Adresy email, numery telefonów i adresy zostały usunięte z poniższego archiwum. Prawa autorskie należą do autorów.

Spis treści

Reporter 1/1996

Wstępik

Autor: Cobretti

                                  Wstępik.

             [ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]

  No  to  zaczęło  się!  Teraz  tylko  czekam  na  teksty  od  Ciebie, logi,
niesamowite  pomysły  i  inne  badziewia.  W każdym razie tutaj idzie się na
ilość. Jakość będzie wtedy, jak będzie z czego wybierać:)))
  Tyle tytułem tego niesamowicie pięknego wstępu.

Dodawanko

Autor: Cobretti

                                Dodawanko

             [ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]

  To  niesamowite  i  obarczone  błędem  dodawanko niejednego zbija z tropu.
Znalazłem to w jednej z konferencji Fido, niezłe nie?

a  +  b       = c
a  +  b       = c              |  +a
2a +  b       = a + c          |  +b
2a + 2b       = a + b + c      |  -2c
2a + 2b -2c   = a + b - c
2 (a + b - c) = 1 (a + b - c)
2 = 1 !!!!!

  Znasz  podobne  ciekawe  zadanka?  To  oczywiście  ma  błąd, bo przez zero
dzielić  nie  można,  ale  o tym wiedza tylko Ci którzy się znają, dla całej
reszty  jest  to  niesamowite,  bo  myślą  ze  znaleźli  sposób  na zagięcie
największej z nauk czyli Informatyki:))).

Kury i przygoda

Autor: Cobretti

                             Kury i przygoda

             [ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]

  - Logowanie rozpoczęte -

  <Cobretti>  Marzena:  dobra,  w taki razie bez chwili wahania podplywam do
Ciebie i wyciagam na brzeg.. (jakies 500 metrow do przeplyniecia) a potem to
juz tylko pozostaje metoda usta usta...
  * marzena oswiadcza ze istotnie nie spala z agniecha....

  - hm.. co za dziwne oświadczyny, przecież nikt nikogo nie posądzał...

  <Cobretti> Agniecha: przeciez nie bedziemy jechac osobno:))))
  <KURA1> cobra: ale ja lepiej plywam niz ty
  <Cobretti> Agniecha: chcesz poprowadzic??
  <agniecha> Cob: oo, dobry jestes w 1 pomocy widze..........:)))))
  <rob> kura:jak lepiej plywasz to splywaj

  - i tu się zaczęło przekomarzanie Roba z Kurą

  <Cobretti>  Agniecha:  kurs ratownika..co prawda nie skonczony, ale troche
mam:)))
  <KURA1> rob ty jestes osiol
  <KURA1> rob : czyzby mile laskotalo cie slowko osiol?
  <rob> kura:kawal z ciebie szczura
  <agniecha> rob: rymowanki ???

  - tak to działają na niektórych zwierzęta, i to pospolite

  <Cobretti>  Agniecha:  nie  ma  problemu, mamy dwa sztucery w razie czego.
mozemy spokojnie ciagnac w kierunku majaczacych na choryzoncie gor...
  <KURA1> rob : kura to ptok
  <TOM> kura to nie ptak
  <rob> kura:chyba cwok
  <`dareski> kura to ssak

  - potulna kura dwie matki ssa.. a moze ssie?

  <agniecha>  Cob:  skad wiedziales ze gory sa moja miloscia ?????????
  <rob> kura to ssak?
  <rob> ciekawe co kura ssa?
  <KURA1> robaczki
  <TOM> kura to jajorod

  -  tak  Tom  wpadł na nowe przyporządkowanie Kury, jeżeli chodzi o sposoby
rodzenia

  <rob> kura: bo ci jajka zdepcze

  - to bylo nie fair, kura też chce mieć jajka...

  <marzena> cob: a co z ratowaiem...jak mnie zostawisz do zdechne..(((
  <rob> kura zyjesz? czy rosol z ciebie zrobili?
  <agniecha> Cob: nie daj zdychac marzenie !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
  <rob> niech zdycha

  - Rob jednak jest nieludzki, tak jak Kura:))))

  <agniecha> rob: bo zarzniesz kure ! uwazaj !
  <Cobretti>  Agniecha:  jasne,  a  wieczorem  rozbijemy  oboz w jakiejs nie
przeniknionej   jungli   pelnej   bagien,  krokodyli,  i  innych  paskudnych
stworzen (zebym mogl Cie wyratowac z klka razy)
  <agniecha>  Cobretti:  zapowiada  sie  wyprawa pelna niespodzianek.....mam
nadzieje ze atrakcji nie zabraknie do konca pobytu........;)

Swiatła i tory

Autor: Cobretti

                              Światła i tory.

             [ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]

  Na  pewno  kiedyś  jadąc  pociągiem  zdarzyło  Ci się chociaż przez chwile
zastanowić  co oznaczają te wszystkie dziwne symbole na trasie przejazdu. Po
co  ich  aż  tyle,  dlaczego  są takie dziwne, niektóre niebieskie, niektóre
pomarańczowe,   innych  z  kolei  wprawne  oko  nie  wypatrzy.  A  dodatkowe
urządzenia  ukryte  w  szafkach przytorowych, na nastawniach i obok szyn? Do
czego  one  służą? Mało który pasażer wie dlaczego pociąg zwalnia na pewnych
odcinkach,  jakie  jest  napięcie  w  trakcji, lub dlaczego ośki wagonów nie
urywają  się  na  zakrętach.  A  już  nie  wspomnę o skomplikowanych w pełni
zautomatyzowanych górkach rozrządowych.
  Może na początek trochę danych, które mogą się przydać choćby dzisiaj, gdy
będziesz  wracał  pociągiem  do domu, lub jechał sobie nad morze lub w góry.
Trasa  nie będzie taka monotonna a to co można odczytać z semaforów powie Ci
jak prawdopodobnie będzie zmieniała się prędkość pociągu.
  Semafory,  bo  o  nich  mowa, maja największe znaczenie dla bezpieczeństwa
ruchu  pociągów.  Są  jak  światła na skrzyżowaniu, ale o wiele więcej niosą
informacji.  Budowa  semafora  jest  uzależniona  od jego typu. Stosowane są
sygnalizatory   kształtowe   i   świetlne.   Zajmę   sie   tylko  semaforami
świetlnymi,  bo  kształtowe są nie tak często spotykane. Ale jeżeli kogoś to
zainteresuje  mogę  omówić  urządzenia  mniej  nowoczesne, znajdujące sie na
rzadziej uczęszczanych szlakach.
  Semafor  składa  się z głowicy, masztu i podstawy. Podstawa jest wkopana w
ziemię  i  nic  ciekawego  o  niej nie można powiedzieć, oprócz tego że jest
strasznie  ciężka.  Po  można  maszcie  poznać  jaki semafor właśnie mijamy.
Jeżeli  jest  to  maszt  pomalowany  na  jasny  szary kolor, to na pewno nie
zapowiada  to  przyjazdu  na stację, jest to semafor szlakowy samoczynny. Co
innego  gdy  spotkamy  maszt  w czerwono białe paski. Taki kolor oznacza, że
jest to semafor wjazdowy lub wyjazdowy ze stacji. Tak na marginesie, włócząc
się  po  lesie  i zbierając grzyby, mając dodatkowo niedaleko tory kolejowe,
idąc po nich, bardzo łatwo można określić czy dochodzi się do stacji czy też
mamy  przed  sobą następne kilkadziesiąt minut wędrówki do jakiegoś miejsca,
skąd można by się zabrać pociągiem. Tyle o maszcie. Teraz głowica.
  Głowica  składa  się  z  komór sygnałowych, układu optycznego oraz z płyty
tłowej  z  daszkami  ochronnymi.  Zadaniem  płyty  tłowej  jest  polepszenie
widoczności  świateł,  przez  zwiększenie  kontrastu.  Daszki  ochronne mają
zadanie   chronić   układ   optyczny   przed   warunkami   atmosferycznymi i
odblaskami  promieni słonecznych. Światło musi być widoczne od 100 metrów na
trasach  miejskich  do ponad 500 metrów na szlakach głównych, gdzie szybkość
może  przekroczyć  100  km/h.  Ponieważ czasem zachodzi potrzeba podejrzenia
sygnału  przez maszynistę stojącego obok semafora, każda soczewka zewnętrzna
ma  tzw.  sektor.  Umożliwia  to  skierowanie części promieni świetlnych pod
semafor.  W  innym  wypadku  pod  semaforem  nie  można  by  dojrzeć sygnału
ustawionego na kilkaset metrów. Takie kolorowe szkiełka doskonale nadają się
na kolorofony!!! Jest pięć kolorów: czerwony, pomarańczowy, zielony, biały i
niebieski!!
  Istnieją   również  semafory  miniaturowe,  służące  do  dawania  sygnałów
manewrowych,  są usytuowane na podstawach przy torach, lekko pochylone o kąt
5 stopni, aby poprawić widoczność.
  Sygnały na semaforach:
  Ponieważ   każdy  semafor  jest  w  stanie  pokazać  sygnał  na  następnym
semaforze,  maszynista  nie  ma  problemu  z  nagłymi zmianami szybkości lub
nagłym hamowaniem, po prostu wie co go czeka.
  Sygnał S1 "Stój" czerwone światło
  Sygnał  S2 "Jazda z największą dozwoloną szybkością" jedno zielone światło
ciągłe
  Sygnał  S3  "Jazda  z  największą  dozwoloną  szybkością, a przy następnym
semaforze  z  szybkością  nie przekraczającą 100 km/h" Jedno zielone światło
migające
  Sygnał  S4  "Jazda  z  największą  dozwoloną  szybkością, a przy następnym
semaforze   z   szybkością   nie   przekraczającą  40  lub  60  km/h"  Jedno
pomarańczowe światło migające
  Sygnał  S5  "Jazda  z  największą  dozwoloną  szybkością  a przy następnym
semaforze "Stój" Jedno światło pomarańczowe ciągłe
  Sygnał  S10 "Jazda z szybkością nie przekraczającą 40 km/h, przy następnym
semaforze  największa  dozwolona"  Dwa  światła: górne zielone ciągłe, dolne
pomarańczowe ciągłe
  Sygnał  S11  "Jazda  z  szybkością  nie  przekraczającą  40  km/h,  a przy
następnym  semaforze  z szybkością nie przekraczającą 100 km/h" Dwa światła:
górne zielone migające, dolne pomarańczowe ciągłe
  Sygnał  S12  "Jazda  z  szybkością  nie  przekraczającą  40  km/h,  a przy
następnym  semaforze  z  szybkością  nie  przekraczającą 40 lub 60 km/h" Dwa
światła: górne pomarańczowe migające, dolne pomarańczowe ciągłe
  Sygnał S13 "Jazda z szybkością nie przekraczającą 40 km/h a przy następnym
"Stój"" Dwa światła pomarańczowe ciągłe
  Sygnał   Ms1   "Jazda  manewrowa  zabroniona"  Niebieskie  światło  ciągłe
umieszczone na semaforze wysokim lub niskim
  Sygnał  Ms2  "Jazda manewrowa dozwolona" Białe światło ciągłe na semaforze
wysokim lub niskim

  Teraz  sygnały na semaforach zaopatrzonych w sygnalizatory w postaci pasów
świetlnych pod głowicą

  Sygnał  S6  "Jazda  z  szybkością  nie  przekraczającą 100 km/h, a potem z
największą  dozwoloną  szybkością"  Dwa światła: górne zielone ciągłe, dolne
pomarańczowe ciągłe a pod nim świetlny zielony pas poziomy
  Sygnał  S7 "Jazda z szybkością nie przekraczającą 100 km/h przy tym i przy
następnym   semaforze"   Dwa   światła:   górne   zielone   migające,  dolne
pomarańczowe ciągłe a pod nim zielony poziomy świetlny pas
  Sygnał  S8  "Jazda  z  szybkością  nie  przekraczającą  100  km/h,  a przy
następnym  semaforze  z  szybkością  nie  przekraczającą 40 lub 60 km/h" Dwa
światła:  górne  pomarańczowe  migające, dolne pomarańczowe ciągłe a pod nim
zielony pas świetlny
  Sygnał  S9  "Jazda  z  szybkością  nie  przekraczającą  100  km/h,  a przy
następnym  semaforze  "Stój""  Dwa  światła:  oba pomarańczowe ciągłe, a pod
nimi zielony pas świetlny
  Sygnał S10a "Jazda z szybkością nie przekraczającą 60 km/h, przy następnym
semaforze  największa  dozwolona"  Dwa  światła: górne zielone ciągłe, dolne
pomarańczowe ciągłe a pod nim pomarańczowy pas świetlny
  Sygnał  S11a  "Jazda  z  szybkością  nie  przekraczającą  60  km/h, a przy
następnym  semaforze  z szybkością nie przekraczającą 100 km/h" Dwa światła:
górne zielone migające, dolne pomarańczowe ciągłe a pod nim pomarańczowy pas
świetlny
  Sygnał  S12a  "Jazda  z  szybkością  nie  przekraczającą  60  km/h, a przy
następnym  semaforze  z  szybkością  nie  przekraczającą 40 lub 60 km/h" Dwa
światła:  górne  pomarańczowe  migające, dolne pomarańczowe ciągłe a pod nim
pomarańczowy pas świetlny
  Sygnał S13 "Jazda z szybkością nie przekraczającą 60 km/h a przy następnym
"Stój"" Dwa światła pomarańczowe ciągłe a pod nimi pomarańczowy pas świetlny
  Ciekawe  dlaczego  czasem  widzimy  lokomotywę  tylko  z  jednym  światłem
zapalonym...przecież ma ich aż trzy? Ja znam odpowiedz, a Ty??

Zakończonko

Autor: Cobretti

                               Zakończonko

             [ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]

  A  następny  numerek  wkrótce  Albo w kurtce. Mi jest to całkiem obojętne.
Oczywiście   sam   sobie  nie  poradzę  bo  czasowo  nie  wytrzymuje  nawału
obowiązków.  Pomożecie?!!  Stare dobre zawołanie, koledzy towarzysze. Jak to
dobrze  ze już się skończyła tamta epoka, pewnie by mi stronę ocenzurowali i
zniszczyli  komputer:))  Póki  co  internet  jest niezbędnikiem koniecznym i
tylko patrzeć jak stanie się codziennością każdej gospodyni domowej:))
  Wracając  do  gospodyń,  dodam  jeszcze  ze  znam  jedna, która korzysta z
internetu  i  ściąga  sobie  stamtąd  przepisy  kulinarne:)))  Ale to pewnie
temat do innego Reportera poświeconemu gospodyniom domowym.
  A  wizytówki?  Teraz  nie wyobrażam sobie pisać do kogoś list i wysyłać go
poczta.  Ostatnio  jak musiałem się skontaktować z kumplem przez zwykły list
stwierdziłem  ze  to  zacofanie.  No  cóż,  jak  skończę szkole znowu pewnie
pozostanę  bez internetu i będę zacofany. Mam nadzieje ze tak się nie stanie
i  do  tej  pory  jakieś  konkretne  firmy  oferujące  przyzwoite  usługi za
przyzwoita cenę będą rzeczą normalna.
  I  tak to mi wyszedł wstępniak na końcu, ale co mi tam i tak wszystko jest
poprzewracane  do  góry  nogami.  Taki  np.  rząd  w  Polsce  lub sytuacja u
ruskich...  cicho,  bo  mi  tu  zaraz GRU wpadnie a nie wiem jaki jest adres
E-mail do McGyvera i nie będzie mnie miał kto wyciągnąć:)))

Reporter 2/1996

Starter

Autor: Cobretti

                                   Poszło

             [ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]

  Wstępniaki  to  dziwna  instytucja.  Nie  cierpię ich a jednak umieszczam,
dziwne  nie?  Ale  nie  tylko  to  jest dziwne, jak np. nazwać coś co Ci się
przyśniło  i  potem  to spotykasz w świecie realnym? To jest przegięcie i to
zaskakujące.  Ostatnio miałem taką przygodę i jestem 100% pewny że to mi się
przyśniło  a  potem  spotkałem  się  z  identyczną sytuacją w życiu. Kurcze,
niesamowite  jest  to  że  wiedziałem co zobaczę przez okno pewnej knajpki w
Katowicach,  zresztą nigdy wcześniej tam nie byłem, więc nie możliwe by było
żebym mógł pośrednio wpłynąć na sen.
  Miałeś  podobną  przygodę?  Myślę,  że tak, że to się zdarza wielu ludziom
tylko  nic  o  tym  nie mówią, bo by to uchodziło za głupie. A to się jednak
zdarzyło, przecież nie byłem na prochach.

Firma

Autor: Cobretti

                                    Firma

             [ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]

  Jestem właśnie na praktyce w jednej z firm komputerowych w Sosnowcu. Co da
się  tutaj  zauważyć?  Jeden  dość  sporej  wielkości budynek jest w całości
wykupiony  przez  firmę  i  w  pełni  przez nią zagospodarowany. Dostałem do
dyspozycji  jeden  z  pokoi,  który  wcześniej zajmowała córka dyrektora. Do
dyspozycji  mam komputer w sieci i komputer lokalny, niezłe maszyny. Monitor
jedynie  trochę  jakby  monochromatyczny ale obleci, nie gra się tutaj tylko
pracuje.
  Mam  do  dyspozycji  całą wewnętrzną sieć firmy, i największe uprawnienia.
Gdybym  chciał mogę skasować na dysku wszystko. I to nie tylko na jednym ale
na  wszystkich.  Cała firma jest praktycznie w moich rękach i zaufanie jakim
mnie  obdarzono  jest  dość spore. Myślę, że to błąd, bo przez pomyłkę można
usunąć  istotne  dla firmy dokumenty, rozliczenia, przelewy, faktury. Oprócz
tego  mogę  monitorować  prace  wszystkich  ludzi,  więc  nie mają oni w tej
chwili zapewnionej prywatności. Jak się okazało najwięcej gier było u szefów
wydziałów.  Zresztą  dyrektorów  w  tej  firmie jest tak dużo, że pewnie sam
wkrótce awansuje na dyrektora od spraw praktyki.
  Dużo  oprogramowania,  dość  nowoczesny  sprzęt, dostęp do internetu tylko
przez  modem,  ale  niebawem  będzie  dzierżawione  łącze światłowodowe więc
firma  ma  okazję  zaistnieć  w  internecie.  Co tutaj się robi... wszystko,
począwszy  od  sieci  Novell,  na kasach fiskalnych skończywszy. Jest własny
servis,  są  programiści,  są  ludzie odpowiedzialni za kontakty, marketing,
reklamę.
  No i ludzie pracujący tutaj są okiej. Nikt na nikogo nie wrzeszczy, nie ma
pretensji,  każdy  wie  co powinien wykonać i wykonuje to na czas. A obsługa
klientów  jest  na  wysokim  poziomie. Każdy klient mimo swoich niesamowicie
lamerskich   i   idiotycznych  pytań  jest  zawsze  obsłużony  z  tym  samym
konkretnym podejściem i solidną pomocą.
  To  tyle,  pracuje  mi  się tutaj wyśmienicie, tym bardziej, że nie jestem
limitowany  i rozliczany. Mam robotę i muszę ją wykonać w terminie, jak tego
dokonam moja sprawa, a ja nie zamierzam się spóźnić ani o godzinę.

Monolog Serca

Autor: Vercia

                               Monolog Serca

                                [ Vercia ]

                       Zwiędłe kwiaty leżą na półce,
                         Już dawno pokrył je kurz.
                          Ja wciąż kocham Ciebie,
                       Lecz Ty nie kochasz mnie już.

                      Odjechałeś bez słowa pożegnania,
                  Zostawiając jedynie gorzkie wspomnienia.
                     Nie widziałeś też na mojej Twarzy,
                      Ani w oczach moich Twego cienia.

                         Krzyknęłam: Wróć! Zostań!
                         Ale Ty nie słyszałeś tego.
                         Zostałam ja, pustka i ból,
                      Wokół mnie samotność, dlaczego?

                       Odebrałeś mi wiarę i nadzieję,
                       I nikt nie może tego zmienić.
                       Ja ofiarowałam Ci moje serce,
                     Lecz Ty nie umiałeś tego docenić.

                              Ty i ja, to my,
                      Choć chcę, nigdy tak nie będzie.
                     Patrzę na gwiazdy, słońce, niebo,
                        Lecz Ciebie widzę wszędzie.

                          Czy warto kogoś kochać?
                        Pojawia się często pytanie.
                         Tak. Warto. Nawet trzeba,
                      Jeśli to odwzajemnione kochanie.

                         Ja jestem. Ciebie nie ma.
                  Słucham wiatru, może ma wieści o Tobie.
                         Dlaczego mnie nie kochasz?
                        Czy mamy zapomnieć o sobie?

Dowody matematyczne, dalsza część

Autor: Akardo

                             Dowody matematyczne

              [ Krzysztof Wróbel - Akardo - █████████████████ ]

  Tw. Każda liczba jest równa każdej innej.
  Wniosek: wszystkie liczby są równe.

  A oto dowód: weźmy średnią arytmetyczną dwóch liczb:

  c=(a+b)/2          pomnóżmy tę równość przez dwa
  2c=a+b             pomnóżmy ją jeszcze przez (a-b), otrzymamy
  2c(a-b)=(a+b)(a-b) teraz wymnóżmy nawiasy
  2ac-2bc=a^2-b^2    przenosimy obie strony równania z odpowiednio
                     zmienionymi znakami i otrzymujemy
  a^2-2ac=b^2-2bc          dodajemy do obu stron c^2 (c do kwadratu)
  a^2-2ac+c^2=b^2-2bc+c^2  zamieniamy to zgodnie ze wzorem skróconego
                           mnożenia
  (a-c)^2=(b-c)^2 z obu stron wyciągamy pierwiastek drugiego stopnia (mówiąc
                    jaśniej, obie strony pierwiastkujemy)
  a-c=b-c           teraz dodajemy do obu stron c
  a-c+c=b-c+c       i ostatecznie otrzymujemy
  a=b               niemożliwe?  a jednak...

  To  samo  można udowodnić w inny sposób, a mianowicie założyć wstępnie, że
dwie liczby a i b są nierówne, przy czym a jest większe od b, tak że:

  a-b=c,                stąd
  a=b+c                 teraz pomnóżmy obie strony tej równości przez a-b
  a(a-b)=(b+c)(a-b)     wymnóżmy nawiasy
  a^2-ab=ab+ac-b^2-bc   teraz przenieśmy ac na lewą stronę równania
  a^2-ab-ac=ab-b^2-bc   z lewej strony wyciągnijmy a przed nawias,
                        a z prawej b. Wtedy otrzymamy:
  a(a-b-c)=b(a-b-c)     podzielmy to przez wyrażenie, które znajduje się
                        w nawiasie, czyli (a-b-c) i ostatecznie otrzymamy
  a=b                   ale przecież wyszliśmy z założenia, że a jest
                        różne od b...

  Udowodnijmy  jeszcze,  że  każda  liczba  jest  mniejsza  od  zera. Aby to
udowodnić weźmy dowolną liczbę dodatnia A.

  Wiadomo, że zachodzi:             A-1<A
  Pomnóżmy więc obie strony tej
  nierówności przez (-A)            (A-1)(-A)<A(-A)
  zredukujmy nawiasy                -A^2+A<-A^2
  Dodajmy do obu stron A^2          -A^2+A+A^2<-A^2+A^2
  i zredukujmy                      A<0

  Hmm, czyli A jest liczbą mniejszą od zera, wbrew naszemu założeniu.

  Dowody zaczerpnąłem z książki : "Lilavati" Szczepana Jeleńskiego.

A tu się myśli

Autor: Akardo

                                   Zadanka

              [ Krzysztof Wróbel - Akardo - █████████████████ ]

  1)  W pudle znajdują się następujące kapelusze: 2 białe i 3 czarne. Trzy z
nich  włożono na głowy trzech panów A,B i C, którzy byli ustawieni "gęsiego"
w  ten  sposób, że pan A widział przed sobą panów B i C, pan B widział tylko
pana  C,  a  pan  C  nie  widział  ani  pana A, ani pana B. Żaden z nich nie
widział swojego kapelusza, nie odwracał się ani nie widział dwóch kapeluszy,
które  zostały  w pudle. Zapytano pana A, jaki ma kapelusz; odpowiedział, że
nie  wie.  Zapytano  pana  B;  odpowiedział, że również nie wie. Wtedy pan C
oświadczył:  "Wobec tych odpowiedzi panów A i B już wiem, jaki mam na głowie
kapelusz" - i podał uzasadnienie. Spróbuj odtworzyć rozumowanie pana C.

  2)  Wieśniak  musi  przewieźć  przez  rzekę  wilka, kozę i kapustkę. Łódka
jednak  jest  tak mała, że może się w niej zmieścić tylko wieśniak i jedno z
tych  trojga.  Jeśli zostawi wilka z kozą, to wilk pożre kozę; jeśli zostawi
koze  z  kapustą,  to  koza  zje  kapustkę.  Jak  poradzi  sobie  wieśniak z
transportem ?

  Zadania pochodzą z książki : "Lilavati" Szczepana Jeleńskiego.
  Rozwiązania tych zadań oczywiście w następnym numerze Reportera.

Super test samochodu

Autor: Cobretti

              Czy Audi A8 quattro podoła extremalnym warunkom?

             [ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]

  Próbie  poddawana  jest  luksusowa  limuzyna Audi A8 quattro, wyposażona w
pięciozaworowy  silnik  V6  o  mocy  142 kW. Przed tym samochodem postawiono
wysoko poprzeczkę i w ramach testu ma on przebyć 100 tysięcy kilometrów, a w
ośmiu   specjalnych   etapach   wykazać   się   najwyższą   niezawodnością i
wytrzymałością. Tylko czy podoła?
  Przy  okazji  testu  firmowego,  auto  ma  pobić  kilka rekordów w Księdze
Rekordów  Guinessa.  Całość  zmagań można oczywiście obserwować w internecie
po adresem "http://www.autobild.de".
  Testy specjalne obejmują między innymi:
  Wysoki komfort jazdy:
  Na  trasie  17 tys. kilometrów z Inglostadt przez Wiedeń, Węgry, Słowacje,
Czechy,   Drezno,  Berlin  do  Sztokholmu,  a  także  podróże  po  pustyni i
lodowcach.
 Oszczędność:
  Tysiąckilometrowa  trasa  z  Flensburga  do Lindau przy zaplombowanym baku
Audi  przejedzie  na 80 litrach. Czyli nie może zużyć więcej niż 8 litrów na
100 km.
  Ekstremalne różnice wysokości i temperatur:
  Audi  wyruszy  z  najgorętszego  i  najniżej położonego miejsca Badwater w
Dolinie  Śmierci  do  najwyżej położonego odcinka drogi w USA - Mount Evans.
Różnica poziomów wynosi 4407 metrów, a różnica temperatur 50 stopni C.
  Wytrzymałość:
  W  ciągu  jednego dnia Audi będzie musiało przebyć na torze w Ehre większy
dystans  niż  zwycięzca  24-godzinnego  wyścigu  w  Le  Mans,  czyli około 5
tysięcy kilometrów.
  Jak  podoła  tym  próbom  to  będzie  autem  nie  do zdarcia o największej
niezawodności  i  będącym  marzeniem  wszystkich  polskich kierowców, którzy
mając swojego malucha, fiacika, dacie lub innego wraka zmuszeni są większość
kasy  pakować  w  naprawę  samochodu.  Osobiście nie pogniewałbym się gdybym
dostał takiego A8 pod choinkę, ale to jeszcze nie prędko.

Ender

Autor: Cobretti

                              Koniec już nastał

             [ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]

  Ale  tylko  tego  numeru  na  szczęście.  Już się robią następne i dlatego
jeszcze  raz  namawiam  Cię do pisania artykułów na dowolne tematy, wszystko
co  tu trafi będzie publikowane bo taki jest cel Reportera. W końcu każdy ma
coś do powiedzenia w pewnych kwestiach i czemu by z tego nie skorzystać.
  A  osobiście  pracuję  nad  promocją  moich  stron  co  można  zauważyć po
liczniku.  Tutaj  też  mam  gorącą  prośbę  o  pomoc  w informowaniu o moich
stronach  innych ludzi. Przecież nie robię tego dla siebie tylko dla Ciebie.
Gdybym chciał sobie robić stronę to bym ją trzymał na pececie w domu.
  Zapraszam  także na łamy Reportera ludzi którzy nie mają okazji wypromować
swoich  tekstów,  wierszy  i innej twórczości, nie koniecznie tekściarskiej.
Mam  w  planach  dołączyć galerie obrazków i tym podobne badziewia, przecież
może  to  być  gazeta  multimedialna, dołożyć kilka .mid'ów i będzie nawet z
dźwiękiem.  Ale  to  przyszłość,  i  w  dodatku  zależna  od czasu jaki mogę
poświęcić sieci. Mając inne obowiązki różnie z tym bywa.
  Zapraszam do następnego numeru, już za kilkanaście dni.

Reporter 3/1996

Na początek

Autor: Cobretti

                                Na początek.

             [ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]

  Załamanie  pogody  daje się ostatnio odczuć. Co zrobić, ostra zima i zimne
lato  to  nie najlepszy duet, szczególnie dla tych, którzy zaplanowali sobie
słoneczne  wakacje. Zawsze można wyjechać na Mauritius, tam słońca z tego co
wiem  nie  brakuje a spotkać można przy okazji ludzi z branży filmowej. Same
gwiazdy  okupujące  najdroższe  hotele  lub  też  wypoczywające  we własnych
hacjendach za niewyobrażalne sumy.
  Jeżeli  tylko będę miał trochę szczęścia to za kilka lat być może zaproszę
wszystkich  na  Mauritius  poszaleć w mojej chacie... ale to chyba nigdy nie
uda mi się zrealizować... choć kto wie, wszystko się może wydarzyć.
  No  tak,  ale  kto  by  wtedy  wydawał  Reportera? Pytanie pozostawiam bez
odpowiedzi i zapraszam do reszty artykułów.

Strajk

Autor: Cobretti

                                  Strajk.

             [ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]

  -  Jak  ja  się  dostane do szpitala? No jak? - głos zrozpaczonej starszej
kobiety daje sporo do myślenia.
  -  Za 20 minut mam pociąg do Wrocławia..., co oni sobie k** wyobrażają, że
ja ma czas? - tym razem jakiś biznessman pod krawatem.
  - Mam miesięczny i mam płacić prywaciarzom? P** tych ch**, niech mi tu k**
zaraz  p**  autobus  podstawią. - Dla odmiany opinia młodego zbulwersowanego
człowieka.
  Tak  zaczął  się  wtorek, 16 lipca 1996 roku w Sosnowcu. Zresztą nie tylko
tutaj   ale  wszędzie  tam  gdzie  zastrajkowali  bez  ostrzeżenia  kierowcy
autobusów   i  motorniczy  tramwajów  w  Komunikacyjnym  Związku  Komunalnym
Górnośląskiego  Okręgu  Przemysłowego w Katowicach. Nie chodzi o mnie, bo ja
akurat  mam  połączenie  z każdym punktem do którego muszę dotrzeć, ale nikt
nie  wziął  pod uwagę ludzi starszych, muszących dotrzeć do szpitali, jak ta
kobieta.  Nikt  nie  zatroszczył  się  o  ludzi  niepełnosprawnych, mogących
podróżować   tylko   w   autobusach   przystosowanych   do  przewozu  wózków
inwalidzkich.  Nikogo  nie  obchodzi  co zrobi matka z dzieckiem, które musi
podróżować  w  wózku.  Że  już nie wspomnę o miejscach do których nie da się
dotrzeć inaczej jak tylko autobusem.
  Prywatni  przewoźnicy również nie byli przygotowani do tego strajku, brali
wszystkich  nawet nie żądając zapłaty jeżeli ktoś nie miał. Zatrzymywali się
na  każdym  przystanku, nawet na tych, na których zwykle nie stawali. Pomimo
przeładowanych   autokarów   robili   co  się  da  żeby  dogodzić  wszystkim
potrzebującym  gdzieś  przejechać. Chwała im za to bo odwalają kawał niezłej
roboty. Za to na KZK GOP ludzie klną jak szewc i nie ma się czemu dziwić.
  Oczywiście   rozmawiałem   z  zawodowym  kierowcą  i  spytałem  się  czemu
przeprowadzają  strajk  i  to  jeszcze  bez  określenia  terminów,  czyli do
odwołania.  Odpowiedział  że  chodzi  im  nie  tylko  o  pensje, a o pozycje
zawodowe  w  KZK GOP. Tam w ogóle nie istnieje zawód kierowca autobusu. Taki
kierowca  to  zwykły  pracownik  tylko oddelegowany do prowadzenia autobusu.
Oczywiście  nie  tylko  to  jest problemem. Autobusy są przestarzałe, nie ma
pieniędzy  na  remonty,  trasy  są  kiepskie, warunki pracy niebezpieczne...
Zresztą tak można w kółko. Nie o to chodzi...
  Autobusy  nie jeżdżą już trzeci dzień. Ludzie starają się dostać tam gdzie
muszą  kombinowanymi  środkami.  Nie  rzadko  biorą  taksówkę, bo w niektóre
miejsca  nie da się dotrzeć autokarami. Płacą za to dość spore sumy, marnują
czas,  i muszą się usprawiedliwiać, że to przez KZK GOP. A KZK GOP nic, olał
wszystko  i wszystkich, w ogóle nie słychać o wznowieniu kursów autobusowych
i  tramwajowych.  Mało  tego, jest okazja żeby wyremontować przystanki, tory
tramwajowe,  naprawić  trakcje, i wykonać wszystkie prace które nie mogą być
wykonane  podczas  normalnych kursów pojazdów. Niestety, tu ludzie nie myślą
normalnymi  kategoriami. Naprawa torów musi się odbywać w godzinach szczytu,
wtedy gdy tramwaje przewożą najwięcej ludzi. Tak samo jak ostatnio kładziona
nawierzchnia  na  drodze  szybkiego  ruchu  z  Sosnowca  do Katowic. To jest
przegięcie,  tak  jakby  nie można tego zrobić wczesnym ranem lub wieczorem,
albo nawet w nocy, bo do tego i tak nie trzeba światła dziennego.
  Ech,  żal mi ludzi, mających problemy z dojazdem tylko z powodu [censored]
KZK  GOP,  za  to  jestem  pełen  podziwu  dla wszystkich, którzy skutecznie
pomagają  innym  dotrzeć w niedostępne miejsca. Czasem zatrzyma się któryś z
kierowców  i spyta czy nie trzeba podwieźć, szczególnie jeśli chodzi o osoby
starsze,  matki  z  dziećmi  i  osoby,  którym  przemieszczanie  się sprawia
trudność,  jak np. niewidomi, ludzie o kulach. Teraz widać jak GOP zabiega o
klienta.  Z chęcią wziąłbym udział w procesie przeciwko KZK GOP. Sprawa jest
do  wygrania  w  100%. Bilet miesięczny to umowa, a KZK GOP umowę zerwał bez
ostrzeżenia.  Ludzi  z  biletami  miesięcznymi  jest  minimalnie  licząc  25
tysięcy.  KZK  GOP  nie  miałby szans, i po takim procesie odechciało by się
im na przyszłość bzdurnych strajków.
  Strajk  w  końcu zakończył się po pięciu dniach. KZK GOP z wielkiej swojej
pieprzonej  łachy, w zamian za poniesione koszta, przedłużył ważność biletów
miesięcznych  o  5 dni w nowym miesiącu. Ale i tak jeżeli ktoś by kupował na
nowy  miesiąc  bilet  miesięczny  musi zapłacić za cały miesiąc, więc pomysł
jest poroniony jak i cały KZK GOP.

