tylko skąd ja wezmę
jabłonkę na moim osiedlu? Chyba posadzę...
Jabłka również posiadają swoje tajemnice, kryjące się z reguły w krótkich
i prostych korytarzach przebiegających od zewnątrz do wewnątrz owocu. I jest
to oczywiście bardzo niekorzystny efekt uboczny dostania się robaka do
jabłka. Taki robak nie dość, że nic nie robi pożytecznego to jeszcze
zmniejsza aktywną powierzchnię zdatną do konsumpcji i wywołuje obrzydzenie
podczas posiłku. A w skrajnych przypadkach może się dostać do aparatu
gębowego człowieka i może doprowadzić do niekontrolowanych reakcji obronnych
organizmu kończących się puszczeniem fraktala.
Robak, drążący tunele, może być również postrzegany jako wskaźnik
przydatności jabłka do spożycia. Z reguły spotyka się robaki w jabłkach
słodkich, choć zdarzają się w kwaśnych. Jeżeli robak w jabłku nie występuje
to jest to z reguły jabłko jakie lubię, a więc twarde, kwaśne i zielone.
Chociaż nie raz w swojej karierze jabłkosza rozczarowałem się na jabłku,
oceniając go po występowaniu robaka lub nie.
Ja tu gadu gadu, a tam mi siostra jabłka zżera....
Spokojna eskapada świąteczna
Autor: Cobretti
Spokojna eskapada świąteczna.
[ Dariusz Majgier - Cobretti ]
Święta 1995...
(...)
Stanęliśmy coś zjeść. Zaczynało się ściemniać, jedynie śnieg, który
pokrywał większą część tego co mogliśmy ująć wzrokiem powodował, że było
jeszcze widno. Naszym celem było miasto oddalone o 332 kilometry od punktu
startu, przejechaliśmy ponad połowę trasy ale nic ciekawego się nie działo
więc byliśmy przygotowani na kilka następnych godzin nudy. Wszędzie śnieg,
jechało się wolno a dodatkowo tiry i ciężarówki skutecznie uniemożliwiały
szybką jazdę. Po prostu monotonne, wolne poruszanie się na przód i to
dodatkowo co jakiś czas ograniczane przez ślimaczące się tiry. Oczywiście
zgodnie z prawem Murphiego samochody na przeciwnym pasie poruszały się o
wiele szybciej.
Zjedliśmy, wyszliśmy na zewnątrz baru - było już ciemno. Dla taty to
kaszka z mleczkiem, w końcu ma na swoim koncie przejechanych ponad sto
tysięcy kilometrów. Noc czy dzień nie robi w zasadzie różnicy. Wsiedliśmy,
przejechaliśmy z dwadzieścia kilometrów i zaczęło się.
Trasa stała się tak oblodzona, że każde szybsze poruszenie kierownicą to
zachwianie stateczności samochodu. I tak dobrze, że nasza gablota ma napęd
na przednie koła i była dobrze dociążona. Pech chce, że te odcinki trasy to
po prostu wzniesienia i doliny. Gramolące się tiry utworzyły dość pokaźny
korek, a hamować na takim lodzie nie jest łatwo. Rzut oka do tyłu i widzę
jak potężny tir na ruskich rejestracjach sunie po lodzie bo przyczepność
była zerowa. Strach w oczach, zgniecie nas jak puszkę, tym bardziej że nie
da się posunąć do przodu bo z przodu korek na kilkaset metrów. Dużo nie
brakowało, gdyby korek nie poluzował musielibyśmy pakować się do rowu żeby
uniknąć zgniecenia.
Następny zjazd, tym razem to my nie możemy chwycić gruntu. Po prostu
samochód nie trzyma się nawierzchni i powoli ale skutecznie sunie w dół.
Tato wykręcił i stanęliśmy bokiem jakieś 20 centymetrów od białego audika. W
takim tempie i podobnymi scenariuszami suniemy po lodzie jakieś 1.5
godziny. Nie jest wesoło tym bardziej, że jest dosyć zimno i zaczyna padać
śnieg. Być może dobrze że zaczął padać, bo lód został posypany i coś na nim
leżało.
W pewnym momencie międzynarodowa trasa zmieniła się w dwupasmówke, w
kierunku, w którym jechaliśmy i jednopasmówkę w przeciwnym. Nieco ułatwiło
nam to wyprzedzanie ruskich i ukraińskich zakał drogowych. Cały czas suniemy
z maksymalną prędkością 40, 50 km/h w porywach przekraczamy 60 km/h. Na
drodze pełno kolein, gdy wyprzedzamy tira wjeżdżamy w jedną z nich. Z
naprzeciwka pędzi Pontiak Trans Sport, niestety koleina nie pozwala nam
zjechać na poprzedni pas i nie zapowiada się na to w najbliższych kilkunastu
metrach. Tato przyśpiesza, jeszcze mamy szansę zdążyć przed Pontiakiem.
Znowu dwie próby, nic z tego. Po prostu się nie da! Shit, Pontiak rośnie w
oczach, podoba mi się jego sylwetka, a jednocześnie wyobrażam sobie co by z
nas zostało po czołowym zderzeniu. Szczęście, kończy się pas wykolein, tato
natychmiast skręca, jeszcze zdążyło zarzucić lekko tył samochodu, udało się.
Pontiak nawet nie zwolnił, przemknął obok nas a my znowu mogliśmy normalnie
kontynuować jazdę.
Dojeżdżamy do potężnego korka, nawierzchnia standardowo oblodzona, gdzie
niegdzie leży trochę brudnego śniegu. Korek na dwóch pasach, nie porusza
się do przodu przez pół godziny. Co dziwne, z naprzeciwka nic nie jedzie.
Wniosek: musiało się coś wydarzyć gdzieś z przodu, może tir wylądował na
środku jezdni? Nie wiemy, przeciwległy pas pozostaje przez cały czas wolny,
w pewnym momencie ktoś decyduje się na szybki atak po tym pasie, z nadzieją
pominięcia korka, baz chwili wahania tato rusza za kilkoma samochodami, w
razie czego mamy kryty przód, więc nic nam nie grozi. Za nami zaczynają
dołączać się inne samochody, dajemy czadu po przeciwległym pasie, że aż
miło. Przejechaliśmy tak ze 3 kilometry. Z przodu coś miga na niebiesko. To
pogotowie!! jedzie na pełnym gazie w naszym kierunku, tak, tam się
rzeczywiście coś musiało wydarzyć. Samochody przed nami zaczynają zapychać
puste miejsca w korku, do nas zbliża się karetka, nie mamy gdzie się ukryć!
Tato wjeżdża desperacko w maleńką szparę pomiędzy samochodami i stoimy z
całym kufrem na trasie karetki, już ja widać dokładnie. Świecimy długimi i
pokazujemy klientowi z przodu, że musi się posunąć. Pełen poświecenia zsuwa
się na skraj rowu. W ostatniej sekundzie znowu się nam udaje zjechać w
korek. Szczęście będzie nam jeszcze potrzebne, więc przydałoby się go mieć
trochę na zapas.
Stoimy w korku następne pół godziny, i tak szczęście, że udało się nam
pominąć tyle samochodów. Znowu zaczynają się górki. Nagle korek puszcza,
powoli posuwamy się na przód. Po prostu czujemy się jakbyśmy jechali co
najmniej setką, po tylu godzinach stania, wreszcie się ruszyło. Dojeżdżamy
do jednej z górek i już wiemy dlaczego powstał taki korek. Jedna z
ciężarówek stoi pod stokiem i nie może wyjechać. Ta karetka nie była
bezpośrednio związana z korkiem, ale cud, że jej się udało przejechać.
Siedemdziesiąt metrów dalej stoi dwóch facetów z CB i próbują wezwać pomoc,
bo tiry dzisiaj już nie wyjadą pod tą górę. Tutaj nawierzchnia jest
wypolerowana do czysta, jest bardziej ślisko niż na lodowisku. Tato robi co
może, ale i tak co chwile mamy szczęście że nie lądujemy w rowie. Mijamy dwa
tiry, oczywiście leża w specyficznej pozycji kilka metrów poniżej
powierzchni szosy, tu nawet nie ma jak do nich dotrzeć.
Pieprzone służby drogowe, podatek idzie się pieprzyć, bo i tak nikt tu się
nie kręci żeby chociaż posypać to piachem. Hamulec jest tak samo przydatny
jak satelitarny system wyznaczania pozycji samochodu. Tato nawet nie używa
hamulca bo powoduje tylko zarzucanie samochodu, jedziemy sobie po lodzie.
Furgon przed nami, na naszych oczach traci przyczepność i ląduje w rowie.
Mijamy samochody na świeżo wpakowane w zaspy, jeszcze wysiadają z nich
kierowcy i klną jak się tylko da. Korek na przeciwnym pasie nie ma końca.
Stoją bez najmniejszych szans na przejazd. W samochodach wygaszone
światła, niektórzy ludzie wysiadają z autobusów i na piechotę zamierzają
pokonać czasem kilka kilometrów. Kierowcy tirów w oświetlonych kabinach
układają się na fotelach, będą spać. Nikt nie wie co się stało.
Mijamy już chyba z 8 kilometr korka, gdzie tam.. nie widać końca. Po
bokach leżą martwe samochody, kierowcy są bezsilni, nie można ich o
własnych siłach wyciągnąć z rowu. My suniemy w nadziei, żeby tylko nie
wyskoczyć z rytmu. Przed nami następny osobowy zalicza pobocze, wydawało
się że jedzie spokojnie, może próbował hamować, może drgnęła mu ręka...
Teraz to nie istotne, martwimy się o siebie, on już dzisiaj dalej nie
pojedzie, a my jeszcze mamy szansę.
12 kilometr korka. O Boże, oni nigdy się stąd nie wygramolą, ślisko jak
diabli, szczęście to dla nas chleb powszedni, nagle ginie z lusterka
wstecznego samochód za nami. Tato mówi że nasz ogon leży w rowie, oglądam
się, już mnie to nie dziwi, przywykłem. Po piętnastu kilometrach dojeżdżamy
do miasta, korek sięga aż tutaj, i wciąż pojawiają się następni chętni do
korka, oczywiście nie mają pojęcia, w jakie bagno się pakują. A z tego
korka nie ma możliwości odwrotu. Cieszymy się, że ten incydent zdarzył się w
przeciwległym kierunku, inaczej nigdy byśmy chyba nie osiągnęli celu.
Przejechaliśmy miasto, droga zrobiła się czarna, pojawiły się odśnieżarki i
piaskarki. Przecież one tutaj akurat są najmniej potrzebne, drogowcy są
powaleni, ale co zrobić. W każdym razie jedziemy szybko i bez przestojów.
(...)
PS.
Na drugi dzień w radiu słyszałem jak mówili, że ci ludzie stali w korku 16
godzin... to mówi samo za siebie. Jeszcze raz mowie, że szczęście nas
jednak nie opuściło. Niesamowite. A odczucia podczas tej przeprawy są nie do
opisania. W każdym razie nie było nudno jak przypuszczaliśmy. To tyle.
Matura od kuchni
Autor: Cobretti
Matura od kuchni.
[ Dariusz Majgier - Cobretti ]
Termin został wyznaczony na 10 maja 1994 roku. Nie to, żebym się bał
matury, byłem po prostu lekko zaskoczony, szybko mijającymi godzinami,
dzielącymi mnie od części pisemnej. Zacząłem końcowe odliczanie.
5 maja 1994
120 godzin do apogeum. Mamy dziś wyznaczone dodatkowe zajęcia z matematyki
i polskiego. Większość się przejęła i przyszła. Ja z Franky'm nie mieliśmy
ochoty na żadne fakultety, więc czytaliśmy "Do(w)cipy za dychę" ubaw był jak
sto pięćdziesiąt. Niemal płakaliśmy ze śmiechu za co reszta klasy omal nas
nie zjadła. Stwierdziliśmy, że na naukę mamy czas. Mieliśmy się spotkać
jutro u Szymona i uczyć polskiego.
6 maja 1994
98 godzin dzieli nas od pisemnej z polskiego. Do Szymona poszedł tylko
Franky. Ja sobie darowałem. Stwierdzili później, że nic się nie nauczyli,
ale Szymon dał im zdjęcia do tablo (te zdjęcia już dawał od miesiąca, ale
zawsze zapominał). Więc omineła mnie przyjemność otrzymania zdjęć.
Umówiliśmy się na jutro u mnie, tym razem matematyka.
7 maja 1994
74 godziny na robienie ściąg. O ósmej rano pojechałem na giełdę po
wektorowe czcionki od Szujmena, w standardzie AmigaPL. Przy okazji
dorwałem świetny program matematyczny Mathe-mation. Po giełdzie wpadłem do
szkoły na fakultet z matematyki. Wszyscy stwierdzili, że jestem luzak, oni
mieli książki i zeszyty a ja dyski. Siadłem sobie z Oleumem i zaczął się
kabaret. Dobrze, że prof.Otrębska jest równą kobietą, inaczej chyba byśmy
wylecieli za drzwi. Kasia stwierdziła, że będzie miała Amigę. Mile mnie to
zaskoczyło, z góry zgodziłem się na jej nauczyciela (chyba głupiec by
odmówił). Mam czekać na telefon, więc się nie ruszam z domu. O trzeciej
przyszedł Franky i zbadaliśmy przebieg funkcji, oczywiście korzystając z
kilku książek. Trudna była ta franca (funkcja). Stwierdziliśmy, że ten temat
będzie na pewno i jak zbadamy funkcję to mamy mierny i matmę z głowy.
Nawet nie wiedziałem jak bardzo się myliliśmy.
8 maja 1994
50 godzin do finału. Postanowiłem zrobić fachowe ściągi z polskiego.
Nastawiłem się na starożytność, ale mógłbym pisać też o współczesności.
Ściągi robione na drukarce, wydruk literkami o wielkości 3.5 milimetra,
jednostronne. Na każdej miałem opisane poszczególne epoki. To znaczy
epoka, pisarze, utwory i założenia programowe tego okresu. Dymy mogły być
tylko z ortografią, ale od czego są dziewczyny. Oprócz epok miałem dwie
biografie: Kochanowskiego i Mickiewicza. I tak minął mi dzień.
9 maja 1994
26 godzin przed życiowym egzaminem. Nauczyciele stwierdzili żeby się w
poniedziałek nie uczyć. Czemu nie, nawet mi to pasuje. Więc się nie
uczyłem. Wykręciłem kilka nowych rekordów w PinBallu. Zrobiłem sobie wydruki
fontów jakie posiadam i załatwiłem jeden dysk. Do wieczora siedziałem i
odratowywałem stracone dane. Żeby nie FixDisk, chyba bym sfiksował. W
PageStream'ie uszkodziłem sobie zbiór PSprefs. Więc PageStream się
zawieszał, zanim się jeszcze uruchomił. Musiałem zrekonstruować cały plik
nic o nim nie wiedząc. Myślałem, że mnie zczyści ale się do wieczora udało.
Jeszcze raz podkreślam: WARTO MIEĆ KOPIE BEZPIECZEŃSTWA. Do jutra.
10 maja 1994
2 godziny przed maturą. Impreza zaczyna się o 8.00. Trochę kiepsko, bo
muszę rano wstawać. Ale, niech tam, dwa razy wstanę. Oczywiście polazłem
odstawiony jak na mnie przystało. Dobrze, że nie padało. Ekipa czekała przed
szkołą: Franky zbierał kasę, na znaczki, na świadectwo; Beatę bolała
głowa, bo bolał ją ząb, bo rośnie jej ząb mądrości, bo najwyższy czas, żeby
ten ząb mądrości jej wyrósł, bo ją przestanie boleć, bo najwyższy czas,
żeby ją przestało boleć, bo musi napisać maturę. O! Reszta się
niecierpliwiła. Gdy zaczęło się losowanie miejsc (a losowaliśmy jako
ostatnia klasa) okazało się, że pierwsze ławki są nie obsadzone. Padł blady
strach. Gdy udało mi się wylosować 8 miejsce w II rzędzie byłem zadowolony,
do czasu aż sobie na nim usiadłem. Pięknie, akurat na widoku komisji. Nic
to. Nie takie rzeczy już przechodziłem. Komisja w składzie: moja
wychowawczyni Bożena Kanios (wicedyrektorka, uczy mnie polskiego), Bogusław
Struzik (dyrektor), Maria Rokita (uczy ruskiego), Anna Fila (uczy
polskiego) i jeszcze jedna babka (niezła laska). Gdy przyszli, rozerwali
koperty, podyktowali pytania, spytali czy wszyscy są w stanie pisać,
zaczęło się.
10 maja 1994
Godzina 0. Matura ruszyła, a ściślej mówiąc - ściągi ruszyły. Oczywiście
był temat o literaturze staropolskiej (skąd ja to wiedziałem? Ma się to
szczęście) i wyciągnąłem odpowiednie ściągi: ze starożytności,
średniowiecza, baroku, renesansu i odrodzenia. Pisałem o humanizmie
Najpierw kulturalnie i ukradkiem przepisałem ściągi na brudnopis, żebym nie
musiał już z nich korzystać, a potem rżnąłem z brudnopisu jak się rżnie
panienki. Napisałem na 8 stron! To jest jeden z rekordów dnia. Płodny jestem
jak cholera. Zobaczymy jak mi poszło za tydzień. Na polskim nie było
specjalnych jaj. Każdy się produkował jak mógł, byle tylko z sensem. Jakiś
szaleniec wybrał temat czwarty, czyli analiza porównawczą dwóch wierszy.
Komisja zbytnio się nie naprzykrzała więc można było przepisywać nawet z
książek (jeżeli się siedziało w ostatnich ławkach). Dziewczyny z
pierwszych ławek też nie narzekały. Po wyjściu mieliśmy spotkanie dotyczące
matematyki, dla niewtajemniczonych: chodzi o to jak rozwiązać zadania nie
potrafiąc ich rozwiązać. Na szczęście nie zabrakło pomysłów. O szczegółach
jutro, żeby nie zapeszyć (i tak tekst piszę kilka dni po maturze, ha, ha,
ha).
11 maja 1994, czyli wczorajsze jutro.
Dziś czas na matematykę. Nie ma co, dziś nawet twardziel naje się strachu
jeżeli nie korzysta z tak fachowego serwisu matematycznego. Ale do rzeczy.
Za 50 tysięcy od łebka, pewna studentka matematyki zgodziła się zrobić nam
gotowce. Oczywiście jest to wynik wczorajszej narady. Gotowce miały zawierać
rozwiązania trzech zadań. Były bite na ksero i pomniejszane na format
ściągi, pięknie opakowane i podklejone taśmą dwustronną pod koszem na śmieci
w klopie. O szczegółach taktycznych wiedzieli tylko ci co wpłacili kasę.
Reszta trwała w strachu. Znowu na losowaniu dopisało mi szczęście: 11 stolik
w V rzędzie! Też na początku się cieszyłem, ale gdy wszyscy siedli, okazało
się, że ławka przede mną jest pusta i znów jestem na widoku. Za mną siedział
Micior, a dwie ławki przede mną Cześ. Ale nie jest źle. Mogło być gorzej. Na
przykład Oleum wylosował pierwszą ławkę i szansę miał znikome. Za nim
siedział P.ivo ze swoją wielką jak ucho słonia myszą (każdy miał maskotkę, a
ja na przekór nie wziąłem).
Komisja była wyjątkowo nieprzyjazna. W jej skład wchodziło dwóch tyranów
Marek Piekarski (wicedyrektor, ma u mnie na pieńku, za to, że wziął
Fraky'owi karty i nie oddał - jego obawiałem się najbardziej), Adam
Szczurowski (matematyk, cholernie tępi ściąganie. Reszta była w porządku:
prof.Otrębska (nowa matematyczka, najlepsza jaką poznałem), prof.Karbowska
(stara matematyczka, nic mnie nie nauczyła) i dwie kobiety z wczoraj:
Rokita i ta druga. Zaczęło się. Ponieważ siedziałem w ostatniej ławce, nic
nie widziałem i nie słyszałem, więc zaraz po rozpoczęciu matury zacząłem
spisywać treść zadań od kilku kumpli jednocześnie. Po chwili miałem wszystko
i polazłem do tablic matematycznych szukać wzorów na ostrosłup prawidłowy.
Po zrobieniu 3 zadania napisałem parę ściąg i puściłem w obieg. Z Franky'im
umówiliśmy się, że jakby co to będziemy chowali ściągi w tablicach
matematycznych. Na szczęście siedział w rzędzie obok więc mogłem mu dawać
ściągi idąc do tablic. W moim rzędzie siedzieli jeszcze: Śpik, Kasia,
Agnieszka a w rzędzie obok Domino. Więc zrobiłem to trzecie i siedzę
popijając orange i jedząc bułkę nadziewaną ogórkiem, serem, rzodkiewką,
jajkiem, sałatą i jeszcze czymś. Mały włos a by się mi to wszystko wysypało.
Kumpel obok wywalił orange i było małe zamieszanie. Na szczęście dostał
nową. A ja siedzę i czekam na pierwsze i czwarte. Domino pisał pierwsze
chyba pół godziny, aż mnie wkurzył. Wreszcie poszedłem do tablic i wziąłem
od niego to pierwsze. Miałem już dwa, ale czy dobrze. Akurat Micior wybierał
się do klopa po ściągi i kazałem mu podać Franky'owi pierwsze. Tak to jest
jak się wyśle nieprofesjonalistę. Jak mu podawał, to akurat wtedy gdy
przechodziła Rokita. Franky rżnął głupa, że nic nie widzi. Na szczęście
Rokita okazała się w porządku i kazała mu schować ściągi.
Wrócił Micior i mówi, że ściągi będą za pół godziny. W między czasie
zawołałem Otrębską żeby mi sprawdziła pierwsze i trzecie. Okazało się, że
mam dobrze. Zacząłem przepisywać do czystopisu. Za pół godziny podchodzi do
Miciora Rokita i daje mu naszą ściągę. Okazało się, że Czex wziął z klopa
kilka i wykorzystał Rokitę jako posłańca. Dobra nasza, na ściądze jest 1,2 i
3 zadanie. Pierwsze i trzecie mam dobrze, spisałem sobie drugie i jestem
happy. Sprawdziłem, już mam wychodzić, a tu się drze Franky żebym podszedł
do tablic. Podchodzę, on też i niby, że się nie znamy zaczynamy gadać jak
agenci. Powiedziałem mu co zrobić w trzecim, bo na ściądze nie zmieściłem
zakończenia. Zrobił trzecie i wyszliśmy. Nie ma jak to studentki z
czwartego roku studiów matematycznych. Za tydzień wyniki. Mamy wolne.
Tydzień po maturze...
Dziś mają nas powiadomić o stopniach. Wygląda marnie. Na dzień dobry Beata
dowiedziała się, że jest jedna jedynka. Wszyscy wpadli w amok. Każdy chodził
i twierdził, że to właśnie on dostał jedynkę. Dobrze, że nie wiedzieli z
czego. Ja oczywiście też byłem pewien, iż mam jedynkę, ale przecież ona nie
mogła się podzielić na 27 osób, więc mogła mieć ją tylko jedna osoba. Ba,
dobrze, że tylko jedna, ale która? Więc siedzieliśmy sobie przed szkołą na
murku i dyskutowaliśmy na oczywisty temat. Potem przypętał się jakiś
nauczyciel i zwinął nas na aule w celu oczywistym. Okazało się, iż będzie
wyczytywany każdy z osobna i przy jego nazwisku podane zostaną stopnie z
Polskiego i matematyki.
Cztery klasy po prawie 30 osób daje około 120 ludzi, niech każdy będzie
czytany 8 sekund to daje 960 sekund napięcia. Napięcie rośnie. Na sali
cisza, same pozytywne oceny. Wreszcie pierwsza jedynka, ale nie u nas. Teraz
my. Kaśka i Beata mają już ustne z głowy, dostały po dwie piątki, jak chcą,
to mogą startować na szóstki (ale nie chcą, ja bym zaryzykował). Capiga
dostał jedynkę, więc już wiemy kto i wszystko jasne, reszta zdała. Z matmy
dostałem trójkę (cholera, myślałem, że ocena będzie dużo wyższa, pewnie za
brak opisów), a z polskiego czwórkę (cholera, myślałem, że ocena będzie
niższa, niezły jestem). I to właściwie wszystko na dziś. Większość
zadowolona, nie ważne jakie oceny, ważne, że się udało zdać. Teraz tylko
przebrnąć przez matury ustne i mamy technika z maturą. O czym każdy myśli?
Po prostu, trzeba się zacząć uczyć. A co każdy robi? Po prostu, olewa
sprawę, liczy na szczęście. Oj, przydałoby się.
25.06.1994 - Matura ustna z Polskiego.
Przyjeżdzamy z Franky'iem do szkoły na 7.30. Dowiadujemy się jak stoją
sprawy. Wczoraj zdawała połowa naszej klasy, dziś pora na drugą połowę. Na
wstępie okazuje się, że nie zdała Roj, ale ona nigdy nie była inteligentna.
Nie potrafiła opisać różnic między dramatem antycznym i współczesnym. Reszta
zdała, kilka osób, które zdawały przedwczoraj chemię (Oleum, Delta Porc) już
dziś będą miały maturę z głowy (jak zdadzą Polski). Idziemy pod salę,
patrzymy, komisja jest w porządku (dyr Struzik, B.Kanios i Mirowska). Pomocy
jest w trzy dupy, aż nie wiadomo z jakich korzystać, chyba z dziesięć
różnych słowników, kupa biografii i wszystkie chyba lektury. Nie jest źle.
Przyszła też Beata, oczywiście nas douczać. Z domu przytachałem kilkanaście
pomocy, ale okazały się niepotrzebne bo polazłem za drugim rzutem. Dyrektor
wyszedł, wybrałem sobie zestaw VI i czytam:
- Na podstawie utworów Kochanowskiego przedstaw nawiązania do antyku.
- Na podstawie utworów C.K.Norwida wykaż kult wielkich ludzi.
- Na podstawie podanych zdań wypowiedz się na temat stylistyki.
W tym momencie ogarnęła mnie rozkosz, wiedziałem, że Polski mam za sobą.
Siadłem sobie z tyłu, nabrałem pomocy i pisałem, aż minął czas na
przygotowanie. Pierwsze i trzecie to był pryszcz (wystarczyło użyć
Clerasil), a na drugie improwizowałem z kiepskim skutkiem. U wierszu "Do
obywatela Johna Brown" skompromitowałem się totalnie. Nie wiedziałem kim
jest ten Brown, pod tekstem pisało, że wiersz jest adresowany do Polaka
emigranta, więc tak powiedziałem, a dyrektor mówi, żebym lepiej przeczytał
go jeszcze raz. Ja blady. Reszta mnie naprowadza na niewolnictwo, ale co
ma Polak emigrant do niewolników. Jak się później okazało, to ten Brown był
murzynem. Murzynem!!!. Tak myślałem, ale mogliby coś o tym napisać, a tak
obniżyłem sobie ocenę. W końcu dostałem czwórkę. Nie jest źle, ale gdyby nie
ten murzyn mógłbym liczyć na piątkę. Szymon dostał szóstkę, z historii też.
Kujon czy co? Spotkamy się za pięć dni na ustnej matmie.
30.06.94. Matma...
Dziś już nie jestem taki wyluzowany, na matmie nie da się lać wody, tak
jak na Polskim. Mogłem wybrać inny przedmiot. Ale cóż, ryzyko jest moim
powołaniem. Zawsze dopisywało mi szczęście, dlaczego teraz miałoby się nie
udać. Wpadamy z Franky'iem pod salę. Tylko 17 osób z wszystkich klas zdaje
matematykę. Komisja jest przewalona. Piekarskiemu naraziłem się kartami,
Szczurowski lubi uglebiać młodzież, a Karbowska - hm, z nią może być różnie.
Okazuje się, że w sali nie ma tablic matematycznych, a ściany świecą
pustkami (żadnych pomocy). Zacząłem się czuć niepewnie. Okazało się, że
jestem przeznaczony na pierwszy ogień. Przyszła Beata z siostrą o rok
młodszą, ale obrytą z matmy lepiej od nas. Anka chce zostać nauczycielką,
zobaczymy za kilka lat. Wywołali nas. Jacek, Cześ i ja to obsada startowa.
Wchodzimy i Jacek zaczyna mówić jakąś dziwną regułkę typu: Dzień dobry.
Nazywam się ... i wyrażam gotowość przystąpienia do egzaminu ustnego z
matematyki. Na szczęście skojarzyłem sobie tą regułkę z Piekarskim, on jej
wymagał na egzaminie z geografii. Powtórzyłem ją i siadłem w ławce aby się
przygotować. Z wrażenia zapomniałem kartki, musiałem po nią iść po chwili ku
zdziwieniu komisji. Ale miałem powody być pod wrażeniem. Trafiłem na
piekielnie łatwe zadania (mówiłem, że szczęście mnie nie opuści). Zadania
były mniej więcej takie:
-obliczyć sumę nieskończonego ciągu geometrycznego;
-podać sposób badania zmienności funkcji;
-obliczyć jeden z boków trójkąta rozpiętego na układzie współrzędnych
(zastosowanie wzorów na wektory)
W pierwszym wystarczyło zastosować wzór podstawić i z głowy. Badanie
funkcji to kilkanaście punktów. Wymieniłem je i z głowy. A w trzecim
miałem trochę liczenia, ale też się uporałem w mig. Zadanie na szóstkę o
mały włos nie zrobiłem, ale powiedzieli mi, że z powodu kilku niedociągnięć
i tak bym szóstki nie dostał. Stanęło na tym, że dostałem piątkę. To jest
to, co Cobry lubią najbardziej.
Klasyfikacja generalna - część pisemna: Polski - 4 ; Matematyka - 3
część ustna : Polski - 4 ; Matematyka - 5
I o by było na tyle. Głos zabrał Technik Elektryk - Cobra, człowiek który
oprócz matury ma specjalność Automatyka Sterowania Ruchem Kolejowym.
Skończyłem Technikum Kolejowe w Sosnowcu.
ADIOS AMIGOS
Parówka
Autor: Cobretti
Parówka. Czasem trzeba coś zjeść.
[ Dariusz Majgier - Cobretti ]
Właśnie siedzę i się zastanawiam po co ktoś wynalazł widelec i łyżkę,
sprzęty jak najbardziej utrudniające zaspokojenie podstawowych potrzeb
człowieka, a konkretnie jednej potrzeby - jedzenia.
Leży przede mną parówka, bardzo gorąca i ma łupę. Parówka jak parówka,
położyłem sobie także obok talerza widelec i nóż, nóż po prawej stronie a
widelec mam już w ręce /ręku/.
Tak apropos, powinno być w ręku czy w ręce. Odlatuję na moment od tematu
aby sprawdzić, udowodnić lub obalić teorię doskonałej polszczyzny. Powinno
być chyba w 'ręce', ponieważ można do tego wyrazu po odcięciu końcówki /taki
przyrostek/ dopisać na przykład 'ręc-znik' albo 'ręc-znie'. Chociaż pewnie
nasuwają się same skojarzenia typu 'ręk-aw', 'ręk-awiczka', 'ręk-awiczek' co
dowodzi, że również forma 'ręku' powinna być poprawna. Ponieważ nie jestem w
stanie na dzisiaj przeprowadzić dogłębnej analizy słowotwórczej pomijam ten
temat i będę używał obu tych wyrazów zamiennie. Przechodzę do tematu.
W tej chwili moja parówka jest nieco zimniejsza, bo rozpisałem się na
temat tego wyrazu. Ale za to w tym momencie rośnie w siłę moja teoria
bezsensu używania widelca i noża /przynajmniej w kwestii parówki/. Nic nie
jest tak doskonałe jak to co stworzyła natura, i nie chodzi mi w tym
momencie o dziewczyny, to jest temat na osobny artykuł.
Moja RĘKA. Patrzę na nią i uświadamiam sobie, że te dwa metalowe
przedmioty są w stosunku do niej tak prymitywne, że aż głupio. Ale
kiełbaska już przestygła i mogę zastosować moją rękę przy konsumpcji.
Dotykam parówki, łapię ją w dwa palce, aby się nie potłuścić i ach, ach...
poparzyłem się. Jednak od środka jest jeszcze gorąca. Nic to, przy okazji
wymyśliłem nowe zastosowanie dla noża. Rozgrzane palce przykładam do jego
zimnej, stalowej powierzchni i wymiana cieplna pomiędzy moim ciałem a
zimnym metalem powoduje, że mogę przystąpić do prób obierania parówki ze
skóry.
Najpierw jednak musiałem sobie nieco pomóc nożem, bo nie chciałem sobie
poparzyć mordy. Tak więc delikatnie ją naciąłem wzdłuż aby lepiej schodziła
łupa. Teraz na przemian chwytam za parówkę i za nóż, bo jeszcze jest gorąca.
Delikatnie usuwam skórkę za pomocą ręki i drugiej ręki. Trochę piecze, ale
można wytrzymać. Zresztą coraz mniej piecze.