Wyznanie

Autor: Vercia

                                 Wyznanie.

                                 [ Vercia ]

                      Chciałabym, abyś był przy mnie.
                             Powiedziałabym Ci,
                           jak bardzo Cię kocham.
                          Zrobiłabym to uśmiechem,
                            gestem, spojrzeniem.
                        Pokazałabym Ci to wszystkim,
                         czym można wyrazić miłość.
                           Kocham Cię całą sobą,
                     najmniejszą cząstką mojego ciała.
                          Mówiłabym Ci o miłości,
                       we wszystkich językach świata.
                           Gdybyś był przy mnie,
                           dałabym Ci moje serce,
                          i radość i śpiew ptaka.
                               Gdybyś był...
                           Ale Ciebie tu nie ma.
                         Jesteś daleko i nie wiesz,
                        jaki mógłbyś być szczęśliwy,
                           gdybyś był przy mnie.

Dowody matematyczne, dalsza część

Autor: Akardo

                          Dowody matematyczne c.d.

             [ Krzysztof Wróbel - Akardo - █████████████████ ]

  Zdarza  Ci  się  pewnie często, że rozumując prawidłowo zadanie popełniasz
błędy. Lecz niekiedy zdarzają się również przypadki odwrotne, tzn. takie, że
pomimo błędnego rozumowania otrzymujesz prawidłowy wynik.
  W  dzisiejszym  numerze  chciałbym  pokazać na konkretnych przykładach oba
przypadki.

  Przypadek 1: "Niepewny wynik pomimo zastosowania pewnika."

  Weźmy  równanie  x-1=2  zastosujmy  pewnik i pomnóżmy dwie strony równania
przez x-5, otrzymamy:

  (x-1)*(x-5)=2*(x-5)    po wymnożeniu otrzymamy:
  x^2-6*x+5=2*x-10       dla uproszczenia sprawy, będę pomijał znak *
  x^2-6x+5=2x-10         stosujemy następny pewnik i od obu stron
                         odejmujemy liczbę x-7
  x^2-7x+12=x-3          podzielmy teraz obie strony równania przez
                         liczbę x-3, otrzymamy:
  x-4=1                  a teraz do obu stron dodajmy 4
  x-4+4=1+4
  x=5

  Co  jest oczywiście błędem, ale przecież stosowaliśmy pewniki i prawidłowo
rozumowaliśmy?

  Przypadek 2: "Poprawny wynik pomimo błędnego rozumowania."

  Wyjdźmy z tego samego równania co wyżej:

  x-1=2      dodajmy do jednej (!) tylko strony 10,
             co jest oczywistym błędem,
  x+9=2      pomnóżmy obie strony równania przez x-3, otrzymamy:
  x^2+6x-27=2x-6        teraz od obu stron odejmijmy 2x-6,
  x^2+4x-21=0           i podzielmy obie strony równania przez x+7,
  x-3=0                 czyli x=3

  Co jest zgodne z równaniem x-1=2.
  I  co?  Pomimo  błędnego  dodania  10  do jednej tylko strony otrzymaliśmy
prawidłowe rozwiązanie!

  Ciekawostki zaczerpnąłem z książki : Szczepan Jeleński : "Lilavati".

Nowe zadanka matematyczne

Autor: Akardo

                           Zadanka matematyczne.

             [ Krzysztof Wróbel - Akardo - █████████████████ ]

  Mam  nadzieję,  że  zagadki z poprzedniego numeru nie sprawiły Ci kłopotu.
Jeżeli  rozwiązałeś  je  bez  żadnych problemów zerknij na łamigłówki, które
zamieściłem tym razem. A oto one:

  1)  Do garnka trzeba nalać 4 litry wody. Gosposia ma jednak tylko naczynia
o pojemności 5 litrów i 3 litry. Jak sobie poradzi gosposia z tym problemem?

  2) A teraz kilka zadanek matematycznych:
  a) napisz największa liczbę za pomocą trzech cyfr.
  b) jaką największą liczbę można napisać za pomocą czterech jedynek ?
  c) napisz jeden używając wszystkich 10 cyfr.
  d) narysuj kwadrat za pomocą trzech linii prostych.
  e) cegła waży kilo i pół cegły. Ile waży cegła?

  3)   Wyszedłem   z   domu   mając   w  kieszeni  pewną  liczbę  złotówek i
pięciozłotówek;  razem  kwotę  większą  od  140  zł.,  a mniejszą od 150 zł.
Wydałem  trzecią  część  posiadanej gotówki, pozostało mi tyle złotówek, ile
przedtem  miałem  pięciozłotówek, i tyle pięciozłotówek ile, przedtem miałem
złotówek.
  Ile miałem złotówek, a ile pięciozłotówek gdy wychodziłem z domu ?

  To tyle na dzisiaj. Powodzenia! Rozwiązania w następnym Reporterze.

  Niektóre   zagadki  pochodzą  z  książki:  Stanisław  Kowal:  "Rozmaitości
matematyczne".

Raport z Delirium 96 - party PC

Autor: Akardo

                      Raport z Delirium'96 - PC party

             [ Krzysztof Wróbel - Akardo - █████████████████ ]

  Party  Delirium  odbyło się w Bukownie, 11 i 12 lipca bieżącego roku. Było
organizowane  przez  jedną  z  największych  polskich grup, Absence. Bukowno
położone  jest  niedaleko  od  Katowic,  mojego  rodzinnego  miasta, dlatego
postanowiłem   przejechać  się  i  zobaczyć  jak  wyglądają  scenowe  party,
wcześniej  bowiem  nie  miałem  okazji brać udziału w tego typu imprezach. W
zasadzie do wyjazdu na party nakłonił mnie Fugaz, który to zjawił się u mnie
dzień  wcześniej  z  kilkoma  modułami, które planował wystawić w composach.
Jako,  że  odbywałem właśnie praktykę w firmie komputerowej, nie na rękę był
mi  wyjazd,  jednak  jakoś  się  zebrałem  i  zaraz po prakcie wyruszyłem do
Bukowna.
  Oczywiście  spóźniłem  się trochę, bowiem party rozpoczęło się ok. godziny
9,  a  ja  przyjechałem  o  17.  Zabrałem troszkę kasy na wjazd, ale że przy
wejściu  nikt  nie  sępił  mnie  o  kasę,  wlazłem za darmo. Jak się później
okazało  spóźniłem  się  na  4  kanałowe  compo,  ale  z  relacji kilku osób
dowiedziałem  się,  że nie było one zbyt ciekawe. Zaraz potem rozpoczęło się
multi  chanel  compo  w  którym  to  udział  brali muzycy z mojej grupy (tj.
ByteLand),  a  mianowicie  Fugaz  i  Q_Sound.  Organizatorzy  przeprowadzili
selekcję  modków  i do konkursu dopuścili 20 w tym moduły Fugaza i Q_Sounda.
Poziom  muzyki był różny. Obok ciekawych kompozycji, były moduły, które moim
zdaniem   przejść   selekcji   nie  powinny,  bowiem  były  naprawdę  bardzo
słabiutkie, niektóre nawet miejscami fałszowały.
  Gdy na dworze troszeczkę się ściemniło został zainstalowany Big Screen, na
którym  to  można  było  pooglądać  różne  najnowsze  demka.  Ok. godziny 10
rozpoczęło  się  GFX compo, a zaraz za nim Ray compo. Osobiście jakoś nie za
bardzo  interesuje się grafiką i w czasie gdy były wyświetlane prace uciąłem
sobie  małą  drzemkę.  Fugaz obudził mnie gdy rozpoczęły się 512 bytes intro
compo,  4  kB  intro  compo  oraz  64 kB intro compo. Z intr 512 bajtowych w
zasadzie  żadne nie przypadło mi do gustu, za wyjątkiem intra Jaspera, które
zresztą wygrało. Poziom intr 4 kB i 64 kB też nie był najwyższy. Trudno było
wyróżnić  jakieś  najlepsze  intro.  Dużo efektów było ściągniętych z innych
intr  czy  dem,  jednym  słowem  nic  oryginalnego.  Mnie jednak najbardziej
interesowało  demo compo. Tutaj swoje prace wystawiło kilka bardziej znanych
grup,  m.in.  Pulse,  Substance czy Dark Legions. I dema tychże grup zdawały
się  dominować.  Ciekawe  demko  zakodował  również  Ozir, który to stworzył
produkcje  ze  świetnymi  efektami  lecz  pozbawioną  designu.  Zdarzyły się
również  demosy  na  bardzo  słabym  poziomie,  bowiem trudno w tych czasach
określić  mianem  "średnie",  demko  w  którym  to  widzimy  obracające  się
sześciany.  Ostatecznie  wygrała  grupa  Pulse  demkiem  Unreala,  z  muzyką
Scorpika i grafiką Lazura. Niestety tytułów dem nie pamiętam.
  Wszystkie  wyniki  były zresztą ogłoszone rano. Natomiast w nocy (komu nie
chciało  się  spać?)  można  było  pooglądać różne filmy na video. Miały być
również filmy PC video, ale organizatorom coś nie wypaliło. Jak to na każdej
większej  imprezie  bywa  nie  obyło  się  również  bez drobnych incydentów.
Najpierw  ktoś  zakosił  jakiemuś gościowi portfel z kasą, a później zniknął
dysk  twardy  muzykowi  z grupy Absence - Szudiemu. Było trochę zamieszania,
nawet organizatorzy przeprowadzili rewizje plecaków, ale ostatecznie dysk (i
chyba  portfel  też) się nie znalazły. Z tego to powodu, przeprowadzono małą
składkę  na nowy twardy dla Szudiego, uzbierano coś ok. 1 mln. zł. Jak widać
na scenie nie brakuje również złodzieji (!!!).
  Dla  mnie  radosnym akcentem było zajęcie drugiego miejsca w multi channel
compo  przez  Fugaza,  za  co  wyżej  wymieniony  zainkasował  cztery stówy.
Pierwsze miejsce w tej kategorii zajął Szudi, który za wygraną kasę być może
kupi sobie nowy twardy.
  Podsumowując  party było nawet niezłe. Zresztą trudno mi się wypowiadać na
ten  temat  bowiem  nie byłem na innych tego typu imprezach. Ale atmosfera i
klimat  nawet mi się podobały. Troszkę wyższy mógłby być poziom produkcji na
party, ale trudno się dziwić, nie tak dawno miała miejsce Próba Generalna 2,
tak,  że  autorzy  nie mieli zbyt dużo czasu na przygotowanie czegoś nowego.
Ogólnie  było  całkiem fajnie i czekam na jakieś następne party, na które na
pewno się przejadę.

Odpowiedzi na zadania

Autor: Akardo

                           Odpowiedzi na zadania.

             [ Krzysztof Wróbel - Akardo - █████████████████ ]

  1)  Pan  C  miał  czarny  kapelusz.  Ale  dlaczego  ? Poniżej przedstawiam
rozwiązanie.
  Panowie  A i B nie wiedzieli jakie mają kapelusze, więc bardzo zaskakujące
wydaje  się  stwierdzenie  C,  że  wie  jaki  ma  kapelusz. Ale po kolei. Na
początek  przeanalizujmy  wszystkie  możliwe  sytuacje,  które  widzi pan A.
Oczywiście  wszyscy  panowie  wiedzieli  jakie  kapelusze były w pudle przed
założeniem im na głowy. Pan A widzi następujące sytuacje:

  Pudło z kapeluszami
  | * * *
  | o o

C | o * o *
B | o o * *
     A

  Jeżeli  pan  A  nie  wie  jaki  ma  na głowie kapelusz nie może widzieć na
głowach  panów B i C dwóch białych kapeluszy. W pudle były tylko dwa białe i
jeśli  by  założyć  je  tym  dwóm panom, panowi A pozostał by tylko czarny i
logicznie  rozumując  powiedziałby,  że  wie  jaki  ma  kapelusz. Oczywiście
zakładamy tutaj, że wszyscy panowie myślą logicznie.
  Po wykluczeniu tej sytuacji pozostaje nam:

C | * o *
B | o * *
     A

  Teraz  wcielmy  się w rolę pana B. Słyszał informacje od pana A więc zdaje
sobie  sprawę  jaka  sytuacja  zaistniała.  Pan  B  widzi  przed  sobą jakiś
kapelusz.  Może  widzieć  czarny  lub biały. Zauważmy, że jak widzi biały (u
pana   C)   to   automatycznie  wie  jaki  ma  kapelusz  na  głowie  (czarny
oczywiście),  bowiem  tylko jedna jest taka sytuacja na wyżej przedstawionym
rysunku.  Ale  pan  B  również  jak  pan  A nie wie. Więc jaki kapelusz musi
widziec pan B ? Otóż czarny.
  Pan  C słysząc to wszystko domyślił się jaki ma kapelusz na głowie i podał
uzasadnienie, podobne jakie ja tutaj przedstawiłem.

  2)  Na  początku wieśniak przewozi kozę. Zostawia kózkę na drugim brzegu i
wraca.  Teraz  zabiera wilka. Przewozi go na drugą stronę i zostawia go tam,
ale  zabiera  z  powrotem  kozę  (bowiem  zgodnie z założeniami zadanka wilk
pożarł  by kozę). Teraz bierze kapustę i zostawia kozę. Transportuje kapustę
na drugi brzeg, wraca po kozę i po kłopocie. Prawda, że proste?

Z życia IRCa

Autor: Eidem

                               Z zycia IRCa.

              [ Adam Raciniewski - Eidem - █████████████████ ]

  Na IRCu nieładnie jest przejmować kanały ze splitu...

-Cwaniak-  [KillEr]  Server  ops  by  warszawa.irc.pl  to you on #warszawa
detected, removed.
*** Mode change "+o Cwaniak" on channel #warszawa by warszawa.irc.pl

  Nie wolno też robić massdeopoow...

-Cwaniak- [KillEr] Massdeop on #warszawa detected by you!
***  Mode  change  "-oooo  ARTO PRESTO Mago Eidem" on channel #warszawa by
Cwaniak
***  Mode  change  "-oooo ARTEK arci SmallCat ART" on channel #warszawa by
Cwaniak

  ...bo można samemu zostać zdeopowanym...

*** Mode change "-o Cwaniak" on channel #warszawa by TUX

  ...a wtedy osoby zdeopowane mogą odzyskać opki...


*** Mode change "+o Eidem" on channel #warszawa by TUX
-TUX- You have been opped via Phoenix v2.27 by Vassago
*** Mode change "+oo PRESTO ARTO" on channel #warszawa by Eidem
*** Mode change "+o Mago" on channel #warszawa by TUX

  ...i delikwenta ukarać.

*** Mode change "+b *!*waniak@*.sggw.waw.pl" on channel #warszawa by Eidem
*** Cwaniak has been kicked off channel #warszawa by Eidem (Przesadzasz!)

  A w końcu wojny nie są nikomu potrzebne...

-Mago- [WallOp/#warszawa] panowie, to chyba wojna?
*** Mode change "+o ARTEK" on channel #warszawa by Eidem
-ARTO- [WallOp/#warszawa] i to niezla


  ...zwłaszcza z IRCopami...

*** You have been killed by operator Cwaniak cassandra.sggw.waw.pl!Cwaniak
(Ja przesadzam ?)
*** Use /SERVER to reconnect to a server

  ...bo skutki mogą być roożne i nieprzyjemne dla obu stron...

*** Eidem (███████████████████████) has joined channel #warszawa
*** Topic for #warszawa: DOBRY OP TO MARTWY OP
*** #warszawa Bunnes 832333315
*** Mode change "+o Eidem" on channel #warszawa by ARTEK
***    #warszawa   *!*waniak@*.sggw.waw.pl   Eidem!███████████████████████
832333716
***                    #warszawa                   *!*@geralt.mimuw.edu.pl
PRESTO!~█████████████████████████████ 832333511
***   #warszawa  *!*rtur@*.mimuw.edu.pl  ARTO!████████████████████████████
832333511

  ...zawsze jednak prowadzą do tego samego.

*** Signoff: Mila (Ping timeout)
*** Signoff: DJ-23 (Ping timeout)
*** Signoff: hobbit (Ping timeout)
*** Signoff: Radetzky (Ping timeout)
*** Signoff by Radetzky detected
*** Signoff: Magic (Ping timeout)
*** Signoff by Magic detected


<Eidem> ops
<Eidem> no to kicha
<marzena> a nawet kaszana..
<Eidem> tia...
<Eidem> Split byl jakis, czy co?
<marzena> i salceson...

  Tym  nie  mniej,  mimo  licznych  narzekań  na  IRCopoow,  czasem  są  oni
pożyteczni,   umilając   życie   IRComaniakom,   świadcząc   usługi   typowo
funkcjonalne...

<=beeth=> tia, 0 opoow na #warszawa(...)
*** Beeth (████████████████████████) has joined channel #warszawa
*** Mode change "+o Beeth" on channel #warszawa by warszawa.irc.pl
*** Mode change "+o Eidem" on channel #warszawa by Beeth
*** Beeth has left channel #warszawa

...a także informacyjne.

*** Beeth (████████████████████████) has joined channel #warszawa
<Beeth>  Jezeli kogos interesuje reklama to polecam NOC REKLAMOZERCOW '96.
24
<Beeth> maja godz 21.00 w Sali Kongresowej. Bileciki po 25 zl do nabycia w
ZASP
<Beeth>  (Aleje  Jerozolimskie  25  tel.  621-94-54)  lub  w  kasach  Sali
Kongresowej od
<Beeth> 17 maja.
<hobbit> Rad : Ale jak sie dowiedzialem niedawno zaufania jeszcze nie
<Beeth>
<Beeth> 7 h filmow reklamowych z calego swiata ( tych top i tych
<Beeth> beznadziejnych). Kazdy wchodzacy otrzyma gwizdek (aby wyrazac swoja
<Radetzky> Cze Beeth loho :)
<Beeth> dezaprobate lub podziw) oraz na glowe szlafmyce.
*** Beeth has left channel #warszawa

Na koniec

Autor: Cobretti

                                 Na koniec.

             [ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]

  Jak  widzisz ten numer jest obszerniejszy i pojawiła się oprawa graficzna.
Czyli  wszystkie  chwyty dozwolone, jak zabraknie Ci pomysłu na tekst możesz
podesłać  mi  np.  komiks! Zresztą to nie jest taki zły pomysł, może właśnie
sieć się nadaje do komiksów wyśmienicie!
  No  i  pisz,  pisz,  pisz mi co w świecie piszczy (oprócz niedosmarowanych
osiek  i  starych  drzwi  na  Zamku).  Jestem  otwarty  na wszelkie przejawy
współpracy  bo  nie  robię  tego  dla  siebie tylko dla Ciebie właśnie. Może
sławny  na  początku  nie  będziesz,  ale  kto  wie  jak  potoczą  się  losy
Reportera.  Mam w planie wykupienie kilku największych stacji telewizyjnych,
a  potem  kablowych,  jak  dobrze  pójdzie to zdobędę kilkanaście zachodnich
gazet  tylko  dla  siebie,  a  internet staram się już opanowywać. Jest o co
walczyć.
  He,he,  to  tyle  jeżeli chodzi o plany, chyba trochę powyolbrzymiałem ale
liczą  się  chęci.  Zapraszam  do  następnego  numeru, postaram się o jakieś
niespodzianki, może z Twoją pomocą mi wyjdzie.

Reporter 4/1996

Tytułem wstępu

Autor: Cobretti

                              Tytułem wstępu.

             [ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]

  Ptaszki  sobie śpiewają, słońce sobie świeci. Jednak czasami lato daje się
zauważyć, chociaż nie jest szczególne. Może to i dobrze, nie ma susz, nie ma
powodzi.  Takie sobie przeciętne lato, którego nikt nie będzie pamiętał, lub
które zostanie nie zauważone.
  Chociaż  tutaj  bym  taki  pesymistyczny  nie  był.  W końcu to nie pogoda
decyduje   o  tym,  czy  zostało  zapamiętane  czy  nie.  Liczy  się  przede
wszystkim to, co się tego lata wydarzyło. A niech nikt nie próbuje mówić, że
nic mu się tego lata nie przydażyło, bo nie uwierzę.
  Trochę  przykrótki ten numer, ale z powodów braku czasu, pracy, wyjazdów i
innych   nieprzyjaznych   zbiegów   okoliczności  jest  jaki  jest.  Wkrótce
niespodzianki, ale o tym w ostatnim artykule.

Prawa Irca

Autor: Cobretti

                                Prawa Irca.

             [ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]

  Zawsze  kiedy  akurat musisz przestać ircować przychodzą najlepsi kumple i
zaczyna się najbardziej interesująca rozmowa.
  Na   sieci  wyobraźnia  płata  figle,  w  świecie  realnym  figle  płatamy
wyobraźni.
  Kiedy  chcesz  sobie  z  kimś  spokojnie  porozmawiać,  to  właśnie  wtedy
dostajesz najwięcej msg'ów.
  Lag pojawia się właśnie wtedy, gdy ktoś ma Ci coś ważnego do powiedzenia.
  Rachunki za modem jakie by nie były to i tak są za wysokie.
  Kiedy  akurat  masz  ochotę  sobie  z  kimś  porozmawiać  to akurat nie ma
odpowiedniej osoby na sieci.
  Gdy  musisz  ircować na terminalu jednosesyjnym to właśnie wtedy dostajesz
najwięcej poczty.
  Sieć  sprawia,  że  stajemy  się  sobie bliscy, ale gdy staniemy się sobie
wystarczająco bliscy to okazuje się, że dzieli nas odleglość.
  Gdy  chcesz sobie ułatwić życie i ulepszyć skrypt to właśnie wtedy zaczyna
on zachowywać się nieobliczalnie.
  Op   jest   najbardziej   potrzebny  w  chwilach,  w  których  i  tak  nie
wykorzystujesz jego możliwości.
  Na Ircu czas wykazuje tendencje do szybkiego mijania.
  Najbardziej  czadowe  rozmowy i tak odbywają się na msg... więc gadanie na
publicu to tylko czubek góry lodowej.
  Na publicu można kogoś spotkać, a na msg z nim porozmawiać.
  Chęć  ircowania  jest  wprost  proporcjonalna  do braku czasu, a odwrotnie
proporcjonalna do ilości wykonywanych w tym momencie zajęć.
  Topic  to z reguły dodatkowa możliwość wymienienia z kimś swoich poglądów,
tudzież powiedzenia komuś nie jawnie o czym się w tej chwili myśli.
  Tylko  kanały  na  zaproszenie  mają  w  sobie to coś co przyciąga innych,
którzy i tak nie mogą się dostać.
  Boty stawiają ludzie, których byś nawet o to nie podejrzewał.
  Najgorszy bot to głupi bot.
  A lag i tak się od Ciebie nigdy nie odczepi.
  Szybkość  pisania  na  klawiaturze  w  dużym  stopniu  ma  wpływ  na ilość
popełnianych błędów językowo-gramatycznych.
  Najlepsi  przyjaciele  na ircu znikają bez pożegnania na zawsze, nigdy nie
podając swoich namiarów in real.
  Znajomości  przypadkowe  i  niechciane  i  tak  są  lepsze niż te, o które
zabiegasz od dłuższego czasu.
  Na  Ircu każdy ma swoje tajemnice, kwestią czasu jest tylko dowiedzieć się
o nich, bo prędzej czy później i tak się wygadasz.
  Przypadek  sprawia,  że  poznajesz  kogoś  wyjątkowego,  w  ogóle z innego
wymiaru  i  na  dodatek  ten  ktoś nie ma nic przeciwko temu aby kontynuować
znajomość nie tylko poprzez Irca.
  I tak najciekawsi ludzie mieszkają najdalej.
  Przez Irca nic nie jest tym czym się wydaje...
  A to co jest tym czym się wydaje, tak na prawdę nim nie jest.
  A w ogóle to co ja mogę w tej sprawie powiedzieć...
  I tak wszystko się kiedyś kończy, nawet lag.


Wizja przyszłości

Autor: Cobretti

                             Wizja przyszłości.

             [ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]

  Jak  będzie wyglądała nasza przyszłość za kilkanaście lat, za sto, za 200?
Tego  w  tej chwili nie wie nikt, ale można trochę się domyślić na podstawie
logicznych  wniosków  i  zdrowego  rozsądku.  Gdyby  do  tego dołożyć trochę
wyobraźni   powstałby   właśnie   taki   przyszłościowy   obraz   ludzkości.
Interesująca mnie dziedzina to informatyka, nie wiem dlaczego, ale czuje, że
wszystko  zmierza  w kierunku skomputeryzowania dokładnie każdej płaszczyzny
nauki.
  Czytniki  CD,  jeszcze  do  niedawna były drogimi i luksusowymi dodatkami,
może  nawet  bardziej bajerami, w które zaopatrywali się ludzie chcący innym
pokazać,  że  mają  kompakt.  Dzisiaj  kompakt to rzecz tak samo naturalna i
oczywista   jak   dyskietka.  Zresztą  może  nawet  bardziej  popularna  jak
dyskietka,  bowiem  coraz mniej ludzi korzysta z dyskietek, właśnie dlatego,
że  to  co  ich  interesuje  znajduje  się na kompaktach, bądź też przegrywa
wszystko  pomiędzy  twardymi  dyskami.  Ale  i  teraz to co posiadamy to już
przeszłość.  Jest  takie  powiedzenie,  że  jeżeli jakaś nowinka pojawia się
właśnie  na  rynku  to  jest  to  już  staroć,  bowiem i tak w laboratoriach
czołowych firm, produkty nad którymi pracują całe zastępy ludzi przewyższają
wszystkie   ogólnie   dostępne  technologie.  Oznacza  to,  że  jeżeli  mamy
najnowszy,  najlepszy  twardy dysk to firma dysponuje już następną generacją
twardych dysków, tyle tylko, że są one właśnie testowane.
  Obecne CD-Rom'y to niesamowite kombajny, z zapisem wielowarstwowym. To już
nie  te  same  krążki  do  których  jesteśmy  przyzwyczajeni.  Twarde  dyski
przekraczają   coraz   większe   rozmiary   i   stają   się  technologicznie
niedoskonałe,   bowiem   są   rzeczy   o  wiele  bardziej  nadające  się  do
przechowywania informacji.
  Jeszcze  trochę  i  dyski  twarde  i  cd-romy  zostaną  zastąpione  małymi
chip'ami,   nie   większymi   niż  pudełko  zapałek,  a  mogącymi  pomieścić
terabajty danych. I nie nastąpi to w tak dalekiej przyszłości, prace nad tym
są dość zaawansowane. Wystarczyłoby takiego chipa włożyć do jakiegoś złącza,
aby  mieć  do dyspozycji trochę więcej wolnego miejsca niż obecnie. Wszystko
do tego dąży, coraz więcej animacji, dźwięku, grafiki. Wkrótce rzeczywistość
zostanie  zamieniona na porcję bajtów i bitów. Terabajt to dużo, ale tylko w
tej  chwili,  za  kilkanaście  lat,  takie pojemności to będzie obowiązujący
standard.
  Idźmy  dalej. Dlaczego by nie przerzucić się na pamięci biologiczne. Prace
nad  takimi  pamięciami też trwają i są również dość zaawansowane. Białko ma
to  do  siebie,  że  jest substancją nie trwałą, ale gdyby udało się uzyskać
idealny syntetyk to sprawa została by rozwiązana.
  A  może  by  się  pokusić o dołączenie komputera do ludzkiego mózgu? Czemu
nie,  w  tej  chwili problemem jest niewiedza na temat funkcjonowania mózgu,
ale  za  lat kilkanaście, gdy dobrze poznamy wszystkie tajniki człowieka być
może  sieci  neuronowe  będą  mogły  istnieć w środowisku, z którego zostały
zapożyczone.
  Obecnie  naukowcy są w stanie przeprowadzać operację wstawienia sztucznych
oczu,  wraz z odpowiednim powiązaniem receptorów elektronicznych z sektorami
mózgu  odpowiedzialnymi  za wzrok i widzenie. Dlaczego by za kilka lat miało
nie udać się połączenie pamięci zewnętrznej z mózgiem. Być może udało by się
wykorzystać  mózg  do przechowywania informacji. Przecież i tak człowiek nie
jest   w  stanie  wykorzystać  wszystkich  możliwości,  które  tkwią  w  tym
najważniejszym ludzkim organie. A gdyby tak udało się odtworzyć mózg?
  To  pytanie  nęka  wszystkich  naukowców  na  całym świecie. Wiedzą jak to
zrobić,   mają   niezbedną   teorię,   ale   nie  są  do  tego  przygotowani
technologicznie.  Trzeba by bowiem zejść na poziom atomów i ingerować w ich,
jakże  spójną strukturę i bardzo duże siły oddziaływań. Lecz i to wydaje się
osiągalne  za  kilkanaście  lat.  Gdyby  udało  się wniknąć w atomy i z nich
tworzyć  wszystkie niezbędne materiały w elektronice, to dzisiejszy komputer
skurczyłby  się do łepka zapałki i jeszcze byłoby miejsce na jego rozbudowę.
Niewiarygodne,  ale nanotechnologie to znane naukowcom pole działań. I wcale
nie jedyne.
  Tylko  w całym tym rozumowaniu zapominamy o sobie samych. Jak wyglądała by
nasza  przyszłość,  przyszłość ludzi ery komputerów i robotów. Nie chciałbym
dożyć tej chwili, musiało by to być okropne.
  Ludzie  byli  by  wtedy  odpadkami,  zwykłymi  śmieciami walającymi się po
naszej  galaktyce.  Wszystko  byłoby  sterowane  komputerami,  każdy  proces
byłby  pod  kontrolą  maszyny.  Sprzęt  zepsuty  ulegał  by  samo naprawie i
doprawdy  nie  wiem,  czy  człowiek  byłby  do czegoś potrzebny. Chyba tylko
patrzył  by  się  i  płakał,  że doprowadził do takiej katastrofy. Byłaby to
zagłada  całkiem odmienna od wszystkich dotychczasowych, od tych jakie sobie
jesteśmy w stanie wyobrazić.
  Wszystko  pod  kontrolą  maszyn. Nowe maszyny produkowane przez istniejące
maszyny.  Być może następnym ogniwem na drodze ewolucji mają być roboty? Być
może   człowiek   jest   tylko  jednostką  przejściową?  Czyżby  Darwin  nie
przewidział  tego,  że  istnieje  jeszcze następny szczebel - etap na drodze
zmian i ewoluowania. Wynikało by z tego, że następnym zagrażającym ludzkości
będzie świat stworzony przez człowieka.
  Co  ludzie by robili w przyszłości? Zatracili by całkowicie swoją wiedzę i
umiejętności,  bowiem  nie  było by to im do niczego potrzebne. Zachowali by
tylko  instynkt samozachowawczy i być może zdziczeli by, stając się czymś na
kształt  dzisiejszych  małp.  I  byli  by  traktowani  jak małpy, zamykani w
klatkach i chodowani ku rozrywce i uciesze robotów.
  A  co  by  było  dalej? Co by przyszło po robotach? Może coś co by na nich
żerowało  -  rdza?  Może  kurz  i  pył,  który  jest  szkodliwy  dla  części
elektronicznych? Może krzem, amoniak?
  A  przecież istnieją teorie życia zrodzonego na bazie krzemu i amoniaku, a
nie na bazie węgla i wody jak obecnie. Nikt nigdy nie potwierdził tej teorii
ale  też  nie  może  jej  zaprzeczyć. Mogłoby powstać nowe życie zrodzone na
pyle, kurzu i pozostałościach po robotach.
  Ale tak na prawdę to tylko gdybanie. Równie dobrze, wszystko może ułożyć i
potoczyć  się  w inny sposób. Robotyka może wkroczyć wraz z technomedycyną w
ciało ludzkie. Ludzie mogli by częściowo ulegać cyborgizacji, co byłoby dość
dobrym   rozwiązaniem.   Sprzężenie  człowieka  z  komputerem  to  najlepsze
rozwiązanie  dla  obojgu.  Dodatkowe,  nie  odkryte,  drzemiące  w człowieku
możliwości zostały by wreszcie przebadane i wzmocnione.
  Dar przewidywania przyszłości, telekineza, telepatia, sterowanie emocjami,
wzmocnienie  siły  fizycznej,  nieśmiertelność. To jest to do czego ludzkość
dąży i stara się osiągnąć.
  Komputery  i  cała  wiedza  elektroników  na pewno zostanie spożytkowana z
myślą  o  ludziach.  Problem tylko czy będzie to dla ludzi korzystne czy też
nie.
  Jeszcze  inny  scenariusz  zakłada  niesamowicie  długą  i nieobliczalną w
skutkach wojnę pomiędzy "ludźmi" a pseudoludźmi, maniakami cyborgizacji. Kto
wygra?  Wiadome,  ludzie  nie  będą  mieli  szans. A może? Kto wie, na temat
przyszłości  można  snuć  tysiące  epizodów, i żaden może się nie sprawdzić.
Może  też  sprawdzić  się  każdy, bowiem nie jest wykluczone, że dojdziemy w
końcu  do  problemu światów równoleglych, które istnieją w tym samym czasie,
ale  w  innych  płaszczyznach.  Być  może "ja" istnieję jeszcze w kilkunastu
światach  i  nic o tym nie wiem, bowiem nie jestem w kontakcie z pozostałymi
"ja". A może to sen jest takim punktem kontaktowym z innymi wymiarami?
  Każdy  widzi  i  myśli, że wymiary są tylko trzy. Tak myślą ludzie prości,
nie  obyci  z matematyką i nie stykający się z takimi zagadnieniami. Ale kto
ma  o  tym  jakie takie pojęcie, to wie, że wymiarów jest niezliczona ilość.
Problem  tylko w tym, że człowiek nie jest w stanie ich sobie wyobrazić, coś
w  stylu  dwóch punktów, które nie mają pojęcia o lini prostej, pomimo tego,
że ona istnieje.
  Podróże  w  przeszłość i przyszłość, zaginanie czasu, być może zatrzymanie
czasu, możliwości ponownego odradzania się pod innymi postaciami... wszystko
to teorie i kiedyś będą wyjaśnione, pozostaje tylko zapytać - kiedy?

Log z Irca

Autor: Szaman

                                Log z Irca.

               [ Filip Szymborski - Szaman - █████████████ ]

  Tak  się  było złożyło,że nasz mały przyjaciel Hati, z uprawnieniami roota
na akson.sgh.waw.pl miał nieprzyjemność dostać się na moją shitlistę. Powody
zachowam  dla  siebie,  w  każdym razie dzięki jego groźbom zdecydowałem się
przenieść  stronę #warszawy na inny server, za co jestem na niego szczerze i
głęboko  wqrviony.  Cooz, każdy ma takich root'ow jacy mu się trafili. To co
popycham  tutaj to owoc radosnego brykania kolegi przewodniczącego szkolnego
koła informatycznego po kanale gdańsk. Polecam jego rozmowę z Joanną....
  Życzę miłego czytania.