Mam ją już obraną. Dobrze jest. Mogę zacząć myśleć z czym ją zjeść,
poszedłem do lodówki po ketchup, niestety jestem rozczarowany, nie ma go
tam. Przeszukałem wszystkie półki i nie znalazłem jednak mojego ulubionego
dodatku do parówek, pizzy, i innych szybkich frykasów.
Mam musztardę, lekko żółtawą, sarepska pisze. Jest bardzo smaczna, teraz
tylko wystarczy kilka małych łyżeczek musztardy umieścić na talerzyku i
wreszcie przejść do sedna sprawy, czyli do konsumpcji.
Jeszcze chleb, mam akurat razowy. Posmarowany masmixem, powinien mi
zastąpić kawior. Niestety nie zastępuje, właśnie spróbowałem. Ach, Eche,
tego..uggh. jus moghę mufić. No przełknąłem. Muszę na chleb sobie coś
położyć, bo strasznie sucho, albo nie, zrobię sobie herbatę. No więc biorę
szklankę, nalewam trochę herbaty /ale nie gotowej tylko takiej z czajniczka,
zaparzonej wcześniej/ chcę dodać cukru, shit, znów ktoś nie nasypał,
otwieram szafkę niżej i biorę paczkę cukru aby nasypać. Teraz nasypuję 1.287
tysięcznych łyżeczki i wsypuję do szklanki. Całość zalewam wodą
przegotowaną, dodatkowo przefiltrowaną przed przegotowaniem i mieszam dopóki
się cukier nie rozpuści. Tam moja parówka pewnie już wystygła.
Popijam trochę i się rozkoszuję aromatem. Jest akurat taka gorąca, że da
się pić, ma dokładnie taką temperaturę jaką lubię. Lata treningu robią
swoje.
Siadam przed parówką i zaczynam konsumować, ponieważ mówiłem, że można się
obejść bez sztućców to biorę parówkę w rękę, wkładam czubek do porcji
musztardy i kęs odgryzam najlepszym narzędziem rżnącym jakie stworzyła
natura /nie chodzi mi o to chłopcy!!/ zębami. Następnie rozkoszuję się tym
kawałkiem, bo jestem głodny a w chacie akurat niczego nie ma bo jestem sam.
Zaraz za pierwszym wędruje drugi kawałek i zagryzam chlebem, herbatę
właśnie piję, bo jak wystygnie to już nie będzie to samo, ...już wypiłem.
Ugh. No teraz następny kawałek i następny.........
....już zjadłem całą parówkę, teraz należy pomyć naczynia, tu również nie
ma cudowniejszego narzędzia niż moje ręce /sorry, że ja o tych rękach, wiem
co czuje ten, któremu ręce oberwał granat/.
...pomyłem, idę odpocząć, po dobrym posiłku należy odpocząć, bo inaczej
nie wypada...
Przebiec
Autor: Cobretti
Przebiec.
[ Dariusz Majgier - Cobretti ]
Biegałeś kiedyś sam?? Nie do autobusu lub po kwiaty dla dziewczyny, ale
tylko po to żeby się przebiec. Dla podbicia kondycji i poprawienia sobie
szybkości, no i dla osiągnięcia celu.
Jest upalne lato, temperatura w dzień przekracza 30 stopni, nie ma sensu
próbować zrobić kilkunastu kilometrów bo można się wykończyć, a to ma być
przyjemność. Wiec szybciej jak o 19.00 nie próbuję się wybrać na dzisiejsza
trasę. Co dzisiaj?? Spróbuję zaliczyć Katowice Bogucice i tam okrążyć
przynajmniej raz nieduże jeziorko a potem odbić na Mysłowice, żeby wreszcie
potężną pętlą powrócić w miejsce startu czyli do Sosnowca na Środulę. Tak
na oko będzie z 15-16 kilometrów.
Dobre, wyrobione buty, które mnie nie uwierają, krótkie spodenki i koszula
z własnoręcznie poobcinanymi rękawami po wierzchu. Jeszcze tylko zegarek i
ciasno umocowana torebeczka na pasku. Mogę ruszać. Dzisiaj nikt ze mną nie
biegnie, nie będzie narzucania tempa i nie będzie się do kogo odezwać.
Całkiem inaczej biega się samemu niż z osoba towarzyszącą. Trzeba mieć w
sobie samozaparcie i stale kontrolować swój rytm, bo nawet się nie zauważa
jak w pewnym momencie się zwalania lub nagle zaczyna przechodzić ochota do
biegania.
Specjalnie szlak będzie oddalony od wszelkich dróg i tras komunikacji
miejskiej, będę musiał się śpieszyć żeby obrócić w dwie strony, zdążyć się
wykąpać, zjeść kolacje i jeszcze cos porobić w domu. Fajnie, przynajmniej
będzie trochę spokoju.
Ruszam powoli, rozgrzewam stawy, zaczynam biec ścieżką wśród zarośli co
najmniej na metr. Po prawej mijam piaskownie. No i zaczyna się, zaczynam
biec i myślę sobie o rożnych rzeczach. Na tej piaskowni cztery lata temu
zginął mój kumpel. Razem skakaliśmy do piachu, często popisywaliśmy się
przed dziewczynami kto skoczy z większej wysokości i dodatkowo w locie
wykona salto. Obok był staw i łapaliśmy w nim raki, a w pobliżu stoi wieża
halogenowa i często na nią wchodziliśmy. Cala góra wieży kiwała się na boki
i wydawało się ze zaraz runie, ale to tylko złudzenie. Pewnego dnia, jak
zwykle przyszli wszyscy na piaskownie poskakać. Mnie tam nie było, słyszałem
jak kumple mówili ale i tak wiem dokładnie jak to się stało. Czasami piach z
piaskowni był spuszczany potężnymi rurami do szybów kopalnianych. Kumple
skakali w ten piach i próbowali swych sił w tym, jak długo wytrzymają na
wsysanym piachu. Jeden został wciągnięty po kolana i wyszedł, kumpel chciał
wygrać... niestety nie udało mu się wygrzebać z piachu, wciągnęło go na
zawsze. Płacz matki, straż pożarna, pogrzeb, pusta piaskownia.
Biegnę dalej, mijam ogródki działkowe, zaraz wbiegnę w dzielnice starych
familoków. Patrzą na mnie, nie znają mnie, a tutaj jeżeli pojawi się ktoś
nie znajomy to z reguły nie powinien wybiec na własnych nogach. Widzę grupę
chłopaków żłopiących wódkę, patrzą się na mnie. Wiadome, trzeba użyć
psychologii, gdybym w tej chwili zatrzymał się lub zwolnił nie miałbym
szans, dopadli by mnie. Wiec biegnę ostro w ich stronę i nie spuszczam ich
z oczu, patrzę się na każdego i otwieram delikatnie usta. Patrzą się na mnie
i nie wiedza co zrobić, wiem ze mnie nie tkną bo ich zbiłem z tropu.
Jestem w miarę łatwym łupem bo przy takim tempie szybko opada się z sił. Tak
jak myślałem, mijam ich bez problemu, rzucają jeszcze jakieś hasła ale
nikt się nie rusza z miejsca. Spękali chłopcy, psychologia wygrała.
Mały mostek, z boku huta Buczka, dzielnica wygląda potwornie, co drugie
okno to melina, a bramy to mordownie. Większość młodych ludzi patrzy się na
mnie, jestem obcy a tutaj każdy każdego zna. Spoko, nie pierwszy raz jestem
tutaj i wiem jak się zachować. Mijam następną grupkę, tym razem stoją przy
kiosku ruchu. Podobny manewr, ale tym razem trącam jednego klienta, który
specjalnie ustawił się na drodze. Nie mogłem go ominąć bo to oznacza
uległość, a tutaj prawa są inne niż na miłych i przytulnych osiedlach.
Trochę ich rozwścieczyłem ale nikt bezpośrednio mnie nie zaczepił. Dobra,
teraz wybiegam niedaleko mojej szkoły, skręcam pod ślimak, i zaczynam biec
równolegle do torów kolejowych w kierunku SPRI.
Tu już jest spokojnie, przypominam sobie moja praktykę w pomarańczowych
kamizelkach na torach. Zabawa była przednia, szczególnie z malowaniem
naprężaczy do napędów. Lało się puszkę farby na naprężacz a potem pędzlem
rozprowadzaliśmy ściekającą farbę. Marnotrawstwo jak cholera, ale na kolei
nikt się takimi rzeczami nie przejmował. Kopaliśmy kiedyś rów pod kabel,
upał, robota ciężka bo kopaliśmy w tłuczniu, który się dodatkowo obsypywał.
Chcieliśmy iść szybciej do domu wiec każdy się sprężał jak mógł. Wykopaliśmy
z 20 metrów tego rowu, a tu przychodzi majster i mówi ze mu się powaliło i
kopiemy nie w ta stronę. Mamy to zasypać i kopać w druga. Myśleliśmy ze nas
szlag trafi. Bez gadania rzuciliśmy łopaty i poszli do domu. Potem mieliśmy
przewalone, ale kto się tym przejmował.
Przebiegam obok SPRI, obok budynku stoi niezła dziewczyna, podoba mi się.
patrzę się na nią, zauważyła mnie i się uśmiechnęła. Dobrze opalona, długie
blond włosy, patrzę się na nią. Wytrzymuje mój spojrzenie i rzuca do mnie
krótkie 'cześć'. Odpowiadam 'się masz skarbie' uśmiechnęła się jeszcze
bardziej, zwolniłem, widzę obok owczarka, niezły piesek, idealnie pasuje do
niej. Zatrzymałbym się, pogadał, ale jestem cały spocony i umęczony, a mam
jeszcze trochę trasy przed sobą. Kurcze, żałuję że nie poznałem jej w innych
okolicznościach, ale nic to. Mowie jej jak sprawy stoją i umawiamy się na
jutro, na imię miała Agnieszka, niestety to wszystko co o niej wiem bo
nazajutrz nie przyszła.
Biegnę dalej i myślę o niej, niezła jest. Mijam osiedle w budowie, jeszcze
ulice i jestem na stawikach. Tak tutaj jest nieźle, ściemnia się powoli, a
jezioro i park obok nadają temu miejscu trochę romantyczności. Mijam ludzi
chodzących wokół jeziora, dziewczyny które na mnie patrzą, pary snujące się
wieczorami. Fajnie się biegnie. Okrążam jezioro i zaczynam forsować ulice i
tory kolejowe. Po drugiej stronie następne jezioro już w Bogucicach ale tym
razem spotykam tutaj całkiem innych ludzi, to wędkarze zastawiają zestawy na
wieczór. Pytam czy biorą, oczywiście nic z tego, jest za gorąco. Sam łapałem
ryby wiec wiem dokładnie czym dysponują i na co będą łapać, przy okazji
domyślam się kto na jaka rybę się zasadza. Ja zawsze lubiłem garbusy (okonie
z charakterystycznym garbem, dobrze wyrośnięte) nie maja praktycznie żadnych
ości a mięso jest bardzo smaczne. Oni tutaj maja nadzieje na ploteczki lub
leszczyka. Niedaleko w krzakach stoją spiningowcy, maja nadzieje na
szczupaka. Kiedyś widziałem jak facet próbował wyciągnąć w tym miejscu
szczupaka i złamał kij. Taki szczupak! Chciałbym takiego wyciągnąć, na razie
jednak myślę czy wytrzymam cala trasę.
Znowu biegnę wzdłuż torów i myślę sobie ze jednak gdzie się nie spojrzy
tam leżą tory kolejowe. Kolej na Śląsku ma specyficzne znaczenie. To
podstawa transportu, szczególnie dla takich dziedzin jak górnictwo i
hutnictwo. Teraz waga kolei w transporcie zmniejsza się, wypierana przez
przewoźników samochodowych, ale kiedyś kolej była potęga. Biegnę dalej,
jeszcze trochę i będę w Mysłowicach. Niedaleko stąd jest giełda
samochodowa. Jedna z większych w kraju, handluje się tutaj zresztą
wszystkim. Teraz to po prostu wielki opuszczony i rozjeżdżony plac, stoi
bezużytecznie. Następne osiedle, znowu pojawiają się grupki młodzieży,
oczywiście bez alkoholu się nie da normalnie funkcjonować. Ja wole sobie
pobiegać, alkohol mnie nie bawi, chcą niech pija, grunt ze są spokojni.
Mijam ich, nieźli agenci.
Na placu popisują się skaterzy. Nieźle im to idzie, sam miałem kiedyś
deskę, ale jakoś nie mogłem opanować co trudniejszych sztuczek, wiec sobie
darowałem karierę na tej płaszczyźnie. Wolałem zająć się rowerem i
niebezpieczna jazda na nim. Niestety rower rozwaliłem w drobny mak, po
prostu nie wytrzymał takiej dawki jazdy terenowej jakiej mu zaserwowałem.
Jestem już wyraźnie zmęczony, biegnę trochę wolniej, koszulka mokra od
potu, co nieco mi pomaga bo nie pocę się tak intensywnie i jestem nieco
chłodzony. Teraz czeka mnie przeprawa przez opuszczone tereny niedaleko
rzeki Przemszy. Tak na prawdę to Przemsza jest ściekiem, który nie zamarza w
zimie z powodu swojego składu chemicznego. Kiedyś owszem, były tu raki a
woda była krystalicznie czysta. Taki już urok śląska, kiedyś tu wszystko
było białe, ale staje się czarne, tak jak płuca i powietrze, które właśnie
wdycham. Wdech, wydech, wdech, wydech. Wciąż w tym samym rytmicznym tempie.
Nie mogę wypaść z rytmu, bo inaczej zacznę się męczyć. Tak jest dobrze, to
tempo mi odpowiada, wiec biegnę dalej. Widzę tutaj jakieś dzikie wysypisko,
stare rozwalone samochody, zardzewiałe pralki i lodówki. Mijam potężny
komin, w pobliżu szumi rzeka, musi być tutaj zapora. Tak jest, dobiegam do
niej i na chwile się zatrzymuje, Przemsza się pieni, opada trochę niżej i
wcale fajnie to wygląda. Jest tylko mały problem, strasznie od tej rzeczki
śmierdzi, wiec czym prędzej ruszam dalej. Wbiegam na jeszcze jeden
wyludniony teren.
Ściemnia się coraz bardziej, dobrze ze tutaj nikogo nie ma, taka
wyludniona okolica robi nieźle wrażenie. Jest pusta i niebezpieczna. Gdyby
mi się tutaj cos stało nikt by mnie nawet nie znalazł. Z tego co widzę, nikt
tu nie zaglądał od wieków. Żadnych śladów opon, ani nawet stop ludzkich. Nie
ma butelek, nie ma połamanych gałęzi i śladu ognisk. Pusto. Wszystko
pozarastało, krótkie spodenki są w tym miejscu mało odpowiednie. Cóż, jednak
temperatura jest nadal wysoka i gdybym miał długie, to chyba bym tutaj nie
dobiegł.
Nie chce mi się już biec, chciałbym już być z powrotem w domu ale i tak
dobrze ze mam już ponad polowe za sobą. Chyba podkręcę tempo, jak dam rade
oczywiście. Dało się, tylko problem jak długo wytrzymam, zobaczę, jak nie
dam rady to usiądę i odpocznę. Ha, jak siądę to nie będzie mi się chciało
wstawać i biec dalej. Tak sobie myślę o tym i nawet nie zauważyłem jak znowu
wszedłem na moje poprzednie tempo. Biegnę dalej. Myślę o jednej
dziewczynie. Powinienem z nią pogadać o pewnej rzeczy, która nurtuje mnie od
dłuższego czasu. To nie jest takie proste, ciężko z nią rozmawiać o takich
sprawach. Są pewne rzeczy, których nie da się tak po prostu wyjaśnić. Wydają
się oczywiste, ale wyglądają zupełnie inaczej. Po prostu nie są tym, czym
się wydają. Taki bieg to dobry moment na przemyślenie paru rzeczy, całkiem
inaczej się myśli o tym na spokojnie a całkiem inaczej w biegu. Mam po
prawej stronie nasyp kolejowy i zamierzam biec po podkładach. Nie chce
myśleć o niczym, podkłady są blisko siebie wiec nogi zaczynają pracować
intensywniej, aż do bólu. Tak teraz czuje każdy mięsień w nodze. Zbiegam z
nasypu, odbijam w lewo. Przebiegam nad ulica i pocieszam się ze już nie
zostało daleko, jeszcze jakieś dwa kilometry i będę w domu.
Teraz kawałek robię po asfaltowej alejce, biegnę i niespodzianka, spotykam
kumpla z dziewczyna. Zamieniam kilka słów, przy okazji odpoczywam. Fajnie
maja, snują się wieczorami a ja biegam. Jutro wieczorem tez będę z panienka
wiec nie problem. Teraz biegnę obok hotelu robotniczego, jedyny sklep w
okolicy, otwarty zresztą cala dobę jest oblegany przez pijaczków. Ci ludzie
robią z siebie pośmiewisko, przynajmniej w moich oczach. Biegnę dalej,
opuszczona ulica z potężnymi drzewami po obu stronach. Mijam ogródki
działkowe na których jako mały chłopak zbierałem kasztany i łapałem
ślimaki. widzę moje osiedle, palące się światła i cudowny zachód słońca.
Uwielbiam zachody słońca, mógłbym je oglądać godzinami, oczywiście nie sam.
Myślę w tej chwili o jednym z zachodów jakie fotografowałem. Miałem na dobre
uchwycenie tylko parę minut, potem ten najlepszy moment przechodzi. Nie było
to takie proste bo robiłem ujęcia przez rożne obiektywy i z rożnymi
zestawami filtrów. Zdjęcia wyszły Xtra.
Mam na przeciw osiedle, nogi są zmęczone do granic wytrzymałości, staram
się je jeszcze dobić robiąc mały wypad na pobliska górkę. Wybiegłem, ale
podczas zbiegania nogi są jak wata, mam wrażenie ze zaraz się przewrócę.
Jeszcze tylko przebiec przez kładkę nad jezdnia i jestem w domu. Spotykam
kumpla, jednego, drugiego, koleżankę. Zaczynamy rozmawiać, przywracam sobie
normalny oddech i spada mi liczba uderzeń serca, tętno automatycznie tez
spada a kumpel proponuje mi jeszcze nocna grę w kosza. Nie na dziś
wystarczy, pojutrze zagram. Rozmawiam jeszcze trochę i idę do domu wziąć
kąpiel. już myślę gdzie się przebiec następnym razem. A może teraz mięśnie
rak?? Wiem, pójdę z kumplami popływać, zobaczymy ile razy opłynę jezioro.
Inne - Felietony
Pogramowanie w Amosie cz.1
Autor: Cobretti
Podstawy programowania w Amosie cz.I
[ Dariusz Majgier - Cobretti ]
Jak wszystko inne także i to jest inne. I tak oto podany został przykład
rekurencji. Ostatnio usłyszałem niezły dowcip: Idą trzy ślimaki po torach, a
z tyłu nadjeżdża expres. I słychać - ślup, ślup, eche, eche, eche (tak jak
to robi pluto), ślup.
Czas jest sprawą względną. I tak do końca nie wiadomo czy czas płynie a my
stoimy w miejscu, czy to my płyniemy a czas stoi w miejscu. Chociaż
słyszałem, że czas nie chuj, nie stanie. Ja nawet nie wiem czy czas płynie,
czy leci, ale za to zamyka się w obrębie koła o pewnej średnicy. Jest to
wynik doświadczeń empirycznych: ponieważ zegarek ma tarczę okrągłą, i
wskazówki mają pewną długość różną od zera, więc czas zakreśla okrąg o
promieniu równym długości wskazówki. Oczywiście można uwzględnić zmiany
temperaturowe dla długości wskazówki, która to jest dłuższa latem, a
krótsza zimą.
Wszystkich oburzonych przepraszam, wiem, że są zegarki cyfrowe i co wtedy
z czasem. Ano tak samo. I tak cyferki powtarzają się co pewien czas więc
trzeba użyć estymatora przybliżającego zależność długości okręgu do ilości
cyfr znaczących zegarka cyfrowego. O wiele bardziej skomplikowanym
problemem jest przedstawienie kołowej teorii czasu dla chronometrów
nietypowych np. paląca się świeca, klepsydra, zegar wodny.
Równie niewygodny jest dokładny zapis czasu. Ponieważ wartość czasu w
określonym czasie (znowu rekurencja) nie jest dyskretna, wobec tego trzeba
użyć algorytmów przekonwertowania wartości rzeczywistych na wartości
całkowite. Nie jest to takie proste, chociaż możliwe, ale obarczone dużym
błędem względnym.
Z matematycznego punktu widzenia powinienem całą tą tezę poprzeć
odpowiednimi wzorami i metodą indukcji matematycznej dowieść, że zaiste to
co powiedziałem jest fikcją, ale nie do końca. Bowiem tak naprawdę to koniec
nie jest zdefiniowany. Wiadomo że on jest, tylko nie wiadomo dokładnie kiedy
następuje. Taki np. symbol nieskończoności wyglądający jak dwie całki
złożone jedna lewą, a druga prawą stroną i dodatkowo przesterowane o 90
stopni. Ponieważ zawsze do nieskończoności można dodać drugą nieskończoność,
lub też jedną pomnożyć przez drugą, bardzo łatwo jest zdefiniować rachunek
nieskończony. Sumowanie nieskończoności jest tak samo banalne jak
odejmowanie. Np. 5 nieskończoności + 7 nieskończoności = 12
nieskończoności. Inny przykład 3 nieskończoności - 8 nieskończoności = -5
nieskończoności. Ponieważ -5 nieskończoności leży po przeciwnej stronie
osi więc metodą podstawianie otrzymujemy 5 skończoności. Podobnie z innymi
działaniami. Pamiętać należy o znaku -, gdy wystąpi to trzeba
przekonwertować nieskończoność na skończoność, a to już jest łatwo napisać w
paskalu lub asemblerze.
Nie do końca zbadane są rachunki różniczkowe i całkowe. Całki nieoznaczone
nie powinny sprawić kłopotu. Gorzej z dokładnymi obliczeniami miejsc
znaczących i błędów względnych i bezwzględnych. Ale jeżeli zadana dokładność
nie jest wymagana, powyżej wymienione błędy można pominąć. Interpolacja
funkcji opartych na nieskończonościach jak również aproksymacja nie została
dowiedziona matematycznie. Ale skoro potraktujemy odpowiednią funkcję z
nieskończonością stopnia N dla jednej zmiennej rachunkiem różniczkowym i
następnie otrzymane wyrażenie zlogarytmujemy przez proste podstawienie z
niewiadomej wartości całki oznaczonej danej w określonym przedziale to
myślę, iż prostą metodą iteracji dobrniemy w końcu do końca (znowu
rekurencja).
Rekurenja jest takim fenomenem, gdzie to co określamy określamy przez to
właśnie. Tak jest np. z silnią lub np. obrazem w obrazie który zawiera
właśnie ten obraz, który zawiera ten właśnie obraz i tak w kółko.
Dla odmiany kółko nie zawsze jest okrągłe. Weźmy pod uwagę nieskończenie
krótki odcinek koła. Jest to prosta. Tak więc każdy okrąg składa się z
prostych, co oznacza, że okrąg nie jest okrągły jak sugeruje nazwa. Z
okręgiem (nie okrągłym jak udowodniłem) związane jest wiele różnych
paradoksów. Pada pytanie: zmierzyć średnicę. Dla informatyka nie jest to
pytanie jednoznaczne, każdy informatyk zada sobie pytanie którą średnicę.
Przecież okrąg ma nieskończenie wiele średnic. I po to między innymi był mi
potrzebny wstęp do rachunku nieskończonego. Teraz jesteśmy w stanie
określić liczbę średnic. Ponieważ jest ich nieskończenie wiele (ale tylko
raz) więc mamy liczbę średnic równą jeden. I w ten oto sposób informatyk
wyjaśnia sobie problem mierzenia średnicy okręgu. Ponieważ z wyliczeń
wychodzi raz, więc mierzy średnicę raz i wyciąga z tego błąd średni
kwadratowy średniej i dostaje wynik, który właśnie udało mu się zmierzyć.
Teraz zmienię swój punkt widzenia o 90 stopni. I co mi to daje, ano mogę
udowodnić, że wszystko to co zostało dowiedzione przed chwilą to fikcja.
Rachunek nieskończony nie może istnieć, bowiem nie istnieje
nieskończoność. Tylko bardzo zaciekli matematycy wciskają sobie kit, że
nieskończoność istnieje i można to udowodnić. Gówno prawda! Jak można
udowodnić nieskończoność, skoro jej jeszcze nikt nie zmierzył, nie
policzył, ani nie wyznaczył doświadczalnie. Po prostu nie może istnieć,
ponieważ wszystko co nas otacza jest skończone i policzalne. Taki piasek
na wszystkich plażach świata też można policzyć, kwestia chcenia.
Matematykom się nie chce, wolą wszystko zrzucić na barki informatykom. Ale
ja się nie dam. Taki czas, wydawałoby się, że jest nieskończony, i będzie
płynął wiecznie. Nawet w teorii względności umieszczono jako czwarty wymiar
czas, bowiem założono, że będzie trwał wiecznie. Jajo. Może się pewnego dnia
urwać, tak jak film, jak papier toaletowy, jak urwisko, jak wszystko. To że
będzie trwał wiecznie to tylko przypuszczenia, ja też przypuszczałem, że dla
pewnej funkcji -0.5 da jej wynik ujemny bo -1 dawało, niestety srogo się
zawiodłem, a było już za późno. Mam teraz kolokwium do zaliczenia.
Ten przykład niech świadczy, że nie można bagatelizować sprawy. Weźmy
takie na przykład atomy wodoru, jest ich we wszechświecie najwięcej, ale
można je zliczyć. Teraz pora na zadanie sobie pytania. Więc jak to jest
naprawdę nieskończoność istnieje czy nie. Żadna odpowiedź nie jest
wyjściem, żadne wyjście nie jest odpowiedzią. Odpowiedzi jest nieskończenie
wiele, a jednocześnie jedna, czyli ta właśnie.
Nie mam sił już pisać, teraz idę badać niezbadane i zadam sobie trud aby
wymyślić pytania, których normalni ludzie nie potrafią zadawać, bo się boją
odpowiedzi. Bo to co ich otacza, ich przeraża. Czym jest śmierć, gdzie spały
dinozaury i w jakiej pozycji, czy ludzie pierwotni dysponowali bronią
chemiczną, ile sarinu potrzeba aby struć całą Japonię, czy każda mucha jest
w stanie złożyć jajka, z których wylęgną się białe robaczki wyśmienite na
ryby, jak to jest, że monitor pokazuje to co chce komputer, czy lampa
naftowa była w stanie symulować tranzystor, a przez to mogła być
zasadniczym elementem komputerów I generacji, po co jest Algebra Boola, co
znaczy tajemniczy skrót ZM, lub ZU2.
Jeżeli chcecie znać odpowiedzi na te i inne pytania nurtujące Was od
zawsze to zaglądnijcie do podstaw programowania w amosie, w moim wydaniu,
rzecz jasna (i to jest właśnie rekurencja).
Pogramowanie w Amosie cz.2
Autor: Cobretti
Programowanie w Amosie cz.II
[ Dariusz Majgier - Cobretti ]
Wracając do rachunku nieskończoności... (Ponieważ okazało się, że podjęty
temat nie jest taki banalny, na jaki wyglądał). Zdefiniowałem ostatnio
rachunek na liczbach całkowitych. Padły pytania co z liczbami rzeczywistymi.
Nic, oczywiście postępuje się podobnie jak z całkowitymi. Np. jeżeli chcemy
uzyskać 1/2 nieskończoności to po prostu usuwamy liczby podzielne przez 2.
Jeżeli 1/3 to podzielne przez 3. I sprawa się wyjaśniła.
Co więcej, okazało się że czas może stanąć! I to w najmniej oczekiwanym
momencie, czyli wtedy gdy akurat trzeba coś zrobić na czas. Tak było
ostatnio, gdy musiałem się dostać na zajęcia w szkole. Patrzę na zegarek
raz, patrzę po chwili drugi raz i mam wciąż ten sam czas. To nie był żart,
to stało się na prawdę! Czas stanął w miejscu. Dopiero po dokonaniu wymiany
baterii okazało się że czas ruszył. Myślę, że w przyszłości będzie to dość
popularna metoda, stosowana zamiast hibernowania. Sam nie zauważyłem
również, żebym się zestarzał w tym momencie, czyli działa.
Jakie jeszcze wnioski można wyciągnąć?? Ano takie, że czas jest zamknięty
w baterii. Bo dopiero przy jej włożeniu zaczął mijać. Czyżby ludzkość
znalazła sposób na przechowywanie czasu? Specjalne kapsuły czasowe są jak
widać dostępne w każdym dobrym sklepie elektronicznym.
No i przy okazji znajduje tutaj zastosowanie stare polskie przysłowie
much: czas to pieniądz. Bo taka bateria kosztuje, to zostało stwierdzone
empirycznie. A wracając do much, to okazało się że mają one jeszcze kilka
ciekawych przysłowiów (heheh): ciągnie go jak muchę do gówna, albo z innej
beczki: tam skarb twój gdzie gówno twoje. Taki to już jest ten świat much,
brutalny, wulgarny i do dupy.
Bawiąc się zagadnieniami rekurencji, odkryłem pewną nową, nieokreśloną
dotąd zależność i definicję. Jest nią KURENCJA. Skoro rekurencja wykonuje
się zwykle pewną ilość razy, czasem nawet nieskończoną, to dla odmiany
KURENCJA wykonuje się tylko raz. No i rzeczywiście, można spróbować wykonać
kurencyjne procedury lub funkcje w pascalu, C, Clipperze lub Delphi. Działa,
czyli jako naukowiec, wywiązałem się z odkrywania nie odkrytego
wyśmienicie.
Dalej, weźmy na przykład taki fenomen jak zamek. Ha, na pewno nie
domyślasz się o jaki zamek mi chodzi! No i dobrze, w takim razie coś
łatwiejszego... bit. Może przyjmować wartości 0 i 1. I nic więcej. Proste??
Teoretycznie tak, ale w praktyce taki bit to może wywołać takie
zamieszanie, że się w pale nie mieści. Pytanie w jakiej pale, bo tego nie
zdefiniowałem. Pała jak pała, jakby chciała to by się zdefiniowała.
Jeden jedyny bit, mający za to dwie wartości. Równie często mylony z
bajtem. Co oczywiście jest teoretycznie możliwe. W końcu można by też się
uprzeć i przyjąć że w bajcie jest właśnie jeden bit zamiast standardowych
ośmiu. Tylko, że wtedy byłby to przerost formy nad treścią.
Jeszcze jeden motyw, czyli język polski. Czy lepiej napisać wyraz 'jaka'
czy 'jonka'. Chodzi mi o wadę wymowy pisaną bez używania żadnych polskich
liter. W pierwszym przypadku nie da się przekazać prawidłowo tego co się
chce powiedzieć i przy okazji kaleczy się i tak język. A w drugim przypadku
tylko kaleczymy język. Wychodzi na to że druga forma jest o wiele lepsza.
I problem prawie nie do przejścia. Zakładam, że muszę napisać komuś, za
pomocą klawiatury, że mam uszkodzony klawisz z literą A. W jaki sposób to
zrobić skoro ten klawisz jest niewciskalny??? Oczywiście, należy napisać coś
takiego: 'Nie mogę użyć litery ' ''<--tu jest ta litera A.. tylko jak to
zrobić, skoro nie mamy tej litery?? Gdyby to była litera X to napisałoby
się, że nie mam litery IKS, i po kłopocie. Ale to jest A. Które brzmi
dokładnie tak samo jak się go pisze. Trzeba by użyć tricku, bardzo prostego,
ale pewnie przez jego prostotę bardzo trudnego do wymyślenia. Po prostu
trzeba wziąć w leasing (wydzierżawić, wynająć, wypożyczyć, jak kto woli)
drugą klawiaturę. Za pomocą tej drugiej klawiatury należy napisać, że jest
uszkodzona litera A i następnie oddać klawiaturę z powrotem. Proste??
Liniowe przetwarzanie danych to całkiem poważny problem, nie tylko ze
względu na swoje przeznaczenie, ale również na to, że nie do końca został
zbadany. A wiec skoro istnieje przetwarzanie kołowe (cykliczne) to może
istnieć liniowe. Najlepszym przykładem niech będzie twardy dysk.. Jest to
typowy przykład kołowego przetwarzania danych. Dysk się obraca w koło i
szczytuje lub zapisuje dane. Co zrobić aby przejść do liniowego
przetwarzania danych? Należy zbudować twardy dysk o kształcie nośnika np.
prostokątnym, tudzież kwadratowym (kwadratowe przetwarzanie danych, zwane
inaczej kwadraturą koła [przejście z koła na kwadrat]). Ścieżka na dysku
staje się teraz linią prostą, zamiast okręgiem. Napęd głowicy
czytająco-zapisującej umieszczony jest na prostej prowadnicy, a dostęp do
danych odbywa się na starej jak świat zasadzie. Dla lepszego zobrazowania
zaprezentuje poniżej kształt ścieżki i system napędowy głowicy.