          -   ---=[              WSTEP                ]=--  -   -
         -    ---=[      niby nic, ale pozwala        ]=---    -
            -  --=[ wczuc sie w klimat nadchodzacych  ]=-- -- -   -
          -  - --=[           wydarzen.....           ]=-- -  -

*** Hati (█████████████████████) has joined channel #gdansk
<Hati> dzien dobry
[NiC0] dobra.. idem.. cos.. sciagac
[szaman:█████████████████████]  wiec  Hati byl laskaw zwroocic se dio mnie
per "lamerku" i splynal :)))
<Hati> Nic0 : stoj lamo
<Magic> Hati: :))))))
<Hati> Magic : hej
* myszka idzie do domu... zegnam wszystkich :)
[szaman:█████████████████████]   a   wczesniej   jeszcze   stwierdzil   ze
zasluzylas wcxzoraj na tego bana.....
<Hati> hehe
*** Signoff: de_Varf (calujcie mnie w /dev/vull)
<Magic> pa!
[Szelek:███████████████████████] slowy memi wzgardzasz?
<-[szaman]-> wow...me sie nie poczuwa...
[szaman:█████████████████████] ba! :)))))))
[szaman:█████████████████████] czym mu sie zasluzylas na tego bana?? :)))))


-   - ---=[                AKT 1                 ]=---  -   -
  -   ---=[                                      ]=--  -   -
 -    ---=[   w ktorym wszystko sie zaczyna....  ]=--- --    -

<Joanna> Hati, malutki:)))
<Hati> Joanna : dzien dobry
<-[szaman]-> chyb jednak nalezy mu sklepac te maske...hmmmmm
<Hati> malutki ?
[szaman:█████████████████████] mysle ze to dobry pomysl :))))
<Hati> chyba ktos tu ma cos ze wzrokiem
<Joanna> Hati, pewnie!!
* Hati dostal dzis wize do jusa i ma problem : jechac ili nie.
<Hati> oto jest pytanie
<-[szaman]->  no  wlasnie  nieczym!!!!.....poniwaz  mnie  3 razy zdeopowal
zapytalam co mu przeszkadza op u mojej osoby.....
[szaman:█████████████████████] aha.....a on na to +b?
<Joanna> Hati, jedz, ale zalezy gdzie
<Magic>  Hati:  :))  hehhhh...  a co masz do stracenia? jezeli duzo to nie
warto ;)))
<Hati> Milwaukee
<Joanna> ja byla w new mexico i colorado i californii
<-[szaman]-> nie odpowiedzial....wiec zapuytal o to tez
nico...no to gosc zdeopowal wszystkich...a mnie zabanowal...heheheh
<Hati> Magic : heh... 25 baniek na bilet :)
<Hati> Joanna : opowiadasz
<Hati> Joanna : a po co ? :)
<Joanna>  a ja mialam biliet za darmo, mniam:))
<Hati> i kiedy ?
<Hati> za darmo ?
[szaman:█████████████████████] to lamuch straszny.....:)
<Hati> a to skad ?
<Hati> z kosciola ?
<-[szaman]-> czy ty widzisz kto jest na gdansku??????????????????
<-[szaman]-> czy ty widzisz kto jest na gdansku??????????????????
<Hati> hehe
[szaman:█████████████████████] nieee.....kto?
*** GeneOK (████████████████████████████████) has joined channel #gdansk
<-[szaman]-> HATI!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

-   - ---=[                AKT 2                 ]=---  -   -
  -   ---=[                                      ]=--  -   -
 -   -- -=[ w ktoorym Hati wykazuje sie mestwem  ]=--- --  -   -
-   --- -=[     i znajomoscia slowa "root"       ]=--  -     -

<Hati> mow mi tu szybko bo sie zdenerwuje i ci konto zablokuje
^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^
<Hati> no
<Joanna> z kosciola??:))) o hehhehhe
<Hati> Joanna : ja mowie powaznie z tym kontem
^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^
[szaman:█████████████████████]       ha.............widac      am      tam
znajomych.......mam na mysli [nic0]..
*** Lojcia (████████████████████████) has joined channel #gdansk
<Hati> wiec mow
*** Mode change "+o Lojcia" on channel #gdansk by Magic
<Hati> lepiej
<Joanna> przyslala mi rodzinka:)))
<Hati> bo beda problemy
<Hati> aha
<Hati> a kiedy bylas ?
<Hati> hm ??????????
* Hati jest bardzo niecierliwy gosc. Radze uwazac.
<Joanna> w lutym
<-[szaman]->     ano...wlasnie     straszy    joanne    ze    jej    konto
zablokuje...hehehehe...sluchaj    to    jakis    zboczeniec....niekoniecznie
seksualny,,,hehehehe
<Hati> Joanna : juz sie loguje na roota... dzialasz na moja cierpliwosc
^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^
<Hati> aha
<Joanna> Hati, nie groz mi, bo sie wsciekne
<Hati> w lutym ???
<Hati> hm.... 2 tygodnie ?
<Joanna> tak!!!!!!
<Hati> Joanna : ja ostrzegam tylko
<Joanna> miesiac
<Joanna> cal;y miesiac
<Hati> w ostatecznosci stracisz prawa do irca
<Hati> :-)
<Hati> Joanna : hm... miesiac powiadasz
[szaman:█████████████████████]   hmmmmm...........zaczynam  go  na  prawde
nielubic.....
*** Signoff: Lojcia (I'm outta here! Spadam!)
<Hati> Joanna : w jakim miescie mialas baze ?
<-[szaman]-> tak...ja tez.....
<Hati> hmmmmmmmmmmmmmm
<Joanna> Los Alamos, potem Denver, potem Las Cruces
* Hati ma wrazenie ze Joanna naprawde chce podpasc.
<Hati> *** CTCP PING reply from Joanna: 9 seconds
<Hati> hm ... 9 sec
[Szelek:███████████████████████]  na  grype to poty a nie pociechy, choc i
pociecha byc moge na goraca Twa glowe ochlode
[szaman:█████████████████████] a co w ogole sie dzieje na #gda?
<Hati> 6 sec
<Hati> hm
* Magic sie dziwi zdeczko....
<Hati> Los Alamos ? hm... co to ? Mexyk ? ;)
<Joanna> przeciez napisalam!!!!!!
<Joanna> Hati, qrde
<Hati> Magic : ?
* Magic mysli ze grunt to grozny admin ;)))
<Joanna>  Hati,  Los  Alamos  jest  w  stanie New Mexico, miedzy Arizona i
Texasem
<Hati> Magic : hehe
<Magic> a raczej niecierpliwy... ;)))
<Joanna> Hati, jescze jakies pytania?
<Hati>  Joanna : hm... moze by ci tak quote zwiekszyc ? taka gadatliwa sie
zrobilas :)
<Hati> Joanna : tak ... lecialas z W-wy do LA ?
<Joanna> Hati, nie gadaatliwa, tylko rozmowna
<Hati> aha
<Hati> powidzmy
* Hati bedzie musial leciec chyba liniami rumunskimi :(
<Joanna>  Hati,  nie,  lecialalam  do  Chicago  i tam mialam przesiadke do
Albuquerque
<Hati> Albuquerque ??? geee - to na alasce
<Joanna> lecialam Lotem
<Hati> jest
<Hati> hm
<Hati> cool
<Joanna> nie na Alasce, tylko New Mexico!!!!!
<Hati> aha

-   - ---=[                AKT 3                ]=---  -   -
  -   ---=[                                     ]=--  -   -
-   -----=[ w ktoorym kol. Hati okazuje sie byc ]=---  -    -
 -  --- -=[            nie byle kim!            ]=-- -    -

<Joanna> Hati, zrob se kurs geografii!!!!!!!!!! (bez obrazy)
<Hati> Joanna : mialem 5 u samego mistrza (Kucinskiego) kolezanko
<Hati> wiec mi tu nie wytykaj
<Joanna> Hati, a ja 5,5 u Fierli
<Joanna> hahhahhahaa
^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^
  /me  nie  uczeszczal  na  geografie  w  szkole  sredniej  z  powodu  braku
subordynacji,  a  przynajmniej  uczeszczal  sporadycznie,  wiec  tu spuszcza
skromnie uszy po sobie [przyp. szamana]

<Hati> Joanna : kujonka
<Hati> a fe
<Hati> na NB o takich pisza
<Hati> nie zapisuj sie lepiej na 6280 bo juz masz stopien w dol
<Joanna> Hati, wcale nie kujonka, po prostu lubie gegre\
* Hati mowi powaznie.
<-[szaman]-> moment...szef detected!
<Hati> taa
<Hati> szczegolnie ekonomiczna
<Szelek> A znaszli Swoj kraj?
<Hati> heh
[szaman:█████████████████████] oki....bye :)))
<Joanna> pewnie, ze tak!! a jak nie wierzysz, to nie:))))
<Hati> nie wierze.
<Szelek> no to stolica ........
<Joanna> Szelek, tak, moj kraj to Leetwa
<Szelek> Tak ?
*** de_Varf (██████████████████████) has joined channel #gdansk
<Szelek>  ooooooooooo  (zrobilem  teraz duze niebieskie oczy, ale zaraz mi
przejdzie)
*** Mode change "+o de_Varf" on channel #gdansk by Magic
<de_Varf> re ..................
<Joanna> Szelek, zarcik
<Joanna> ja z Polszy
* de_Varf skonczyl z X-ami ... na 386 to morderstwo !!!
* Hati cos pokaze Joannie. Popatrz na ekran. Z gory przepraszam za krzywde
Ci uczyniona.
<Joanna> aa po litewsku Polska to Lenkija!!!:))) hehheh
* Hati sie zdenerwowal. :-)
<Szelek> Juz mi sie oczy spiwczyly
<Hati> ooo Lenkija :-)
<Hati> fakt
* Hati byl na Litwie w tamtym roku :)
<Hati> ah Litwinki :-))))
<Szelek> a Polanka?
<Hati> chlopy : Litwa to cudowny kraj ... 60% ludzi to kobiety :)
<Hati> dobra...
<Hati> Joanna : uwazaj

-   - ---=[                AKT 4                  ]=---  -   -
  -   ---=[                                       ]=--  -   -
 -   ----=[  w ktoorym kolega Hati przestaje byc  ]=----  -    -
-   - ---=[ postrzegany przez redaktora tego txtu ]=--  -    -
  -   ---=[ jako zwykly dupek, a zaczyna jako     ]=---- -     -
-  ------=[          zwykly skurwysyn             ]=--- --   -

<Hati> byla Joanna ... nie ma Joanny
<Hati> Szelek : heh
<Hati> Joanna : gdzie jestes ?
* Hati zrobil tylko malego flashka.
<Hati> chyba nerowy jestem jakis
<Hati> ambasady na mnie zle dzialaja
<Hati> *** Whois Information for: Joanna
<Hati> ***   Address     : ███████████████████████
<Hati> ***   IRCNAME     : Joanna Jodkowska
<Hati> ***   On Channels : #gdansk
*** PUBLIC flooding detected from Hati
<Hati> ***   Server      : warszawa.irc.pl (Warsaw University, Poland)
<Hati> ***   Idle Time   : 1 minute(s) (110 seconds)
<Hati> ***   Signed on   : Thu Jul 18 13:57:02 1996
<Hati> hm... byla
* Hati to swinia.
^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^ powiedzial bym raczej ze palant [przyp. szamana]
<Hati> hehe
*** Signoff: Joanna (Connection reset by peer)
*** Joaska (███████████████████████) has joined channel #gdansk
* Hati czeka na pojawienie sie Joaski.
<Hati> o jest
<Hati> teraz /me uslyszy :
<Hati> teraz /me uslyszy ?
<Hati> Joaska : co sie stalo ? gdzie bylas ?
<Hati> hm
*** Joaska is now known as Joanna
<Hati> Joanna ?
<Joanna> swiat jest piekny
<Hati> bo skrzywdze znowu
<Szelek> Ale Ci sie zmienia
<Hati> aha
* Magic is away: Idle 5 minutes - Automatically set away
<Joanna> lubie slonce
<Joanna> i wiatr
<Joanna> i wiosne
<Hati> minister ?
<Hati> hmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmm
<Szelek> uwaga - rozczulanizm
* Hati chyba zablokuje tej Joannie irc-a. Marnuje sie nam poetka.
^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^
<Szelek> monitor scisnal mi sie ze wzruszenia za gardlo
<Joanna> Mr.Darek Jaworski, mozna wiedziec, czym zasluzylam sobie na takie
yraktowanie?
<Hati> Joanna : pomysl
<Joanna> Hati, nie ******* mnie, nic ci nie zrobilam
<Szelek> wez wiec packe i go pacnij
<Hati> Joanna : ale brzydko mowic chcesz
<Hati> hm
<Hati> nie ladnie
<Hati> *******
<Szelek> ladnie inaczej
<Hati> bardzo nie ladnie
<Joanna> Szelek, ja jestem tylko jedna z ircowniczek, a on jest wielki pan
<Szelek> no to wez doncke i go doncnij
<Hati> jaki tam pan
<Szelek> pantarej
<Joanna> HAti, no wiec pytam, co ja takiego zrobilam?
<Szelek> ONA pyta GO
<Hati> Joanna : nic ... zapomnij ... nic ci nie bede robil
* Hati spada.
*** Signoff: Hati (Time to kiss your ass goodbye, the end has just begun.)

  smutne to, qrcza smutne ze takim cepom daje sie uprawnienia admina...:( ja
w  kazdym  razie  mam go stale na shicie i nic nie wskazuje na to zebym mial
to zmienic...

Tytułem końca

Autor: Cobretti

                               Tytułem końca.

             [ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]

  To  jest  ostatni numer wydawany jako numer w HTML'u. Od następnego numeru
Reporter   pojawiał   się   będzie  u  Ciebie  pocztą!  Tak,  tak!  Żeby  go
zaprenumerować  przyślij  mi  swoj  adres  e-mail  i  będziesz go co miesiąc
dostawać pocztą. (może częściej, zależy od ilości artykułów).
  Zmieni  się  także design Reportera, Szaman zrobił cool logo, ja popracuję
nad  layoutem.  Dodatkowo  pojawią  się  rubryki Pozdrowienia (każdy może tu
kogoś pozdrowić) oraz inne niespodzianki.
  Więc przysyłaj mi swój adres i nie marudź, bo czas ucieka i muszę wiedzieć
do  jak wielu ludzi mam rozesłać 5 numer. Zresztą na sieci będzie on również
dostępny  ale nie w HTML'u tylko jako tekst. I Ty możesz zostać redaktorem!!
Wystarczy napisać jakiś artykuł, bo ciągle jest ich za mało. O czym kolwiek,
nawet o niczym, jeżeli warto będzie go przeczytać. Więc pisz, nie marudź!!
  No to dosiego roku!:)))

Reporter 5/1996

Wstępniak: Od redakcji

Autor: Redakcja

[ws1]                            Od Redakcji


  Czytasz  pierwszy  numer Reportera wydawany w taki sposób. Teraz będzie on
docierał  do  Ciebie  poprzez  pocztę  elektroniczną  co  miesiąc. Wystarczy
zgłosić  chęć  prenumeraty  i  nie musisz się martwić o to, że do Ciebie nie
dotrze.  Dotrze  na  pewno. Jeżeli znajdą się chętni do pisania artykułów to
pojawiać się będzie co 2 tygodnie, a być może częściej.
  Ponieważ  numer  ten rozsyłany jest do wielu znajomych, być może dotarł do
Ciebie,  a  nie zapisywałeś się na prenumeratę. W takim razie jeżeli chcesz,
możesz   zrezygnować   z   otrzymywania   Reportera  (napisz  mi  tylko,  że
rezygnujesz)  lub  też dostawać następne numery (zapisz się na prenumeratę).
Lista   prenumeratorów   zamieszczona  jest  na  stronie  Reportera,  adres:
http://www.cto.us.edu.pl/~majgier/reporter.html.
  Powiedz  swoim  znajomym  na sieci, że taki magazyn się ukazuje. Niech też
zgłoszą  chęć  prenumeraty,  bo  naszym  celem jest zebranie jak największej
ilości prenumeratorów, żeby Reporter uczynić pismem ogólnosieciowym.
  Jak  go  zaprenumerować?  Wyślij  na adres █████████████████ maila z Twoim
imieniem  i  nazwiskiem,  adresem e-mail i napisz, że chodzi o Reportera. Na
razie  jest  to magazyn amatorski, robiony przez ludzi, którzy po prostu coś
chcą  zdziałać,  a nie tylko siedzieć bezczynnie na sieci. Jeżeli masz jakiś
pomysł,  chcesz  prowadzić  jakiś  dział, masz ochotę napisać, chcesz wnieść
rzeczową krytykę, wal śmiało na adres podany w stopce.
  A  póki  co  możemy oddać w Twoje ręce pierwszy, ciągle udoskonalany numer
Reportera  ukazujący  się drogą mailową. Oczywiście będzie też dostępny jako
strona  WWW,  ale  w  formie zwykłego tekstu, tak jak to wydanie. Więc na co
czekasz, zacznij przeglądać numer 5/96 Reportera, którego robimy dla Ciebie.
                                                                [ Redakcja ]

Wstępniak: Teksty potrzebne

Autor: Redakcja

[ws2]                         Teksty potrzebne


  Poszukujemy  ludzi chcących pisać teksty do Reportera, ludzi z pomysłami i
inicjatywą.  Każdy  tekst,  który wnosi coś ciekawego zostanie opublikowany.
Nie  jest  istotne czego on dotyczy, nie może jednak obrażać niczyich uczuć,
wiary  i  moralności  oraz  łamać zasady dobrego smaku. Każdy tekst musi być
podpisany  bo anonimów nie publikujemy. Wyjątkiem są teksty, w których można
zastrzec  swoje  dane  tylko  do  wiadomości Redaktora Naczelnego, należy to
jednak zaznaczyć. Teksty mogą być przesyłane w dowolnym standardzie polskich
liter  lub  bez  polskich  liter.  Większość  tekstów  jest przed publikacją
autoryzowana  u  autora,  również  autor  zachowuje pełne prawa autorskie do
swojego  tekstu.  Autorzy  tekstów nie dostają żadnego wynagrodzenia, bowiem
Reporter jest magazynem amatorskim i robimy to dla sławy i przyjemności.
  Potrzebny  jest  także  ktoś,  kto  zna  się bardzo dobrze na ortografii i
chciałby  się  podjąć poprawiania błędów w tekście. Korektora bowiem jeszcze
na  składzie nie posiadamy, więc ewentualne błędy proszę nam wybaczyć. Tekst
jest  składany  z  polskimi  literami,  lecz na potrzeby wysyłania Reportera
mailem,  polskie  znaki są konwertowane na zwykłe ascii. Wydania Reportera z
polskimi  znakami  w standardzie Latin-II można pobrać u mnie na stronie WWW
"http://www.cto.us.edu.pl/~majgier"  lub  zamówić  listownie,  będzie  wtedy
przesyłany jako tekst konwertowany programem UUENCODE.
                                                                [ Redakcja ]


Wstępniak: Parę słów ode mnie

Autor: Cobretti

[ws3]                        Parę słów ode mnie.


  Dostaję bardzo dużo maili z chęcią prenumeraty Reportera. To dobrze, nawet
mogę  stwierdzić,  że  wspaniale. Jedyną siłą napędową są ludzie, do których
Reporter  dociera.  Gdyby  nie  oni,  wydawanie takiego magazynu było by bez
sensu.  Trochę  czasu zajęło mi przygotowanie tego numeru, zwerbowanie ludzi
na  prenumeratę,  namówienie  do  przysyłania tekstów i ogólną promocję oraz
reklamę Reportera. Chciałbym tutaj podziękować własnie Tobie, bo bez Ciebie,
drogi  czytaczu,  cała nasza robota byłaby tylko marnowaniem czasu naszego i
innych   ludzi.  Mam  nadzieje,  że  z  tego  numeru  będziesz  zadowolony i
znajdziesz  tutaj  dla  siebie chociaż jeden artykuł. Jeżeli stwierdzisz, że
podoba  Ci się to co robimy, to jest to wystarczający powód, żeby starać się
robić Reportera jeszcze lepiej i na jeszcze wyższym poziomie.
  Dziękuję  też  Szamanowi,  bo  to  właśnie  jego pomysłem było rozpoczęcie
wydawania  Reportera w formie wysyłanej mailami. On też sprawił, że zabrałem
się  z  zapałem do wykonania tego pierwszego, próbnego numeru. Dzięki niemu,
Reporter wzbogacił się też o elementy graficzne.
  No  i  oczywiście dziękuję wszystkim, którzy przysłali teksty. Bo przecież
oni  właśnie  tworzą  Reportera.  Teksty  uważam  za  wyśmienite i gorąco je
polecam.  Każdy  kto  pisze lubi usłyszeć słowa krytyki lub uznania, dlatego
pod  każdym  artykułem  umieszczam  adres, na który możesz przesłać autorowi
swoje zdanie o jego artykule.
  Jeżeli  tylko  numer ten zostanie odebrany pozytywnie i nie nastąpi masowa
rezygnacja  z  prenumeraty  (buuuuu, nawet nie próbuj rezygnować!), postaram
się  stworzyć  z  Reportera największy magazyn internetowy, zawierający dużo
ciekawych  informacji  i  docierający do jak największej ilości ludzi. Ilość
prenumeratorów podana jest w stopce jako nakład.
  Na  razie  wolę  więcej nie planować, bowiem i tak większość tego, w jakim
kierunku  rozwinie  się  Reporter,  zależy  od  Ciebie.  Ale będąc optymistą
wierzę,  że  wszystko  potoczy  się  zgodnie z planem - tu zawiesił głos, po
chwili dodał - Wielkim Planem.
                                            [ Cobretti - █████████████████ ]


Na szybko: Virus Hare

Autor: Cobretti

[sz1]                           Wirus Hare...


  Jak  zwykle,  narobiło się dużo zamieszania z powodu zwykłego wirusa. Hare
Krishna  to  tylko  jeden  z wielu wirusów które codziennie pojawiają się na
sieci,  w  firmowych  komputerach  lub u nas w domu. Nie ma powodu wszczynać
paniki,  tylko dlatego, że media zrobiły z tego sensacje. Ja ściągam z sieci
masę programów i jakoś uruchamiając komputer 22.08 nie zobaczyłem magicznego
napisu  generowanego  przez  Hare.  Już  bardziej  obawiam  się Angeliny lub
Spiryt'a, które czasem uda mi się złapać.
  Zresztą  wirus  jest  zbyt  młody,  żeby  zainfekował tak szybko wszystkie
maszyny.  Do  tego  potrzeba  czasu.  Dodatkowo  okazało  się, że wirus jest
napisany  z  błędami!  Podobną  panikę kilka lat temu media wywołały virusem
Michael  Angelo.  Jak  się  okazało,  nie  było tak źle. A niedawna wpadka z
wirusem  puszczanym  rzekomo poprzez pocztę elektroniczną? To była parodia i
wygłupiły  się  największe  firmy  na świecie, nie będę wymieniał nazw. Otóż
uwierzyły,  że wirus jest w mailu (tekście listu) i może zainfekować firmowe
komputery.  To  był  tylko dowcip, obliczony na niewiedzę i ignorancję ludzi
pracujących  na  sieci. Pokazał że nawet firmy komputerowe nie wiedziały, że
tą drogą nie da się przenieść wirusa.
                                            [ Cobretti - █████████████████ ]


Na szybko: Supermaratończyk

Autor: Cobretti

[sz2]                         Supermaratończyk


  Edward Dudek z Radziechowych-Wieprza koło Żywca jako pierwszy przybiegł na
metę  supermaratonu  Hiroszima-Nagasaki.  Trasa pierwotnie miała wynosić 450
km.  lecz  z powodu trudnych warunków została skrócona do 400 km. Trasa była
podzielona  na  cztery  etapy,  a do tego elitarnego supermaratonu stanęło 8
zawodników  z 13 zaproszonych. Pierwszy etap miał 169 km. drugi liczył sobie
ponad  100 km. trzeci miał 90 km. a czwarty ponad 70 km. Polak jako pierwszy
zameldował  się  u stóp Pomnika Wdzięczności w Nagasaki, a tym samym dokonał
nie lada wyczynu.
  Podczas  tego biegu polak stracił zaledwie kilogram wagi. Pił soki owocowe
i  jadł  południowe  owoce.  Pod  koniec  września  wybiera się do Grecji na
supermaraton  Ateny-Sparta  (246  km.),  a  w  przyszłym  roku  być  może do
Australii gdzie przewidziany jest dystans 1000 km.
                                            [ Cobretti - █████████████████ ]

Na szybko: Życie na Marsie

Autor: Cobretti

[sz3]                      Ślady życia na Marsie.


  Naukowcy znaleźli ślady życia w meteorycie pochodzącym z Marsa. Więc stało
się!  Od  wieków  ludzie  na  różne  sposoby  szukali życia pozaziemskiego i
starali  się  znaleźć  dowody na jego występowanie poza naszą planetą. Teraz
nastąpił   przełom,   co  prawda,  mowa  tylko  o  niepozornych  węglanowych
kuleczkach  ale  przecież na początku życie na Ziemi musiało kształtować się
podobnie.  No  chyba,  że  uda się kiedyś udowodnić teorię Panspermii, czyli
rozsiewania   życia   w  kosmosie.  Pansparmia  występuje  ponadto  w  kilku
odmianach,  bowiem naukowcy zakładają, że życie może być rozsiewane w sposób
samoistny lub przy pomocy innych cywilizacji! Poczekamy, zobaczymy.
                                            [ Cobretti - █████████████████ ]

Na szybko: F1 i Jaques Villeneuve

Autor: Cobretti

[sz4]                        F1 i Jacques Villeneuve

  Od  czasu, kiedy zginął A. Senna nie miałem w zasadzie nikogo, komu bym na
poważnie  kibicował  w  Formule  1.  Do  czasu.  Od  kilku miesięcy kibicuję
właśnie  Jacques'owi  Villeneuve - rewelacyjnemu Kanadyjskiemu rajdowcy. Nie
ma  sobie  równych.  Jego  temperament,  genialne  wyczucie  toru, refleks i
szybkość  powodują,  że wyścigi Formuły 1 znowu stały się dla mnie tym, czym
były  dawniej. Po prostu jest komu kibicować i cieszyć się z jego zwycięstw.
A zapowiada się, że będzie miał ich w swojej karierze mnóstwo. Jego strony w
internecie  można  wyszukać  wpisując  do Altavisty jego imie i nazwisko lub
zaglądając pod adres WWW:
http://www.jacques.villeneuve.com/english.html
http://www.monaco.mc/f1/
i u  pewnego  człowieka,  ale nie  udało mi się  do tych stron dotrzeć (błąd
przy połączeniu) więc nie podaję, żeby niepotrzebnie nie tracić czasu.
  Damon  Hill  jest na razie w klasyfikacji pierwszy, Jaques jest na drugiej
pozycji,  co  być  może  jest  ustalone przez stajnię Williamsa. Ale za rok,
stawiam w ciemno, że Villeneuve będzie mistrzem świata w F1.
  Póki  co,  polecam  trzy  nadchodzące  wyścigi  we Włoszech na torze Monza
(08.09.96),  Portugali  na torze Estoril (22.09.96) i Japoni na torze Suzuka
(13.10.96). I również zapraszam do kibicowania właśnie jemu.
                                            [ Cobretti - █████████████████ ]


Na szybko: Softarg 96

Autor: Cobretti

[sz5]                            Softarg 96


  W  dniach  17-20.09.96 odbędą się 10 Miedzynarodowe Targi Oprogramowania -
SOFTARG.  Cała  impreza  odbędzie się w Katowicach, na ulicy Bytkowskiej 1b.
Odbędzie się konkurs na najlepszy produkt programowy, przewidziana jest duża
ilość   seminariów  i  pokazów  własnych  róznych  firm,  mają  pojawić  się
największe  hity  programowe,  nie  powinno  zabraknąć  też Virtual Reality.
Oprogramowanie  to  także  gry,  więc ich też nie zabraknie. Naturalnie przy
okazji  tego  wszystkiego  znajdzie  się też trochę hardware'u, więc ogólnie
rzecz biorąc będzie wszystko.
  Jeżeli  masz  ochotę  przyjechać,  a nie wiesz jak tam trafić, bądź chcesz
udać  się  tam  ze  mną,  jest  okazja! Wybieram się na targi 18.09.96 około
godziny  11.00-12.00. Sczegóły oczywiście musimy ustalić mailem. Nie powinno
być  żadnych  kłopotów,  nawet  jeżeli zbierze się dość pokaźna grupa ludzi.
Więc  czekam. Reportera oczywiście nie mogło by zabraknąć na tej imprezie, a
relacja w następnym numerze.
                                            [ Cobretti - █████████████████ ]

Warsztat: Zegar w JavaScripcie

Autor: Alex

[wa1]                     Prosty zegar w JavaScript


  JavaScript   to   obiektowy,  niezależny  od  platformy  sprzętowej  język
programowania  pozwalający  na  konstruowanie  interaktywnych stron WWW oraz
łączenie  tych  stron  z  apletami  napisanymi w Javie. W przeciwieństwie do
coraz popularniejszej Javy, skrypty napisane w JavaScript nie są kompilowane
do byte codu, ale bezpośrednio interpretowane przez przeglądarkę. JavaScript
powstał dzięki współpracy firm Netscape i Sun Microsystems. W chwili obecnej
JavaScript  jest  zaimplementowany  w  przeglądarce Netscape Navigator 2.0 i
wyższych.  O potrzebie istnienia takiego typu języka może świadczyć fakt, że
konkurencyjna  firma  Microsoft stworzyła swój własny język skryptowy Visual
Basic  Script  który  ma  być zaimplementowany w Microsoft Internet Explorer
3.0.
  W  chwili  obecnej  coraz więcej stron WWW w Internecie korzysta z różnego
rodzaju  skryptów napisanych właśnie w JavaScript, ponieważ znacznie podnosi
to   atrakcyjność  statycznych  dotąd  stron  przy  jednoczesnym  zachowaniu
wszelkich  wymogów  bezpieczeństwa,  ponieważ JavaScript nie odwołuje się do
dysku użytkownika.
  Chciałbym  przedstawić  sposób  tworzenia  stron WWW z wykorzystaniem Java
Script na przykładzie prostego programu zegarka.

  Składnia  języka  JavaScript  jest  bardzo  podobna do składni Javy. Każdy
skrypt zaczyna się etykietą:

                       <SCRIPT LANGUAGE="JavaScript">

  natomiast  sam  program  jest  umieszczony  za  etykietą komentarza (patrz
przykład  1),  wynika  to  z  faktu,  że nie wszystkie przeglądarki potrafią
interpretować  JavaScript,  dzięki zastosowaniu etykiety komentarza nie będą
więc  wyświetlać  tekstu programu na ekranie. Najprostszy program napisany w
JavaScript  pokazuje przykład 1. Powoduje on wyświetlenie na ekranie tekstu:
"Hello World" i linii poziomej.

                                 Przykład 1:

<HTML>
<HEAD>
<TITLE>JavaScript - przyklad 1</TITLE>
</HEAD>
<BODY>
<SCRIPT LANGUAGE="JavaScript">
<!-- begin JavaScript --

document.write("Hello World <HR>");

//-- end JavaScript -->
</SCRIPT>
</BODY>
</HTML>


  Pisząc   skrypty   często   stosuje   się  formularze  (etykieta:  <FORM>)
udostępniane  przez  HTML,  służą  one  do  wprowadzania  danych a także ich
wyświetlania   w   przeglądarce,  (patrz  przykład  2).  W  przykładzie  tym
przeglądarka  wyświetla  dwa  pola  typu  "INPUT"  oraz  dwa  przyciski.  Po
wprowadzeniu tekstu w polu pierwszym i naciśnięciu przycisku "ok", procedura
onClick  powoduje  wywołanie  funkcji  "napis", która wartość pola (VALUE) o
nazwie  "strinput"  przyporządkowuje  wartości pola "wynik". Natomiast drugi
przycisk  "okienko"  powoduje wywołanie funkcji "okno" w której znajduje się
metoda:  alert("string").  Metoda  ta  wyświetla okienko z napisem "string".
Istnieje  również  metoda  confirm("string") wyświetlająca oprócz tekstu dwa
przyciski:  "ok"  i  "cancel",  zwracająca  w  zależności od wyboru true lub
false.

                                 Przykład 2:

<HTML>
<HEAD>
<TITLE>Java Script - przyklad 2</TITLE>
<SCRIPT LANGUAGE="JavaScript">
<!-- begin JavaScript --

function okno()
{
     alert("okienko JavaScript");
}

function napis(form)
{
   form.wynik.value=form.strinput.value
}

// -- end JavaScript -->
</SCRIPT></HEAD>
<BODY><FORM>
<INPUT TYPE="input" NAME="strinput" SIZE=30>
<INPUT TYPE="button" VALUE="OK" onClick="napis(this.form)">
<BR>
<INPUT TYPE="text" NAME="wynik" SIZE=30>
<INPUT TYPE="button" VALUE="Okienko" onClick="okno()">
</FORM>
</BODY></HTML>


  Po  tym  trochę  przydługim wstępie możemy przejść do tytułowego programu.
Program  ma  wyświetlać  czas  systemowy  w  trybie  24h lub 12h oraz datę z
polskimi nazwami miesięcy.

  Czas   systemowy   możemy  pobrać  przy  pomocy  metody  new  Date(),  np.
umieszczając w programie linię:

document.write(new Date());

otrzymamy  wtedy na  wyjściu np. "Sun Jan 07 23:37:20 1996", oczywiście czas
zostanie odczytany tylko raz, podczas ładowania strony. W naszym przykładzie
odczytem  czasu  zajmuje  się  funkcja  odczytczasu().  Metoda  getHours() i
getMinutes()  przyporządkowuje  zmiennym  h  i  min  liczbę  godzin  i minut
odczytanych  przy  pomocy  new  Date(). Pierwsza instrukcja warunkowa (widać
tutaj podobieństwo do języka C) powoduje wyświetlanie godziny w trybie 12h w
przypadku  gdy został on wybrany z listy wyboru (etykieta: <SELECT>). Ciągły
odczyt  czasu  zapewnia  metoda  setTimeout("nazwa  funkcji", odstęp czasu),
która wywołuje w sposób rekurencyjny funkcję odczytczasu().
  W  przypadku  gdy  klikniemy  na przycisk "data" zostanie wywołana funkcja
odczytdaty()  działająca  bardzo  podobnie  do poprzedniej funkcji, z tym że
wyświetla  datę,  a  w  zależności  od  wartości zwracanej przez getMonth(),
przypisuje zmiennej monthstr odpowiednią nazwę miesiąca.
  Funkcja  start(formwej)  inicjuje  działanie  zegara, przypisuje metodom z
powyższych   funkcji   odpowiedni  formularz  oraz  wywołuje  odczytczasu(),
natomiast  funkcja  zegar()  tworzy  odpowiednie  formularze  oraz  wywołuje
funkcje start której argumentem jest nazwa formularza.

  Na  marginesie dodam, że bardzo łatwo jest również zrobić help kontekstowy
do zamieszczonych na stronie WWW linków:

  <A  HREF="http://  link.html"  onMouseOver="window.status='ble ble' return
true">Link</A>

  gdzie  onMouseOver  to  procedura  obsługi zdarzenia "myszka nad linkiem",
window.status to metoda wyświetlająca tekst na belce statusu.