ścieżka _______________________________________________________________
głowica ___/^
Więc ta głowica jeździ sobie tam i z powrotem. Co oczywiste, nie jest to
tylko jedna ścieżka i jedna głowica. Ponieważ dysk jest w kształcie
prostokąta, to takich ścieżek zmieści się tam tyle, na ile umożliwia
technika upakowania ścieżek na płacie magnetycznym. Co oczywiste, zależy to
od sposobu formatowania takiego płatu. Jak również od ilości głowic, które
będą taki napęd obsługiwać. Dodatkową atrakcją mogą być ścieżki krzyżujące
się nawzajem. Tzn. nie tylko w poprzek ale i wzdłuż następuje odczyt danych
na nośniku. Dostaję się wtedy najbardziej czadowy dostęp do danych,
połączony z odjazdowym zderzaniem się głowic czytająco-zapisujących i
poprzez analizę spektralną widma atomów wydzielanych przy takich
zderzeniach, można za pomocą licznika Gingera-Whelera analizować szybkość
poruszania się naprzemiennego każdej głowicy na traku. Czyli wesołe
miasteczko w niedziele na parkingu osiemanstokołowych ciężarówek. Czad!
Jak wesołe miasteczko to też musi być karuzela. Karuzela kojarzy się nieco
ze starą płytą (najczęściej czarną [analogową]). Pytanie: ile na takiej
płycie było rowków?? Zakładam, że była to standardowa płyta adapterowa,
duża, obracająca się ze stałą prędkością 33 obr/min i zapisana w całości.
Powiedzmy, że grała przez godzinę. No ile miała rowków?? Dupa, nie zgadłeś.
Pomimo skomplikowanych wzorów na obliczanie ilości rowków, nie udało Ci się
prawdopodobnie, bo rzadko kto zna właściwą odpowiedź. Otóż jest to jeden
rowek! Tylko że ciągnący się przez całą płytę, tak jak spiralka, lub stary
znudzony wąż, leżący gdzieś w buszu afrykańskiej jungli. Apropos, czy w
dżungli jest busz?? Nie byłem jeszcze, więc nie wiem, ale przy najbliższej
okazji sprawdzę.
Słyszałem również, że jakieś problemy sprawia formatowanie dysków na
większe pojemności. Dziwne, bo nie miałem z tym żadnych problemów. Sprawa
jest tak błaha, że chyba nie powinienem jej tutaj w ogóle poruszać, ale
tylko dla przypomnienia o tym nieco napiszę.
Na początek trzeba by się zastanowić, od czego zależy wielkość dysku po
sformatowaniu. Widać to na pierwszy rzut oka, od dziurek na dysku. 720
mają 1 dziurkę, 1.44 dwie dziurki, no więc 2.88 będą miały trzy dziurki.
Łatwo się domyślić jak postępować w celu dalszego zwiększania pojemności.
Metoda jest nieudokumentowaną przez producentów dysków, długo zetrwało,
zanim ją do końca dopracowałem.
Drugi wariant to formatowanie na większy format za pomocą narzędzi
bardziej wyrafinowanych. Chodzi o zwiększenie ilości ścieżek na dysku. Tu
trzeba mieć trochę doświadczenia, bo nie zawsze za pierwszym razem to
wychodzi. Należy się zaopatrzyć w wiertarkę, tylko nie udarową, żeby nie
biła. Polecam tylko markowe wiertarki. Do takiej wiertarki mocujemy w
specjalnym uchwycie (do kupienia na giełdzie komputerowej) dyskietkę,
dowolną, byle nową. Następnie delikatnym narzędziem jakim jest pazur Kazuara
zarysowujemy nowe ścieżki na dysku. Dysk musi być na bardzo wysokich
obrotach, czyli wrzucamy wiertarkę na jak najwyższy bieg. Taaa, dobrze,
teraz można taką dyskietkę używać dla formatów max. 12MB. Większe
pojemności są determinowane przez odpowiedniej jakości (cieńsze) narzędzia
pracy (pazur nietoperza).
Jest jeszcze trzeci sposób zwiększenia objętości dysku. Poprzez poprzeczne
bocznikowanie kwandrylem kubimerozy. Nie zawsze relewantnym do kwerendy dla
naszych percepcji. Co nie wyklucza obojętne potraktowanie nośnika zestawem
magnesów, lub elektromagnesów. A zresztą co ja będę tłumaczył, na pewno
wiesz o czym mówię.
Zapraszam na następny raz, będzie mniej techniki a więcej rozważań natury
psychologicznej - między innymi o zachowaniu tłumu. Poprę to przykładami z
rzeczywistości. Aloha.
Pogramowanie w Amosie cz.3
Autor: Cobretti
Programowanie w Amosie cz.III
[ Dariusz Majgier - Cobretti ]
Jak to jest z tym prądem, a może go nie ma? Naukowcy ostatnio opierając
się na empirycznych doświadczeniach, skłonni są sądzić, że tak na prawdę w
drucie żyją krasnoludki. Przy okazji tłumaczyłoby to wszystkie zagadnienia
związane z bajkami. Mało tego, zostałoby znalezione brakujące ogniwo łączące
świat bajek ze światem rzeczywistym. Zresztą postaram się pokazać, że coś w
tym jest.
Na początek najłatwiejsze do udowodnienia: prądu nie widać i krasnoludków
nie widać, czyli mają ze sobą dużo wspólnego. I każde zjawisko ma swoich
zwolenników i przeciwników. Takie krasnoludki nie są możliwe do zauważenia,
gdyż żyją w kablu, a jak wiadomo do kabla nikt nie zagląda. Nie darmo
powstało powiedzenie, że elektryka prąd nie tyka. Być może to krasnoludki są
odpowiedzialne za śmierć tylu osób porażonych prądem. Swego czasu chodziły
pogłoski, że krasnoludki dysponują tajną bronią, małą i skuteczną o zmiennym
natężeniu rażenia. Więc znowu potwierdza to życie. Albo dlaczego kable,
szczególnie miedziane są tak chętnie skupowane przez skupy złomu?
Problem polega na tym, że ludzie skupujący kable uwierzyli w krasnoludki i
zapragnęli je mieć tylko dla siebie. Ale prąd jest potrzebny nie tylko dla
przeciętnego człowieka. Kolej, z której kable miedziane wynoszone są
najczęściej ponosi niepowetowane straty. Przecież krasnoludki są towarem
unikatowym. Jeżeli pozbawi się kolej dostępu do krasnoludków to kto będzie
odpowiedzialny za zmiany w rozkładach jazdy? Nie będzie na kogo zwalić
winy..
Krasnoludki występujące w kablu i odpowiedzialne za przesył prądu nie są
jedynym gatunkiem krasnali! Okazało się że bliskimi kuzynami krasnali są
chochliki drukarskie. Obecnie przeżywają wyż demograficzny, bo zostały
wprowadzone do drukarni urządzenia zasilane prądem, więc mają idealne
miejsce do osiedlania się i już teraz mogę przewidzieć, że nastąpi coraz
częstsze pojawianie się błędów w prasie.
A z wszystkich krasnoludków najbardziej interesuje mnie sierotka
Marysia... eee, to chyba nie ta bajka, miałem na myśli królewnę Śnieżkę:-)
Jak to jest, że społeczność krasnoludków w ogóle nie przystaje do
społeczności ludzkiej? No bo na przykład, idę sobie spokojnie na
przystanek autobusowy i co widzę? Cały autobus nabity na fuul, drzwi się nie
otwierają a ludzie patrzą na niego jak zaklęci. Żal mi się zrobiło tych
ludzi, a dodatkowo się śpieszyłem więc postanowiłem jechać tym nabitym
autobusem i przy okazji poeksperymentować z tłumem.
Nikt nie próbował nawet dostać się do tego autobusu, więc skorzystałem z
pomocy buta i potraktowałem drzwi tym właśnie przedmiotem umieszczonym na
mojej nodze. Drzwi ruszyły, po trzech butach na korpus autobusu, jakiś
gostek blokujący drzwi odpadł od bandy i drzwi zostały zdobyte. A ludzie, ta
banda dzikusów, ruszyła szturmem na moje drzwi! Zshokowało mnie to nieco,
więc sam wlazłem do tego autobusu i zamknąłem drzwi od wewnątrz, na co tłum
zareagował niecodziennym oburzeniem... Jakieś wrzaski, krzyki, że łobuzi
niszczą autobus.
Olać tłum, nie byli warci tej jazdy, pojechałem sam i stwierdziłem, że nie
ma co się poświęcać dla bandy napalonych podróżników. A byli tak podjarani
myślą "że pojadą" aż sam się bałem co się może wydarzyć, przecież mogli mnie
zmieść z powierzchni ziemi, a tupot oszalałych ze szczęścia ludzi dał się
słyszeć pewnie pod ziemią, na co podenerwowane dżdżownice mogły zareagować w
sposób nienaturalny i stracić potomstwo! A tego bym sobie nie darował.
Z przykrością patrzę na moja myszkę. Ktoś jej wytatuował napis Highscreen.
To chyba krasnale nie miały co robić, jak mogła dać się tak podejść. Żeby
było śmieszniej, ktoś się naoglądał za dużo filmów z cyklu SuperMen - no i
wytatuował jej jeszcze Super Mouse II. Chyba byłem ślepy, bo nie widziałem
pierwszej części mojej myszy.
W ogóle z moją myszą dzieje się coś nienaturalnego. Ostatnio przestała
przyjmować pokarm stały, serek ją nie rusza i zamiast łapek ma taką bulwę
pod brzuszkiem. Spuchnięty brzuszek z głodu? Też tak myślałem ale ten
brzuszek można wyjąć i jest ciężki, wiec chyba nie z głodu. Po wyjęciu
brzuszka (taki kulisty się zrobił) okazało się że ma potworną dziurę, a z
wnętrza wystają dwie rolki napędowe. Mysz mi się scyborgizowała, to pewne.
Może ćpała scalaki, albo co... To te krasnale jej tak dogodziły, może by tak
urządzić polowanie na krasnale??
Ech, nie ma co. Trzeba przeanalizować kompresję tekstu. To też nie jest
proste zadanie, gdyż nie wchodzi w rachubę tylko kompresja, ale również
kodowanie jednostronne algorytmem DES. Mowa oczywiście o długopisie, tudzież
piórze, ewentualnie ołówku i pisaku. Kodowanie jest jednostronne, to nie
ulega dyskusji. Mając przyrząd piszący jestem w stanie zdekodować przekaz
przelewając zawartość wkładu na papier, ale w drugim kierunku ta operacja
nie jest możliwa. Dane pakowane są bardzo wydajnym algorytmem, bowiem żeby
wypisać wkład trzeba poświecić dość sporo kartek, a wszystko to mieści się
na początku w maleńkim pojemniku bądź to wkładzie bądź to w naboju.
Wracając do zagadnień związanych z czasem, nie udało mi się drogą reversji
dojść do cofnięcia czasu poprzez odwrócenie czynności klepsydry. Skoro
piasek opadał do naczynia niższego, automatycznie mijając to poprzez
odwrócenie klepsydry, wykonując czynność odwrotną, czas powinien z powrotem
się cofnąć, no ale nie chciał, wciąż upływał, aczkolwiek moje próby nadal
trwają i nie wykluczone, że kiedyś się uda.
Z ud, najbardziej lubię uda kobiece.
Za to udało mi się zasymulować w warunkach domowych wyładowanie
atmosferyczne, może nie w milionach voltów, ale kilku tysięcy i o bardzo
małym natężeniu. Ofiary niestety musiały być i to śmiertelne. Pożegnałem w
ten sposób świętej pamięci zasilacz...
Bawiąc się w niedoszłego truposza, doświadczyłem na własnej skórze
oddziaływanie prądu na organizm człowieka.
Miejsce wydarzeń: mój pokój.
Czas trzepnięcia: około wieczora.
Powód: wymiana żarówki.
Wykręcając żarówkę, tak bardzo się zaangażowałem w tą czynność, że zbiłem
osłonę szklaną i została mi tylko część metalowa, którą nijak nie mogłem
wykręcić, bowiem była w bardzo niedostępnym miejscu. Lekkomyślnie
postanowiłem użyć pincety, nie domyślając się co też mi się za chwilę
przydarzy. Jak każdy wie, pinceta jest metalowa i doskonale przewodzi prąd
który transportują wspomniane wcześniej krasnoludki. Pakując pincetę w celu
uchwycenia i odkręcenia reszty spalonej żarówki doznałem dziwnego uczucia,
czas stanął w miejscu.
Ciało nagle stężało, mięśnie się poskurczały i miałem wiele szczęścia, że
pincetę szybko przez przypadek opuściłem. Przez około 4 minuty cały czas
odczuwałem drżenie ciała i nie dało się tego nijak opanować. Na palcach, w
miejscu trzymania pincety pojawiły się czarne punkty świadczące o..., sam
nie wiem o czym. Po kilku minutach drżenie ustało i szybki test psychiki i
świadomości pozwoliły mi ustalić moje reakcje psychomotoryczne - byłem dalej
normalnym człowiekiem i miałem sporo szczęścia, że przeżyłem. Przepływ prądu
nastąpił po prawej stronie ciała, a stojąc na gumowej wykładzinie udało mi
się zapobiec przepływowi prądu przez całe ciało wraz z sercem. W każdym
razie nie radzę nikomu próbować zabawiać się w ten sposób. Fakt, czad był
niesamowity i czuć się można jak na prawdziwym odlocie, ale lepiej
odlatywać samolotami niż napięciem.
Ech, samo życie przynosi takie dziwne przypadki, jak np. kilkukrotne
bliskie śmierci przygody, bo to nie pierwszy raz jak wyszedłem z jakiegoś
wydarzenia cało, a śmierci w oczy dane mi było zaglądać już kilka razy. I
tym optymistycznym akcentem kończę następną i nie ostatnią część
Programowania w Amosie w moim wydaniu...
Twardy
Autor: Cobretti
Twardy.
[ Dariusz Majgier - Cobretti ]
Nagle zacząłem wirować. Z początku bardzo wolno, ale przyśpieszenie
sprawiało, że zaczynałem odżywać. Po nie z pełna 3 sekundach uzyskałem
pełną moc wirowania. Wow! Ale było extra. Teraz wirowałem ze stałą
prędkością kontową i było cudownie.
Po moich talerzach przesuwały się głowice, chodziły tam i z powrotem przez
cały czas. Widać że używały jednego z mniej popularnych sposobów odczytu
danych. Czułem się jak karuzela pędząca wraz z dziećmi w wesołym miasteczku.
No i to śmieszne uczucie, gdy nagle zostawałem namagnesowany lub
rozmagnesowany w pewnych partiach moich dysków. Ścieżki, clustery,
sektory, głowice, talerze... byłem podzielony na jakieś dziwne, nie widoczne
na pierwszy rzut głowicy obszary. Za to jaka radość jak głowice trafiały tam
gdzie miały trafić, bez tych podziałów nikt nie dałby rady nic tu znaleźć.
Wirujący seks! Zdałem sobie sprawę, że mój właściciel przegląda teraz
obrazki z panienkami pozbawionymi ubrania! To jest to, od razu zacząłem
szybciej wirować. Wow! Widać, że pracuje w multitaskingu, głowice pędzą jak
oszalałe, żeby nadążyć ze wszystkimi zachciankami Nigdy nie lubiłem, gdy
uruchamia się kilka programów na raz, to jest strasznie męczące.
O! Zgubiłem cluster! Heh, jak ja się z tego wytłumaczę? Po prostu jeden z
elementów Fat nie ma powiązania z plikiem. Fajnie, czyli mam ten cluster dla
siebie do czasu aż właściciel przeleci mnie jakimiś narzędziami dyskowymi.
Defragmentacja jest jak kąpiel i czesanie. Wychodzę cały poukładany i
nienagannie posegregowany. Wszystko odbywa się szybciej, i głowice nie
reagują tak nerwowo. Mniej się niszczę! Lubię defragmentację, tylko trwa ona
zdecydowanie za długo, buuu.
Szumię delikatnie i cicho. W tej chwili tylko się obracam nie myśląc o
niczym. Widać nic się nie dzieje. Fajnie. Pracuję zwykle całymi godzinami i
chwila wytchnienia jest jak najbardziej na miejscu. To nawet lepiej, że nie
wyłączył komputera, tylko odszedł. Przy częstych uruchomieniach niszczę się
bardzo, mechanizmy parkowania się zużywają, siły odśrodkowe niekorzystnie
działają na strukturę dysku, no i elementy ślizgowe mogą kiedyś odmówić
posłuszeństwa i mogę zacząć skrzypieć i buczeć. Wtedy zwykle nadchodzi
starość. Ale może mój pan zaniesie mnie do servisu, żeby mnie przesmarowali,
bo nie chcę tak szybko ginąć.