                 Program główny - Prosty zegar w JavaScript:

<HTML>
<HEAD>
<TITLE>JavaScript - przyklad 3</TITLE>
</HEAD>
<BODY>
<SCRIPT LANGUAGE="javascript">
<!-- begin JavaScript --

licz=0;

function odczytczasu()
{
  zerujlicz();
  czas=new Date();
  h=czas.getHours();
  if(form.tryb[1].selected && h>12)
    h=h-12;
  form.zegar.value=h;
  form.zegar.value=form.zegar.value+":";
  min=czas.getMinutes();
  if(min<10)
     min="0"+min;
  form.zegar.value=form.zegar.value+min;
  licz=window.setTimeout("odczytczasu()",1000);
}

function odczytdaty()
{
  zerujlicz();
  data=new Date();
  form.zegar.value=data.getDate();
  form.zegar.value=form.zegar.value+" ";
  month=data.getMonth();
  if(month==0) monthstr="styczen";
  if(month==1) monthstr="luty";
  if(month==2) monthstr="marzec";
  if(month==3) monthstr="kwiecien";
  if(month==4) monthstr="maj";
  if(month==5) monthstr="czerwiec";
  if(month==6) monthstr="lipiec";
  if(month==7) monthstr="sierpien";
  if(month==8) monthstr="wrzesien";
  if(month==9) monthstr="pazdziernik";
  if(month==10) monthstr="listopad";
  if(month==11) monthstr="grudzien";
  form.zegar.value=form.zegar.value+monthstr+" ";
  form.zegar.value=form.zegar.value+"19"+data.getYear();
  licz=window.setTimeout("odczytdaty()",1000);
}

function start(formwej)
{
  form=formwej;
  odczytczasu();
}

function zerujlicz()
{
  window.clearTimeout(licz);
}

function zegar()
{
 document.write('<FORM NAME=zegarform>')
 document.write('<INPUT TYPE="input" NAME=zegar SIZE=15')
 document.write(' VALUE="">')
 document.write('<INPUT TYPE="button"')
 document.write('VALUE="Czas" onClick="odczytczasu()">')
 document.write('<INPUT TYPE="button"')
 document.write('VALUE="Data" onClick="odczytdaty()"><BR>')
 document.write('Ustawienie trybu :&nbsp;&nbsp;&nbsp;');
 document.write('<SELECT NAME="tryb"><OPTION SELECTED>24h');
 document.write('<OPTION>12h</SELECT></FORM>');
 start(document.zegarform);
}
document.write(zegar());

// end JavaScript -->
</SCRIPT>
</BODY>
</HTML>


Literatura:

  [1]  Tom  Tessier,  Wykorzystanie  JavaScript  do tworzenia interaktywnych
stron WWW, Software 5/96, str. 18
  [2]  Stefan  Koch,  Introduction  to  JavaScript,  http://rummelplatz.uni-
mannheim.de/~skoch/js/script.htm
                     [ Aleksander Wasilewski - ███████████████████████████ ]
                     [ adres: ████████████████████████                     ]
                     [            ██-███ Zabrze                            ]


Warsztat: O bieganiu

Autor: Cobretti

[wa2]                            O bieganiu.


  Masz  godzinę  czasu  wolnego?  Można  by ją wykorzystać na przebiegnięcie
kilku  kilometrów.  Co  w  zamian?  Lepsza kondycja, zwiększona wytrzymałość
organizmu,   smuklejsza   i  odpowiednio  ukształtowana  sylwetka,  o  wiele
silniejsza osobowość i o wiele lepsze samopoczucie.
  Biegać można wszędzie, o jakiejkolwiek godzinie, w dowolne dni bez względu
na  pogodę.  Na  początek  polecam krótkie trasy - około 500 do 1000 metrów.
Jeżeli poczujesz się na siłach możesz zacząć biegać o wiele dłuższe odcinki,
lecz  jeżeli nie masz zamiaru być zawodowcem, nie ma sensu biegać na codzień
powyżej  10  kilometrów,  ponieważ  wycieńczenie  organizmu  jest wtedy dość
spore.
  Myślę,  że  optymalnym  dystansem  jest od 5 do 10 kilometrów dla joggingu
codziennego, a przy okazji można sobie pozwolić na dłuższe dystanse nawet do
25  -  30  kilometrów.  Maraton  owszem,  tylko  musisz  pamiętać,  że żaden
maratończyk   nie   biega   na  treningach  po  40  kilometrów.  Zwykle  nie
przekraczają oni 20 km, ale są tak dobrze przygotowani, że mogą bez problemu
przebiec  wymagane 40. Robią to oczywiście w miarę rzadko, bowiem tak długie
dystanse są bardzo męczące i osłabiają organizm.
  Trasa  -  bardzo  ważna  rzecz.  Na  początek  najlepiej jest wybrać teren
płaski,  bez  stromych  podbiegów  i  zbiegów. Ideałem jest ścieżka położona
gdzieś  w  lesie,  z  dala  od  osiedli, ruchu i zanieczyszczeń. Od biedy, w
miastach dobrymi trasami są zwykle tereny wokół ogródków działkowych, lasów,
skwerów,  parków  lub  innych  zielonych  obiektów.  Cmentarzy  nie polecam,
atmosfera  jest  niezbyt  ciekawa.  A  z  laskami  i  parkami należy uważać,
szczególnie  gdy  się  jest  dziewczyną,  z  oczywistych względów. Najlepiej
unikać ich wieczorami i po zmroku.
  Obuwie  -  tutaj  nie  ma  się  co rozczulać, musi być doskonałej jakości,
miękkie,  lekkie  i  nie  do  zdarcia  w ciągu tygodnia. Najlepiej markowe i
wyrobione, tzn. nie nowe. Nie może w żadnym wypadku ocierać lub być sztywne.
Musi  być przewiewne, żeby noga nie zaparzyła się podczas długiego biegu. No
i  oczywiście  odpowiednie  skarpety,  które  też muszą być miękkie i dobrze
wchłaniające pot.
  Ubiór  -  zależny  od  pogody, ale luźny i przewiewny, jak najlżejszy. Nie
warto  jest  biegać  bez koszulki, tylko dlatego, że jest gorąco. Pot, który
wsiąka w t-shirta sprawia, że mniej się pocisz i chłodzenie organizmu jest o
wiele  sprawniejsze.  Gdy  biegasz  bez t-shirta pot wyparowywuje i organizm
musi  o  wiele  więcej  się spocić, żeby utrzymać stałą temperaturę, co jest
dość  wyczerpujące,  szczególnie  przy  długich  dystansach.  Zresztą  niech
świadczy  o  tym  fakt,  że  żaden zawodowiec nie biega bez choćby skromnego
t-shirta.
  Czas  przeznaczany na bieganie może być różny. Gdy się spieszysz wystarczy
godzina, w co wliczam już także prysznic i zadbanie o higienę. Gdy masz czas
możesz  na  bieganie  poświęcić nawet kilka godzin, nie zaszkodzi a na pewno
przyniesie korzyści.
  Jak  biegać  spytasz?  Na początku niezbyt forsownie, nie na czas i nie na
dystans,  tylko zwykły bieg, bez żadnych narzuconych norm. Biegnij tak długo
jak  możesz,  pamiętając  o tym, że po około dwóch minutach organizm zaczyna
przystosowywać się do jego obciążenia, więc nastąpi nagły spadek wydolności.
Ale  trwa  to  około  minuty,  po  tym  czasie  organizm przyzwyczaja się do
panujących  warunków  i  zmęczenie  zaniknie,  więc  nie  przestawaj biec po
pierwszym  zmęczeniu,  ono  minie  samo.  Jeżeli  nastąpi  ponowne zmęczenie
organizmu  zwolnij i spokojnie przejdź do szybkiego chodu, po kilku minutach
spróbuj  jeszcze  kawałek  przebiec.  Jeżeli  nie  dasz  rady,  nie biegnij.
Odpocznij, wróć do domu, jutro przebiegniesz więcej.
  Jest  taka  zasada, że jeżeli przebiegłeś jakiś dystans to jesteś w stanie
następnym  razem  przebiec ten sam dystans + 10% tego dystansu. Sprawdziłem,
działa,  można przebiec nawet więcej. Czyli jeżeli dzisiaj zrobiłeś kilometr
to jutro bez problemu zrobisz 1100 metrów.
  Wyniki  szczególnie na początku widać już po kilku treningach. Po miesiącu
biegania  w  zasadzie  różnica  jest kolosalna. Nie występuje już zmęczenie,
można  biegać na czas, można próbować przebiec coraz większe dystanse, można
próbować  zmieniać  trasy  na trudniejsze, pokonywać wzniesienia, urozmaicać
bieg  dodatkowymi  ćwiczeniami  jak  np.  podciąganie  się,  pompki, szybkie
sprinty,  wykonywanie  jumpów, bieganie z półkilogramowymi walcami w rękach,
obciążenie nóg i tym podobne.
  Silna wola jest tutaj również potrzebna, szczególnie na początku, kiedy to
najtrudniej  zmusić  się  do biegania. Potem wchodzi to w nawyk i nie trzeba
się zmuszać, po prostu organizm potrzebuje tego.
  Jeżeli  nie  jesteś  w  stanie sam się zmusić to biegaj z lepszą od siebie
dziewczyną,  przy  niej  się zmusisz i dość szybko, a nawet o wiele szybciej
osiągniesz  postępy.  Na  długie wypady dobrze jest zabrać ze sobą kogoś dla
towarzystwa  i nadania odpowiedniego tempa. Jeżeli jesteś leniem, nie próbuj
biegać w pobliżu jakichkolwiek tras autobusowych, tramwajowych lub metra, bo
najdzie cię ochota do wrócenia do domu autobusem co jest bardzo niekorzystne
i  obniżające  morale. Na początku musisz być bardzo zdyscyplinowany, jeżeli
postanowisz  sobie że będziesz biegać trzy razy w tygodniu to musisz te trzy
razy  przebiec, w przeciwnym wypadku nie ma sensu cała ta zabawa bo i tak po
kilku dniach wymiękniesz i będzie to tylko strata czasu.
  Aha, jeżeli jesteś początkujący to nie zamęczaj się na śmierć, nie dopuść,
żeby  organizm był całkowicie wycieńczony, lub, żeby ciśnienie podniosło się
do tego stopnia, że będzie Ci się robiło czarno przed oczami i będziesz miał
wrażenie,  że zaraz omdlejesz. Zawsze przy dłuższych trasach miej przy sobie
kawałek  plastra  lub  bandaża,  o  chusteczka  to wymóg przy każdej trasie.
Zawsze  może  się  zdarzyć  coś  nieoczekiwanego,  np. wbicie w nogę kawałka
starego  drutu,  lub  też  podrażnienie  oka  przez  jakąś gałąź, że już nie
wspomnę o gorszych wypadkach, jak złamanie, bądź zwichnięcie nogi.
  Jak  długo biegać - najlepiej aż do całkowitego zmęczenia, trochę odpocząć
i  zrobić  jeszcze  kawałek  do  następnego zmęczenia. Pamiętaj, że organizm
będzie  w  stanie  wykonać  tylko tyle na ile go obciążasz. Jeżeli nigdy nie
przebiegniesz  2  kilometrów  to  nie  będziesz  w  stanie ich przebiec. Ale
obciążać organizm trzeba umieć i nie należy tego robić na samym początku.
  Ważna jest także zgoda lekarza na uprawianie joggingu. Są choroby na które
bieg  jest niewskazany, bądź wręcz zakazany! Przy dolegliwościach sercowych,
przy  kłopotach  z ciśnieniem, problemach z kręgosłupem, nerkami, i innych o
których  nie  mam pojęcia. W każdym razie bieg jest szczególnie polecany dla
ludzi otyłych (gdy mają zgodę lekarza).
  Bieg  jest o wiele wszechstronnie rozwijający niż np. pływanie, choć wielu
może się nie zgodzić to jednak mam na tym polu doświadczenie i bieganie daje
lepsze efekty. Po za tym zachęcam nawet do sporadycznego przebiegnięcia tych
200 - 300 metrów, to też coś da.
  No  i kultura biegania też jest ważna. Jeżeli zobaczysz kogoś, kto również
biega, powiedz mu cześć, jeżeli nie jest to niedzielny biegacz to odpowie na
pewno. No i pomagaj komuś, kto będzie potrzebował pomocy. Na trasie zdarzają
się  dziwne  przygody,  spotykasz  różnych  ludzi,  mogą  wydarzyć się różne
przypadki.  Kiedyś  Ty  też  będziesz  potrzebował  pomocy i pamiętaj o tym.
Unikaj  długich, samotnych i oddalonych od ludzkich osiedli tras. Gdy tam Ci
się coś przytrafi to nikt Ci nie pomoże i będziesz zdany tylko na siebie.
  Dodatkowym,  nie  mniej  ważnym  zagadnieniem jest odżywianie się. Również
odpowiednie uprawianie biegów w odniesieniu do pór spożywania pokarmu. Nigdy
na  całkiem  pusty żołądek, nigdy zaraz po zjedzeniu obfitego posiłku lub po
wypiciu  dużej  ilości  płynu.  Najlepiej  odczekać  po  posiłku około 2-2.5
godziny,  wszystko  zależy  jeszcze  od  organizmu  i  płci  biegacza.  Więc
odżywianie należy dostosować do własnych warunków.
  Bardzo  ważna  rzecz  to  odpowiednia  ilość  wody, jaką trzeba dostarczyć
organizmowi.  Minimum  to 3-5 litrów dziennie. Woda jest potrzebna nie tylko
do  zaspokojenia  pragnienia, ale również do wydalenia wraz z moczem i potem
wszystkich  toksycznych  substancji,  które  wydzielają  się  podczas biegu,
wszelkiego  rodzaju  kwasów (np. mlekowy) i ogólnego oczyszczenia organizmu.
Dlatego  wody  sobie możesz nie żałować. Oczywiście alkohol jest wykluczony,
palenie  papierosów  również.  Kawę  możesz  sobie zaparzać tak jak dawniej,
tylko  przypadkiem  jej  nie  pij!  Żadna  używka  nie  jest  polecana  przy
jakimkolwiek sporcie.
  Najlepsze  są  owoce,  naturalne  wody  (gazowane lub nie), specjalizowane
witaminizowane  pożywienie,  dobry  jest  ryż,  bowiem szybko się spala oraz
białe  mięso  (piersi  z  kurczaka).  Należy  uważać,  żeby  nie dopuścić do
zagłodzenia   się,  bowiem  po  spaleniu  pokarmu,  niezbędna  energia  jest
pobierana  z  tkanki  tłuszczowej i z mięśni. Przy zbyt intensywnym treningu
tracimy  dużo na wadze i ogólnie dochodzi do wyniszczenia organizmu. Dlatego
wszystko  trzeba  umiejętnie  dawkować, co oczywiście przychodzi samo wraz z
praktyką.  Organizm  sam  daje  znać  gdy  mu  czegoś  brakuje, ma wbudowane
niesamowite  mechanizmy  ochronne  i  nie  tak  łatwo  go  zniszczyć. Długie
dystanse  zostaw  wyczynowcom,  na  krótkich nic Ci nie grozi, nawet gdy nie
będziesz przestrzegał podstawowych zasad. A teraz spręż się i przebiegnij.
                                            [ Cobretti - █████████████████ ]

Reportaże: Tablice rejestracyjne

Autor: Yellky

[re1]           Tablice rejestracyjne w Polsce i na swiecie.


  Od   jakiegoś   czasu   słyszymy   o   projekcie  zmiany  polskich  tablic
rejestracyjnych  (a  przy  okazji  pewnie  także  całego  systemu  ewidencji
samochodów).  Chwilowo  jakby  mniej  się o tym mówi, więc może jest jeszcze
czas, aby zastanowić się nad paroma sprawami.
  Po pierwsze - wygląd nowych tablic rejestracyjnych. Ze wstępnych projektów
wiemy  już jak miałyby one wyglądać: czarne znaki na białym, odblaskowym tle
z  niebieskim paskiem po lewej stronie, na którym umieszczono polską flagę i
skrót  "PL".  Krótko  mówiąc - nic oryginalnego. Podobne tablice wprowadzono
niedawno  w  Niemczech,  Irlandii  i Portugalii, a w Rumunii dokładnie takie
same  -  różnią się one od naszego projektu jedynie rumuńską flagą i skrótem
"R".
  Nasuwa  się  więc  pytanie  -  czy nie stać nas na odrobinę oryginalności?
Tłumaczenie,   że   nasze   nowe  tablice  powinne  być  podobne  do  innych
europejskich  tablic  rejestracyjnych (bo przecież Europa się jednoczy) jest
trochę  śmieszne.  Spójrzmy  na  nowo  wprowadzone  tablice  rejestracyjne w
Austrii  -  ani  trochę  nie przypominają one tablic z Niemiec, Rumunii, czy
Portugalii.  Są  po prostu austriackie. Skoro mogli Austriacy - dlaczego nie
możemy i my?
  Po  drugie  -  przy  okazji  wprowadzania  nowych  tablic rejestracyjnych,
powinniśmy  się  zastanowić  nad  wprowadzeniem  także pewnych innych zmian.
Dobry  przykładem  mogą  tu  być Stany Zjednoczone, gdzie postanowiono upiec
dwie  pieczenie na jednym ogniu: mieć najładniejsze tablice rejestracyjne na
świecie,  na  widok  których  my  Europejczycy,  wpadamy w kompleksy, a przy
okazji  wykorzystać  je  z  powodzeniem  do  uzupełnienia braków w stanowych
kasach.
  Jak  to  dokładnie  wygląda  w  USA?  Przede wszystkim każdy stan prowadzi
własny  system  rejestracji  i  ewidencji  pojazdów  i wydaje własne tablice
rejestracyjne.  W  większości stanów, podczas rejestracji naszego samochodu,
możemy  zadecydować  czy chcemy otrzymać zwykłe (tzw. regular), czy też - za
dodatkową opłatą - specjalne tablice (special plates).
  Zwykłe  tablice  rejestracyjne  często  wyglądają  dość  spartańsko - mają
jedynie  wytłoczoną  nazwę stanu i kombinację cyfr i liter na jednokolorowym
tle (np. w stanie Michigan). Zdarzają się jednak bardzo kolorowe wyjątki, na
przykład  tablice  w  Idaho  - gdzie zamiast jednokolorowego tła mamy górski
pejzaż    w   patriotycznych   czerwono-biało-niebieskich   barwach,   lub w
Południowej  Dakocie: w tle są przedstawione twarze czterech prezydentów USA
(oryginalnie  wyrzeźbione  w skale w Mount Rushmore National Park, właśnie w
Południowej Dakocie).
  Ogólnie  mówiąc,  każdy  stan  stara  się  wykorzystać  regularne  tablice
rejestracyjne do swoistej własnej promocji: czy to za pomocą przyciągających
wzrok  specjalnych grafik, czy też za pomocą specjalnych haseł umieszczanych
na  tablicach.  Przykładem  mogą  być: "Grand Canyon State" w Arizonie, "The
Golden  State"  w  Kaliforni, "Aloha State" na Hawajach, "Famous Potatoes" w
Idaho,  "Land  of  Lincoln"  w  Illinois, "Sportman's Paradise" w Luizjanie,
"The  Spirit  of America" w Massachusetts, "10000 Lakes" w Minnesocie, "Land
of  Enchantment"  w Nowym Meksyku, "Great Faces, Great Places" w Południowej
Dakocie,  "Greatest  Snow on Earth" w Utah - by wymienić tylko kilkanaście z
nich.
  Gdy  zwykłe  tablice  rejestracyjne  nam  nie odpowiadają, możemy zażyczyć
sobie  tablic  specjalnych.  Są  one  projektowane  z bardzo różnych okazji.
Prawie  wszystkie stany wydały tzw. "environmental plates" promujące ochronę
środowiska.  Najczęściej  są  to tablice z rysunkami zwierząt (bardzo często
ptaków)  zagrożonych  wyginięciem  oraz  specjalnym na tę okazję hasłem, jak
"Protect  our Environment", "Assuring Wildlife's Future", czy też "A Natural
Treasure".  Specjalne  tablice  są także projektowane z wielu innych okazji,
np.  dla  upamiętnienia  500 rocznicy odkrycia Ameryki przez Kolumba, 20 lat
Disney  World  (z  rysunkiem  Myszki  Mickey), z okazji Igrzysk Olimpijskich
(takie  tablice  zostały  wydane  w  Kalifornii  i ostatnio w Georgii), itd.
Mieszkańcy  Nowego  Jorku  mogą  sobie nawet zamówić tablice rejestracyjne z
logiem  ich  ulubionych  Rangersów.  Jednak  za  te specjalne tablice trzeba
"specjalnie" zapłacić. Są to różne kwoty - od około $20 do $100.
  Oprócz  tego  możemy  sobie zażyczyć tzw. tablic personalnych - zarówno na
bazie  tablic  regularnych,  jak  i  specjalnych. Wtedy na naszych tablicach
rejestracyjnych  może  zostać  umieszczone  nasze  imię,  szczęśliwy  numer,
ulubione  zdanie  -  słowem wszystko, co nam przyjdzie do głowy (jeśli tylko
nie  jest  to  wulgarne,  obsceniczne, czy też w jakiś inny sposób urażające
czyjeś  uczucia).  Amerykanie  wykazują  w tym względzie ogromną wyobraźnię,
potrafiąc  "kodować"  całe zdania za pomocą pojedynczych cyfr i liter, które
czytane fonetycznie układają się w logiczne sformułowania, np. "YW84U" - Why
wait  for  you?,  "2FAST4U"  -  Too  fast  for you, "2TH DR" - Tooth doctor,
"2L84D8"  -  Too  late  for  date,  "RUOK"  -  Are you OK?, i tym podobnych.
Większość  stanów zezwala na kombinację złożoną z 2 do 7 liter lub cyfr, ale
na przykład w Nowym Jorku, czy też Północnej Karolinie możemy sobie zażyczyć
od  pojedynczej  litery  na  środku  tablicy,  aż  po  8 znaków. Szczególnie
Północna  Karolina jest bardzo liberalna jeżeli chodzi o tablice personalne:
na tablicy rejestracyjnej możemy również umieścić takie znaki, jak: !, ?, &,
#,  +,  itp.  Za  przywilej  posiadania  tablic  personalnych  trzeba  także
zapłacić.  Ceny  są różne, w zależności od stanu: od $15 w Maine, aż do $100
jakie muszą zapłacić za takie tablice motocykliści w Minnesocie.
  Personalne   tablice   rejestracyjne   są   bardzo   popularne  w  Stanach
Zjednoczonych, na przykład w Kalifornii wydano już grubo ponad milion takich
tablic.  Wszystkie  opłaty  za  specjalne tablice wędrują do stanowej kasy i
mogą  być przeznaczone jedynie zgodnie z celem, w jakim zostały one wydane -
np.  na  ochronę  środowiska  (environmental  plates), czy też na wszelkiego
rodzaju fundusze (np. The Family & Children's Trust Fund w Virginii). Dzięki
temu  połączono  przyjemne  z pożytecznym - kierowcy, jeśli tylko mają na to
ochotę  i  pieniądze,  mogą wykazać się dużą oryginalnością i pomysłowością,
rezygnując z regularnych tablic rejestracyjnych na rzecz tablic specjalnych,
a  stanowa  legislatura  nie musi, dzięki temu, narzekać na brak pieniędzy w
kasie.
  Wiele z tych pomysłów warto by wykorzystać w Polsce. Na przykład, czyż nie
byłoby ciekawiej, gdyby w projekcie naszych nowych tablic zastąpić białe tło
bardziej  patriotycznym biało-czerwonym? Warto także poważnie zastanowić się
nad wprowadzeniem możliwości otrzymywania za życzeniem (i oczywiście opłatą)
tablic  personalnych.  Taką możliwość mają już w Europie obywatele Austrii i
Szwecji,  gdzie  doskonale  się  to  sprawdziło. I jestem pewien, że także w
Polsce  znajdzie  się  jakiś  Edward  Kowalski,  który  za, powiedzmy, 500zł
rocznie  będzie  mógł sobie zażyczyć tablic z "E2RD K" zamiast zwykłych "KCI
3360",  czy  też  -  wedle  nowego  projektu - "KA-385-MO". A uzyskane w ten
sposób  pieniądze  mogłyby  być przeznaczane na poprawę bezpieczeństwa ruchu
drogowego, renowację polskich dróg, szkolenia, itd.
                                                 [ Yellky - ██████████████ ]

  A  ja  dodam,  że  temat tablic rejestracyjnych jest rozwinięty na stronie
Yellky'ego, polecam również jego hobby. http://www.man.katowice.pl/~labe
                                                                [ Cobretti ]


Reportaże: Wakacje 1996

Autor: Karinka

[re2]       Moje wakacyjne perypetie z Zakopanego z 1996 roku.


  A  zaczęło się wszystko tak niewinnie..... W ostatniej chwili dowiedziałam
się,  iż  do  swego  bagażu  mam dopakować m.in. nóż i sznurek... heh... nie
zmieściło  się  już  do mojej przepastnej torby podróżniczej, więc wsadziłam
powyższe  przedmioty do torebki; udałam się do sklepu po "Fantę", przy kasie
otwieram  torebkę, z której sztorcem sterczy nożyk (taki do krojenia chleba)
i zaprzyjaźniony właściciel owego sklepu:
- O Boże! Zwariowałaś??? Zadźgać mnie chcesz???
  Dał  mi  gazetę,  aby  chociaż  owinąć ten nieszczęsny nóż; w momencie gdy
został  doinformowany,  iż  służę  również sznurem nic nie powiedział, ale z
wyraźną  ulgą  odetchnął  jak  opuszczałam jego sklep. Obładowana (jakbym co
najmniej  na  kilka  miesięcy,  a  nie  na  nędzne  2 tygodnie) udałam się w
kierunku Dworca Centralnego, gdzie byłam umówiona z Marzeną.
  Pociąg,  który miał nas zawieźć do Krakowa spóźnił się tylko 5 minutek, no
więc  co  to  tam  dla  nas?  W  doskonałych humorkach zajęłyśmy miejsca w I
klasie (a co se będziemy raz do roku żałować?). W przedziale naturalnie było
dziecko  -  kategoria:  do  uśpienia  -  ale w miarę znośne, jak się później
okazało.  W  Krakowie  teoretycznie miałyśmy być o 17.45, a o 18.15 miałyśmy
przesiąść  się  do innego pociągu, który miał nas zawieźć w kierunku stolicy
Tatr.  No  ale  jak ogólnie wiadomo polska kolej jest niezawodna i zawsze na
nią można liczyć! Z Wawy do Grodu Kraka zamiast 2.2h jechałyśmy skromne 3.5h
(tylko  80  minut opóźnienia). Nie wiem czemu się właściwie czepiam, w sumie
czy 80 minut to tak dużo???.
  O  godzinie 19.05 byłyśmy już na stacji Kraków Główny. Z bagażami udałyśmy
się  na  dworzec  PKP  i  akurat  miałyśmy  niepowtarzalną szansę obejrzenia
kuriozum.  Czuba! Facet był genialny. Przy jednym z okienek stał mężczyzna i
monotematycznie się wydzierał mniej więcej w takie oto słowa:
  -  Jeb...  kolej!!!  Jeb...  kolejarze!!! Ja żądam aby Pociąg (gdzieś tam)
poczekał, a on sku... pojechał i mnie zostawił!!... itd... itp...
  Przy  powyższej  formule w/w walił piąstkami w blat, pluł na szybkę pani w
okienku,  tupał kończynami dolnymi, po prostu zwracał na siebie uwagę. Jedna
z  kasjerek zadzwoniła niestety po mundurowych i w niedługim czasie nastąpił
koniec  zjawiska  i  opinii o PKP. W międzyczasie moja koleżanka bez żadnych
ceregieli  odzyskała  forsę  za  nasze  niewykorzystane  bilety z Krakowa do
Zakopca  oraz informacje, iż w dniu dzisiejszym z Krakowa Głównego pociągiem
do Zakopanego to nie mamy szans się dostać...
  No,  ale  nas  w  sumie  tak  łatwo  nie  da  się  załamać i wyprowadzić z
równowagi...  udałyśmy  się  w  kierunku dworca PKS. W tamtejszej informacji
Marzena zasiegnęła języka, że jest, owszem, (a czemu by nie?) i to nie jeden
PKS  do  upragnionego  przez nas miejsca, ale bilety sprzedaje bądź też nie,
kierowca,  ale  jak  chcemy  to  możemy  spróbować  i  mamy  się  ustawić na
stanowisku  nr  1 (to jest dość istotne) i tam też oczekiwać do godz. 19.55.
Tak  też  uczyniłyśmy...  /me  zapragnęła frytek... Marzena takowe danie dla
mnie  zakupiła  w  pobliskiej  budce.  Fryty były podane super apetycznie, a
mianowicie  w  torbie  po  cukrze - jejku, poczułam się jakbym cofnęła się w
dawne  dobre  czasy  - fryty były ohydne. Poznałam cała menelowska śmietankę
tamtejszego dworca.
  Ja,  jako  osoba  z  natury  ciekawska  zaczęłam  sylabizować  co też taka
porządna   instytucja   jak  PKS  napisała  na  tabliczkach  umocowanych  na
stanowiskach  do mnie jako do podróżnej. Okazało się, że autobusy w kierunku
Zakopca  ze  stanowiska  1  nie odjeżdżają... udałam się na stanowisko nr 2,
gdzie  wyszukałam  autobus,  który  mnie bardzo interesił. Przeniosłyśmy się
więc,  pod  słupek, na stanowisko 2. Koło godz. 19.50 głos z megafonu rzucił
informację,  iż  w/w  autobus  podjedzie  na  stanowisko  nr  3.  Bez oporów
przeniosłyśmy  się  na 3. Heh... PKS podjechał, ale na stanowisko nr 5... No
cóż,  na  tamtejszym  dworcu  mają trudności w matematyce z zakresu 1-5, ale
może umieją np. w zamian całki?? Kto wie???
  Najważniejsze  jest jednak, że się zabrałyśmy. Byłyśmy w pełni szczęśliwe,
gdyż  nocleg na krakowskim dworcu nie był czymś, o czym przez cały rok byśmy
marzyły.  W PKS-ie było dość nudnawo i monotonnie, aż do Nowego Targu. W tym
oto  szacownym mieście wsiadł typ człowieka - Jezus - z wyglądu. W momencie,
gdy  wyjął  chleb,  ja  kameralnym  szeptem  oznajmiłam,  iż  będzie chlebem
dzielił,  wina  powyższa  jednostka społeczeństwa nie posiadała, ale humorki
nam  poprawiła. Około godz. 22 dotarłyśmy do celu naszej wyprawy, skąd ulicą
Jagiellońską  podążyłyśmy  w kierunku naszej kwaterki. Przy Bul. Słowackiego
ramię  prawie  mi  już  odpadło  i  kategorycznie oznajmiłam, że dalej to ja
daleko  nie  zajdę.  Złapałyśmy  taksówkę (co na tejże ulicy nie jest rzeczą
prostą  o  tejże godzinie). Pan był miły, ale w numeracji domostw przy ulicy
Droga  do Olczy miał raczej mierne pojęcie - pomylił się jedynie o jakieś 15
numerów, ale czy warto o tym wspominać???.
  Okolica  piękna,  ale ciemno jak u przysłowiowego Murzyna... Szukałyśmy nr
7a.   Tia...  W  końcu  napatoczył  się  prawdziwy,  pijany  Góral,  którego
zagadnęłam...  Góral  skomentował  mój  wzrok,  ale  domek  wskazał.  Jak na
następny dzień się okazało, numer 7a faktycznie jest napisany, tylko tyle że
na  rynnie,  małymi  znakami,  zielona  farbą  i  w  ciemnościach kompletnie
niewidoczny. Tak też skończyła się nasza podróż.
  W sobotę rankiem (koło 11.00) wstałyśmy i ujrzałyśmy mało ciekawy obrazek,
a  mianowicie  za  oknem  lało...  Ostatecznie  z  cukru  nie jesteśmy, więc
udałyśmy  się  na  Krupówki,  gdzie  była  inwazja niebieskich, żółtych bądź
zielonych  płaszczyków  przeciwdeszczowych.  Jak skończone idiotki zachęcone
brakiem  kolejki przy Gubałówce wjechałyśmy na nią. Widoku było zero, ale za
to   zakupiłyśmy   (bardzo  seksowne)  niebieskie  płaszczyki  i  szybciorem
zjechałyśmy  do  Zakopca,  gdyż za 25 minut byłyśmy umówione przy GOPR-ze na
Piłsudskiego.  A  propo,  ciekawe skąd kolega pasterz uzyskał informację, że
powyższy  budynek  jest  jasny  z ciemnym dachem??? Wg mnie owszem dach jest
ciemny,  ale czy ciemne drewno można nazwać jasnym??? O 14.59 byłyśmy już na
Piłsudskiego  63a,  gdzie na ławeczkach przed obiektem zasiadłyśmy (dodam że
wewnątrz   posesji  GOPR-u)  i  oczekiwałyśmy  na  pasterza  i  jego  kolegę
Wojciecha.

  O  15.02  po  przeciwnej stronie uliczki, za ogrodzeniem pojawiły się dwie
podejrzane  istoty,  z  których  jedna  na  100%  musiała być pasterzem. /me
podniosła  się i skierowała w kierunku tegoż oto stworzenia. Istota powitała
mnie umiarkowanie:
  - K... nie wiesz co znaczy przed??
  Nie   miałam   żadnych  wątpliwości,  iż  się  nie  pomyliłam  i  jest  to
zakapiór.:))  Okazało  się,  iż  pasterz  dnia  poprzedniego  oczekiwał,  iż
przyjedziemy  pociągiem  do Zakopca tym co planowałyśmy, ale chłopaczyna nie
docenił naszych krajowych linii kolejowych...:)))).
  Po  wymianie  powitań  udaliśmy  się w stronę ronda do "Kolibecki". Kolega
pasterz  miał  opory przed wejściem do powyższego lokalu, ponoć jakieś ławki
kiedyś tam latały, ale nie zauważyłam nigdzie, aby jego zdjęcie tam wisiało,
i  wczłapaliśmy  tam...  było miło i sympatycznie. Po jakimś czasie udaliśmy
się  w  stronę  city Zakopca, gdyż Panowie wracali do Krakowa. Na Krupówkach
zakopiór   zaintonował   :...pod   Giewontem   baca   bacę.....  Ja  jedynie
oświadczyłam,  iż  nieprawda  jest jakobym znała tego faceta. W międzyczasie
obejrzeliśmy  kościół,  w  którym  co  poniektórzy  jeszcze nie pili.:))))))
Zaczepiliśmy się w knajpce niedaleko przystanku autobusu do Krakowa, knajpka
jak  knajpka,  warte  opisania mają jedynie toalety, ale o tym obrazowo może
wam  opowiedzieć  pasterz, heheh. Panowie pojechali sobie do Krakowa, a my z
Marzena udałyśmy na kwaterkę.
  Wieczorkiem  /me  wzięła się za wypisywanie pocztówek do znajomych. Eh, 19
sztuk,  a  więc  zajęło mi to ciut czasu, nigdy nie wiem co mam napisać... A
wy??? Proste ludziska nawet nie podziękowaliście, nie mówiąc już o napisaniu
do mnie kartki (tutaj zwracam honor co poniektórym, którzy to uczynili).
  Deszczową niedzielę spędziłyśmy na Krupówkach poznając tamtejsze lokale. W
poniedziałek  jakby ciut się przepogodziło, a więc udałyśmy się spacerkiem w
stronę  Kuźnic,  wczłapałyśmy na Nosala (chlapiąc na lewo i prawo), skąd nie
było  widoku  bo  mgła  była  niesamowita,  pojechałyśmy później do Bukowiny
Tatrzańskiej  na  spadolini.:)))))  Do  Bukowiny  jechałyśmy  busem  z  czad
kierowcą.  był  to  ludek  natrąbiony (heh, chyba się czepiam, miał koło 2%.
alkoholu  we  krwi,  ale  czy to ważne?). Nieomal nie zepchnął innego busu w
rów,  nie  spowodował  kilku  czołówek,  ale  udało nam się cało dojechać do
Bukowiny  (heh,  pewnie dzięki modlitwom co poniektórych). Czadowy facet np.
udzielał informacji do równie natrąbionego pasażera w Poroninie:
  - Patrzcie go! Ciemniak nie wsiądzie! K... baranie do dołu...
  W  poniedziałek  nie  wydarzyło  się nic o czym warto byłoby wspomnieć. We
wtorek  z  powodu pogody, a także mojego kolana udałyśmy się do Olczy, czyli
tak  gdzie  Lucyfer  mówi dobranoc. Po drodze widziałam coś fenomenalnego, a
mianowicie  psią  budę. Buda była piętrowa, drewniana - styl zakopiański - z
oknami, które zaopatrzone były w okiennice, na dachu była miniaturowa antena
satelitarna  i  wokół  ogródek.:)))) Widok jest niesamowity. Nawiasem mówiąc
tamtejsze psy mają ładniejsze domostwa niż ja blok w którym zamieszkuję.:((
  Dla  niedowiarków podaję namiary: idąc od Zakopca w stronę Olczy, po lewej
stronie  jeden  z  3  wyróżniających  się  domów  (domy  są białe z czarnymi
dachami)  przy  trzecim  -  jest  to  Pardołówka  -  można obejrzeć domostwo
psinki.:))  W  Olczy  jest  spożywczy, kościół - pokaźna budowla - zagroda z
owcami  i  pocztą.  Z  tamtejszej  poczty zadzwoniłam do kolegi Benka, który
nagle  zagłuchł  i  odłożył  słuchawkę na widełki; ponoć nie słyszał mnie, a
mnie było słychać pewnie na Ustupie i na Bystrym II, no ale, on nie słyszał.
Krew  mnie  zalała,  piana  na  ustach, odliczyłam do 15 i ponownie do niego
zadzwoniłam,  i  już  za tym razem usłyszał co też ja chcę itd... Na pytanie
skąd dzwonię odpowiedziałam szczerze i zgodnie z prawdą : HGW.
  M.in. we wtorek koleżanka Agniecha telefonicznie w sposób krótki, treściwy
i  ciut  może  niecenzuralny  została  poinformowana  co  myślimy o godzinie
przyjazdu  szamana  w środę do Zakopca. Lubimy szamana, kochamy szamana, ale
nie  o  5  rano.  Koleżanka jako osoba, która pracowała z nami 10 miesięcy w
sposób  szybki  i  błyskotliwy załapała o co chodzi, i w rezultacie szaman w
stolicy Tatr zawitał w środę o godz. 7.55. Uważam, że 7.55 to nieludzka pora
(Bóg to widział i nie grzmiał), no ale jeszcze to zniosłyśmy, gdyż przywiózł
ze  sobą  słoneczko.  Jego  Pociąg spóźnił się tylko 20 minut, więc co to za
spóźnienie??
  O  12.30  zjawiła  się  w  Zakopcu  reszta  towarzystwa,  czyli kucieńskie
nadjechało.  Po  południu udaliśmy się na Krupówki, gdzie zostałam posadzona
na  widoku  ludków  i  sportretowana w ramach prezentu urodzinowego (no cóż,
minkę  miałam  ciut  wściekniętą,  i  obecnie  moja  własna  babcia powyższą
podobizną  straszy).  Następnie  wdepnęłyśmy  na Wielką Krokiew i wieczorową
porą udaliśmy się do "Kolibecki" na urodzinki...
  W czwartek... heh... to był piękny dzień...:)))))). Wpadłyśmy z Marzena na
genialny  -  wtedy nam się tak wydawało - pomysł, a mianowicie zapragnęłyśmy
wjechać  kolejką  linową  na Kasprowy Wierch. Rankiem ruszyłyśmy do Kuźnic i
ok.  10.00  ustawiłyśmy  się  grzecznie  i  przykładnie  w  ogonku  do  kas.
Poznałyśmy  sporo  ludków,  w  sumie  miałyśmy czas... Do kolejki dotarłyśmy
(już, zaraz natychmiast) o 15.10. Gdy już dochodziłyśmy, na tekst Marzeny, a
teraz  na  glebę  na  kolana,  gostek z tyłu miał nawet ochotę to uczynić. Z
Kasprowego   złaziłyśmy   Halą   Gąsienicową  przez  Jaworzynkę  do  Kuźnic.
Zawadziłyśmy  o  "Murowańca", gdzie ponad godzinę czekałyśmy na szamaństwo i
bartusiów.  /me  doszła  do wniosku, iż pod tymże schroniskiem spotka pewnie
mężczyznę  swego  życia,  było  w  czym  wybierać,  bardzo ciekawe jednostki
społeczeństwa.  Np.  chodził  chłoptas  i sprzedawał chleb i konserwę, nawet
konserwę  udało  mu  się  sprzedać,  nie wiem co z chlebem. Inny gostek miał
bardzo ciekawy podkoszulek z napisem: UWAGA! Świr! Kolejny wyleciał pędem ze
schroniska  i kurcgalopkiem udał się na szlak machając kijkami narciarskimi.
Inny agent opowiadał zawzięcie i z werwą o swym pożyciu seksualnym, a raczej
o jego braku... itd.itd.
  Wieczorem  udałyśmy  się na posiłek do takiego sympatycznego lokalu co się
zwie:  Karczma  u  Starego.  Mnie  osobiście zachęcił napis: Czyś ty chłopie
łosioł?  Czy  ty  nie masz rozumu? Karczma stoi przy drodze, a ty idziesz du
dumu.  Mimo,  iż  nie  jestem chłopem udałam się do owej karczmy. Początkowo
usiadłyśmy  przy barku, ale po naocznym zorientowaniu się, iż z obsługa jest
coś  nie  tak,  zajełyśmy  stolik  jak  najbliżej  wyjścia. Obsługa w osobie
Januszka nie umiała odpowiedzieć co jest w menu, ale czy ktoś chciał czy nie
chciał  Jasio polecał placki po zbójnicku (na marginesie o tej porze już owe
danie  było  nie  serwowane).  Ja  chciałabym  zadać  jedno pytanko rodzicom
Januszka:  w  którym  momencie  Państwo popełnili błąd???. Jasio komentował,
abyśmy  się  przesiadły,  gdyż  jego  nogi  bolą,  po za tym dosiadał się do
stolików  gości,  mnie  np.  wyrwał łyżeczkę z ręki (uznał pewnie, że mi nie
będzie  potrzebna),  poinformował  nas, iż na dyskoteki to on chodzi,ale bez
okularów itd.itd....
  Punktem  kulminacyjnym  obsługi klientów przez Januszka było dwóch ludków,
na  oko  syn  z  ojcem.  Syn - wiadomo młody jeszcze, Koło 16 roku życia, na
żółto  siusia,  więc  co  tu  wymagać  - spytał Januszka o napoje zimne. Ten
wymienił:...  oraz soki naturalne gazowane i nie gazowane. /me się zdziwiło,
Marzena  lekko  się  zakrztusiła. /me nie wie, nie jest pewna, ale może, sok
naturalny  gazowany  wywodzi  się z cieczy barana?? Nieważne. młody człowiek
jednakże  wybrał  colę.  Ojciec  synka - o naiwności - chciał jakiś napój na
gorąco,  na  co  Januszek  roztropnie  spytał: Bigos??? Marzena na dobre się
zakrztusiła,  Januszek  zwrócił  na  nią  uwagę  i przez cały lokal udzielił
informacji,    iż   toaleta   jest   za   rogiem.   Momentalnie   w   tempie
superprzyspieszonym  wyszłyśmy z tego przybytku solennie sobie obiecując, iż
nasza  noga  tam nie stanie więcej. Z wiadomości szamaństwa wiemy jednak, że
Januszka  już  tam  nie widziano. Jeszcze Marzena miała okazję widzieć go na
rondzie, jak udzielał lekcji jazdy na rowerze górskim...
  W  piątek  /me  wyruszyła  na  podbój  Krakowa.  heh... szkoda, że się nie
założyłam,  iż  kolega  zeke mnie nie pozna. No powiedzmy (jak to ujął), nie
był pewien, czy ja to ja, ważne jest jednak, że się w końcu spotkaliśmy. /me
została zaprowadzona na Kopiec Kościuszki (wstyd się przyznać, ale wcześniej
nigdy tam jeszcze nie była). Jestem zachwycona kopcem. Kopiec rulez! Jeszcze
został mi do "zaliczenia" Kopiec Piłsudskiego, ale nie można wszystkiego tak
od  razu.  później  poszliśmy na Stare Miasto, które zawsze jest takie same.
Nic  się  nie zmienia. /me zadzowniła do pasterza i umówiliśmy się o 17.00 w
Cybercafe  u Louisa... Tak, nie skomentuje znajomości krakowskich knajpek co
poniektórych osobników, faktem jest, że o 17.00 dotarłam w powyższe miejsce.
  Eh...  Panowie  pasterz  i  zeke  (piszę was alfabetycznie) tak oszukują i
ściemniają,   aż  buraki  w  piwnicy  mi  zgniły.  Zapewniali  mnie,  iż  są
niefotogeniczni,  że  klisza  pęknie  itd...  A  ja  mam dowody na ich słowa
(wczoraj  odebrałam zdjątka, którymi dysponuję) i nikt nie powinien już im w
tej kwestii nigdy uwierzyć:))). A propo zdjęć, dobrze, że Marzena nie wpadła
robić mi fotek jak śpię, do końca wieku bym się niewykupiła. W sobotę w samo
południe  przy  pomniku Adasia byłam niby umówiona z takim jednym paskudnym,
okropnym Ślązakiem, ale nic nie straszyło. Może to i dobrze, gdyż muzyczka z
Wieży  Mariackiej,  mogła  być  bez  żadnych  zakłóceń odegrana, i facet nie
zapowietrzyl  się  z  wrażenia.  /me  z  zeke udała się na Wawel i wpadła na
pomysł  zwiedzenia  grobowców  (heh,  czemu  to  był  zły  pomysł?), później
oblukanie  smoka  itd...  /me zadryndała do Benka, który (o zgrozo! siedział
sobie w swych Gliwicach.
  Nie  ważne,  ma  to  u  mnie  zapisane  w  pamięci,  i  myślę,  że  jakieś
zadośćuczynienie  się należy). A później /me wróciła sobie do Zakopca, gdzie
w  pokoju  koleżanek  Garstek  było zgromadzenie. Panowie zostali wydaleni z
kwater  itd,itd,  ale  o  tej  ciekawej  historii będziecie mogli poczytać u
Cobriettiego w "Reporterze", gdyż kolega szaman obiecał na ten temat napisać
artykuł  (mam  nadzieję,  że  szamciu  zeskanowałeś  już  wizytówkę  Izydora
Ozarkowa  vel  Ozorkowa?). W niedzielę udałyśmy się do Doliny Kościeliskiej,
gdzie  przy okazji /me oblukała ośrodek "Gronik", w którym w październiku ma
się  odbyć  ircparty.  ośrodek  jest  świetny, jestem zachwycona i chyba się
wybiorę na to ircparty, a wy???
  W poniedziałek poszłyśmy do Doliny Pięciu Stawów Polskich, gdzie sobie tak
pomyślałam,   że   dzieci   powinno  zrzucać  się  do  pierwszej  napotkanej
przepaści.   Po   za   tym  podjęłam  decyzję,  iż  ja  potomstwa  nie  będę
prawdopodobnie  posiadała,  gdyż  jak tak na te dzieci się na patrzę, to tak
ich  nienawidzę... Następne dni z różnych to przyczyn i powodów (swoją drogą
skąd  Marzena obojętnie czy to w Wawie czy w Zakopcu wie, że będzie padać...
za  3  dni?)  spędziłyśmy na Krupówkach. Szczerze na jakiś czas mam dość tej
ulicy.  Znam  ją już jak własną kieszeń. Byliśmy m.in. na wystawie ciekawych
wynalazków   do   tortur,   widziałyśmy   pogoń   małolatów  zakopiańskich z
przyjaznymi okrzykami: chcesz kosę w plecy? za 4 czy 5 w dość poważnym wieku
młodych  mężczyzn,  widać,  że  przyjezdnych...  W  piątek znów wjechałam na
Gubałówkę,  aby  zjechać  z  Butorowego  Wierchu...  Dni upływały sobie... W
sobotę  o  9.50  miałyśmy PKS do Krakowa, i Zakopiec spisał się, gdyż żegnał
nas  w  strugach deszczu. Do Grodu Kraka dotarłyśmy z godzinnym opóźnieniem,
gdyż w Stróży dwa TIR-y się pocałowały i dołączył do nich jakiś busik.
  Poczłapałyśmy  jeszcze na Stare Miasto, do Galerii Mleczki (w której byłam
tydzień  wcześniej)  oraz  zadzwoniłam do domu z wiadomością, iż już wracam.
dowiedziałam się, że mamy gości... brat, dwie siostry i siostrzeniec... mina
mi  ciut  zrzedła, no ale cóż. Po przyjeździe do Wawy i zaatakowaniu własnej
rodziny  o  tysiaka (10 gr) na autobus dla Marzeny, udaliśmy się gromadką do
domku.  Przy  rozpakowywaniu, gdy mój siostrzeniec zabawiał się dzwoneczkiem
owiec,  ciotka  (ja we własnej osobie) rzuciłam w jego kierunku wzrok nr 7 i
grzecznie  powiedziałam:  jeśli jeszcze raz zadzwonisz uszkodzę cię. Dziecko
dobrowolnie  i  bez oporów poszło spać, mimo, iż z natury chodzi spać jakieś
3h później... Na szczęście rodzinka w niedzielę się wyniosła...
  W  poniedziałek  po dotarciu do pracy zalogowałam się, przeczytałam pocztę
(mimo,  iż  w  Krakowie, też usiłowałam to zrobić, ale lagi mnie przerosły),
odpisałam  niektórymi  i  zaczęłam  próby  dostanie się na IRC... próby były
bezskuteczne.  W  Centrum  Informatycznym  o  tej  porze  nikogo  oczywiście
jeszcze nie było (informuję, iż na SGH pracuje się teoretycznie od 7.30 bądź
8.00).  później  uzyskałam  wiadomość,  iż system został przeinstalowany, co
dużo  wyjaśniło. Nie wiem dlaczego, ale po takich poprawkach mojemu adminowi
niezbyt  często  coś działa tak jak powinno. Postanowiłam napisać e-maila do
Beeth'a (admin).
  Zresztą  kiedyś  Beeth uświadomił mnie, iż mam szczęście, gdyż on jest mym
adminem,   młody,  sympatyczny,  bardzo  tolerancyjny  człowiek,  przystojny
(tak...  przystojność to kwestia sporna), i mogę zawsze prosić go o pomoc, a
ja  bezsensownie  szukam  jej  u  innych  (heh... czy on wie, że inni "ciut"
więcej od niego umieją?). We wtorek z rana odczytałam odpowiedź na mój list.
okazało  się,  (heheheh)  iż  Beeth  ma  "chwilowe" (tak napisał on, nie ja)
kłopoty  z  siecią  i poinstruował mnie jak mogę się dostać na IRC, na razie
działa, ale jak będzie później to zobaczymy).
                                       [ Karinka - ███████████████████████ ]


Reportaże: Kilka dni wolnego

Autor: Benek

[re3]                       Kilka dni wolnego.


  Wszystkim,  którzy pomogli przetrwać te nieciekawe chwile i niezważając na
własną  niewygodę,  poświęcili  nam  swój  czas  i środki finansowe na pomoc
całkowicie nieznanym ludziom, serdecznie dziekuję.

  Czwartek  miałem  wolny  a  piątek  sobie  odrobiłem  więc  postanowiliśmy
pojechać  z  panią  mego  serca  i  portfela  do  Czech. W czwartek raniutko
wsiedliśmy sobie w samochód i po 2 godzinach postoju na granicy (całe tabuny
rodaków  jechały  w  tym  dniu  na  zakupy)  dojechaliśmy  do małej mieściny
Celadna,  50  km  od  granicy  polskiej.  Spotkaliśmy  tam  mojego  kolegę z
niewiastą  i dzieciątkiem którzy nas namówili na wspólny wypad w piątek rano
do Wiednia.
  No cóż - propozycja była ciekawa i popijając zimne piwko (9 koron/butelka)
rozwijaliśmy  wizje jak to będziemy oglądać katedrę św.Stefana i tym podobne
ciekawostki.  W  piątek  rano  po  przelaniu  paliwa z baku samochodu kolegi
(benzyna   strasznie   droga  w  Czechach)  i  wymianie  koron  na  szylingi
wyruszyliśmy  w  drogę.  Jako  tako  dojechaliśmy do Słowacji gdzie po małym
pobłądzeniu  (oj  drogi  to oni mają dość kiepsko poznaczone) wjechaliśmy na
autostradę   do  Bratysławy.  Na  20  km  przed  Bratysławą  zaczęło  rzucać
samochodem  tak,  że co starszym osobom sztuczne szczęki wypadały na dywanik
(a było nas 4 dorosłych + dziecko 2,5 roku).
  Zatrzymaliśmy  się  i  co  się  okazało  -  na  oponie  wyskoczyła piękna,
okrąglutka  buła  -  mówiąc  ogólnie  kicha.  cóż  było robić - otworzyliśmy
bagażnik,  wyjęliśmy  zapasowe koło i po małym popasie ruszyliśmy na granicę
do  Austrii.  Dojechaliśmy  jako  tako i po kilku minutach znaleźliśmy się w
Austrii.
  Przejechaliśmy  może  z 40 km gdy samochodem zaczęło znowu rzucać - co się
okazało - drugie koło było wybrzuszone podobnie jak to na słowacji. Cóż było
robić  -  byliśmy 20 km przed Wiedniem i zupełnie bez szans na zdobycie koła
do  125p  (ciężko  jest  zdobyć odpowiedni rozmiar tj. 165R13). Na szczęście
mieliśmy  znajomego  w  Wiedniu,  do  którego zadzwoniliśmy i poprosiliśmy o
pomoc - udało nam się go złapać w ostatniej chwili - właśnie jechał z żoną w
plener.
  Rany  julek  -  ile  myśmy  kilometrów razem zjeździli aby spróbować kupić
jakieś  koło  (albo  oponę). Niestety - w Austrii, w piątkowe popołudnie nic
nie  można  załatwić  -  większość  punktów serwisowych jest zamykana bardzo
wcześnie  (np. główny punkt przy lotnisku w wiedniu zamykają o 15.45 i potem
wal  bracie  czaszka  w  drzwi  a  i  tak  ci  nikt  nie  otworzy). Po wielu
perypetiach  udało  nam  się  znaleźć  na  uliczce,  obok  parkingu, starego
nissana,  którego  opony  miały  taki  sam  rozmiar jak moje - ale jak tutaj
znaleźć  właściciela?  Dużo ścieżek wydeptaliśmy zanim udało nam się znaleźć
właścicielkę (jak się okazało była to piękna kobieta w wieku przedpoborowym)
i po długich targach odkupić od niej to koło.
  Dobrze - opona była - ale jak ją przełożyć na naszą felgę? Robiliśmy różne
sztuczki,  nawet  wezwaliśmy  pomoc  drogową  -  niestety,  od kapitalizmu w
główkach im się poprzewracało i niestety - bez wytycznych, listy czynności i
specjalistycznego sprzętu, ciemniaki nic nie potrafią zrobić, a czas uciekał
-  była  już  21.00, a my ciągle staliśmy na tym nieszczęsnym parkingu i nie
mogliśmy  nic  zrobić.  Najgorsze jest to, że było z nami dziecko i należało
szybko podjąć jakieś działania.
  Około  22.00  postanowiliśmy  spróbować dojechać do granicy ze Słowacją na
tym  uszkodzonym  kole - nawet nam się to udało, częściowo niestety bo po 10
km  mieliśmy  wystrzał  opony i musieliśmy wymienić koło na zapas, który był
jeszcze   bardziej  uszkodzony.  Na  zapasie  przejechaliśmy  około  3  km i
zakończyliśmy  podróż  -  staliśmy  na  zakręcie  drogi  szybkiego  ruchu, w
kompletnych  ciemnościach  i  nawet  bez możliwości zepchnięcia samochodu do
rowu,  bo  barierki  odgradzały  pobocze.  Ale najedliśmy się strachu - stoi
sobie  człowiek  na  zakręcie,  ciemno  jak  w .... a obok samochody walą ze
120-150  km/h.  I  nagle  objawił się anioł w osobie młodego chłopaka, który
jechał  z  żoną i dzieciakami polonezem (pochodził z Zabrza - więcej nic nie
chciał powiedzieć).
  Ten  to  aniołek rozpakował swój samochód (a zajęło to około 15 min bo był
zapakowany  po  sam  dach)  i  pożyczył  nam  koło zapasowe, abyśmy mogli co
najmniej  dojechać  do Bratysławy. O 24.00 byliśmy na przejściu granicznym w
Bratysławie,  gdzie  niestety  należało koło zdjąć i oddać właścicielowi, bo
niestety  jechał  w  innym  kierunku  i nie mogliśmy z koła dalej korzystać.
Człowiek to był przecudowny - nawet nie chciał przyjąć drobnej kwoty jaką mu
dawaliśmy,  w podzięce za przysługę. Powiedział tylko, że wystarczy mu fakt,
że  my  jesteśmy  zadowoleni i że to miło być pomocnym (jakże rzadko spotyka
się  takie  zachowanie  wśród  rodaków czego również doświadczyliśmy, ale to
pominę milczeniem, gdyż nie warto się denerwować).
  Zaczęliśmy  się  rozglądać  za  innym  źródłem  opon.  Zauważyliśmy na cle
samochód z polską rejestracją, wiozący na lawecie jakiś kawałek złomu, który
wcześniej  był chyba samochodem. Najważniejsze jest to, że to coś miało koła
dość podobne do moich. Udało nam się ich poprosić aby po odprawie podjechali
na  parking,  na którym staliśmy. Rzeczywiście, około 1.00 w nocy podjechali
(klnąc  jak  diabli bo cała kołomyja z ich odprawą celną przez Slowaków była
tylko  w  celu  otrzymania  w  łapę  - wystarczyło 50 DM aby trwająca już 4h
odprawa  się  zakończyła  ) i zaczęliśmy razem zastanawiać się jak wybrnąć z
tej   sytuacji.   Po   naradach   postanowiliśmy  spróbować  założyć  koło z
francuskiego  samochodu, który stał na lawecie. Nie chciało do końca pasować
-  ale Polak potrafi - siła razy gwałt i przykręciliśmy koło na fest - felga
się  pokrzywiła  ale  można już było przemieszczać się z prędkością około 10
km/h, a to już było dużo!
  Na  szczęście Słowacy mają pomoc drogową czynną całą dobę i tam chcieliśmy
kupić  zapasowe  koło  -  niestety  nie  mieli,  jedyne  co nam pozostało to
przełożyć  koło  z  francuskiej  felgi  na  polską  (co  też i uczyniliśmy).
Wyglądało  to śmiesznie ponieważ polskie koło ma rozmiar 165R13 i rozstaw na
feldze  4  cale,  a  francuskie  miało  135R13 i tylko 4 cale na feldze więc
wyglądało  to  jak  opona  niskoprofilowa, ale już można było jechać nawet z
rozsądną prędkością 100-110 km/h.
  Tak  dojechaliśmy na teren Czech - zawieźliśmy znajomych na ich kwaterę, a
sami pojechaliśmy na naszą, niestety - wydarzyło się najgorsze - zaczęła się
rozpadać  3 opona. Decyzja była natychmiastowa - jak najszybciej do granicy.
Na  5  km.  przed  przejściem  granicznym w Cieszynie, opona zaczęła wydawać
ostatnie tchnienia - trzepało nami jak diabli, jednak na szczęście udało się
dojechać  na  teren Polski. O mało jak Papież nie ucałowałem ziemi polskiej,
taki byłem szczęśliwy.
  Potem  to  już  blahostki - wymiana pieniędzy w kantorze i szybka wizyta u
wulkanizatora.  Tak  się  zakończyła  moja  wyprawa  do  Austrii, którą będę
wspominał  chyba do końca życia. Nie wiem co się stało z oponami - może ktoś
je  uszkodził  (nie  za często rozpadają się dwuletnie opony), może samochód
był przeciążony (chociaż nie podejrzewam), a może po prostu pech jak diabli?
Teraz  jestem już spokojny - w poniedziałek rano pojechałem do hurtowni opon
i wymieniłem wszystkie opony w moim staruszku.
  To  byłoby na tyle - nie wiem co można sądzić o tej wyprawie - jednego się
nauczyłem  - należy być przygotowanym na wszystko, nie ma sytuacji, która by
się  nie  mogła  przydarzyć,  a  na pomoc nie zawsze można liczyć. Chciałbym
również  podziękować  wszystkim,  którzy  wyciągnęli pomocną dłoń - oby było
takich więcej!!!(ludzi a nie chwil ;)))
                                                                   [ Benek ]


Reportaże: Log z Irca

Autor: Cobretti

[re4]                            Log z Irca


  <Eidem> Cob: co tam u Ciebie slychac?:)
  <Cobretti>  Eidem:  bylem  wczoraj  na  basenie,  plywalismy  z kumplem do
upadlego, kto dluzej...
  <Eidem> hehe, i kto wygral?
  <Cobretti>  Eidem: myslalem tylko o tym zeby nie pic wody i posowac sie do
przodu..
  <Cobretti> ponad kilometr byl jak przestalem liczyc nawroty..
  <Cobretti> ja wygralem:)))
  <Eidem> Cob: i jak wyszlo?
  <Eidem> hihi
  <Cobretti> ale dzisiaj mnie lapy bola:))
  <Eidem> Cob: gratulacje:)
  <Cobretti> Eidem: dzieki, plywasz?
  <Eidem> Cob: nie:(
  <Cobretti> Eidem: szkoda, poscigalibysmy sie:)))
  <Eidem>  Cobretti:  chyba  zartujesz,  nie  dosc  ze masz takiego nicka to
jeszcze masz takie pomysly:)))
  <Cobretti>  Eidem:  frajda  jest  nieziemska,  szczegolnie jak panieki Cie
ogladaja a Ty odwalasz kolejne salto w tyl... ze slupka do wody:)))
  <Eidem> Cob: pogoda przynajmniej jakas taka jest:)
  <Cobretti> Eidem: ta, wlasnie zaczelo padac lekko...
  <Cobretti> co z Czarnobylem, bo wciaz nie ma aktualnych danych??
  <Cobretti> Eidem: co mowili w CNN??
  <Eidem> Cob: z Czarnobylem? Cos sie stalo dzis?
  <Cobretti>  Eidem:  nie  wiesz??  znowu  awaria  podobno  byla, ale nie ma
oficjalnych danych, w dzinnikach tylko pisze ze cos sie stalo...
  <Cobretti> Eidem: znowu nas podtruli, dupki...
  <Eidem> Cob: ja tu siedze od rana, dzis cos podali?
  <Cobretti>  Eidem: wczoraj o 11.00 podali pierwsze info, ale nic nie sa do
konca pewni..
  <Cobretti> o 11 wieczorem , jak pisalem maila do Ciebie...
  <Eidem> Cob: e, przedtem i tak nam sie nie dostalo tak mocno, ale teraz to
przeginaja
  <Cobretti>  Eidem:  teoretycznie  slabo, ale tak w praktyce do dostalo sie
calemu swiatu...
  <Eidem> aha, nie wiedzialem, cholera, nie ogladalem dzis newsow, bo mi sie
spac chcialo:)
  <Cobretti> czas polowicznego rozpadu to jakies 3000 lat...
  <Eidem> Cob: to fakt!
  <Eidem> tia, a co powiesz o tych skazonych terenach?
  <Cobretti>  zreszta  zalezy  dla jakich materialow, cez troche krocej, ale
Rad i stront...
  <Cobretti> Rad:)))))
  <Eidem> Rad:)))))
  <Cobretti> skazone tereny nie nadaja sie teoretycznie do zycia...
  <Eidem> praktycznie!
  <Cobretti>  napisalem rowniez tekst na temat elektrowni jadrowych, jest na
stronie...
  <Cobretti> praktycznie to na nich zyja ludzie:))
  <Eidem>  To  pomysl  sobie o 50mg tonach zrzuconych na Nowa Ziemie? I to w
atmosferze!
  <Eidem> Cob: mailnij mi go, oki?
  <Cobretti>  coz,  wszystko  dostalo  sie do atmosfery, bedzie teraz krazyc
przez tysiace lat zanim sie w miare zredukuje...
  <Cobretti> Eidem: jest w html'u..
  <Eidem>  moment,  lece  na  Twoja  strone, tylko przez pomylke trafilem do
Kielc
  <Cobretti> Eidem: tytul wioska mutantow..
  <Eidem> ha, niezle!
  <Cobretti> albo cos w tym stylu nie pamietam, cos z mutantami..
  *** agniecha (███████████████████████) has joined channel #elita
  <Cobretti> Eidem: opracowany na autentycznych danych..
  <Cobretti> Agniecha:))) i jak?
  * agniecha wita :)))
  <Eidem> dobra, bede musial poczytac troche:)
  <Eidem> Cob: wiesz, ze w Moskwie jest 50 reaktorow?
  <Cobretti>   Agniecha:   jestes  prawdziwy  magnes,  strasznie  do  siebie
przyciagasz:)))
  <agniecha>   Cob:   rany............nie   zdazylam   oczywiscie   zwiedzic
wszystkiego ale to co widzialam...no no :)))
  <Cobretti> Eidem: chyga tych nie tajnych...
  <agniecha> Eidem :))))))))))))))
  <Cobretti>  Eidem: tych super tajnych w podziemnych miastach jest chyba ze
trzy razy tyle...
  <Eidem> Cob: nie, zwyklych cholernych reaktorow atomowych
  <agniecha> hihi
  <Eidem> W Moskwie
  <Eidem> W stolicy swojej
  <Cobretti>   Eidem:   swego   czasu   przygotowywalem  referat  na  tematy
atomistyczne, bo mnie to interesowalo, ...
  <Cobretti> aha, w Moskwie, przeoczylem, sorry:))
  <Eidem>  Cob:  ale  w  roznych  miejscach,  a  nie w kilkunastu milionowym
miescie
  <Cobretti> Agniecha: czemu sie dziwisz??:)))
  <Cobretti> Agniecha: slyszalas o Czarnobylu wczoraj??
  <agniecha> Eidem :skad takie wiadomosci ?
  <Cobretti>  Agniecha:  przeszlismy  na atomistyke, ciekawa dziedzina, malo
poruszana ostatnio przez media...
  <agniecha> Cob: wczoraj nie......ale 2 tyg temu cos bylo...
  <Eidem> Aga: pisali kiedys o tym
  <Cobretti>  jeden  z najbardzij czystych ekologicznie sposobow uzyskiwania
energii..
  <agniecha> tak, i bardzo niebezpieczna...
  <Cobretti> a rownoczesnie najbardziej smiertelnej...
  <agniecha> co wczoraj bulo ????
  <agniecha> bylo ?(sorry) :)
  <Cobretti> najgorsze jest ze zabija powoli, latami, nie czuje sie tego...
  *** beniamin (██████████████████████████████) has joined channel #elita
  <Eidem>  Cob:  problem  nie  w  tym,  ze  to  jest  niebezpieczne, ale jak
zabezpieczone
  <Cobretti>  Agniecha:  znowu  Czarnobyl  nawalil,  ale  nie  ma komunikato
oficjalnycgh...prsa tylko ma jakies przecieki..
  <agniecha> o tym ze Czarnobyl nie byl wcale zwyklym wypadkiem to juz wiem
  <agniecha> jezu, znowu.....
  *** Misiek_ (█████████████████████████████) has joined channel #elita
  <Cobretti>   Eidem:  wlasnie,  ale  nie  mozna  sie  przed  tym  nalesycie
zabezpieczyc.. czynnik ludzki musial by byc wyeliminowany..
  <Eidem>  Cob:  we  Francji  maja tak to zabezpieczone, ze zadna awaria nie
bedzie tam mogla zaistniec
  <beniamin> Beniamin wita wszystkich popromiencow :-))))))
  <agniecha> slyszeliscie co sie podobno wydarzylo w tym "86 ?
  <Cobretti> Beniamin: Ty swiecisz:))))
  <Eidem> Beniamin:)))))))
  <Eidem> Aga: co?
  <Misiek_> o czym wy mowicie????????/
  <beniamin> Cobretti: Ja nie - a wy ???
  <Cobretti> Misiek: atomistyka chwilowo:)))
  <Cobretti> Beniamin: my tez na sczecie nie:)))
  <Misiek_> ciekawe....
  <agniecha> eksperymentowali z obnizaniem mocy reaktora
  <Cobretti> Eidem: upadek samolotu, trzesienbie ziemi...
  <Eidem> Cob: i jest przeciw nim ochrona, sys zabezp matowane 10 razy w tym
samym miejscu
  <Cobretti> Agniecha: o widze ze cos wiesz jednak, co mowili??
  <Eidem> Cob: aaa, to fakt, tu masz racje
  <Cobretti> Eidem: przewoz materialow rozczepialnych...
  <agniecha> na ten eksperyment nie zgodzilo sie podobno 5 innych elektrowni
  <Cobretti> Eidem: wlasnie o to chodzi, o bezpieczensto czynne..
  <Cobretti>  Agniecha:  hmm, za kilka dni moze bedzie wiadomo cos wiecej co
sie stalo..
  <agniecha> Cob: ale ja tego wczoraj nie slyszalam tylko wczesniej
  <beniamin> Ludzie baz paniki - wszystko bedzie w porzadku. Najwyzej lampki
nocne beda zbedne ;-}
  <agniecha>   Cob:  za  kilka  dni...........zobaczymy.......pewnie  i  tak
wszystkiego nie podadza
  <Eidem>  Aga:  slyszalem  ze 3, ale to nie rzutuje, jesli ktos zalewa woda
goracy rdzen ( goly ) to nie mozna sie dziwic, ze potworki sie rodza
  <beniamin>  Zgodnie  z  ostatnimi doniesieniami podobno tylko pali sie las
dookola elektrowni
  <Cobretti>  Agniecha:  moze  jednak  obnizali moc i znowu nie udalo sie im
utrzymac  stabilnosci  temperatury...  jhak sie prety grafitowe rozgrzeja to
nie  mozna  ich  ruszyc  a  potem  rdzen  osiaga  temperature 12000 stopni i
przepala ziemie na wylot...c
  <agniecha>  Eidem:  oki,  nie upieram sie , ja to dawno slyszalam , moglam
sie pomylic
  <agniecha> beniamin: nie - to juz podobno ugasili
  <Cobretti>  chinski  syndrom...  zreszta byla fajna ksiazka i film pod tym
samym tytulem:)))
  *  PRESTO  zapada  w gleboka rozpacz... PRESTO nie chce jeszcze umierac...
:-o
  <Cobretti>  Beniamin:  he,  zaraz  zrobimy  taka  panike  na kanale ze sie
wszystkim zyc odechce...
  <agniecha> Cob: tak , i co ? czekam ?
  <Eidem>  Beniamin: pali? tylko? hmm, tam nie ma juz lasu od 10 lat, chyba,
ze cos uroslo i nie skosili
  <agniecha> Cob: mailo byc : czekamy !
  *  Cobretti  slyszal  ze  podobno  nie  tylko w czarnobylu nastapil wyboch
reaktora...:)))))))
  <beniamin> Cobretti: nie strasz biednych dzieci bo nie beda mogly zasnac
  <PRESTO>  Eidem  :  nie  uroslo, chyba, ze pietruszka wielkosci fabryki...
hihihi :-)
  <Cobretti> Agniecha: na co czekasz...
  * agniecha mowi ze jek sie klawisze placza...sorki
  <Cobretti>  PRESTO:  ja slyszalem o pomidorach mutantach, podobno zalewaly
miasta swoim czerwonym sokiem...
  <agniecha> Cob: na dalsze rewelacje mediow
  <PRESTO> Cobretti : wow.... super... witamy w Ketchuplandii! ;-)
  <Cobretti>   Agniecha:   niw   wiem,  bo  poszedlem  spac,  zebys  sie  mi
przysnila:)))
  <PRESTO> Cobretti : kleska urodzaju ketchupu... :)
  * agniecha bylo bardzo przyjemnie i obiecuje wrocic na #elite
  <Cobretti>  PRESTO:  albo  te  slimaki mutanty, zjadaly cale budynki bo im
wapna do budowy skorupek brakowalo...
  * agniecha musi zaraz logout
  <PRESTO>  Cobretti  :  dobrze,  ze  nie  ma  jeszcze  karaluchow wielkosci
czolgow... hihihi :-))
  <agniecha> :(
  <Cobretti> Agniecha: wrocic!!!!!! nie logout..
  <Cobretti>  Agniecha:  kwiaty  mutanty,  dopadna Cie w nocy i owina swoimi
platkami....
  <Cobretti> :))))
  <agniecha> Cobretti: hehehehehehhe, lubie niespodzianki :)
  <PRESTO> siem cos qrde chmurzy... :(((((( buuuu...
  <PRESTO> burza ssssuuuuuxxx... bo me nie miec paraszuta... :(
  <Eidem> Presto: ???
  <PRESTO> do kitu z takim deszczem... ja chciec do domu :-o
  *  Cobretti  nie  nosi  paraszruta,  jedynie  jak trzeba odprowadzic jakas
dziwczyne...
  <PRESTO> Cobretti : hihi... cwaniak! :-))
  <Cobretti> PRESTO: sa sposoby. male ale skuteczne:)))
  <PRESTO>  Cobretti  :  moje dziewczyna nie lubiec paraszutow... ona kochac
mnie a zaraz potem deszcz... :-)
  * agniecha sie zalamala.....nie ma kaloszy...buuuuuuu
  <Cobretti>  PRESTO:  no  ale  pod  paraszrutem sie fanie chodziw deszcz, z
dziewczyna of, course:)))
  <PRESTO>  Cobretti  :  a  nie  lepiej zaszyc sie pod cieplutka pierzynke i
liczyc na grzmoty coby sie bialoglowa mocniej przytulila? ;-)))
  * agniecha : Buziaczki to all : :*
  <Cobretti> PRESTO: a gdzie myslisz prowadze przez deszcz bialoglowe???
  <PRESTO> Cobretti : aha... a to przepraszam Wacpana! :-)
  *** Signoff: agniecha (Connection reset by peer)
  <Eidem> Presto:)))))
  <Eidem> Cob: :)))))))
  <Cobretti>  PRESTO:  nie problem, zwazywaszy ze jak sie ma duzy paraszrut,
mozna prowadzic do dwoch bialoglow na raz:)))
  <PRESTO>   Cobretti   :   tylko  trza  jeszcze  aby  owe  bialoglowy  byly
"kompatybilne" i nie bylo takowych desynchow miedzy nimi :)
  <Eidem> Cob: kocham burze:)
  <Cobretti> spotykaja sie dwie dzdzownice...
  <Cobretti> jedna mowi - jest twoj stary?
  <Cobretti> nie, poszedl z Chlopakami na ryby:))))
  <Cobretti> :)))))))
  <PRESTO> Cobretti :)))))))))))))))))))))))))
  * Cobretti tez kocha burze:))))
  <Eidem> Wow, blyska sie
  <PRESTO> oo... burza is coming! :-))))) cool! :-)))
  <Eidem> Presto: slyszales jak przywalilo?
  <PRESTO> eidem : blyski rulez!!!!!
  <PRESTO> eidem : pewnikiem!!!!
  <PRESTO> eidem : az zem podskoczyl! :)))
  <Cobretti> jak lampa blyskowa!!!
  <Cobretti> ta, aale daje!!!!
  <PRESTO> eidem : hahaha... tia.... no coz... :-)
  <Cobretti> od groma tu tego (tych piorunow i grzmotow)
  <Eidem> burza
  <Cobretti>  jak  zaraz trafi w siec, to nie wincie mnie ze nie bedzie mnie
na ircu..
  <Eidem> Cob: u Ciebie tez grzmi?
  <PRESTO> ja pierdykam... burza is COOL :))
  <Cobretti> jaaaaa, nawet nie wiedzialem ze buza jest taka Cool:)))
  <Cobretti> jaaaaa, ale daje!!! wow:)))
                                            [ Cobretti - █████████████████ ]