Oczywiście najgorsze są dla mnie błędy CRC i straty Fatu. Wtedy zaczyna
się mozolne formatowanie. Bue, to tak jakby nagle zmieniali Ci życiorys,
stajesz się zupełnie kim innym, a o przeszłości możesz zapomnieć. Albo na
przykład nowe partycje. Tego też nie lubię Dzielił Ci ktoś kiedyś ciało na
pół, albo na więcej części? No widzisz, myślę, że mnie rozumiesz.
Grzeję się. Gdyby nie wentylacja bym się mógł zapocić. Zresztą w ogóle we
wnętrzu tego pudła jest ciepło i niewygodnie. Gdy jestem sam to jeszcze mam
fajnie, ale gdy przyniesie nowy dysk twardy to muszę się dzielić zasobami z
innymi. I tak dobrze że mój pan ustawia mnie zawsze na master. Nie lubię być
sługą! Uff, ale wiruje!
Nie cierpię również jak się mnie przenosi. Wtedy bardzo łatwo mnie
uszkodzić. Jakieś wstrząsy, uderzenia, mikrourazy, obroty! Brrr, to jest
najgorsze dla mnie. Jestem taki delikatny jak poranna mgiełka. Pomimo mojej
twardej nazwy jestem bardzo czuły na wszystkie zmiany położenia. Muszę być
idealnie wypoziomowany, bo inaczej siły odśrodkowe mnie rozrywają i męczę
się potwornie.
Ach, jak nie cierpię skanowania powierzchni dysku przez programy
testujące. To tak jakby Ci ktoś jeździł grzebieniem bo nagiej czaszce i
nie miałbyś możliwości obrony. Za to delikatne drapanie po sektorach przy
kopiowaniu jest w miarę znośne. Zresztą zależy to od długości plików. Lubię
duże programy, najlepiej w jednym kawałku. Problem jest jak jakiś program
składa się z setek króciutkich pliczków. To tak jak byś zamiast kromki
chleba miał skonsumować tysiące okruszków. Ani to wygodne ani przyjemne.
Dlatego czasem z pomocą przychodzą mi programy kompresujące.
Ostatnio mój właściciel kupił UPS. Przynajmniej wiem kiedy mogę spodziewać
się, że mnie wyłączy. Bo to dość nieprzyjemne uczucie gdy nagle tracisz
panowanie nad sobą i zamierasz. Trochę to przypomina hibernację, ale jest
dość nagłe. Kręcę się coraz wolniej i wolniej i nic nie mogę na to poradzić.
Równie przykre są nieprawidłowe połączenia kabli sterujących. Zasilanie
mam, ale nie mogę przesłać ani odebrać danych. Duszę się i nie mogę wtedy
złapać oddechu. Czuję się jak ryba wyrzucona na brzeg jeziora.
O! Zaczęło się. Znowu brakuje prądu, włączył się buczek UPS'a. Coś
ostatnio ciągle dają się we znaki chwilowe zaniki prądu. Ale intensywnie
teraz pracuje! Zaraz się zamęczę! Widać właściciel przyszedł i robi szybkie
kopie i zrzuty swojej pracy. Zaraz się rozjadę. Ależ tyram. I tak w kółko.
Więc chyba zaraz zacznę zwalniać bo mnie może wyłączyć. Na wszelki wypadek
dodam jeszcze, że muszę sprób...
Cisza.
Informacja. Początek problemów
Autor: Cobretti
Informacja. Początek problemów?
[ Dariusz Majgier - Cobretti ]
1) Na początku był chaos.
Dym, ogień, blask światła, sygnał dźwiękowy. Wydobywane piski, wrzaski,
nieartykułowane wyrażenia, coś co mogło przypominać dzisiejsze sposoby
wysławiania się noworodka, chcącego powiedzieć matce, że jest głodny.
Owszem, jakkolwiek byłoby to prymitywne i tak spełniało swoją rolę, i o to
przede wszystkim chodziło. Człowiek pierwotny nie zdawał sobie sprawy z
tego, że to czym dysponuje zostanie wkrótce zastąpione wyrafinowanymi
systemami przekazywania danych.
Trzy niezbędne do egzystencji rzeczy: pokarm, woda i rozmnażanie. Wkrótce
pojawi się czwarta - Informacja.
2) Czy chaos zrodził porządek?
Koń, gołąb, chorągiewki, symbole, znaki, posłaniec. Nie ważne jak, ważne
żeby dotarła na czas. Mało tego, ważne żeby w ogóle dotarła. Z reguły
docierała, dlatego tak szybko zaczęła zdobywać sobie miejsce wśród ludzi.
Czym byłoby życie na ziemi bez przekazywania sobie informacji, jak
wyglądałaby codzienność bez normalnie funkcjonującej poczty, radia lub
telewizji? Wtedy jednak nikt o to nie pytał, nie było tego. Czas nie
zatrzymał się w miejscu. Zaczął się wyścig z informacją.
3) Przekaż wiadomość i podaj adresata.
Łódź, dyliżans, kurier. To co dało ludziom szansę porozumiewania się na
duże odległości, stawało się jednocześnie problemem nie do rozwiązania. A
czas nie stał w miejscu, problemy stawały się nieaktualne, a fakty
przedawnione. Ludzie potrzebowali czegoś szybszego.
Dziś masz ją natychmiast, kiedy tylko zechcesz. Wtedy jednak czekałeś na
nią dniami, tygodniami, miesiącami. Musiał istnieć sposób, aby dało się ten
proces przyśpieszyć. Człowiek nigdy nie lubił czekać.
4) Same chęci nie wystarczą. Potrzeba geniusza.
Samolot, samochód, telefon. Rok 1876 A.G.Bell opracowuje pierwszy na
świecie telefon. Przełom w przesyłaniu informacji okazuje się dopiero
początkiem drogi prowadzącej do nowych technik przekazu, o których w tym
czasie nawet sobie nie wyobrażano.
Jeden człowiek mógł zdziałać tak wiele? To co w takim razie byłoby w
stanie zrobić więcej ludzi. Wystarczyło ich zebrać, dać im niezbędne
wyposażenie i czekać. A czekać nie trzeba było długo.
5) Czy mógłbyś powtórzyć? Jasne, nie ma sprawy.
Fax, modem, podczerwień, fale radiowe, łączność satelitarna, światłowód.
Człowiek zawsze będzie dążył do rozwiązań nowoczesnych, bez względu na to,
czy będzie to służyło dobry czy złu. Siła światła spójnego została
wykorzystana w dwóch celach. Ale samo światło nie było by nic warte, gdyby
nie niosło z sobą informacji, która nie raz ratowała ludziom życie.
Niesamowite możliwości, być może tylko dla człowieka żyjącego tutaj i
teraz. Kiedyś ktoś napisze podobny tekst o przesyłaniu informacji i
stwierdzi, że i tak byliśmy zacofani w porównaniu do tego co mogliśmy odkryć
i wynaleźć. Być może jesteśmy o krok od nowych technik, ale nie zdajemy
sobie z tego sprawy. Czas pokaże czy się mylimy.
6) Nie informacja jest problemem tylko czas.
Internet. Podaj dziedzinę wiedzy i zakres materiału a za 10 minut będziesz
miał wszystkie opracowania u siebie na biurku. Tylko kiedy to przeczytasz?
Kiedy to opracujesz? Kiedy to przeanalizujesz? Chcesz więcej informacji,
dostarczę Ci jej, ale kiedy zdążysz ją przeżuć i strawić. Wciąż więcej i
więcej, nie wystarczają już pobieżne dane, liczy się precyzja, dokładność,
kompletność. Znaleźć nie jest problemem, ale gdzie jest czas potrzebny na
przeanalizowanie danych...
Teraz nie istnieje problem szybkości. Pojawiły się nowe przeszkody.
Bariery wydawałoby się nie do przejścia. Informacja nas zalewa, jest jej
coraz więcej i nie możemy nadążyć za nowymi danymi. Człowiek zawsze chciał
zgromadzić jak najwięcej wiedzy. Ba. Ale jak ją obrabiać i jak ją
wykorzystywać, gdzie ją składować i jak wybrać rzeczy użyteczne od szumu
informacyjnego. Gdzie ją sprawdzić i jaka jest pewność że informacja jest
prawdziwa. To są pytania, i najpierw na nie trzeba znaleźć odpowiedź.
7) Bóg dał mi rozum, czas go wykorzystać.
Racja. Tym bardziej, że wiemy jak. Systemy ekspertowe, bazy wiedzy, sieci
neuronowe, neurokomputery, logika rozmyta, bazy danych. Wszystko wymyślił
człowiek, nikt tego nie stworzył, to my kreujemy świat i my znajdujemy
odpowiedzi na pytania, które sami zadajemy.
Komputery mogące myśleć to niedaleka przyszłość i nie jest powiedziane, że
za 20 lat w każdym domu nie znajdzie się mały przenośny komputer wpięty w
wielką międzynarodową sieć mogący podejmować za nas decyzje, mający wpływ na
nasze życie i być może sterujący pośrednio ludźmi.
Być może przyjdzie czas, że komputery będą wpadać na genialne pomysły i to
one same będą w stanie zaprojektować nowe komputery jeszcze lepsze i
jeszcze bardziej wydajne niż dotychczas. Ten proces będzie wieczny i być
może kiedyś człowiek będzie komputerom zbędny, tak samo obojętny jak my
dzisiaj z obojętnością spoglądamy na mrówki chodzące po chodniku lub ptaki
siedzące na gałęzi drzewa. Może...
Magnat autobusowy
Autor: Cobretti
Magnat autobusowy?
[ Dariusz Majgier - Cobretti ]
Siadam z kalkulatorem i zaczynam analizować sens istnienia komunikacji
autobusowej... przynajmniej u nas na Śląsku. Bo po za nim nie jestem na
tyle zorientowany aby móc to wnikliwie przeanalizować.
Hm, trzymam przed sobą bilet z końca marca, akurat w marcu podrożały znowu
bilety, niech ich szlag. Cena biletu to 1 zł, ulgowy 0.5 zł. Jaki wniosek
można na podstawie biletu wysnuć? Bardzo dużo wniosków, tylko trzeba
wiedzieć, że takie możliwości istnieją.
Seria biletu: A 2512127. Czyli pierwszy wydruk bo A. Mam przy sobie bilet
o numerze 2512127, czyli tyle biletów zostało w ciągu miesiąca (nie całego
jeszcze) sprzedanych. Ile zarabia na tym KZK GOP? właśnie tyle złotych ile
sprzedał biletów. Dużo nie? A teraz zastanów się co się dzieje z tymi
pieniędzmi.
Można na przykład kupić 5 nowych w miarę dobrych autobusów (Ikarus) każdy
za około 5 miliardów starych złotych. Dużo nie? Ale przecież wcale nie
pojawiają się nowe autobusy. No dobra, no to może kasa idzie na remont
przystanków autobusowych? Też dobry dowcip, ostatni remont jaki pamiętam to
przybicie gwoździami (!) nowego rozkładu jazdy. Hm, w takim razie idzie na
wypłaty dla kierowców, ludzi obsługi, lub innych ludzi związanych z tym
molochem. Policzyłem, że gdyby każdemu zapłacić po 7 milionów to dało by się
tym obdarować około 4 tysięcy ludzi, dużo nie? To co w takim razie dzieje
się z tymi pieniędzmi? Może za nie grają sobie w bilard, a może w kręgle,
chodź nie widziałem kręgielni koło zajezdni.
A teraz lepszy numer, zabawię się w symulację przedsiębiorstwa
komunikacyjnego. Cobra GOP. Kupuje autobus, jeżdżę nim sam. Na początek
Ikarusa, powiedzmy 5 letniego. Wydaje 4 miliardy na autobus + części +
paliwo. Bilety mam po złotówce jak państwowy przewoźnik. Kursuję sobie na
trasie od mojego domu do Katowic centrum. Średnio robię rundkę tam i z
powrotem w godzinę. Czyli w ciągu doby obracam około 10 razy (ja jestem
leniwy, lubię sobie odpocząć po pracy). Rano na przystanku tłok jak sto
pięćdziesiąt. Zaraz mi się przypomina niedawna scenka:
Stoję z kumplem na przystanku, przyjeżdża autobus. Nawalony jak biszkopt,
że nawet dupska nie ma jak wsadzić a dodatkowo chłopaczek drzwi nie
otworzył, bo się zaparł i chyba nie lubi tłoku. Dobra, ja i kumpel nie
myślimy nad tym długo bo i nie ma nad czym myśleć. Widzę że ludzie stoją i
chyba się tym autobusem nie zabiorą (a czas to pieniądz) śpieszę na ratunek
(jak to ja...). Leci potężny bucior na drzwi. Raz, drugi. Wreszcie dupek z
wewnątrz odpadł na 10 centymetrów od drzwi, kumpel poprawia, drzwi
puszczają. No i cały ten pieprzony tłum, który do tej pory nic nie zrobił
chce zdobyć nasze drzwi.. Nie tak szybko. Na spokojnie wlazłem pierwszy i
potężnym buciorem pożegnałem szanownego pasażera, który zablokował drzwi.
Teraz spokojnie wpuszczamy tłum ku uciesze naszej i innych ludzi do
autobusu. Jednak udało mi się nim zabrać. A i przy okazji trochę dobrego dla
ludzi na początek dnia uczyniłem. Hehe.
Wracając do mojej korporacji. Mam czym jeździć, wiec liczę zyski. w ciągu
dnia 10 kursów w trakcie jednego kursu (pętli) jestem w stanie na spokojnie
przewieść średnio około 400 pasażeros.
Kurna, liczę i wychodzi mi że w ciągu miesiąca jestem w stanie wyciągnąć
ponad miliard, dużo nie? A jednak nie... mi jest za mało. Po pięciu
miesiącach mam już trzy nie nowe autobusy i trochę odłożonej kasy, akurat
jestem w stanie zatrudnić kierowców. Teraz mam na miesiąc 8 miliardów.
Drobnocha, nic w porównaniu z tym co jest mi potrzebne, tym bardziej że masę
forsy ściągnie ode mnie fiskus - pieprzę ich, ale dać trzeba. No i dobra,
teraz przydałoby się wybudować zaplecze dla mojego sprzętu, małą chałę
remontową, zajezdnie, przystanki, całą pieprzoną infrastrukturę a mam
wciąż za mało kasy.
Trzeba zacząć przewozić więcej ludzi. I co? Mam podnieść cenę? Nie wręcz
przeciwnie, obniżam ją! Teraz ma mam więcej ludzi do przewiezienia
(teoretycznie). Zaczynam pracować na najruchliwszych trasach, ale państwowe
przedsiębiorstwo musi też troszczyć się o trasy podrzędne.
No tom, kurcze wpadł, miałem pokazać, że kasa gdzieś wsiąka, a okazało się
że żeby prowadzić takie przedsiębiorstwo trzeba jednak mieć skądś te
pieniądze. Cóż nie myślałem chyba nad tym nigdy dopóki nie musiał powstać
ten tekst. Ale mimo wszystko można na tym także zarobić, inna sprawa, że
robią to kosztem pasażerów, co jest mało ciekawe.
Szkoła bezsensu
Autor: Cobretti
Szkoła bezsensu.
[ Dariusz Majgier - Cobretti ]
Studia. Wydawałoby się, że jest to zaszczyt. Móc studiować i zdobywać
wiedzę. Ale niestety, nic z tych rzeczy. Studia to strata czasu.
Idąc na studia informatyczne myślałem, że zdobędę tutaj solidne podstawy
informatyki, że ugruntuję sobie już posiadaną wiedzę i posiądę nowe
umiejętności pozwalające mi na późniejsze podjęcie fachowej pracy i
możliwości prowadzenia firmy.
Faktycznie, tak to na początku wyglądało. Miałem mieć w końcu prawo
informatyczne, różne języki programowania, bazy danych, systemy
informatyczne, algorytmy i struktury danych, systemy expertowe. Wykładać
mieli sami utytułowani ludzie, mający duży zasób wiedzy i potrafiący ją
przekazać studentowi, który miał ją za kilka lat spożytkować.
Łudziłem się, że zależy tym ludziom, na tym, żeby ludzi znających się na
rzeczy wypromować i pomóc ją odpowiednio ukierunkować, ale niestety, moja
szkoła to bagno.