Ogłoszenia

Autor: Reporter

[og1]                            Strony WWW


  Nadawca: Cobretti [ █████████████████ ]
  Polecam  wszystkim Bazę Wiedzy, Ascii-Arty, Quiz, stronę poświęconą Scenie
PC  w  Polsce,  ciekawe  linki  i  inne  działy  na  mojej  stronie.  Adres:
http://www.cto.us.edu.pl/~majgier



[og2]                             Poszukuję


  Nadawca: Cobretti [ █████████████████ ]
  Wciąż  czekam  na  bilety  z  wakacji.  Zawsze  po  wakacjach  jest  ich w
nadmiarze,  a  dla  mnie  to  okazja do wzbogacenia mojej kolekcji. Za każdy
jestem bardzo wdzięczny. Więcej o moim hobby możesz poczytać na stronie WWW.
Adres: http://www.cto.us.edu.pl/~majgier/bilety.html

Reporter 6/1996

Wstępniak: Od redakcji

Autor: Redakcja

[ws1]                           Od  Redakcji

                                [ Redakcja ]

  Następny,  szósty  numer  właśnie  trafił  do  Twoich  rąk. I jeżeli tylko
będziesz chciał, będzie trafiał do Ciebie regularnie co miesiąc lub częściej
- wszystko zależy od czasu i ilości materiału.
  Być  może  jesteś  zdziwiony,  że  takie  Coś wpadło Ci w ręce. Jeżeli nie
zapisywałeś  się  na  prenumeratę,  informuję Cię, że jeżeli chcesz go dalej
dostawać  musisz  wysłać  na  adres █████████████████ swoje Imię, Nazwisko i
adres  e-mail, pod który ma trafiać Reporter. Spis wszystkich prenumeratorów
dostępny jest na niesamowitej stronie Reportera:
                    http://venus.wis.pk.edu.pl/cobretti/
  Reporter co prawda wydawany jest w formie listownej na internecie, ale tak
na prawdę to okazało się, że nie dość, iż jest wszędzie, to jeszcze w każdej
innej  postaci.  Drukowany  jest  na papierze, wysyłany pocztą tradycyjną na
dyskach,  trafia  do  szkół,  do  poważnych firm, do zwykłych ludzi jak i do
dyrektorów...  cóż, tego się nie spodziewałem. Nasz nakład możesz zobaczyć w
stopce.  Jest  wciąż  za  mały  -  ale  możesz  przyczynić  się  do  wzrostu
popularności  Reportera,  poprzez informowanie o nim innych i rozsyłaniem do
swoich znajomych.
  Wszystko  co robimy, robimy dla sławy i przyjemności. Nic z tego nie mamy,
oprócz  satysfakcji  i pochwał od czytelników. Niektórzy nazwali ten magazyn
profesjonalnym  -  ja tak nie uważam, jeszcze mu do perfekcji sporo brakuje,
ale jak sam widzisz pracujemy nad tym - dla Ciebie.
  Dwie  osoby  ze 180 zrezygnowały, kilkanaście adresów było przedawnionych,
reszta  nie  dała  znaku  życia.  Oficjalnych prenumeratorów jest ponad 120.
Reszta  to  znajomi,  znajomi  znajomych  i ich znajomi. Czyli przeczyta nas
łącznie  ponad  800  osób.  Chcielibyśmy do końca roku mieć 1000 oficjalnych
prenumeratorów, mam nadzieje, że nam pomożesz.
  Jeżeli  masz  jakiś  pomysł,  chcesz  prowadzić  jakiś  dział, masz ochotę
napisać, chcesz wnieść rzeczową krytykę, wal śmiało. Czekamy na Ciebie.
  Ponieważ  chcemy  promować  ludzi,  którzy  nie mają gdzie zamieszać swoje
teksty,  niesprawiedliwością  byłoby  pomijanie  grafików i muzyków. Dlatego
planujemy  zrobić  wystawę  grafiki  na  stronach  WWW. Tylko prace rysowane
ręcznie,  bez  pomocy  programów  generujących  grafikę  3D, renderujących i
wykonujących  brudną  robotę  za autora. Przysyłać w formacie .gif .pcx .bmp
.jpg.  Również  grafika Ascii będzie mile widziana. Dla muzyków przewidujemy
uruchomienie  FTP  muzycznego.  Formaty  muzyki .xm .mod .s3m .mid. Oraz dla
programistów  FTP  programistycznego.  Będzie  można  przysyłać  tylko pełne
wersje  programów  własnego  autorstwa, zarówno w wersji skompilowanej jak i
źródłowej  w  dowolnym  języku  i  na dowolne platformy systemowe. Ale o tym
wszystkim  dopiero za miesiąc, bowiem szukam teraz kogoś, kto byłby w stanie
wygospodarować trochę miejsca na swoim serverze dla FTP.
  I   w  ten  sposób  będziemy  multimedialni:)))  Przy  okazji  zadowalając
wszystkich  i dając okazję promocji każdemu, kto odwala kawał dobrej roboty.
Jak  masz  trochę  wolnego  miejsca na serverze daj mi znać, ok? Mam jeszcze
inne pomysły:))

Wstępniak: Jak pisać teksty

Autor: Cobretti

[ws2]                         Jak pisać teksty.

             [ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]

  Czekam  na  ludzi  chcących pisać teksty do Reportera, ludzi z pomysłami i
inicjatywą.  Każdy  tekst,  który wnosi coś ciekawego zostanie opublikowany.
Nie  jest  istotne czego on dotyczy, nie może jednak obrażać niczyich uczuć,
wiary  i  moralności  oraz  łamać zasady dobrego smaku. Każdy tekst musi być
podpisany  bo anonimów nie publikujemy. Wyjątkiem są teksty, w których można
zastrzec  swoje  dane  tylko  do  wiadomości Redaktora Naczelnego, należy to
jednak  zaznaczyć. A teraz kilka reguł, które musi spełniać przysłany tekst.
Są  one  ważne,  bo  niespełnienie ich bardzo utrudnia mi pracę, szczególnie
jeśli chodzi o korektę, a czasu nie mam zbyt wiele:((
  -  artykuł  powinien  być  przysłany  w czystym pliku tekstowym ASCII, bez
żadnych   znaków   sterujących.   Ogranicz   używane   znaki  do  przedziału
32-127(ASCII)   +   znaki   polskie.  Standard  polskich  znaków  dowolny! W
ostateczności mogą być też teksty bez polskich znaków.
  -  znaki  przestankowe  dołączaj  do  poprzedniego  wyrazu, jest to bardzo
ważne.  Przecinek,  kropka.  wykrzyknik!  znak  zapytania?  (nawiasy  też) -
myślniki nie. Pamiętaj o tym, bo jest to zmora dla sprawdzających teksty.
  -  nie  dziel wyrazów na sylaby - to jest najgorsze, bo żaden program tego
nie poprawi.
  -  zanim  przyślesz  tekst,  sprawdź  go dwa razy pod względem gramatyki i
ortografii - ułatwisz pracę i przyczynisz się do szybszej publikacji swojego
tekstu.
  -  wysyłaj  teksty  pocztą skonwertowane za pomocą programu UUDENCODE, lub
też dołączane do maila w formacie MIME (base64). Format MIME jest popularnym
standardem  konwertowania  tekstu  do  postaci  7-bitowej i jest wbudowany w
program PINE, popularny attachement.
  W  ostateczności  możesz też przesyłać teksty bez spełnienia tych wymogów,
ale  pamiętaj,  że Tobie łatwiej jest przeprowadzić korektę dla kilku swoich
tekstów,  niż  mi dla kilkunastu lub kilkudziesięciu. To moja mała prośba. Z
góry dziękuję Ewentualnie możesz przysyłać też pliki w standardzie Worda lub
innych popularnych edytorów tekstowych.
  Potrzebny  jest  także  ktoś,  kto  zna  się bardzo dobrze na ortografii i
chciałby  objąć  posadę korektora. Ponieważ takiej osoby jeszcze na składzie
nie  posiadamy,  więc  ewentualne  błędy  proszę  nam  wybaczyć.  Tekst jest
składany  z  polskimi  literami, lecz na potrzeby wysyłania Reportera mailem
polskie  znaki są konwertowane na zwykłe ascii. Wydania Reportera z polskimi
znakami w standardzie Latin-II można pobrać na stronie WWW Reportera.
  Żeby zostać stałym współpracownikiem, należy dostarczyć przynajmniej jeden
tekst  do  każdego  wydania  Reportera  lub  kilka  tekstów  co  jakiś czas.
Potrzebni  są  także  korespondenci  z  różnych  miast, którzy podjęliby się
pisania   o   imprezach,   targach,   wystawach,  kataklizmach  i  wszelkich
wydarzeniach,  o  których  nie wie większość z nas. Nawiąże też współpracę z
innymi wydawnictwami lub magazynami, jestem otwarty na wszelką współpracę.
  Eeee,  co  ja  będę  smucił  - sam wiesz co robić, wiesz o czym pisać. Nie
pytaj  mnie  o  tematykę artykułu, to jest magazyn o wszystkim - o wszystkim
tym, o czym napiszesz.
  Przydałaby  się  również  osoba,  która gotowego Reportera byłaby w stanie
przerobić na stronę HTML z polskimi literkami. Roboty w sumie nie wiele, ale
odciążyło  by  to  mnie  znacznie.  Przy  okazji  byłaby  to  nowa  posada -
WebCreator.:))
  Dziękuję  tym, którzy przyczynili się do powstania tego numeru. Ty również
możesz  wyrazić  swoją  aprobatę  lub  niechęć  pisząc do autorów tekstów. A
wiedz,  że  każdy usłyszałby z chęcią słowa uznania - w końcu jest to jedyny
sposób podziękowania za czas, jaki poświęcają właśnie Tobie.


Na szybko: XII maup

Autor: Kronos

[sz1]                             XII maup

                        [ Radoslaw Kotapka - KRonos ]

  Widziałem  ostatnio  dobry  film. 12 małp. Fajny nawet. Można zobaczyć. Na
pierwszy rzut oka sf, na drugi jednak coś, jakby "kino moralnego niepokoju".
Wymyśliłem sobie taką kategorię "kino współczesnego niepokoju". "12 monkeys"
dostało  się  na  moja  listę  zaraz po "Seven" i mimo, iż znajdują się obok
siebie,   niezupełnie  są  do  siebie  podobne.  Raczej  -  pomijając  kilka
powierzchownych podobieństw - niewiele mają ze sobą wspólnego. No dobra.
  12 Małp oprócz elementów ekologicznych posiada też elementy psychologiczno
-  oniryczne,  no  i  przewrotne  pytanie: kto tu właściwie jest chory? Pani
psychiatra  przekonuje  swojego  pacjenta,  że  to co opowiada, jest jedynie
chorym wytworem jego chorego umysłu. Potem jednak pani psychiatra przekonuje
się,  że rojenia tak naprawdę nie są rojeniami i stara się udowodnić swojemu
pacjentowi, że jego wizja nie jest wymysłem (w co on już nie chce uwierzyć).
I to jest naprawdę fajne. Godne polecenia są także elementy scenograficzno -
dekoracyjne,  "konstrukcja"  świata  przyszłości.  Ale  nie  o  to właściwie
chodzi.  Film  ten  obudził  we  mnie  pytanie "Czy możemy właściwie dokonać
samozagłady?"  Odpowiadam:  "Nie." (A dlaczego tak jest, wyjaśnię przy innej
okazji.)


Na szybko: Zaprosili nas

Autor: Cobretti

[sz2]                         Zaprosili NAS.

             [ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]

  Artur  Okurowski zaprosił mnie na stanowisko firmy REUTERS. Skoro zaprosił
mnie,  to  przy  okazji  i  Reportera. Trafny, precyzyjny, błyskawiczny - As
Serwisowy.  Tak brzmi hasło z okładki reklamowej. Wiesz już czym zajmuje się
ta  firma?  Właśnie  serwisami finansowymi. Program Reuters Serwis Polski, w
skrócie  RSP to trzy uzupełniające się serwisy - rynek pieniężny, kapitałowy
i  towarowy.  Taki magiczny pakiet dla wszystkich banków, domów maklerskich,
maklerów,  ludzi  biznesu,  graczy giełdowych, i ludzi obracających akcjami,
obligacjami, i innymi papierami wartościowymi.
  Wszystko odbywa się w czasie rzeczywistym! Dzięki Arturowi mogłem zobaczyć
jak zmienia się kurs złotego, niejakich tenge kazachstańskich lub zobaczyć w
jakiej  cenie mogę nabyć akcje AT&T lub Forda w Stanach Zjednoczonych. Pełen
dostęp do pełnych danych.
  Ale  to  nie  wszystko  -  program  zawiera  także  serwis  informacyjny z
polskiego  i  światowego rynku kapitałowego, czyli informacje wykorzystywane
na  co  dzień przez profesjonalistów w biurach maklerskich, bankach i innych
instytucjach  finansowych  -  wszystko  po  polsku. REUTERS dysponuje własną
siecią, własnymi dziennikarzami, własnym zapleczem technicznym i personelem.
  Prezentacja  pakietu  prowadzona  przez  Artura dała mi inne spojrzenie na
szybkość  i  wygląd  biura maklerskiego. Na dobrą sprawę, nie ruszając się z
mojego  pokoju  mogę być obecny na giełdach całego świata, wszystko w czasie
rzeczywistym.  Mogę budować sobie zestawienia według własnego kryterium i na
przykład  przenosić  je  do  Excela  w  celu  dalszej  obróbki (DDE). Nie ma
problemu   z   przeprowadzaniem   analiz   technicznych,   portfelowych  lub
fundamentalnych.
  Program  ma  niesamowite możliwości, lepsze niż konkurencyjne pakiety tego
typu o czym zostałem zapewniony przez Artura.
  Dobra,  dosyć tej darmowej reklamy, teraz mam nadzieje, że Reporter pojawi
się w zamian w sieci REUTERS'a. Artur, dobrze mówię? Dzięki za zaproszenie i
prezentację.


Na szybko: Benzyna

Autor: Cobretti

[sz3]                              Benzyna

             [ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]

  Tak, ta na której jeździmy codziennie do pracy, szkoły lub po to, żeby coś
przewieść.  Można  też wlać ją do baku i wybrać się gdzieś razem dziewczyną,
ku  uciesze obojga. Ta sama, której walory wybuchowe są prawie tak dobre jak
paliwa lotniczego.
  Właśnie  ona  sprzedawana  jest  z ponad 75 procentowym podatkiem (kilkoma
podatkami).  Czyli  tak na prawdę kosztuje o 75% mniej, niż musimy wywalić z
własnej kieszeni. Hm... daje do myślenia, co?

Warsztat: Odgadywanie

Autor: Akardo

[wa1]                           Odgadywanie.

              [ Krzysztof Wróbel - Akardo - █████████████████ ]

  W tym numerze "Reportera" napiszę o bardzo ciekawej rozrywce matematycznej
jaką  jest  odgadywanie  pomyślanych liczb lub wyników różnorodnych działań.
Zagadki  takie  opierają się bardzo często na bardzo prostych właściwościach
liczb  i  działań  matematycznych,  tak,  że  myślę,  że  bez problemów będą
zrozumiałe dla większości czytelników. Ale, aby nie przedłużać niepotrzebnie
wstępu od razu przejdę do konkretów.

  1. Odgadywanie wyniku działania.

  A więc, drogi Czytelniku, pomyśl sobie jakąś liczbę.
  Dodaj do tego tę samą liczbę.
  Dodaj do tego 36.
  Teraz podziel to wszystko przez 2 i odejmij liczbę pomyślaną na początku.
  Wyszło 18, nieprawdaż?

  To  była  chyba najprostsza zagadka jaką znam. W zasadzie można by ją było
przedłużyć o jeszcze kilka działań, aby namieszać w głowie osobie, której tę
zagadkę  przedstawiamy,  ale  dla  uproszczenia  rachunków  zostawiłem  ją w
najprostszej wersji.

  Prześledźmy teraz po kolei wszystkie operacje.
  Wymyślamy liczbę X.
  Teraz dodajemy do niej tę samą liczbę, czyli X+X.
  Dodajemy do tej sumy 36 i mamy X+X+36.
  Dzielimy to przez 2 : (X+X+36)/2 i
  odejmujemy liczbę, którą pomyśleliśmy na początku, czyli X, mamy :
  ((X+X+36)/2)-X
  Takie działanie oczywiście da się uprościć, więc zróbmy to.
  X/2 + X/2 + 18 - X,              X/2 + X/2 jest równe X,

  więc mamy :  X + 18 - X, a to się równa 18.

  Czyli bez względu jaką liczbę byśmy pomyśleli zawsze wyjdzie nam 18.
  No, ale chwileczkę, gdybyśmy chcieli aby wyszło np. 10, to co ?
  Otóż jak nietrudno się domyśleć za wynik odpowiedzialna jest liczba, którą
dodajemy  (w  naszym  przypadku 36). Jak widać z działania jest ona dzielona
przez 2 i wychodzi nam 18. Czyli gdybyśmy zamiast 36 dodali np. 10 wyszło by
5. Niech czytelnik sam sprawdzi czy rzeczywiście.

  2. Odgadywanie cyfry wymazanej.

  Pomyśl sobie dowolną liczbę.
  Pomnóż ją przez 10.
  Odejmij liczbę pomyślaną na początku.
  Dodaj 36.
  Teraz z otrzymanej liczby jedną cyfrę wymaż, ale nie wymazuj zera.
  Resztę mi powiedz, a ja powiem Ci natychmiast jaką cyfrę wymazałeś.
  Np.
  Wymyślamy liczbę : 7463,
  mnożymy ją przez 10 i mamy : 74630,
  odejmujemy 7463, czyli  74630 - 7463 = 67167,
  dodajemy do tej liczby 36, 67167 + 36 = 67203,
  i wymażmy teraz z tej liczby jedną cyfrę (oprócz 0),
  np. 6*203.
  Podajemy odgadującemu teraz cyfry 6,2,0,3.

  Zagadka  polega na tym aby obliczyć sumę podanych cyfr (w naszym przypadku
6+2+0+3 = 11) i szybko wymyślić liczbę większą od tej sumy podzielną przez 9
(jest to 18). Szukaną cyfrą jest 18-11 = 7.
  Oczywiście  zamiast  dodawać  liczbę  36  (jak  to  miało miejsce w naszym
przypadku),  możemy  kazać dodać dowolnie inną liczbę podzielną przez 9, np.
45 czy 54.

  3. Odgadywanie liczby pomyślanej.

  Obierz dowolną liczbę.
  Pomnóż ją przez 3.
  Do iloczynu dodaj 1.
  Sumę znowu pomnóż przez 3.
  Teraz do iloczynu dodaj liczbę pomyślaną na początku.
  Powiedz mi wynik, a ja powiem Ci jaką liczbę pomyślałeś.
  Np.
  Wymyślamy liczbę : 16,
  mnożymy ją przez 3 : 16*3 = 48,
  dodajemy do iloczynu 1 : 48 + 1 = 49,
  znowu mnożymy przez 3 : 49 * 3 = 147,
  i dodajemy liczbę pomyślaną na początku czyli 16:
  147 + 16 = 163.

  Odgadnięcie  polega  na  odrzuceniu  końcowej  liczby 3 z wyniku, w naszym
przypadku ze 163, odrzucamy 3 i mamy 16 (liczbę pomyślaną na początku).
  Takich  zagadek istnieje jeszcze bardzo dużo. Tutaj pokazałem tylko typowe
z  nich,  czyli  np.  odgadywanie  pomyślanej  liczby.  Można również ułożyć
algorytmy  na  odgadywanie  kilku  pomyślanych  liczb czy np. na odgadywanie
parzystości  lub  nieparzystości pomyślanej liczby. Jednak tego typu zadanka
pozostawiam do ułożenia czytelnikom.
  Na  zakończenie  proponuję  ułożenie  programów  komputerowych, w językach
takich jak C czy Pascal, opartych o wyżej wymienione algorytmy.


Warsztat: Kurs askowania

Autor: Szaman

[wa2]   Krótki kurs askowania w wykonaniu Szamana - Lekcja pierwsza!

                    [ Filip Szymborski - █████████████ ]

  Heh,  oto krótki poradnik dla tych którzy chcieli by, tylko nie wiedza jak
i wstydzą się zapytać, oraz dla wszystkich pozostałych Na wstępie uwaga: nie
uważam  się  za  żadnego guru askowego i na pewno wielu z czytelników będzie
umiało  wytłumaczyć to równie dobrze albo i lepiej niż ja. To tyle, tak żeby
oszczędzić komentarzy ze się wymądrzam etc. :-)
  W  lekcji  pierwszej  zapodam  krótka  gadkę  o  tym  co  przydaje  się do
askowania,  jak  to  robić (askować) i przedstawię prosty rysuneczek step by
step.

             Co potrzebujemy żeby trzaskać rysuneczki w askach?
             ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
  Wbrew  pozorom nie trzeba mieć żadnych specjalizowanych edytorów Ja używam
z  reguły  dosowego  Edita  (polecam  zwłaszcza  wersję  spod 95ki). Edytory
unixowe  -  joe,  jove  etc.  tez się świetnie nadają Ważne jest żeby edytor
miał:  prace  w  trybie  insert,  wycinanie  i  wklejanie fragmentów tekstu,
przydatna jest tez opcja 'zamień'.
  Gdy  już  odpalimy  sobie  edytorek,  niezbędne  są jeszcze dwa składniki,
mianowicie  pomysł  i wyobraźnia Bez nich ciężko w o gole zacząć, nie mówiąc
już o skończeniu :-)
                       Pierwszy rysuneczek, jadziem!!
                       ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
  Narysujmy sobie linie prosta, przy użyciu myślników '-':

               ---------------

tya...    ci  którzy  widzą  zamiast  linii  prostej  rząd myślników, niech
przymrużą oczy, może tak będzie łatwiej
  A teraz spróbujmy wygiąć trochę nasza linie łagodnym lukiem w dół.

               -----,._.,-----

użyłem tutaj przecinka ',' kropki '.' i podkreślenia.
  A  teraz  nieco  trudniejszy  manewr,  zaokrąglijmy  brzegi:  Nasz rysunek
urośnie do dwóch linii.

                +^~-,._.,-~^+        1 linia
                `-         -'        2 linia

po kolei. w pierwszym rzucie wygięcie do góry:
plus  '+' dash '^' i  tylda '~',  a za nią już nasz stary myślnik. Z drugiej
strony podobnie, tylko w odbiciu lustrzanym.
  A teraz linia druga:
  apostrof  lewy '`' (nad tabulatorem na klawiaturze AT) i myślnik '-'. I to
koniec zabawy, mamy z lekka falującą linie... :-)

                      Rysuneczek drugi - koniec żartów!
                     ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
  Teraz,   posiadając  już  wstępną  wiedze  sakową,  możemy  się  wziąć  za
poważniejszą robotę. Jako temat wybrałem lokomotywę, heh ciuchcie :-).


  [_1_]  Zacznijmy  od  brzunia  naszego  pojazdu. Mamy tu dwie linie, jedna
zrobiona z podkreśleń '_', a druga ze znaków równości '=' :-).
  Obie linie połączone są pionowym lukiem o wysokości trzech linii
                  ________________
                .'
                (
                `,
                  ================

  Luk ten zrobiony jest następująco:
linia 1 -->  .'  kropka '.' i prawy apostrof (z prawej nad spacja) `'`
linia 2 -->  (   nawias lewy '('
linia 3 -->  `,  lewy apostrof '`' i przecinek ','


  [_2_]  Dobra,  teraz  możemy  dorobić  hmm...  nie  wiem jak to się nazywa
fachowo, (Cob, podpowiedz plzz!!) plug (?):-)
  Tu  wystąpi  nowa  linia:  pochyla.  Najprostsza linie pochyla (45 stopni)
robimy  w  taki  sposób: /' czyli slash '/' i apostrof prawy. Powielamy to w
kolejnych liniach, przesuwając o dwa:
                     /'
                   /'
                 /'
ot,  i  cala   trudność  :-).   W  naszej  lokomotywie  będziemy  mieć linie
pochylone pod mniejszymi katami, ale zasada pozostaje podobna:
                  ________________
                .'                |
                (                 |
                `,                |
             _,/';================'
          ,-'/'/'\
          ~~~~~~~'
  Spod wykończony jest linia tyld.


  [_3_]   Teraz  małe  bajerki:  kółka  i  cień  (rura)  w  poprzek  brzunia
lokomotywy.
                  ________________
                .'                |
                (                 |
                `,  - --------====|
             _,/';================'
          ,-'/'/'\`: o :'`: o :'
          ~~~~~~~'  ~-~    ~-~

  [_4_]  Krok kolejny, dodajemy komin i kabinę maszynisty. Slashe '\' u dołu
kabiny dodadzą całości dynamiki.
                    _..._
                    \. ./        ~~~~~~~~~~~~
                  ___| |_,_:~:____|        |
                .'   `~'   `~'    |        |
                (                 |        |
                `,  - --------====|        |
             _,/';================'        |
          ,-'/'/'\`: o :'`: o :' \==========\
          ~~~~~~~'  ~-~    ~-~
  [_5_]  Dodajemy  kółka  pod  kabina  maszynisty  (symbolicznie, aczkolwiek
wiadomo o co chodzi) okienko kabiny i wykończenie dachu...
                    _..._         _________
                    \. ./        ~:~~~~~~~~~/
                  ___| |_,_:~:____| :~~~~: |
                .'   `~'   `~'    | |    | |
                (                 | +-----\|
                `,  - --------====|        |
             _,/';================'        |
          ,-'/'/'\`: o :'`: o :' \===-===-==\
          ~~~~~~~'  ~-~    ~-~      ~-~ ~-~
  [_6_]  Teraz  dorysowujemy wagon na węgiel (węglarka to się chyba nazywa),
kółka analogicznie jak w kabinie maszynisty.
                    _..._         _________
                    \. ./        ~:~~~~~~~~~/
                  ___| |_,_:~:____| :~~~~: |
                .'   `~'   `~'    | |    | |        _____________
                (                 | +-----\|     /~~~~         ~~~~:
                `,  - --------====|        |_,_+'                  |
             _,/';================'        |_|_|                   |
          ,-'/'/'\`: o :'`: o :' \===-===-==\' `~===-===-===-===-===\
          ~~~~~~~'  ~-~    ~-~      ~-~ ~-~        ~-~ ~-~ ~-~ ~-~

  [_7_] Tor po którym jedzie nasz parowóz i drobna dekoracja węglarki
                    _..._         _________
                    \. ./        ~:~~~~~~~~~/
                  ___| |_,_:~:____| :~~~~: |
                .'   `~'   `~'    | |    | |        _____________
                (                 | +-----\|     /~~~~.........~~~~:
                `,  - --------====|        |_,_+' . Szaman&Szaman :|
             _,/';================'        |_|_| :................:|
          ,-'/'/'\`: o :'`: o :' \===-===-==\' `~===-===-===-===-===\
    ------~~~~~~~'--~-~----~-~----- ~-~ ~-~ ------ ~-~ ~-~ ~-~ ~-~ -------

  [_8_]  No  i  kuniec.  Dobrnęliśmy  do finału, dodajemy szczególiki, dym z
komina i krechy sugerujące pęd pociągu
                                                        .
                            ;'  .       .                  .
                       :. .`:..+ .  : '  .    .     .
                      `.::+`:::..,'   .     .
                    _.:'_  ` '    _________
                    \. ./        ~:~~~~~~~~~/  ___  _    _
                  ___| |_,_:~:____| :~~~~: :
                .'   `~'   `~'    | |    | :  -- -  _____________
                (                 | +-----\|     /~~~~.........~~~~:  -
                `,  - --------====|        |_,_+' . Szaman&Szaman :|  --
             _,/';================'        |_|_| :................:|  __  _
          ,-'/'/'\`: o :'`: o :' \===-===-==\' `~===-===-===-===-===\
       ---~~~~~~~'--~-~----~-~----- ~-~ ~-~ ------ ~-~ ~-~ ~-~ ~-~ --------
  I  to koniec lekcji. Mam nadzieje ze wyjaśniłem to w miarę przystępnie. Ta
technika,  której użyłem powyżej nazywana jest line-art'em. Jest najczęściej
stosowana,  zwłaszcza  przy  rysowaniu  signoow  i  ascii-grafiki użytkowej:
screenoow bbs'oow, ilustracji do txt'oow etc. :-)
  dobra, koniec gaduł...
  Heh... czymcie się, i do następnego odcinka :-)

Reportaże: Dokąd na wakacje w 1997

Autor: Denebola

[re1]                     Dokąd na wakacje w 1997?

        [ Radosław Scibior - Denebola - ██████████████████████████ ]

  Czy  nie porywał Was kiedyś, w dzieciństwie, klimat bajek Hansa Christiana
Andersena?  Czyż  nie  fantastyczne opisy przyrody północy na kartach swoich
książek  pozostawili Knut Hamsun, Roald Amundsen i inni? Czy nie oglądacie z
przyjemnością   wyścigów   psich  zaprzęgów,  walki  człowieka  ze  śnieżnym
żywiołem,   cudownych  reniferów,  majestatycznych  wielorybów?  A  przecież
wszystko to jest na wyciągniecie ręki...
  Obudziłem  się  któregoś  ranka  z mocnym postanowieniem zobaczenia czegoś
ciekawego,  a  przy  tym  oryginalnego  na  tym  świecie Obudziła mnie wizja
gejzerów  - miliardów kropelek pary rozpylanych przez głebie Ziemi w bliskim
otoczeniu lodowca. Obudził mnie obraz niczym niezmąconej przyrody. Gdzie jej
szukać? Uwierzcie mi. Są jeszcze takie miejsca w Europie!
  Czy   zastanawialiście   się   kiedyś,  ze  około  30-50%  ceny  wycieczek
zagranicznych  wpada  w  kieszeń pośrednikom? Czy nie warto zawierzyć sobie?
Czy  zwróciliście uwagę, w jaki sposób nowobogaccy w naszym kraju organizują
sobie  wakacje  za  granicą?  Przytoczę tutaj przykład, który oddaje z pełną
wyrazistością snobizm większości (!) ludzi wyjeżdżających z kraju.
  Przykładowo,  szlagierem  lat 1995-96 były zdecydowanie Wyspy Kanaryjskie.
Skąd  taki  wybór?  Otóż młody biznesmen bierze do rąk folder któregokolwiek
biura  turystycznego  i  szuka...  Egipt... hmmm? 35 mln, Tunezja... 38 mln,
Wyspy  Kanaryjskie...  50  mln. I myśli... to dla mnie. Po czym pakuje się i
jedzie.  I  większość z tych ludzi nic nie wynosi z tych wyjazdów. Dla mnie,
nie  ubliżając  takim  ludziom tego typu wyjazdy "pro publicum" to snobizm w
najczystszej  postaci.  Ich  krótkie zazwyczaj opowieści po powrocie, kończą
się najczęściej wymienieniem liczby drinków wypitych w hotelowej restauracji
z widokiem na Ocean Atlantycki.
  Mało  kto  potrafi natomiast opowiadać ciekawie o wulkanicznym pochodzeniu
tych  wysp,  zabytkach  architektury, drzewiastych odmianach juk tam właśnie
rosnących.  O  tym,  że  na  szczytach  poniewiera  się  szkliwo wulkaniczne
(pumeks)  -  przeciekawa  odmiana krzemionki zawierająca ok. 50% porów :)) A
już  nieliczni  wiedzą,  że  wyspy  te są potentatem w produkcji pomidorów w
porównaniu z tak małym obsadzanym areałem. Nie przejmujcie się! Za rok jakiś
idiota  zobaczy, ze Meksyk kosztuje 55 mln i kierunek snobistycznych eskapad
się zmieni.
  Chciałbym  Wam przedstawić miejsce w Europie, które idealnie nadaje się na
aktywny  wypoczynek.  Pragnę  jednak zaznaczyć, że jest to tylko propozycja.
Stolice  europejskie  -  aczkolwiek  w  większości  bardzo  urokliwe,  także
przecież  maja  swój  niewątpliwie  niepowtarzalny klimat. Z autopsji jednak
stwierdzam, ze bywają podobne... Podobne kulturowo itp.
  Co chciałbym zaproponować? Wybierzcie się na Wyspy Owcze. Cóż to takiego i
gdzie  to  jest?  Wyspy  Owcze (Faroe Islands lub Foroyar - jak kto woli) to
archipelag  18  wysepek  430  km  od  Islandii. Formalnie jest to terytorium
należące  do  Danii, jednakże o bardzo dużej autonomii. Przejawia się ona we
własnej  jednostce monetarnej, własnym rządzie, własnej fladze i chociażby w
takich  drobiazgach  jak  własne  znaczki  pocztowe lub własna reprezentacja
pilkarska.
  Te  18  wysepek  zamieszkuje  na chwilę obecną około 43.000 mieszkańców. I
tylko te zamieszkałe, urosły do godności by nazwać je wyspami (islands). Tak
mówią  o  nich sami wyspiarze. Mówią tak w języku angielskim (tu bardzo miła
niespodzianka  - wszyscy znają ten język w zakresie wiekowym od 7 do n lat).
Językiem  urzędowym  jest tu język foroyarski (Faroese) - przedziwna chimera
języków  nordyckich,  a głownie zachodnio-norweskiego i islandzkiego. Reszta
niezamieszkałych  wysepek  jest równie piękna, a autochtoni mówią o każdej z
nich  "inlet"  -  co  dokładnie oddaje niezamieszkałe, wystające z Atlantyku
skały sięgające 300 m wysokości.
  Jak  się  tam  dostać?  Bardzo  prosto!  Potrzeba  tylko  trochę  inwencji
twórczej,  samozaparcia  i  niekoniecznie  wielkich  pieniędzy. Wygodnickich
muszę  tu  rozczarować,  gdyż  żadne biuro w naszym kraju nie organizuje tam
wyjazdów.  Podobnie jak nikt nie proponuje nam w biurach turystycznych lotów
nad  Biegunem  Północnym:(  Pewnie  chętnie  zabrałby nas tam Richard Evelyn
Byrd,  ale  na pewno nikt z Polski. Niewiedza na temat oryginalnych wyjazdów
jest w naszej stolicy tak wielka, ze zdecydowanie odradzam zasięgania języka
w  biurach  turystycznych  na Marszałkowskiej, gdzie większość nobliwych pań
siedzących przy klawiaturze komputera nawet nie orientuje się gdzie są Wyspy
Owcze.  Wróćmy  jednak  do głównego wątku. Dojazd (odlot) tam jest możliwy w
kilku wariantach.

  *  Ludzi  ceniących  wielki  komfort  psychiczny i fizyczny (i tu powiem -
zdecydowanie  najbogatszych)  zabierze  na wyspy samolot LOT-u z Warszawy za
cenę 750$. Przesiadka odbędzie się na lotnisku Kastrup -> 8 km od Kopenhagi.
Dalszym  przewoźnikiem  stanie  się  wówczas:  SAS/Maersk Air (Boening 737),
Atlantic  Airways  lub  Island  Air  (jakieś  małe  awionetki).  Przelot  do
Kopenhagi to +- godzina, a na wyspy to dwie godziny i piętnaście minut.
  Za drogo? Ok!
  *  Proponuje  zatem  dojazd  do  Świnoujścia  koleją (tu w okresie wakacji
sugeruje  wykupić  bilet  I-ej  klasy). Stąd promem do Kopenhagi (9h 40min -
koniecznie  bierzcie  kajutę!).  Bilet  ok.  2  mln  zł  w obie strony (prom
"Wilanów"  -  najbardziej  stabilna, a zarazem najmniejsza jednostka promowa
PZB). Zabukować miejsce można np. w "Orbisie" na Brackiej (b. miła obsługa).
Dalej  autobusem  linii  9  na  lotnisko  (90.000  zł).  Samolot  na wyspy z
Kopenhagi  to  już  tylko  450 $ (w obie strony). Bilety koniecznie kupcie w
"Marco  Polo"  na Pięknej w Wa-wie. Będziecie tam obsłużeni bardzo fachowo i
nadzwyczaj  miło.  Dwie  godziny  później wysiadacie na lotnisku Sorvagur na
wyspie Vagar, cofacie czas o godzinę i zaczynacie niezapomnianą przygodę
  Dalej za drogo? Ok!
  *  Oto  najtańszy  dojazd.  Odradzam  brać  ze  sobą  :)  w  tym przypadku
kobietę... No chyba, że przywykła ona do spartańskich warunków
  Z  Warszawy (lub innego miasta Polski) do Frankfurtu -> autobus któregoś z
biur  turystycznych  lub  prywatnego  przewoźnika (może auto-stop?) 2-3 mln.
Stamtąd  pociągiem  do Esbjerg w Danii (grosze). Z miasta raz lub dwa razy w
tygodniu do stolicy wysp Torshavn pływa prom (przewoźnik "Smyril Line" - ok.
5 mln w obie strony, czas 2,5 dnia).
  Taniej się nie da... No chyba, że jesteś doskonałym pływakiem. Wtedy można
spróbować   wpław:),   ale  ostrzegam,  że  temperatura  Morze  Północnego i
Atlantyku może opadać do ok 4-5 C.

  Co  dalej?  Po  wyspach można chodzić pieszo, biegać, wspinać się, jeździć
autobusami,  okazja  (zatrzymuje  się  każdy miejscowy (!) głownie Volvo lub
Samb),  wypożyczyć  samochód  na  lotnisku (Mazda 626) lub chociażby wynająć
śmigłowiec.  Między  wyspami  kursują  promy  i  małe  lodzie motorowe. Ceny
noclegów  wahają  się  od 300.000 zł w schroniskach do 3-4 mln zł w hotelach
(wliczone cholernie [sorki :)] obfite śniadanie).
  Co interesującego oferują wyspy?

  -  brak  zgiełku  (niczym  nie  zmącony  spokój,  zakłócany jedynie szumem
atlantyckich fal i krzykiem b.duzych (skua) mew.
  -  rewelacyjny  klimat, wybitnie morski (b. chimeryczny - opady głownie na
wiosnę [marzec]).
  -  temperaturę  w lecie ok. 8-10 C (najwyższa notowana na wyspach 20 C), w
zimie  3-4  C  (średnia)  ->  to  za sprawą ciepłego prądu zatokowego z Zat.
Meksykańskiej (Golfsztrom).
  -  piękne  krajobrazy  (wyspy  pochodzenia  wulkanicznego), liczne cudowne
fiordy,  urwiska  (klify)  dochodzące do 300 m wysokości, czystą (b. miękką)
wodę,  wysoką  kulturę  ludzi,  nietypowe  posiłki  i  produkty żywnościowe,
wodospady  do  200  m  wysokości,  gejzery, podwodne skały, góry (do 822 m z
terasami).
  -   fantastyczną  florę  i  faunę:  porosty,  krzewinki,  rośliny  zielne.
Atlantyckie  gatunki  roślin niższych. krewetki, olbrzymie, nietypowe muszle
małży i ślimaków, wieloryby i niesamowite bogactwo arktycznych ptaków (m.in.
gęsi  arktyczne,  masko  nury  (symbol  wysp), fulary i najdalej na południe
wysunięta kolonie głuptaków (gratka dla ornitologów). Oraz cala masę dziwnie
maszczonych owiec.
  - w sierpniu - dzien. polarny (od 4:30 do 2:00 --> 21h 30min.
  Wyspy  oferują  unikalna  atmosferę...  Mgły  na szczytach, uczestnictwo w
połowach  wielorybów,  wędkowanie, niebywałą ciekawą, północną architekturę,
wspinaczkę  górską  o  sporym  stopniu trudności i calą masę innych atrakcji
zarówno  kulturowych  jak  i  turystycznych  ->  wycieczki  piesze, przeloty
helikopterami,  odwiedzanie  grot  (z lądu i wody), wędkowanie itp, itp. Dla
ludzi bojaźliwych dobra wiadomość: gdy zagubicie się we mgle (za 5 min. może
jej  nie  być,  by za 20 min. być z powrotem) --> zawsze jesteście nie dalej
niż.  5  km  od  Atlantyku.  Problem  tkwi  tylko  w  wyborze  odpowiedniego
kierunku.
  Stolica   -  Torshavn  (15.000  mieszkańców)  pomoże  rozwinąć  się  także
intelektualnie.  Są  tu  liczne  muzea, kino, uniwersytet z internatem (tak!
tak!).  Na  duchowy rozwój mogą zaś wpłynąć kawiarenki z mocnymi i słabszymi
trunkami  oraz  oryginalnymi  potrawami  kuchni foroyarskiej (głównie ryby i
owoce  morza).  Polecam  spróbować  tu  wielorybiego mięsa (zakaz polowań ->
aczkolwiek jest to możliwe) :))
  Zostawię  trochę  niedopowiedzianych  sekretów...  :) Gwarantuje natomiast
niesamowitą  przygodę  -  jeżeli  chociaż  przez  chwile potraficie w sposób
racjonalny organizować czas. Ale jeżeli zamierzacie na Wyspy jechać po to by
siedzieć  w  pokoju  hotelowym  i  grac  w  karty - to szkoda zachodu. Na to
wystarczy namiot i deszczowy dzień na Mazurach. Jeśli tylko do końca Cię nie
przeraziłem,  to  pakuj plecak i jedź! To naprawdę może być WYCIECZKA ŻYCIA!
Przetarłem  Ci  szlak.  Byliśmy  tam bowiem pierwszymi turystami z Polski od
czasu,  gdy to w latach 1985-89, niektórzy z naszych rodaków przyjeżdżali tu
pracować przy wypasie owiec i przetwórstwie ryb. Ale to nie byli turyści:(((


  Jeżeli  porywa  Cię  nieznane i potrafisz sobie odmówić przez pewne okresy
roku np. piwa :). Jesteś w stanie zastąpić od czasu do czasu szynkę plackami
ziemniaczanymi  -  to  spędź z nami wakacje 97' (w planach Cayenne i okolice
ujścia Amazonki - a ogólniej mówiąc Gujana Francuska i płn-wsch Brazylia)
  Najbliższe plany co do wakacji to:
  98'  - Rapa Nui (Wyspa Wielkanocna) --> samolot do Santiago (Chile), dalej
awionetka.
  99'   -   Pakistan  lub  Tanzania  (+  dach  Afryki  -->  Kibo  w  masywie
Kilimandzaro)
  2000'  -  Kto ma znajomości na polskich statkach badawczych pływających na
Antarktydę lub chociaż na Georgie Płd.?
  I  nie  myśl,  ze  to  niemożliwe! Wierze w Ciebie! Zrezygnuj z Paryża lub
Rzymu - dołóż 10-15 mln i wspólnie wymyślmy coś ciekawego! Jestem otwarty na
wszelkie pomysły i propozycje


Reportaże: Niemożliwe a jednak

Autor: Karinka

[re2]                      Niemożliwe, a jednak...

              [ Karina Pałencka - Karinka - █████████████████ ]

  Artykuł  w  poprzednim  numerze  "Reportera"  o  tablicach rejestracyjnych
skłonił  mnie  do  refleksji.  Pomysł z osobistymi tablicami rejestracyjnymi
bardzo przypadł mi do gustu, tylko kiedy (i czy w ogóle) będę mogła stać się
właścicielką  takiej  tabliczki?  Tablice  rejestracyjne tablicami, wszak my
powinniśmy  posiadać  prawo  jazdy,  aby  samochód  z  owymi  w/w  tablicami
prowadzić.  Zdobycie  tegoż dokumentu wg opinii publicznej graniczy niemal z
cudem.   Owy   papierek   jest   marzeniem   wielu  osób,  papierek-legenda,
papierek-mit  etc.  Jednakże  cuda  się zdarzają i nie ma co się zniechęcać.
Przyszłych  kierowców  szczerze  namawiam - NIE TAKI LUCYFER STRASZNY JAK GO
MALUJA:))).
  Chęcią  uzyskania  prawka  jazdy  zapałałam  pod koniec kwietnia bieżącego
roku.  Po lekturze prasy i obdzwonieniu różniastych ośrodków wiedziałam już,
ze:
  1) przeciętnie kurs trwa 6 tygodni,
  2) kurs obejmuje wykłady teoretyczne oraz 20h zajęć praktycznych,
  3) przyjemność nauki kosztuje zależnie od marki samochodu i wynosi średnio
na poloneza 380 zł i na fiata uno 400 zł
  Informuje,  iż  obecnie  egzamin państwowy można zdać tylko i wyłącznie na
w/w  pojazdach.  Nie dajcie się zbajerować na tańszy kurs np. na maluchu czy
na  tzw.  cienko-cienko  (a są jeszcze ośrodki, które uczą na tych autkach).
Punkty  szkoleniowe  maja  różnorodne  oferty i każdy może wybrać sobie taki
ośrodek, w którym wszystko mu będzie odpowiadało. Osobiście zdecydowałam się
na  punkt  blisko  mojego  miejsca  zamieszkania, który prowadzi m.in. kursy
piątkowo-sobotnie  (mnie  jako  jednostce  pracującej, piątkowe popołudnie i
sobotni  poranek  odpowiadały  czasowo). Zgłosiłam się, wypełniłam kwitek, w
którym  zdeklarowałam  się,  iż  pragnę  uzyskać  prawo jazdy kategorii "B",
wpłaciłam  pieniążki  i  przyszłam  na  pierwsze  zajęcia  prowadzone  przez
Kierownika  owej  placówki.  Nie zaprzeczam, iż facet zna się na prowadzeniu
ośrodka, nie zaprzeczam również, ze jest doskonałym kierowca, ale wykładanie
czegokolwiek kursantom nie jest jego mocna strona.
  Pierwsze  dwa tygodnie kursu to zajęcia tylko i wyłącznie teoretyczne. Jak
już  wspomniałam,  owe początkujące spotkanie prowadził sam Kierownik, który
(mniej  więcej  z  częstotliwością)  co  7  minut powtarzał: "Kiedyś, proszę
państwa  to  ja  byłem  kierowcą  rajdowym". Nikt z kursantów powyższego nie
kwestionował,  jednak  facet  jakby  się zaciął i uparcie powtarzał: "Kiedyś
proszę państwa...". Zostaliśmy pouczeni, iż powinniśmy nabyć dwie książeczki
za 19 zł. Jedną z nich polecam: "Prawo jazdy. Pytania testowe AB" (wydanie z
uwzględnieniem  poprawek  z  1995  roku,  taka  pomarańczowa okładka). Druga
pozycja: "Prawo jazdy. Podręcznik kierowcy B" (zielona okładka) możemy sobie
darować,   gdyż   wiadomości   z  owej  książki  znajdziemy  w  książeczce z
pomarańczową okładeczką.
  W mojej grupie - zbieg okoliczności - spotkałam kolegę, a więc towarzystwo
na  nudnawe  zajęcia  teoretyczne miałam zapewnione. Należę do osób, które z
techniką  nie są za pan brat. Proste - ja i trochę techniki i już się gubię.
O   samochodzie  mam  raczej  mgliste  pojecie;  wychodzę  z  założenia,  że
warsztaty,  mechanicy  itd. chcą żyć, i czasami trzeba im umożliwić zarobek.
Przyznaję,  iż przed pójściem na kurs nie miałam do czynienia z prowadzeniem
pojazdów,  z pewnymi wyjątkami, np. nauka jazdy traktorem na wsi i wjechanie
w  marchewki,  ale nie o tym chce pisać:))). Wracając do tematu... Kierownik
zaczął    zdradzać   nam   arkana   sztuki   kierowania   samochodem   (truł
niemiłosiernie).  W  pewnym momencie usłyszałam, iż zanim kierowca zasiądzie
za  kierownicą,  powinien (tutaj nastąpiła wyliczanka) oraz sprawdzić naciąg
paska  klinowego.  Ja,  jako laik w tym temacie z głupia frant spytałam, jak
niby  mam to wykonać. Nie zgadniecie co Kierownik mi odpowiedział! Odpowiedź
padła następującej treści:
  "Pani jest kobietą i nie musi pani tego wiedzieć".
  Zaskoczenie  nie  pozwoliło mi na reakcje. Jednakże facet się doigrał:))).
Moja grupa liczyła 21 osób, z czego 7 stworzeń to tak zwana płeć piękna (no,
może niektóre piękne inaczej, ale to szczegół). Oj, ja nie zareagowałam, ale
Marta  (a  niektórzy, twierdza, ze mnie czasami trudno jest przegadać:)) nie
znacie  jeszcze  Marty  i  dlatego  macie takie błędne wyobrażenie) dalej do
wiwatu  Kierownikowi:))).  Prowadzący  zaczął  się  jąkać, przepraszać i tak
dalej  i  tak  się  zakończyły  pierwsze zajęcia Pozostałą część teoretyczną
wykładał  sympatyczny starszy człowiek, który nawet niezbyt logiczny przepis
potrafił przekazać w sposób, który nieomal sam "wchodził" do głowy.
  Po   dwóch  tygodniach  zajęć  teoretycznych  zostaliśmy  przydzieleni  do
instruktorów.   Jednakże,  abyśmy  mogli  usiąść  za  kierownicą  musieliśmy
wylegitymować  się  odpowiednim zaświadczeniem lekarskim. Uzyskanie takowego
świstka  (jakby  mogło  się  wydawać)  nie jest rzeczą prostą. Szturm po owe
zaświadczonko  rozpoczęłam od lekarza zakładowego (tutaj ostrzegam studentów
Szkoły Głównej Handlowej, iż w przychodni na ul. Wiśniowej takowego papierka
nie  uzyskacie),  ale  okazało  się, iż żaden w tejże przychodni nie posiada
uprawnień   do  wystawienia  takowego  zaświadczenia;  tradycyjnie  odesłana
zostałam do rejonu.
  W  mojej  rejonowej  przychodni  okazało  się,  iż  skierowania na badania
(okulista,   laryngolog   itd.)  oraz  zaświadczenie  mogę  uzyskać  tylko i
wyłącznie  od  Kierownika  Przychodni  (heh...  znów  kierownik). Bardzo się
zdziwiłam;  nie  zdawałam  sobie  sprawy,  że np. wystawienie skierowania na
morfologie  musi  być  podpisane  i  podpieczętowane,  aż  przez  Kierownika
Przychodni?  Czy  jakby  takie  skierowanie podpisał mój lekarz rejonowy, to
inaczej  by  mi  tą  krew  pobrano?  Mniej  zdziwił mnie fakt samego podpisu
Kierownika  na  zaświadczeniu,  no  ale  na  skierowaniach??? Ponadto pani w
rejestracji  udzieliła  mi dodatkowych informacji, ze owy gość, który był mi
wówczas  niezbędny  przyjmuje  w godz... (beznadziejne, ale to szczegół), do
specjalistów są zapisy w kolejce, a także na sam koniec pani stwierdziła, iż
Kierownik  jest  3 tygodnie na urlopie, i nikt go nie zastępuje. Heh... a ja
miałam 2 tygodnie na dostarczenie owego zaświadczenia. Polityka jest prosta,
mam  zaświadczenie  -  mogę zacząć "wyjeżdżać" 20 h, nie mam zaświadczenia -
instruktor czeka, aż je dostarczę; a więc przeciąga się to w czasie.
  Ośrodek  szkoleniowy  najwyraźniej nauczony doświadczeniem zorganizował we
własnym  zakresie  wizytę  lekarza, który posiadał uprawnienia, aby wystawić
nam stosowne papierki.
  Lekarz  (zwykły internista (żaden Kierownik) - sama naocznie wyczytałam to
na  jego  pieczątce  Na  marginesie dodam, iż był to lekarz z przychodni dla
studentów  z ul. Mochnackiego; ciekawe czemu na Mochnackiego internista może
zaświadczenie  takowe  wystawiać,  a na Wiśniowej nawet Kierownik Przychodni
nie  może?)  zjawił się, popatrzył na nas i rzekł: "Widzę, że Państwo zdrowo
wyglądacie".  :)))  Po  zainkasowaniu  30  zł od każdego chętnego wypisał wg
listy  (!) zaświadczenia oraz skierowania na jedno badanie - cukier we krwi,
którego  wynik  mieliśmy  dostarczyć  do  Ośrodka.  Kolejna bzdura! Najpierw
otrzymałam  zgodę  na  bezterminowe  uzyskanie  prawa  jazdy,  a później mam
doręczyć  wynik,  którego  nikt  nie sprawdza (a jak np. byłabym cukrzykiem?
albo  przyślepa?  albo  przygłucha?).  Ważniejszy  był sam fakt dostarczenia
wyniku badania niż badanie...
  Jeśli  wylegitymowaliśmy  się  ową  zgodą  lekarza,  instruktor  mógł  nas
posadzić  za  kółkiem i przez 20h przekazać nam praktyczną wiedzę poruszania
się  pojazdem.  Mój  instruktor, mężczyzna koło 60-siątki, refleks mierny, 9
włosów  na  głowie  (nie  wiem  czemu miałam wrażenie, ąe jak ruszam to jego
upierzenie  stawało  dęba)  oznajmił  mi, iż ma żonę, troje dzieci i pragnie
jeszcze trochę pożyć.
  Pierwsza  lekcja  praktyczna  to  było  pokazanie co w samochodzie jest...
Heh... łącznie z demonstracją, gdzie to się kierownica znajduje; można wtedy
wszystkiego  dotknąć,  poruszać,  odkręcić,  przykręcić,  nacisnąć etc. Po 6
tygodniach  zajęć  teoretycznych  i  20h  zajęć  praktycznych  odbywają  się
egzaminy   wewnętrzne.   Jak  już  udało  nam  się  zdać  owe  egzaminy,  po
dostarczeniu  1 szt. naszej fotki Ośrodek wystawia nam stosowny papierek, iż
byliśmy   uczestnikami  takowego  kursu  i  możemy  ubiegać  się  o  egzamin
państwowy.  Poza  tym,  za  jedyne  20 zł za 1h mogliśmy dokupić sobie jazdy
(20zl  to  wielka  łaskawość,  dlatego ze byliśmy kursantami z tego ośrodka,
inni płaca 25 zł za 1h).
  W Warszawie są trzy punkty, w których można zdać owy, państwowy egzamin:
  1) Jagiellońska,
  2) Bema,
  3) Warszawianka.
  O  tych  trzech  miejscach  krążą  różnorakie  opowieści (prawie horrory).
Ludzie,  którzy mają (bądź też nie mają) prawka uświadamiają nas (przeważnie
przed  egzaminem),  iż:  Antka  kobity szwagra żony brata Maryśka bądź mojej
teściowej  matki  wujka syna córka itd. zdawali i nie zdali... albo zdali za
którymś  tam razem. Ogólne przekonanie, to za pierwszym razem NIKT nie zdaje
(a  jednak  wyjątki  są:))  ).  Społeczeństwo  (tutaj  trochę  logiki  można
zauważyć) twierdzi, ze czemu Ośrodki mają ściągnąć od nas 50 zł jak mogą 100
zł  bądź więcej? Fakt, ale czasami w tych punktach nie siedzą materialiści i
prawo jazdy można uzyskać za 50 zł, pod warunkiem, ze zdamy.
  Krąży  także (błędne!) przekonanie, iż np. na Jagiellońskiej to są źli czy
dobrzy  egzaminatorzy,  na  Warszawiance także, a sami dobrzy to są tylko na
Bema.  Bzdura!  Prawda  w  tym  jest,  ze egzaminatorzy (ci sami) pracują wg
grafików  we  wszystkich  trzech  ośrodkach!  Na  Iksińskiego mamy jednakową
szansę  trafić na Jagiellońskiej, na Bema jak i na Warszawiance; zależnie od
tego  który  ośrodek sobie wybierzemy. Dodam, iż jeśli wybraliśmy np. Bema i
nie  poszczęściło  się nam, to nie możemy się przenieść np. na Warszawiankę,
tylko do skutku musimy zdawać na Bema.
  Ja  wybrałam sobie Warszawiankę, gdyż Jagiellońską odrzuciłam, bo straszny
hektar  ode  mnie,  a  na  Bema  nie  spodobał  mi się z zewnątrz budynek...
Egzamin  państwowy najwcześniej możemy zdawać po upływie 14 dni od datowania
zaświadczenia,  jakie w ośrodku szkoleniowym uzyskaliśmy. Ponoć taki przepis
funkcjonuje,  ale  że  głupawszy to inna para kaloszy. Nie znam osoby, która
twierdziłaby,  ze  polskie  przepisy  prawne  maja  sens.  Czy owy przepis w
praktyce  obowiązuje to nie wiem, gdyż ja owe 14 dni (a nawet dłużej) miałam
zagwarantowane... kolejka!
  Na   Warszawiance  trzeba  złożyć:  papierki  z  ośrodka  szkoleniowego, 1
zdjęcie,  znaczki skarbowe za 2 zł oraz uiścić opłatę ok. 45 zł Po zapisaniu
czekamy na ten dzien...
  Osobiście  nie  wykupiłam  dodatkowych  jazd  przed  egzaminem (może m.in.
dlatego,  ze  instruktor  cały  czas  powtarzał,  ze co najmniej 5h powinnam
wykupić,  bo  inaczej  nie  mam  żadnych  szans  na zdanie egzaminu. Ciekawe
dlaczego  każdemu  kursantowi  ten  sam tekst powtarzał?). Miałam szczęście,
gdyż  znajomy  zaoferował  się  mnie poduczyć - głownie jazdy po łuku, która
jest  moją  piętą achillesową. Jak wiadomo na manewrach obowiązuje: jazda po
łuku,  parkowanie  przodem  do  garażu,  parkowanie  równolegle,  parkowanie
prostopadle,  górka  i  zawracanie  na  trzy.  Jazda  po mieście to pestka w
porównaniu  z  manewrami,  ale  wszystko  da  się  bezboleśnie przeżyć Przed
egzaminem prawie wszyscy (z wyjątkiem Agniechy i własnego dyrektora) we mnie
"wierzyli" i mówili: "E....i tak za pierwszym razem nie zdasz".
  Nadszedł  w  końcu  dzień  egzaminu...  25  lipca  (czwartek) godz. 15.00.
Zaczyna  się  od  egzaminu  teoretycznego.  Losujemy test i mamy 45 minut na
udzielenie odpowiedzi na 25 pytań. Ogólnie do nauki mamy 600 pytań testowych
-  liczba ta tylko tak groźnie wygląda, ale większość pytań jest banalna. Na
teście  możemy  sobie pozwolić na 2 błędy w części ogólnej (20 pytań) i na 1
błąd  w  części  tzw.  specjalistycznej (5 pytań). Na 10-cio osobową grupę 2
osoby nie zdały, z czego jeden osobnik teorie zdawał (!) po raz trzeci - oj,
kiedyś  jak  uda  mu  się  zdać  będzie  można  o nim spokojnie powiedzieć -
kierowca inaczej:))).
  Po  pozytywnym  wyniku  z  części  teoretycznej  możemy  udać  się na pole
manewrowe.  Każdy  manewr możemy powtórzyć dwukrotnie. Na osiem osób z mojej
grupy na polu manewrowym, ja miałam jeździć jako czwarta. Zastanawiało mnie,
dlaczego  część  osób  ma problemy z ruszeniem... Wsiadłam, chciałam wrzucić
"jedynkę"  i  nic!  Jeszcze raz próboje i nic. Podchodzi egzaminator i mówi:
"Niech  pani  nie  mówi,  ze  nie umie pani wrzucić biegu, bo jakby pani nie
umiała  to  by pani tutaj nie było". Jeszcze jedna próba i nic! Okazało się,
ze  trafiłam  na inny model uno, gdzie biegi (w beznadziejny wg mnie) sposób
się  zmienia.  Nie  jest  to  tradycyjne wytrącenie na luz i włożenie biegu;
trzeba  wytrącić  na  luz,  nacisnąć  tak, jakby do podłogi drążek i dopiero
wrzucić bieg <--- niewygodnie.
  Na  moją  grupę zdałam tylko ja (i to za pierwszym podejściem! To nie jest
niemożliwe,  po  prostu  miałam  farta i zdałam). Nikt mnie nie przekona, iż
zdanie   za  pierwszym  podejściem  jest  nieosiągalnym  wyczynem.  Jest  to
wykonalne,  realne  -  a  ja  jestem  tego przykładem! Szczerze, to ja dalej
niepewnie  jeżdżę,  ale  to  kwestia praktyki...;))) W tym dniu zdał jeszcze
jeden  osobnik,  który  zdawał po raz 7 czy 8 :))))). Jeśli nie poszczęściło
nam  się  tym razem już następnego dnia po uiszczeniu kolejnych 45 zł możemy
zapisać  się  na  kolejny  termin  egzaminu  -  teraz  już  tylko  na  cześć
praktyczną, gdyż zdana cześć teoretyczna jest ważna przez 6 miesięcy.
  Zwyczajowo Warszawianka w poniedziałki wysyła papiery osób, które zdały do
Wydziałów   Komunikacji   właściwych  dla  miejsca  zameldowania.  Po  dwóch
tygodniach  możemy  udać  się do naszego urzędu, zakupić znaczki skarbowe za
5,8  zł,  uiścić  opłatę  2 zł, złożyć (może być nieczytelny) podpis i wtedy
otrzymamy  upragniony  dokument  z  dwoma pieczątkami, który uprawnia nas do
prowadzenia auta.
  Jeśli wiec chcemy prawo jazdy uzyskać, musimy dysponować co najmniej kwotą
5  ml  i  czasem około 3 miesięcy, albo i dłużej. Zachęcam do zrobienia tego
"nieosiągalnego"  dokumentu. Jest to realne:))). Szczególnie namawiam Panie,
wszak  statystyki  podają,  ze płeć piękna powoduje mniej kolizji, wypadków,
jest  bardziej  spostrzegawcza,  jeździ  ostrożniej - wbrew utartemu BABA za
kierownica!   Panowie   (większość)  nie  wiem  czemu  traktują  kobietę  za
kierownica  jak  kogoś  gorszego,  mimo,  iż  sami  (niektórzy)  jeżdżą  jak
radarowcy.   Panów   także   zachęcam:))).   Szczęśliwa  "świeżo  upieczona"
właścicielka prawa jazdy.


Reportaże: Baśnie z 1001 nocy

Autor: Miklex

[re3]                        Baśnie z 1001 nocy.