Ilość teorii jaka tutaj dominuje zniechęca do nauki, nie ma dla niej
konkretnego zastosowania. Co z tego że jesteśmy karmieni wiedzą skoro jest
ona co najmniej przeterminowana o kilkanaście lat. W informatyce gdy
staniesz w miejscu to cofasz się do tyłu. A my nawet nie staliśmy w
miejscu, my się cofaliśmy!
Zaczęło się na Prawie. Na żadnych zajęciach nie widziałem na oczy choćby
jednej umowy jaką należałoby spisać przy wykonywaniu programu na
zamówienie, a jest to chyba najbardziej popularny typ umowy informatycznej.
Nigdy nie widziałem na zajęciach umowy licencyjnej, nie poznałem od strony
prawnej funkcjonowania firmy, sposobów egzekwowania ochrony patentowej,
zgłaszania patentów i znaków firmowych, nie pokazali nam nawet banalnej
umowy o pracę. Za to wykłady trwały całymi godzinami i poświęcone były
omawianiu tego co było zamieszczone w Ustawach, co przecież mogłem sobie
przeczytać. Czyli czas został zmarnowany, a wiedzy nie przybyło.
Następny mądry przedmiot to Wprowadzenie do Informatyki. To że bajt składa
się z bitów to chyba wie nie tylko informatyk. Tracić pół roku, tylko po to,
żeby poznać binarny sposób liczenia to chyba lekka przesada. W końcu studia
to nie przedszkole informatyczne i chyba ktoś tu o tym zapomniał.
Tak.. sztandarowy język programowania to Pascal. Niestety, chybiona
propozycja dla studenta, który by chciał coś konkretnego napisać. Tym
bardziej, że były to tylko podstawy. A gdzie programowanie obiektowe, gdzie
pisanie programów pod Windows? A chyba teraz to jest najważniejsze. Mało
tego. Pytam wykładowcę o proste rzeczy a on mi mówi że nie wie jak to
zrobić!! To był banał, ale zanim to zrobiłem straciłem trzy dni cennego
czasu.
Szkołę sobie darowałem, zacząłem się uczyć dla siebie i tego co mi będzie
w przyszłości potrzebne. Chodzę tylko dla tego świstka co pokaże moim
pracodawcom, że mam studia. Innego powodu studiowania nie widzę.
Przedmiot Systemy Wyszukiwania Informacji zwalił mnie z nóg. Oczywiście
przestarzała kobiecina, z masą tytułów chciała pokazać studentom że ona
rządzi. No i pokazała. Lała teorię jak leje się pot podczas gorącego lata.
Ale ta teoria nic nie wnosiła bo zabrakło praktyki. Nigdy nie zastosowałem
tego co mówiła na studiach. Owszem stosowałem to od dawna, ale w domu i sam
do tego dochodząc. Przy okazji szkoła straciła z jej powodu trzech
najlepszych programistów na roku. Tylko dlatego, że nie znało się zapisu
formalnego jakiejś udziwnionej funkcji systemu, która nigdy do niczego nie
będzie w życiu potrzebna.
Bazy danych, czyli następne lanie wody. Dużo mówimy mało robimy. Tak jakby
się uczyć latać samolotem za pomocą samych wykładów. Dobry dowcip.
Zauważyłem, że im bardziej utytułowany wykładowca tym bardziej bije mu na
czachę!! Nie chcę być taki, wiec chyba więcej niż magistra nie zrobię.
Ćwiczeniowcy są w porządku, i tak wiedzą, że ta szkoła to parodia, więc nie
utrudniają życia i nie próbują uziemiać studentów dla swojego widzi mi się.
Wiedzą, że w tej szkole nie można zdobyć wiedzy i pozwalają nam sobie ją
sobie zdobywać samemu. Również na pytania odpowiadają że nie wiedzą jak
rozwiązać dany problem, a nie jak wykładowcy, którzy zaczynają kręcić i
pieprzyć takie bzdety, że dalsze pytanie nie ma sensu.
Architektura Systemów Komputerowych to największa parodia jaką widziałam.
Uczyliśmy się starego Intela 8080!! O takie cuda jak procesory RISC czy
nawet Pentium nie pytaliśmy wykładowcy, bo on się gubił przy 8080! Wykłady
były tak durne i bezsensowne, że nie było po co chodzić. A pytania na
egzaminie o różnicę między dwoma miastami w Polsce to już chyba nie musze
komentować. Oczywiście zaliczyć u niego egzamin to czysta loteria ale ze
stosunkiem 94% szans, że się nie zda i 6 %, że się zda. A jak mu kumpel
powiedział co o nim myśli to go wywalił z egzaminu. Jak widać za szczerość
i wolność słowa, też można wylecieć.
Miałem nadzieję, że po przejściu sesji dojdą mądrzejsze przedmioty. Nic z
tego. Projektowanie Systemów Informatycznych było podniecające tylko dla
wykładowczyni. Dobrze, że prowadząca ćwiczenia wiedziała, że to jest mało
konkretny przedmiot.
Potem Systemy Expertowe i znowu ta staruszka z paseczkiem na brzuszku
zaczęła pokazywać że ona rządzi. Nic konkretnego i przydatnego..
Pytam się czy chodzę do szkoły po to żeby się nauczyć czy zmarnować czas?
Szkoła nie nauczyła mnie niczego, mało tego, to co mi implikowali to już
historia i nikt nie stosuje podobnych metod, ani też takowych technologii.
Owszem, może dwadzieścia lat temu by mnie to zainteresowało, ale mam
wrażenie, że to od nas, od kilku studentów, cały wydział informatyki mógłby
dowiedzieć się w rok więcej pożytecznych rzeczy, niż od tej zgrai
naukowców, co tylko podorabiali się tytułów i myślą, że są ważniakami.
Owszem, jest kilku ludzi, którym jestem wdzięczny, jak i trzy przedmioty z
kilkunastu, które mi cokolwiek dały. Ale jest to niczym w porównaniu z
ogromem poniesionych wydatków, straconego czasu, niepotrzebnych szkoleń,
stresów i innych z góry skazanych na niepowdzenie akcji. A potem mówią, że
szkole brakuje pieniędzy... przez ich głupotę!
Po co komu taki wydział?? Co to miało być, przedszkole dla napalonych
lamerów czy studia specjalistyczne dla fachowców od informatyki??
Czy ktoś kiedyś poruszy sprawy istotne z punktu widzenia przyszłości?? Czy
o nowinkach technicznych powie się na zajęciach, czy dalej jedynym
sposobem szybkiego dostępu do nowinek będzie Internet.
Szkoła informatyczna, a dostępu do internetu na uczelni nie uświadczy,
mało tego, nawet sprzęt jakim dysponuje jest przestarzały, a oprogramowanie
nieaktualne.
Kończąc studia bez osobistego przygotowania człowiek wychodzi z
przeświadczeniem, że ma duży zasób wiedzy. Faktycznie ma, ale całkowicie
bezużytecznej i nikomu do szczęścia nie przydatnej. Może co najwyżej napisać
książkę o jakichś bzdetach i będzie to następna pozycja na rynku, która
tylko leży na półkach i nikt jej nie kupuje. Bo fachowcy są eliminowani
podczas studiów. Nie liczy się wiedza praktyczna, a tylko nudne regułki i
udziwnione wzory, często źle podawane na wykładach. Tym bardziej, że
wykładowca nie trudzi się zbytnio i rżnie wykład wprost z książki. Żal mi
tych ludzi, ale siebie jeszcze bardziej. Tracę czas i nic nie mogę na to
poradzić, bo nic nie mogę w tej sprawie uczynić. Próbowałem, ale dość
szybko przestałem, bo zanosiło się że będę miał w związku z tym problemy. No
cóż... pozostawiam to bez komentarza...
Jak przechwycić wirusa
Autor: Cobretti
Jak przechwycić wirusa.
[ Dariusz Majgier - Cobretti ]
Jest kilka sposobów, między innymi taki jak niżej wymieniony: Konieczne są
dwa komputery, nie muszą być takie same, od biedy wystarczą nawet i XT'ki.
Ich powolność będzie atutem. Więc akurat znalazłem przy okazji zastosowanie
XT'kow do bardzo poważnych prac badawczych nad szybkością rozchodzenia się
wirusów po kablu. Ale o tym za chwilę. Dobra, zakładam, że dwa komputery to
nie problem. Teraz trzeba by skonstruować odpowiedni kabelek. Akurat pod
ręką mam kabelek do transmisji szeregowej po RS232, będzie jak znalazł!
Trzeba się jeszcze postarać o wirusa, przecież cały trick polega na złapaniu
właśnie jego. Trzeba się udać na najbliższą giełdę lub pierwszy lepszy
piracki serwer. Tam się zawsze znajdzie masę wirusów, nawet można sobie
wybrać typ i rodzaj uszkodzeń jakie ma wywołać.
Najlepiej wybrać Kaczora, jest niezawodny i wspaniale się namnaża. Zawsze
będzie pewność, że jest i eksperyment się powiedzie. I nie ważne jest czy
siedzi na twardym, czy na dyskietce i tak po jakimś czasie będzie wszędzie.
Teraz do dzieła. Trzeba go przecież przechwycić. W tym celu trzeba wziąć
drugi komputer, jeszcze nie zainfekowany, gdzie będzie się chciał
przedostać ten wirus. 100% pewności, że on będzie się chciał przenieść, bo
każdy wirus tylko jedno ma w głowie, właśnie to, żeby się przenosić.
Oczywiście można spotkać wirusy typu Defender, które mnożą się tylko w
jednym celu - unicestwić właściwe szkodniki, ale nie o nich tu będzie mowa.
Po połączeniu dwóch komputerów w dowolny sposób.. Novell, Microsoft, Unix,
albo najprościej poprzez złącze RS za pomocą Nortona Comandera zacznij
przygotowywać się do ostatniego starcia. Do pierwszego komputera pakujemy
wirusa w dowolnej formie, zarówno jako plik wykonywalny lub jako zbiór już
zainfekowany. Tylko uwaga! Drugi komputerek nie może ulec zainfekowaniu.
Sprawa najważniejsza, podłączamy kabelek do zainfekowanego komputera nie
jest istotne jaki kabelek i z jakiej sieci użyjemy. Mając włożony kabelek
podłączamy następnie drugi komputer do sieci i odpalamy go. Tylko jeszcze
nie wkładamy kabelka do tego komputera, bo by się popsuła cała sztuczka.
Sprawa wygląda tak: mamy komputer z wirusem i bez wirusa, oba włączone, a
kabel jest podpięty na razie do tego zainfekowanego. Teraz przydałoby się
znać długość pliku z wirusem, i mieć pewność, że kabel wystarczy na tego
wirusa. Ale nic to, skupić się trzeba nad tym co robimy. Bierzemy kabelek
do ręki, druga rękę trzymamy przy wtyczce od komputera zainfekowanego. W
momencie włożenia wtyczki od kabla do czystego komputa, wirus będzie chciał
natychmiast przeniknąć w trzewia systemu operacyjnego nowego komputera. Ale
tu go spotka niespodzianka! Ponieważ wkładamy kabel przy włączonym
komputerze, nastąpi krótkie zwarcie, co nam oczywiście uszkodzi komput.
Wirus zostanie sparaliżowany na ułamek sekundy i zanim rozpocznie ofensywę
zwrotną miną ułamki sekund. W tym czasie drugą ręką należy wyrwać kabel z
komputera zainfekowanego. Jest, jest!!! Krzyczysz.. i masz racje, jeżeli
tylko kod Wirusa nie był dłuższy niż kabel to masz schwytanego i uwięzionego
wirusa w kablu!
Co na to wirus?? A no nic, miota się straszliwie, możesz przyłożyć ucho do
kabla to usłyszysz te przeraźliwe wrzaski i walenie ogonem w osłone kabla.
Tutaj też musisz uważać na to, żeby kabel był koniecznie ekranowany,
opancerzony w ołów, zalany szczelnymi powłokami gumowymi i dodatkowo
zabezpieczony żywicą epoksydową. Tak spreparowany kabel należy podesłać na
adres wielkich korporacji mających całe muzea wirusów przechwyconych w
kablu.
Mówisz sobie - zostanę łapaczem wirusów. Masz rację, zabawa wciąga,
przestają się liczyć pieniądze wydawane na sprzęt, szkoła, praca, dom,
rodzina. Całe życie poświęca się łapaniu wirusów do kabla, co sprawia, że
stajesz się wykwalifikowanym VirusBaster.
Po jakimś czasie przestanie Ci to wystarczać, zaczniesz szukać
mocniejszych wrażeń, przerzucisz się na zwierzęta, później na ludzi...
Sam nie wiesz kiedy zginiesz unicestwiony sam przez siebie, ale
ostrzegałem jak to się może skończyć.
Inne - Personal Script 2.5
Personal Script ver. 2.5
Autor: Cobretti
Personal Script v.2.5
Wszystkie prawa pogwałcone (G) Dariusz Majgier, 01.01.1997
==> Twój pierwszy raz...
Jeżeli wcześniej to robiłeś, nie czytaj tego punktu, tylko przejdź do
następnego. Jeżeli to Twój pierwszy raz to muszę powiedzieć Ci, że podobne
skrypty są pisane przeze mnie od dwóch lat i czytając je możesz odrobinkę
zgłębić tajemnice Cobrettiego, poznać go tyle o ile i nawet może uda Ci się
wyniuchać coś niesamowitego. W każdym razie jest to najobszerniejsze info o
mnie jakie krąży po sieci - w razie potrzeby zawsze mogę coś dopowiedzieć i
wyjaśnić.
Oczywiście Personal Script'y to mój pomysł, a jakże! Wymyśliłem je pewnego
letniego poranka, siedząc na sieci i mówiąc o sobie chyba setny raz jakiejś
wielbicielce.
No i czekam na podobne opracowanie od Ciebie, bo zacząłem już zbierać PS'y
innych ludzi i mam sporą kolekcję. No i nie przejmuj się, że będę się tutaj
troszeczkę wychwalał, bo nie leży to w mojej naturze, ale jak to mawiają -
Jak się bawić to się bawić, drzwi wywalić, nowe wstawić:-)
A w PS'ie wszelkie wychwalanie zgodne z prawdą jest chyba jak najbardziej
wskazane, co nie?
==> Dla stałych odbiorników...
No i spotykamy się kolejny raz. Jak zwykle trochę dodałem, ale jeszcze
wciąż za mało. Jak kiedyś będę miał czas, to zrobię z tym wielgachny
porządek Póki co wszystko leci w telegraficznym skrócie - mam nadzieję, że
się nie zanudzisz na śmierdź:-)
Wciąż mi się przytrafia masę dziwnych i zaskakujących historii i zdarzeń,
nie jestem w stanie tego wszystkiego odnotować, chyba zatrudnię sekretarkę.
Ostatnio np. przytrafił mi się tytuł Człowieka Roku '96...
No to przechodzę do sedna.
==> Jak mnie znaleźć...
Adres domowy:
Dariusz Majgier
█████████████████████
██-███ Sosnowiec
Polska
E-mail: na razie █████████████████
później może być inny, więc polecam e-mail ███████████████
WWW: http://www.cto.us.edu.pl/~majgier też na razie, a polecam
http://venus.wis.pk.edu.pl/cobretti/ ten jest pewniejszy
Fido: ███████████ to przynajmniej powinno być stałe:-)
Telefon miejski: +048 (0-██) ███-██-██
Telefon kolejowy: ███-██ z Katowic, kierunkowy do Katowic chyba ███
WoW, powiesz - można sobie ze mną połączyć się wszystkim prawie!
Oczywiście, ale preferuję bezpośrednie kontakty. Przy okazji zaznaczam, że
telefon kolejowy jest dostępny na każdej stacji kolejowej i jest darmowy,
tak więc możesz ze mną gadać do woli.
Możesz mnie zastać wieczorami w domu, tylko nie zawsze moim, ale to jest
chyba mało istotne:-) W razie czego próbuj na następny dzień. Kiedyś
przecież muszę się w moim domu pojawić. Gdzieś trzeba nocować:-)
==> Jak wygląda Cobra...
Wzrost: 184 cm, może troszkę więcej, dawno się nie mierzyłem...
Waga: 77 kg, zważyłem się specjalnie dla potrzeb tego skryptu!
Znaki szczególne: kilka razy rozcięty łuk brwiowy bo w przedszkolu była
śliska podłoga, hehehe i udało mi się zawsze przygrzmocić głową w kran...
Czego nie posiadam: nie mam żadnych nałogów. Nie! Oczywiście że mam ale
nie tego typu, co się samo przez się rozumie, jak poczytasz dalej to
zobaczysz. Nie posiadam na sobie zbędnych przedmiotów typu łańcuszki,
kolczyki i inne paskudztwa. Zarostu tez nie posiadam, chyba ze nie mam
czasu się ogolić (ale przystojny jestem zawsze, co potwierdzi nie jedna
dziewczyna:)))
Styl: typowo sportowy, sportowe garnitury, marynarki, a najlepiej T-shirt
i dżinsy, w lecie tylko krótkie spodenki i T-shirt. Ewentualnie T-shirt i na
to marynarka /spodnie w domyśle/, buty zawsze sportowe i koniecznie
wodoodporny zegarek.
Fryzura: na dziś krotko ostrzyżony, w lecie typowy Universal Soldier, jak
troszkę podrosną będzie rozdziałek po środku mojej zakutej pały Kolor
włosów podchodzi pod ciemny blond.
Aha! Nie są prawdą pogłoski, że mam w domu kapsułę teleportacyjną!
==> Moja kariera naukowa...
Urodziłem się w Krakowie, na ul. Kopernika, w szpitalu nr 4.
Można śmiało powiedzieć o mnie "Urodzony 7 kwietnia" dodatkowo w 1974
roku, może o mnie tez film nakręcą, ha? Dla dokładności podaje godzinę
4.00, sam sprawdzałem! Bo na zegarku znam się od dziecka. Sam sprawdzałem
młoteczkiem co ma w środku, okazało się że nic ciekawego - dopiero po latach
wróciłem do sedna sprawy i się okazało, że jednak coś ciekawego zawiera.
Jednak wskazówek do życia się w nim nie odnajdzie.
A w chwilę po urodzeniu startowałem do nauki, żeby było co napisać w moim
skrypcie jak dorosnę. Skąd wiedziałem ze go napisze?? Nie ważne, zawsze
miałem najlepsze źródła informacji.
Rozpocząłem naukę w SzP nr 4 w Przemyślu /1 i 2 klasa/, ale chodziłem tam
tylko żeby się ponudzić i zaliczyć obecności I tak wszystkiego co tam mnie
chcieli nauczyć, nauczyła mnie moja Xtra Babcia!! W przedszkolu potrafiłem
czytać i pisać wiec chodziłem zadowolony, bo mało kto znal wtedy
zaszyfrowane informacje w gazecie lub książce.
Tutaj tez po raz pierwszy trafiłem na ludzi, którzy chcieli mnie zwerbować
do szkoły muzycznej. Niestety byłem twardy i się nie dałem. Przeszedłem
testy i okazało się ze mam bardzo dobre wyczucie rytmu i dobry słuch. Co z
tego, skoro trafili na strasznie uparte dziecko. Babcia nawet nie dala rady
mnie namówić, wiec stanęło na tym ze na skrzypcach grac nie będę. No tak,
wyobraź mnie sobie grającego na skrzypcach???!!!??? co najmniej dziwne:-)
Ale Vanessa Mae wyczynia ze skrzypcami cuda, i gdybym wcześniej zobaczył jak
można na nich grac, pewnie bym się skusił.
Następnie zaliczałem SzP nr 42 w Sosnowcu, co mi wyszło chyba na dobre,
ale tego co tu narozrabiałem to już się chyba nie da powtórzyć:))) A ja
byłem bardzo grzecznym chłopczykiem:))))) Tyle tylko ze wszyscy nauczyciele
mieli mnie dość z dyrekcja na czele. Zawsze brakowało mnie na jakichś
głupich pochodach z kwiatkami. A po za tym wariacki obowiązek noszenia
mundurków starałem się znieść na własną rękę. No wiec chodziłem ubrany jak
chciałem, i wszyscy mnie za to ścigali. Jest teraz o czym opowiadać
wnukom:))) (Jeszcze nie mam wnuków, ale za jakiś czas, kto wie...)
Oczywiście tutaj po raz kolejny trafiłem do szkoły muzycznej. Tym razem z
własnej nie przymuszonej woli. Rodzice kupili pianino na którym sobie
grałem i pewnego dnia zapragnąłem wzbogacić swoje umiejętności muzyczne i
wyrobić sobie szlify profesjonalisty. Shit!! Jaki to był głupi pomysł, to
do dziś nie mogę przeboleć. Same nudne kawałki grałem, zero perkusji i
mocnego uderzenia, po pół roku powiedziałem, ze nie będę chodził bo i tak
nic nowego się nie nauczyłem, a tylko tracę czas. Stanęło na tym, ze po
wielkich namowach ze strony rodziców i samej dyrektorki szkoły, która mnie
akurat uczyła, skończyłem jeden rok szkoły muzycznej. O rok za dużo, wole
już zdecydowanie mój keyboard, MIDI i komputer.
Po szkole podstawowej przyszedł czas na Technikum Kolejowe w Sosnowcu /5
letnie/, tutaj nabrałem solidnych podstaw wiedzy i wyspecjalizowałem się w
obsłudze urządzeń nie spotykanych na co dzien. Obrabiarki, agregaty,
prądnicę, pompy i masę innych urządzeń, a przede wszystkim jestem w stanie
zbudować od podstaw prywatna siec kolejowa. Jak będziesz chciał speca od
kolei to wiesz gdzie się zgłosić, no nie?:-)
Mam tytuł technika elektryka w dziedzinie: Automatyka sterowania ruchem
kolejowym. Na swym koncie mam także olimpiadę wiedzy o kolei /2 miejsce w
Polsce/ olimpiadę elektroniczna i parę innych drobnych osiągnięć. Z ta
olimpiada to był niezły przekręt, dzisiaj mogę co nieco ujawnić. Mogłem mieć
pierwsze miejsce i wygrać ten pojedynek ale problem był w nagrodach. Za
pierwsze miejsce był Translator Ang-Pol, za drugie Walkmen.
A ja akurat potrzebowałem Walkmena i dlatego zająłem drugie miejsce. Myślę
ze parę osób wiedziało dlaczego nie zająłem pierwszego, ale nie byli pewni
tego manewru. A ponieważ to moja wiedza wiec sam sobie wyznaczyłem nagrodę,
szkoła mnie wtedy jakoś nie obchodziła bo i tak nic od niej nie dostałem za
mój wyczyn.
A maturę zaliczyłem z matmy na 3 i 5 a z polskiego na 4 i 4.
Obecnie studiuje na Uniwersytecie Śląskim Informatykę III rok, na Wydziale
Techniki tez w Sosnowcu. I mam się nieźle, tylko uczą nas masę bzdurnych
przedmiotów i tego nie wybaczę szkole nigdy. Wszystkiego co jest na prawdę
potrzebne musze uczyć się sam. Mało tego, pewnym osobom przeszkadzał fakt,
że wiem za wiele i chcieli mnie wyeliminować z tej gry, więc mam za sobą
komis z Systemów Wyszukiwania Informacji i jako jedyna osoba go zaliczyłem.
Jestem cholernie dumny z tego faktu, ale wszystko na nic, bo w tym roku
znowu trafiam na tą samą kobiecinę i prawdopodobnie uwali mnie na twardo.
Takie życie. Ale nie problem. Poradzę sobie jakoś - jak to mawiał Baca
zawiązując but dżdżownicą:-)
A 21 listopada 1996 stała się rzecz niesamowita - zostałem Człowiekiem
Roku - Internet '96 i to w skali całego świata! Pisała o mnie cała polska
prasa, byłem zapraszany do rozgłośni radiowych, a nawet przyjechała do mnie
do hacjendy telewizja. Jestem pierwszym w historii świata człowiekiem,
wyróżnionym przez kanadyjską korporację SkyNet Communications za całokształt
mojej działalności na Internecie. To jest na prawdę wielkie wydarzenie i
zamierzam wykorzystać ten fakt do poprawy kilku rzeczy w Polsce - bo nie
chcę spocząć na laurach ale także pomóc innym. Prawdziwą frajdą będzie
wyjazd do Kanady - zawsze chciałem zawitać za Wielką Wodę.
==> A to Cobry lubią najbardziej...
Interesuje mnie wszystko, ale w pewnych zakresach. Na przykład nie bawi
mnie w ogóle historia, ale za to historie komputerów znam na pamięć
Podobnie jest z innymi dziedzinami. Przy okazji napomknę że moje
zainteresowani i tak sprowadzają się do kobiet:-)
Moje zainteresowania są niesamowicie wszechstronne, oczywiście z dominacja
zagadnień informatycznych.
Fotografia /samodzielne wywoływanie filmów/ tylko czarno białych bo na
sprzęt do kolorowych nie mam w tej chwili kasy. Możesz mnie prosić o moje
zdjęcie, ale nie wiem czy dostaniesz bo to przeważnie ja robię zdjęcia, wiec
mnie na nich nie ma :-(
Elektronika: z tej dziedziny to pamiętam działający nadajnik-odbiornik
dzięki któremu udało mi się skutecznie zakłócić lokalne radio... Antenę
stanowił karnisz, a tak w ogóle to niezłe przekręty były z zabawa napięciem
220 Volt. Małe kopniecie i do dziś nie jestem normalny, miałem przebicie
gdzieś miedzy rozumem a 7 zmysłem. Szczególnie bawi mnie elektronika
cyfrowa, na spokojnie mogę zaprojektować i zbudować komputer, potrzebuje
tylko dobrego zaplecza technicznego.
Muzyka /szczególnie elektroniczna, współpraca komputera z sekwencerami,
procesorami dźwięku, MIDI, przetworniki analogowo-cyfrowe i
cyfrowo-analogowe, także zwykle klawisze/, sam gram na klawiszach i mam parę
dyskotek na koncie. Dziewczynom to się podoba najbardziej, nie wiem czemu.
Może lecą na D.J.'ow, którzy w dodatku zasuwają na klawiszach...:)))
Chwilowo dysponuję SB16Pro, zawsze jakaś karta, przynajmniej można na tym
wszystko zrobić.
Co słucham: mh.. ciężka sprawa, praktycznie wszystko co mi się spodoba,
ale przede wszystkim Techno, Rap, Disco /tylko nie Disco Polo, bo to jest
kaszana!!/, muzyki elektronicznej. Oczywiście lubię jakieś wolne, świetne
kawałki Preferuję eksperymentalne utwory, bo oklepana linia melodyczna mnie
tylko zniechęca.
Co czytam: uwielbiam wszelkie książki których akcja dzieje się w kosmosie
i w przyszłości, najlepiej dodać do tego trochu komandosów i szybka akcje
/ALIEN trzy części/, oprócz tego inne S-F, trochę dobrych psychologicznych
/MARSZ Kinga/, i może jakieś extra książki które po prostu się czyta.
I nie jest prawda pogłoską ze przeczytałem kolejna książkę telefoniczna i
pamiętam wszystkich bohaterów!!
Biologia: zawsze trzymałem w domu dziwne stworzenia, od pająków począwszy,
poprzez różnego rodzaju gady, a na kanarku skończywszy. Gdybym nie mieszkał
na osiedlu miałbym chyba prywatne zoo. Bawi mnie przyroda i dzika puszcza,
tudzież wyludniona wyspa byłaby dla mnie świetnym miejscem - sorry, nie
wyludniona! Z dziewczyną!:-)
Co mnie jeszcze ciekawi: opracowania reklamowe /design, layout/,
opracowania naukowe na tematy wybiegające w przyszłość i mało znane,
modelarstwo, alpinizm, śmigłowce bojowe, wojna w Vietnamie, przystosowanie
człowieka do życia w ekstremalnie trudnych warunkach /nie chodzi tu o
survival, tym tez się interesuje/ i cala masa innych rzeczy, o przypomniałem
sobie ze byłem wędkarzem, i wcale nie jest prawda ze chodziłem na walenie:-)
Sport: trenowałem ju-jitsu 1 rok, koszykówką bawiłem się zawodowo 1 rok,
płacili mi 175 zloty za mecz.. hehe, to były czasy.. oprócz tego siłownia,
boks, biegi, pływanie i strzelanie z procy!!. No i oczywiście zdążyłem co
nieco zapoznać się z hokejem, zresztą w niezbyt ciekawych okolicznościach. A
w zawodach na kręgielni w Karpaczu zająłem 2 miejsce, to był mój pierwszy
kontakt z kręglami od czasu dzieciństwa, kiedy to ustawiałem sobie 12
żółtych, plastikowych kręgli i turlałem w ich stronę piłeczkę...
Ostatnie moje zajęcie to zbieranie biletów autobusowych, tramwajowych,
trolejbusowych, kolejowych, lotniczych, z metra i każdego środka
komunikacji miejskiej i międzynarodowej. Mam już dosyć pokaźną kolekcje
/ponad 1000 biletów/ z kilkunastu krajów, oczywiście najwięcej z polski,
wszystkie skatalogowane i opisane /zarówno z roku 1935 jak i współczesne/.
Cos nie typowego jak na faceta: robić na drutach i szydełku tez umiem, z
gotowaniem sobie radzę nie gorzej, a i na maszynie cos przelecę...:)))) i
parę innych rzeczy tez potrafię...na przykład byłem ministrantem i miałem
najbardziej odlotowa komżę!!!
JEJKU! TRZEBA IŚĆ SPAĆ, BO JUŻ SIĘ PÓŹNO ZROBIŁO:-)
==> Kobiałki...
To jest ta lepsza część życia, tudzież najbardziej stymulująca psychikę
człowieka, dająca masę niesamowitych odczuć i takie tam inne duperele:-)
Dlatego te kilka linijek poświęcam Dziewczynom.
Nie jest dla mnie najważniejsze czy jest piękna czy brzydka, oczywiście
preferuje te pierwsze, ale podstawa jest to co sobą reprezentuje.
Inteligentna, potrafiąca się znaleźć w każdej sytuacji, uśmiechnięta,
zmysłowa, delikatna. Taka, żeby można z nią było przegadać cały wieczór i
się nie zanudzić. Równocześnie mającą w głowie odpowiedni zasób wiedzy, a
nie tylko wbudowany moduł samozachowawczy.
To ma być moja żona, matka moich dzieci, ktoś odpowiedzialny, mądry, ktoś
potrafiący się zachować w każdej sytuacji, mający jakąś wiedze, potrafiący
sobie poradzić beze mnie, gdy mnie zabraknie. Musi być lojalna,
odpowiedzialna, wierna i będącą również cudowna kochanka (moja, of course)
delikatną, konkretną, a niech to... nie wyliczę tu wszystkich zalet bo mi
skryptu braknie!!!
Kolor włosów, oczu, wzrost?? To się nie liczy, wszystko zależy od Niej,
musi być elastyczna w poglądach, ale z konkretnym, własnym stanowiskiem w
niektórych sprawach. Po za tym, hm.. no właśnie, resztę dopowiedz sobie sam.
Jak tu opisywać coś tak wspaniałego, samemu nie będąc poetą i nie mogąc
wydobyć piękna opisu. No cóż... może kiedyś napiszę na temat Dziewczyn
poemat? Kto wie.:-)
A przede wszystkim cenie sobie szczerość, bo sam jestem niesamowicie
szczery, może aż do bólu. Jeżeli dziewczyna kłamie, pali papierosy i zażywa
browarek to nadaje się tylko na przemiał, albo może nawet na to się nie
nadaje...
==> Co robię ostatnio...
To nie jest takie proste do ustalenia jak się na pierwszy rzut okaz
wydaje. Bo robię to na co jest zapotrzebowanie - trzeba zaliczyć egzamin to
zaliczam, ktoś zamówi program to piszę, trzeba ugotować zupę to gotuję, mam
propozycję pracy nad jakimś projektem to współpracuję... w zasadzie jestem
w stanie zrobić wszystko, co chyba nie jest zbyt wielkim dla Ciebie
zaskoczeniem.
==> Prószę, proszę, proszę...
Mam prośbę: jeżeli możesz, będę wdzięczny za przysłanie biletów z Twojego
okręgu, mogą być skasowane, nie robi mi to różnicy, normalne, miesięczne,
okresowe lub jakiekolwiek tam są, oczywiście ze środków komunikacji...
Za każdy podobny skrypt do mojego również będę wdzięczny, szczególnie
zależy mi na Twoich danych personalnych, w celu możliwości skomunikowania
się w razie potrzeby, nie tylko za pomocą sieci.
Mała kartka z wakacji będzie również bardzo milo widziana...
DZIĘKI!! - to na wypadek, gdyby moje prośby były spełnione pozytywnie.
==> No i czas się pożegnać...
Nie na długo - być może znajdę kiedyś chwilkę i updatnę ten plik o nowe
fakty. Póki co trzeba jednak zwijać się z tym tekstem.
Resztę pytań kierować bezpośrednio do mnie, odpowiem na pewno. Ewentualnie
czekam na maile:)) tez postaram się poodpowiadać w miarę szybko:)))
Gorący buziak dla dziewczyn, facetów poklepuje po plerach.
[ End of Personal Script ver. 2.5 ]