               [ Michał Kleczkowski - Miklex - █████████████ ]

  Czytałem wywiad z Pszoniakiem w piśmie Twój Styl z tego miesiąca, akurat o
Paryżu.  Facet  słusznie  powiedział, że każdy ma swój Paryż, swoje ścieżki,
miejsca do których wraca.
  Przyjemnie  mi  było  pokazywać  mój  Paryż,  chociaż ta wycieczka to było
zwiedzanie  100 km na godzinę. Ale tak jak pies lubię na początku przelecieć
się i obwąchać stare kąty, które pachną zawsze tak samo, chociaż zmienia się
otoczenie.  Jest  w  tym mieście coś bajkowego, natłok miejsc, które gdzieś,
kiedyś  się  widziało na jakimś filmie, o których się czytało, a które nagle
pojawiają  się  za  rogiem  ulicy.  Twoje  ścieżki krzyżują się ze ścieżkami
innych  ludzi  i  można  pochodzić  po  ich  śladach, ale nie długo bo znowu
pojawia się coś, co się kojarzy i ściąga Cię z kursu.
  Może  warto  by  pomieszkać  dłużej i odkryć inne odnośniki, bo to co znam
jest  powierzchowne  i  dla  turystów. Nie znaczy to, że gorsze, czasem nowe
spojrzenie ożywia miejsca obok których inni przechodzą obojętnie.
  Ale do rzeczy: kiedy Książe wszedł do komnaty, Szeherezada powiedziała:
  -  Królu mój i panie, opowieść z poprzedniej nocy była niczym w porównaniu
z  tym co usłyszysz za chwilę, rozluźnij swoje szaty, strzel sobie malucha i
nie dłub z głupia mina w nosie bo bajki będą przecudnej urody.:))))))
  Wstaliśmy  skoro  świt  o dziewiątej i po zmaganiach z butami, które nijak
nie  chciały wejść na obolałe stopy ruszyliśmy odfajkować następne cuda. Był
to  dzień  roboczy.  Siostra,  zapalona  konara miała za zadanie kupić swoim
córkom  spodnie do końskiej jazdy. Oblecieliśmy kilka sklepów w centrum, bez
widocznych   rezultatów   i  ruszyliśmy  do  Beauburga  na  wystawę  Bacona.
Poczekaliśmy  na  znajomych  na  rogu  ulicy St.Denis, którą lepiej zwiedzać
nocą.  Jest  to  ulica  rozpusty  z  sexshopami  co  kilka  metrów, teatrami
erotycznymi  i  panienkami w każdej bramie, im później tym ciekawiej ubrane.
Niektóre w łańcuchach i pejczem w dłoni, inne w samych pończochach i futrze,
rozchylającym się dla każdego przechodnia i z każdej strony czułe szepty "tu
viens cherie?" (idziesz kochanie?):@)
  Ale  był  to  dzien i ulica roiła się od dostawców zakładów krawieckich, w
których,  często  na czarno, mrowie emigrantów szyje dla wielkich dyktatorów
mody.
  Był  niezły  upał,  piwko  dobrze  nam  zrobiło  i  ruszyliśmy  na wystawę
Retrospektywa  rzeczywiście  ogromna.  Dodatkowym utrudnieniem były szyby na
obrazach  i  fatalne  oświetlenie.  Jedyne co można było zobaczyć to wyraźne
odbicie  faceta  wpatrującego  się  z  głupia  mina  w  szybę  oprawioną  we
wspaniałe  ramy.  Już  chciałem  lecieć,  robić awanturę, że granda, zwrócić
pieniądze,  itp.  kiedy  siostra wyczytała w ulotce, ze to umyślnie i mistrz
sam  sobie  życzył te szyby i naturalne oświetlenie. Ale moim zdaniem, można
było  zrobić  lepiej,  a  zwalić  łatwo  jak już nie żyje. Ponieważ mieliśmy
niezłe  tempo,  odsadziliśmy znajomych o dobry kwadrans, siedząc na ławeczce
podziwialiśmy  ludzi  upadabniajacych się w miarę zwiedzania do koszmarnych,
rozmytych  masek  na  obrazach.  Czerwone  gęby, ziewające z zapałem, dziwne
grymasy, chyba to przez te szyby.
  Zadziwiająca  była zmiana kolorystyki malunków. Na początku o konsystencji
sałatki  jarzynowej stojącej od przedwczoraj, w miarę posuwania, stawały się
coraz bardziej czyste i harmonijne.
  Ostatnie  były zachwycające. Trudno się dziwić, przez ostatnie lata, każde
jego  płótno  kosztowało  ok. 2 miliony $, miał nareszcie forsę na najlepsze
farby.:)
  Wystawa  dla  mnie  cholernie  ważna ze względów emocjonalnych, ale reszta
towarzystwa wyszła lekko zaszokowana.
  Znajomi  urwali  się, a my ruszyliśmy ochoczo na małe co nieco w okolicach
hal,  tym  razem  sałatką z kozimi serkami na grzankach, a na drugie małże i
oczywiście na obudzenie ohydna francuska kawa.
  Nie  wiem  jak  naród  słynący z gastronomii może pić cos równie podłego:(
Potem  powrót do hotelu na małą drzemkę, która stała się obowiązkową częścią
programu.
  Wieczorem, na życzenie szwagra zwiedzililiśmy nową operę na placu Bastylii
i  wracaliśmy  przez Marais, w sobotę kompletnie wymarłe z powodu szabasu. W
pewnej   chwili,   atmosfera  stała  się  dziwna,  na  ulicy  sami  faceci o
powłóczystych  spojrzeniach  i  tanecznych  krokach.  Siostrze  zrobiło  się
głupio,  była  jedyną  kobietą  w  zasięgu  wzroku. Mnóstwo małych knajpek z
przytulonymi czule do siebie chłopcami, na tarasach zakochane parki - jednym
słowem  ulice  homo.  Szliśmy  i to się nie kończyło, sklepy z ubraniami dla
panów,  księgarnie, nawet antykwariaty. W pewnym momencie dostrzegliśmy Jean
Paul  Gaultiera, tego krawca, dla mnie to była pierwsza ciekawostka, oni już
na lotnisku zaliczyli Belmonda.
  Dotarliśmy do malej knajpki Art Brut, którą kiedyś pokazała mi kumpla. Bar
zbudowany  ze  starych  skrzynek i cynkowych puszek, kapitalny jazz lecący z
głośników,   supernowa   swojska   atmosfera  i  bardzo  tanio.  Pokrzepieni
prawdziwymi  paryskimi  pastisami  (anyżówka  z  wodą)  ruszyliśmy  w stronę
St.Michel.  Tym razem do Greków. I tu atmosfera zabawowa, zachlane na wesoło
niemce  tańczące  z kelnerami Zorbę, żarcie doskonale, zwłaszcza przystawki.
Zapomnieliśmy  o obolałych nogach, tym gorsze było przebudzenie kiedy trzeba
było podnieść się i wracać. Na szczęście do hotelu 10 minut, ciągnąc obolałe
stopy  po  ziemi.  Buteleczka białego chłodziła się u zięcia, który dostawał
szklankę na spróbowanie, bo dziwiły go te wina, które kupowałem
  Szwagier  do  łóżka,  bo jutro na konferencje, a my z siostra zmienialiśmy
świat do późnej nocy.
  I  tu Szeherezada przerwała swoja opowieść, wstawał świt, król pochrapywał
z  cicha  wtulony  w  poduszkę, dla niego jeszcze jeden dzien do tylu, a dla
niej nowa bajka, która zacznie się już za kilka godzin.:)


Reportaże: IV ZEF 96

Autor: Fish

[re4]               IV Zlot Elektronicznych Fanatyków '96

             [ Piotr Trzcionkowski - Fish - ██████████████████ ]

  Elektroniczni Fanatycy. A co to, kto to?
  Już  wyjaśniam. Nie chodzi tutaj bynajmniej o jakieś elektroniczne roboty,
ani  o  takich amatorów co to lutują druciki. Możliwe, że nie chodzi nawet o
fanatyków.  Jedno  co  na  pewno  można  powiedzieć,  to chodzi o zlot ludzi
słuchających  częściej  lub  rzadziej  muzyki  elektronicznej. Termin muzyka
elektroniczna  można  rozumieć  całkiem  ogólnie  ale  dla fanów kojarzy się
głównie  z  takimi  wykonawcami/zespołami  jak  Tangerine  Dream  albo Klaus
Shulze.
  Mniejsza  o  terminologie.  Może  w końcu napiszę coś o samym zlocie. Otóż
odbył  się  jak  poprzedni  w małej mazurskiej miejscowości Pisz. Trwał trzy
sierpniowe  dni  8-10.08.96  (czwartek,  piątek, sobota). Wstęp na wszystkie
imprezy  był  bezpłatny. Tym razem zabrakło nagród od głównych organizatorów
Tangramu/X-Serwisu.  Za to fan klub GENERATOR w osobie Ziemka Poniatowskiego
mimo,  że  jako  taki  nie  był organizatorem, zorganizował losowanie pewnej
ilości płyt.
  Zlot  był  dla  mnie  o  tyle  szczególny, że wystąpił na nim muzyk z mego
rodzinnego   miasta  (Siemianowice)  -  Józef  Skrzek.  W  ogóle  zanotowano
największą  w  historii  zlotów  frekwencję,  około  900 osób na koncertach.
Koncertów  było  sporo  jak na tak krótką imprezę (dokładny program na mojej
stronie).  Jak  można  było się spodziewać nie zawiódł Władysław Komendarek,
który  tak się podobał, że zagrał kilka bisów, wśród których należy wyróżnić
interpretację  elektroniczną historycznego utworu - zespołu King Crimson "Na
dworze karmazynowego króla" (On The Court of The Crimson King).
  Takie  coś  usłyszałem  po  raz pierwszy w życiu. Żeby muzyk elektroniczny
zagrał nagranie czysto rockowe to mi się w głowie nie mieści. Cóż, skoro nie
zostało  to  w żaden sposób utrwalone. Chłopcy nawet nagrywali, ale w drodze
im  się  taśma  skasowała.  Może  więc  na  następnym koncercie usłyszymy to
jeszcze  raz.  A  może  kiedyś  pojawi  się to na studyjnej płycie Gudonisa.
Szczerze  mówiąc nie sądzę, jako, że na płytach można usłyszeć tylko znikomy
procent  tego,  czym  muzyk może się poszczycić. A na koncertach jest nie do
pobicia.  Ze swoja brodą wygląda na staruszka, ale po zapale do grania można
by  sądzić,  że to jakiś młodzian. Jak sam mówi kiedy gra nie wie w ogóle co
się  wokół niego dzieje. Zapomina o Bożym świecie, a nawet o publiczności. W
istocie zwykle gra ze dwa razy dłużej niż początkowo zaplanowano.
  Co dalej? Dotarł także ze Szwajcarii Tomasz Gruberski, któremu w drodze na
poprzedni  zlot  skradziono  sprzęt.  Aż się zdziwiłem, że tak szybko zebrał
nowy.   Józef   Skrzek   jak   można  było  się  spodziewać  zagrał  głównie
wykorzystując  tradycyjne  brzmienie  analogowe tzn. syntezator Moog'a. Poza
tym popisał się niezłą wokalizą. Inny, który wzbudził owacje publiczności to
Daniel Bloom. Kiedy mogłem posłuchać jego wypowiedzi na konferencji prasowej
nie  spodziewałem  się, że tak przypadnie do gustu fanatykom elektronicznego
rocka.  Choć właściwie to nie dziwne, bo zagrał w 100% na żywo w odróżnieniu
od  niektórych  odtwarzających brzmienia, przynajmniej częściowo przy użyciu
sekwencera.  Artysta  ma do zaoferowania muzykę zbliżoną do niedoścignionego
Tangerine Dream.
  Następny  koncert  (w  kolejności  całkiem  losowej)  Sławomira Sikory też
zaskoczył  mnie  nieco.  Kiedy grał na III-cim ZEf'ie wydawało mi się, że to
wszystko   co  ma  do  powiedzenia.  A  tutaj  zagrał  całkiem  nowe  utwory
sprawiające przeciwne wrażenie. Kolejną indywidualnością był Artur Lasoń. Na
swoje  życzenie  zagrał  w  sali  kinowej.  To  chyba  dobrze bo przy takiej
spokojnej  muzyce  trzeba  skupienia,  którego  nie sposób osiągnąć w pełnym
słońcu,  które  o tej porze grzało niemiłosiernie. Zgodnie ze swoją tradycją
zakończył koncert wymykając się nim jeszcze muzyka przestała brzmieć. Oprócz
muzyki  elektronicznej  zagrał na gitarze i zaśpiewał jedną z własnych tantr
(czy  jak  im  tam).  Artur  mówił  zresztą  na  konferencji, że gdyby mógł,
zrezygnowałby z wszelkich instrumentów na rzecz swojego głosu.
  Niestety  na razie nie jest w stanie tego zrobić. Może dobrze bo wtedy nie
zagrałby   nam   swojej   muzyki   o  medytacyjnym  charakterze.  Koncertowi
towarzyszył   pokaz  oświetlenia  scenicznego  zsynchronizowanego  z  muzyką
dobywającą  się  z głośników. Muzyk wykorzystał możliwość mieszania barw. To
wszystko przygotował sam. To nie wszyscy muzycy, którzy wystąpili na zlocie.
Reszty   szukaj   na   mojej   stronie   Zlotów   Elektronicznych  Fanatyków
http://www.cto.us.edu.pl/~trzcionk/zloty. W ogóle polecam kolejne zloty jako
przyjemny sposób spędzenia wakacyjnego czasu. Do zobaczenia na zlotach...


Reportaże: Softarg 96

Autor: Cobretti

[re5]                            Softarg 96.

             [ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]

  Wstałem   rano   i   pojechałem   na  długo  oczekiwane  przeze  mnie,  10
Międzynarodowe  Targi  Oprogramowania,  tym  bardziej, że były jubileuszowe.
Przyjechałem  do Katowic, poszedłem na przystanek skąd odjeżdżały autobusy w
stronę  targów.  Kilka osób kręciło się z mapkami Katowic, ale gdy zobaczyli
całą  rzeszę  ludzi  zmierzających  w  tym  samym  kierunku,  na  pewno  się
ucieszyli. Mapki były zbędne.
  Wiadome,   każdy   młody  człowiek  zainteresowany  komputerami  ciągnął w
kierunku  Bytkowa.  Wsiadłem  w  nabity  autobus  i po pół godzinie byłem na
miejscu.  Najwięcej  było młodzieży szkolnej, nieopanowanej, rozkojarzonej i
mającej  okazję  spędzić  dzień  bez  męczących zajęć. No i zwinąć wszystkie
możliwe materiały reklamowe.
  Bilet   kupiłem   dość   szybko,  dobrze  zorganizowane  punkty  sprzedaży
rozładowały   tłok   jaki  powstawał  w  wyniku  ciągłego  dowożenia  nowych
zwiedzających. Dostałem się na teren Targów.
  Hostessy  -  to  jest  to  po  co  przyszedłem  na  Targi,  przewspaniałe,
długonogie  dziewczyny.  Bardzo sympatyczne, operujące w większości w języku
angielskim,  niemieckim  i francuskim. Świetnie się z nimi rozmawia, zresztą
kilka z nich udało mi się... tzn. przepraszam, już będzie na temat.:)))
  Z  głośników  płynęła  mowa  powitalna,  gdyż  stawiłem się punktualnie na
rozpoczęcie  imprezy. Zdecydowałem się na odwiedzenie w pierwszej kolejności
największych  hal.  Wszedłem do pierwszej. W sumie nie było tak tłoczno, jak
się  zapowiadało. Przyssałem się do stolika, na którym Multiscan prezentował
czytniki  do kodów paskowych (barcode). Pewnie, że świetne urządzenie, pełna
automatyzacja  przetwarzanych  dokumentów,  z wyłapywaniem błędów. Odczytuje
informacje z 14 dokumentów na sekundę, przechowuje wyniki we własnej pamięci
lub wysyła je do dalszej obróbki do komputera. Poprosiłem o katalog, okazało
się,  że  nie  mają  wiele  (gadka  szmadka:))). Powiedziałem więc, że piszę
materiał do Reportera - materiały się znalazły. Poszedłem dalej.
  Obejrzałem  się  za  siebie.  Nagle  do  pawilonu wparowała grupa szkolna,
zrobiło   się   tłoczno  i  niczym  tajfun  przetoczyła  się  po  wszystkich
stanowiskach,  na których można było coś wziąć Po chwili z impetem wybyli na
zewnątrz  z reklamówkami pełnymi zdobyczy. Na tych targach w przeciwieństwie
do  poprzednich,  większość firm dawała materiały reklamowe tylko na prośbę,
lub  tylko konkretnym osobom. Spacerkiem odwiedzałem firmę za firmą. Kolejna
rozmowa,  kolejny  program,  kolejna  wymiana  wizytówek,  kolejna nawiązana
znajomość.
  Tak sobie chodząc i gawędząc trafiłem na całkiem wyludnione stanowisko, na
którym stał człowiek, jeden komputer i ogólnie było pusto. Wpatrywałem się w
ekran  monitora,  z  nadzieją,  że dowiem się co ta firma reprezentuje. Cóż,
moja  inteligencja była tutaj za skromna. Spytałem więc tego człowieka co to
za program. Odparł, bardzo dumnie, że to ich demonstracja ofert. Cóż, fajnie
-   pomyślałem,   przynajmniej   sobie  pooglądam.  Nici  z  tego,  nic  nie
załapałem...  Pytam więc ponownie, co firma reprezentuje, z czym przyjechała
na  Softarg,  jakie  ma  plany  na  przyszłość...  niestety, im więcej pytań
zadawałem  tym bardziej facet stawał się oburzony. Stwierdził, że gdybym się
znał  to bym nie pytał. A ja się chciałem po prostu dowiedzieć na jaki temat
zadawać  pytania. Nic to, zadałem jeszcze kilka pytań, ale facet stwierdził,
że  obok stoi szafka (dopiero teraz ją zauważyłem, była poza stanowiskiem) i
tam  mam poszukać odpowiedzi na moje pytania. Klapa, facet zbyt drętwy, żeby
sobie  pogadać,  nie  dziwne,  że  nie  miał  na  swoim  stanowisku  żadnych
zainteresowanych. Więc po co przyjechał na Targi? Spojrzałem do tej szafki -
trochę  okablowania,  kilka skrzynek - najwyraźniej firma telekomunikacyjna,
dostarczająca  okablowanie  i  tym  podobny  osprzęt.  I  nie  mógł  mi tego
powiedzieć?
  Poszedłem  dalej.  Sanyo  wystawiało  trochę  sprzętu,  pooglądałem  sobie
kopiarki,  niezłe,  ale  wiadomo,  że  xerox  i  tak  jest liderem i ich nie
dogonią.  Trafiłem  na  kilku  providerów  internetu, każdy niby najlepszy i
najszybszy,  no  i  drogi.  Jak  przychodzi  co do czego, to okazuje się, że
ingerują  w strony WWW, podnoszą ceny, i nakładają restrykcje. Pewna kobieta
z pewnej firmy nie załapała słowa Provider... ale jej wytłumaczyłem.:))
  Gdzieś pojawiły się dyskietki firmy KAO - cena promocyjna 14 zł. Śmiech na
hali - cena okazjonalna to dla mnie 10 zł za paczkę, albo nawet mniej.
  Trafiłem  na stanowisko Gazety Wyborczej. Byli współorganizatorem konkursu
z kartami magnetycznymi. Kupowało się po złotówce kartę, należało z tą kartą
udać się do czterech stanowisk i sprawdzić w czytnikach czy się coś wygrało,
czy  nie.  Oczywiście  kolejki  były  dość  spore,  każdy chciał coś wygrać.
Niestety,  pokazywał  się  tylko  magiczny napis: "Tutaj nie wygrałeś". Cóż,
oblazłem  wszystkie  firmy  z  czytnikami  i nigdzie nie wygrałem. Byłem nie
pocieszony.  Na  szczęście jedna z dziewczyn uraczyła mnie swoim uśmiechem i
obdarowała  chorągiewką  reklamową  AMD  K5.  Magia  procesor. Osobiście nie
miałem  okazji  przekonać się co do jego zalet, ale jest o nim dość głośno w
świecie komputerowym. Poszedłem dalej.
  Firma  Vulcan.  Z  początku  nie  przekonana  co  do  moich  zamiarów,  po
usłyszeniu,  że  jestem  z  Reportera,  zmieniła zdanie. Nie wiem czemu, nie
miałem  żadnej  akredytacji,  nie  wyglądałem na dziennikarza, ale gdy padał
tekst,  że  jestem  z  magazynu  internetowego to wszyscy traktowali mnie na
równi  z  dziennikarzami.  Oczywiście  wykorzystywałem  ten  fakt cały czas.
Vulcan  zajmuje  się  oprogramowaniem  dla  szkół.  Takie  programy jak plan
lekcji,  księga  zastępstw, plan dyżurów, statystyka semestralna, informacja
prawna.  Dostałem  katalogi, biuletyny i kalendarz firmowy, żebym o nich nie
zapomniał. Jak widać nie zapomniałem.
  Kilka  firm  prezentowało  nowe  karty graficzne, sprzęt do obróbki obrazu
telewizyjnego,  lub  karty  pozwalające na oglądanie telewizji na monitorze.
Pokazy  Virtualnej Rzeczywistości musiały zawieść większość osób, które tego
poszukiwały.  Tylko  trzy stoiska były wyposażone w sprzęt VR. Mierne kaski,
mało  ciekawe efekty. Jestem rozczarowany. Bywa. Za to podobał mi się system
wizualizacji i projekcji przygotowany przez speców na potężnym ekranie. Całe
urządzenie   sterowane   przez  komputer,  było  umieszczone  poza  ekranem.
Projekcja  tylna,  niewrażliwa  na  typ oświetlenia, urządzenie działało tak
samo  jak  kineskop  kolorowego  telewizora. Trzy wiązki światła - czerwona,
zielona  i  niebieska  na  skutek  mieszania tworzyły kolorowy obraz, o dość
dobrej jakości. Dodatkowo pokazywane były filmy 3D. Odpowiednie okulary były
dostępne po odczekaniu w kolejce. Urządzenie warte miliard starych złotych.
  Lex  Media  przygotowała  program dla prawników - pełna informacja prawna,
przepisy,  ustawy,  rozporządzenia,  normy,  akty  prawne  - wszystko jednym
słowem zebrane, opisane, skatalogowane wraz z odpowiednim oprogramowaniem do
wyszukiwania. Aktualizowane co dwa miesiące, można wykupić roczny abonament.
Sam  bym  sobie  to  strzelił,  ale  po co? Nie jestem jeszcze prawnikiem, a
przecież w razie czego mogę liczyć na pomoc kumpli prawników.
  Stoisko  Microsoftu  prezentowało  się  trochę  skromnie. Można było sobie
zapuścić  Windows  NT i pobawić się nim, tylko, że nic do zabawy nie było. A
swoją  drogą  coś  dziwnie łatwo udało mi się zawiesić kilka programów:)) Na
szczęście bez problemu dało się je wykilować.
  Każdy  komputer  na  targach,  jeżeli tylko dało się coś na nim zrobić był
stale  oblegany.  A  co  do  internetu  to nie udało mi się nigdzie do niego
dostać!  Wszystko  było odłączone od sieci:(( można było oglądać strony html
przygotowane  na  komputerze  lokalnym - jak się ktoś nie znał to myślał, że
jest na internecie:)))) Czad:)) Ubaw był niesamowity:))
  Trafiłem  na  stanowiska  kas  fiskalnych,  popytałem  o aktualne trendy i
dokumentacje  techniczną. Okazało się, że dokumentacji technicznej nie mają,
bo zajmują się tylko dystrybucją i mogą mi dostarczyć dokumentację użytkową.
Szkoda,  pogadaliśmy  sobie  o  typach  kas,  starali się mnie przekonać, że
bardziej  wygodna  będzie  sama  drukarka  fiskalna,  a kasę może realizować
komputer  -  jest  to tańsze i podobno lepsze rozwiązanie. Ale i tak kasy to
podstawa.  Dostałem  dyski  demo,  żeby  mnie  do  końca  przekonały  -  nie
przekonały jednak.
  Wpadłem  na stanowisko firmy Aldec - znajomy dyrektor dał mi kiedyś płytkę
demo  programu  ActiveCad.  Płytka  była  z  kluczem, pomylił soft. Chciałem
wymienić, niestety nie mieli tego softu na stanie. Trudno.
  Poszedłem   zobaczyć   co   słychać  w  komputerowym  biurze.  Bindownice,
termobindownice,  niszczarki  dokumentów,  dysków,  plastikowych  elementów,
laminatory,  obcinarki  i gilotyny. Przedstawiciel firmy Opus zrobił mi małą
prezentację  wyrobów  firm  Ibico  i  Ideal.  W 40 sekund stworzył mi pakiet
reklamowy  zgrzany  i wykonany bardzo estetycznie. Niedowierzając delikatnym
sposobom  łączenia  papieru  do  oprawy,  spytałem czy łatwo to zniszczyć. W
odpowiedzi  dostałem do ręki gruby, ciężki, papierowy zeszyt. Miałem chwycić
za  jedną  kartkę  i  sobie  nim  potarmosić  -  trzymało  pewnie, ku mojemu
zaskoczeniu i zadowoleniu. Tanie i efektywne urządzenia.
  Napędy  ZIP,  JAZ,  nagrywarki  CD-ROM  -  owszem,  było  tego  dość kilka
rodzajów.  Poprosiłem o dokumentacje do ZIP'a i JAZ'a, ale były po niemiecku
więc  wymiękłem,  bo  tego  języka nie trawie i chyba go nigdy nie pokocham,
pomimo  moich pięciu lat nauki niemieckiego... Ruski też jest niestrawny:)))
Angielski  Rulez!  Poszedłem  więc po coś po angielsku. No i dostałem pakiet
danych  na  temat laserowych kopiarek Xeroxa. 6 kartek na minutę, 400 na 400
dpi,  jakość  niesamowita  i lepsza od oryginału. Dostałem na pamiątkę kopię
kolorowej  jak  tęcza  obrazu  z  kwiatami.  Bajeczne kolory, skopiowane tak
wiernie,  że  kopia  wyglądała  lepiej niż oryginał. Zrobili mi jeszcze trzy
pokazowe  kopie,  obgadaliśmy szczegóły i gdyby nie brak gotówki, pewnie bym
się skusił na tego Xeroxa 5760...
  Tonąc  w  kolorach  kopii  xeroxa,  dobrnąłem  akurat  na pokaz EuroPlus -
genialnego  programu  do nauki języka angielskiego. Ilość opcji, przykładów,
scen,  filmów,  zdjęć,  wyrazów  -  była  niezliczona.  Można  było wszystko
dostosować do swoich możliwości, podkładać własne słowa, dialogi, analizować
przebieg  mowy  w  czasie i porównywać z oryginałem. Ogromne możliwości tego
programu  były  mi  znane,  bowiem już widziałem go w akcji, ale odpowiednio
spreparowany  pokaz, pomimo niedociągnięć, pokazał, że Flying Colours nie na
darmo udostępnił swoje materiały do tego programu.
  PC-Shell  -  system ekspertowy w wersji 2.1. Teraz pod Windows. Fajnie, bo
systemy  ekspertowe  mam w szkole i używam tego programu. Generuje wszystkie
podstawowe  reguły,  fakty i dodatkowo emuluje sieci neuronowe. Wnioskowanie
wstecz  jest  tutaj  zaimplementowane,  więc  nie wymagane jest deklarowanie
typów  wartości  dla uzgadnianych zmiennych. Można dołączać pliki z dBase'a,
Oracle, ma wbudowane instrukcje SQL'a.
  IRIS  -  imię  francuskiej  dziewczyny  czy  też  drukarka przeznaczona do
nadruku  grafiki  i  tekstu na kartach plastikowych? Oczywiście możliwe jest
także   dodanie  paska  z  kodem  magnetycznym,  więc  można  pokusić  się o
produkowanie  kart  telefonicznych  na  własny  użytek:)) Kwestia znajomości
sposobu  zapisu danych na kartach TP.SA. Może ktoś zna się na tym kodowaniu,
z chęcią poczytam.
  UPS'y. Tak. Dla bezpieczeństwa danych ludzie zrobią wszystko. Ale rok temu
można  było  podziwiać  o wiele więcej sprzętu do zabezpieczania danych, nie
tylko przed zanikiem prądu, ale i przed pożarami i upadkami z wysokości.
  Optimus - najdroższy w kraju producent komputerów. A ludzie są tak naiwni,
że  kupują ich wyroby, zamiast po prostu kupić sprzęt o lepszych parametrach
za  mniejsze pieniądze na giełdzie z tym samym servisem i gwarancją. No cóż,
każdy  kupuje  jak chce. Ja kasy tracić nie lubię więc nie polecam Optimusa,
chodź szanuję fakt, że z niczego powstała taka firma.
  Kilka  ciekawych notebooków, w tym premiery na Softargu. Osprzęt w postaci
twardych   dysków,   kart   graficznych,  płyt  głównych,  kart  sieciowych,
sterowników do urządzeń przemysłowych i innych typowo hardware'owych elemtów
wyposażenia  komputera  można  było spotkać w dość dużych ilościach. Potężne
servery  i  komputery  klasy  mainframe  robiły  na  zwiedzających wrażenie.
Przeciętni  użytkownicy komputerów nie odróżniają servera od komputera, może
tylko zastanawiają się gdzie są monitory do servera. Czarne, duże pudła - ot
chociażby ALR Revolution Quad6 za jedyne 43900 zł. Poszedłem dalej.
  Trafiam  do  następnego  pawilonu.  A tu hostessa mówi mi, że właśnie trwa
prezentacja,  i  że młodzież nie ma teraz wstępu. Fajnie - jest prezentacja,
więc  coś  zobaczę. Kilka słów sam na sam z uroczą dziewczyną i już jestem w
środku. Trochę głupio wyglądałem na tle biznesmenów, szefów firm i vipów. No
ale  nie chciało mi się w taki paskudny dzień zakładać garnituru, więc teraz
wyglądam   tak   jakoś   nietypowo  wśród  nich.  Dostały  mi  się  ciastka,
skonsumowałem  i  chciałem  pogadać.  Owszem, byli dość rozmowni, ale gadali
tylko o Magicu i o tym, że wszystkie zebrane tutaj firmy właśnie w nim widzą
przyszłość.  Nie  miałem  okazji  popracować tym narzędziem, bo nasza szkoła
pewnie  nie  wie,  że  takie  coś istnieje... cóż. Magic jest profesjonalnym
systemem  do  tworzenia  dużych  i  skomplikowanych  aplikacji,  w przyjazny
sposób.   Zresztą   jest   produktem  firmy  izraelskiej.  Takich  aplikacji
napisanych  Generatorem  Magic  jest już dość sporo. Zanim zdążyłem obejrzeć
większość  z  nich  musiałem  opuścić  pawilon.  Tak  to jest jak się nie ma
akredytacji,  bądź  nie jest się przedstawicielem jakiejś firmy:))) Polazłem
do IBM'a.
  I  to  jest  to!  Jako  jedyna  firma  zadbała  o klienta, a raczej o jego
odczucia  wizualne. Lasery, kolory, pełno dymu. Gdyby dorzucić głośną muzykę
byłaby  niezła dyskoteka. I to mi się podobało. Stylistyka stanowiska typowo
kosmiczna, na około stały komputery z OS/2 Warp'em i można było się pobawić.
Ale ja nie miałem czasu, czas to informacje więc poszedłem dalej.
  Przechodząc  z  pawilonu  do  pawilonu spotkałem papugi! Australia! Ale to
tylko  maskotki,  czyli  jestem  w Polsce - szkoda - pomyślałem. Papugi były
chwytem reklamowej jednej z firm i wyglądały przeuroczo.
  Firma  Introt  z  Katowic  zadbała  o  pełne doinformowanie mnie, czym się
zajmują  i  co  oferują.  Chwała im za to, przeprowadzili mnie przez tajniki
pomiarowe  poziomu  (sonda  ultradźwiękowa,  mierniki  ultradźwiękowe, sondy
radarowe,   pojemnościowe,   hydrostatyczne,  sygnalizatory  Vegaflo  itd.),
pomiary  izotopowe  (waga izotopowa, miernik wilgotności, miernik gęstości),
pomiary  temperatury,  pomiary  przepływowe, ciśnienia, poziomu, regulatory,
kalibratory,   rejestratory,   pomiary   fizykochemiczne...   nie   pamiętam
wszystkiego,  ale  było  tego  od  groma... zawirowanie w głowie, żeby sobie
trochę  odpocząć  od  napływu  danych poszedłem do firmy REUTERS. Która mnie
zaprosiła  do  siebie  na  stoisko. Relacja z tego pobytu w sekcji NA SZYBKO
Reportera.
  Obejrzałem  sobie  MathCada  6.0, rewelacja, i tak nigdy nie będę w stanie
wykorzystać   wszystkich   możliwości   jakie   oferuje   przy  obliczeniach
matematycznych,    Mathematica    mnie    również    zaszokowała   ogromnymi
możliwościami.  Przy  okazji  dorwałem  gdzieś  kompilator Watcom C/C++ (nie
słyszałem  o  tym nigdy) i Watcom Fortran. Genialne narzędzia, kompilują kod
na  każdą  platformę  systemową  (Windows  3.1,  95, NT, OS/2, DOS, Novell).
Przydałoby się takie coś.
  Dla  odprężenia  wdałem się w ciekawą rozmowę z firmą Macrosoft. Z czym Ci
się  kojarzy  ta  nazwa? No właśnie, dlatego uciąłem sobie z nimi pogawędkę.
Okazało się, że Macrosoft wcale nie ma nic wspólnego z Microsoftem, istnieje
od  10  lat  i  zajmuje  się  produkcją  oprogramowania  dla przedsiębiorstw
średniej  wielkości  (dlatego Macro i soft). W sumie ich materiały reklamowe
śmierdziały   najbardziej   (jakaś  kiepska  farba...)  ale  dostarczyli  mi
fachowych informacji. W sumie mógłbym tam pracować, nie pogniewałbym się.
  To chyba z grubsza tyle o firmach. Spędziłem na targach prawie cały dzień.
Oczywiście gdybym się chciał zagłębiać w szczegóły to i trzech dni by mi nie
starczyło. Omijałem w zasadzie programy przeznaczone do zarządzania firmami,
gdyż jest ich cała masa i taki ich zalew powoduje straszne zamieszanie.
  Zaznaczam,  że  odbyłem bardzo dużo rozmów z różnymi firmami, udało mi się
zebrać  bardzo dużo materiałów, ale zaprezentowałem w tym tekście programy i
urządzenia,  które  mi spodobały się najbardziej lub też po prostu robię tym
firmom  darmową reklamę, w zamian za rzetelne podejście do klienta i okazaną
mi pomoc w zbieraniu materiałów.
  Wróciłem  jeszcze  na  pole  bitwy  w  trzeci  dzień. Wybraliśmy się tam z
kumplem,  między  innymi  po odbiór nagrody jaką wygrał w radiu Top. Ale tym
razem  targi  mnie  rozczarowały, wręcz dobiły swoim urokiem. Ludzi było dwa
razy  więcej  niż  poprzednio, atmosfera była drętwa, nie dało się normalnie
porozmawiać,  nikt  już  nie  zwracał  uwagi  na klientów. Teraz byłem tylko
widzem,  zwykłym  oglądaczem  nie  szukającym  nowinek  i  ciekawostek. Nic,
powtarzam  NIC  nie  było  warte  chodzenie  po targach i oglądanie. Za dużo
ludzi,  za  mało się działo. Pierwszy dzień obfitował w niespodzianki, każdy
chciał  coś  wnieść  w  te  targi,  a  teraz  wszystko  było smętne, nudne i
nieciekawe.
  Obeszliśmy   na   szybko  wszystkie  stoiska,  wymieniliśmy  wizytówki  na
czekoladki  (to  taki  pomysł  na przyciągnięcie klienta), popatrzyliśmy jak
ludzie  cisną się do jedynego stoiska z Virtual Reality, odebraliśmy nagrodę
z  radia  Top.  Wpadliśmy w międzyczasie na stoisko SonyPlayStation zobaczyć
jak  młodzież  ciosa w gierki. No i wreszcie okazało się, że jednak internet
jest podłączony. Tłok niesamowity - najgorszy był fakt, że ludzie którzy tam
przyszli  nie wiedzieli co zrobić z tymi przeglądarkami WWW. Razem z kumplem
pomogliśmy  im.  Zapuściliśmy  adres  www.playboy.com  i mieliśmy za plecami
tłum.  Przy  okazji udało mi się wymienić adres strony domowej Microsoftu na
moją stronę WWW, a co sobie będę żałował:))
  A  co  z  nagrodami  przyznawanymi  na  softargu?  Nagrody  I  stopnia nie
przyznano.  Jedynie  trzy  drugie nagrody, trzy trzecie, trzy dodatkowe i 11
wyróżnień.  Nie  pisze  kto  dostał, bo można o tym poczytać w każdej prasie
komputerowej.  A co do prasy i książek to też było tego dość sporo. Ceny nie
były rewelacyjne, niemalże takie jak na giełdzie. Jedyna zaleta, to fakt, że
można było nabyć numery archiwalne.
  No  i  taka  ciekawostka  -  Gramofonowe  Zavody  to  wcale  nie konkurs z
gramofonami,  jak myśleli niektórzy, a czeska firma zabezpieczająca kompakty
i ogólnie mówiąc CD-BOX Service.
  A  co  do  Internetu  to  rzadko która firma istnieje w internecie. Nie za
bardzo  chyba  jarzą,  że  dzięki  internetowi zdobyliby rozgłos, reklamę, i
partnerów lub klientów. Wiele firm szukało dealerów i przedstawicieli, kilka
z  nich  było  zainteresowanych  nawiązaniem  kontaktów  z  programistami. W
kilkunastu  firmach  zostawiłem  swoje  wizytówki,  zobaczymy  co się z tego
urodzi.  Tak jak mówiłem pomógł mi fakt, że wydaję Reportera, i tak nikt nie
sprawdzał,  czy  jest  to  prawda  czy  nie.  A  już na pewno nikt o nim nie
słyszał:)))  Ale nawet mała reklama jest reklamą - jak mówi stare przysłowie
pszczół.  Uważam te targi za udane, jeżeli ktoś przyszedł tylko pooglądać to
nie wiele mu z tego przyszło, wiele osób było zawiedzionych, ale jeżeli ktoś
chciał  porozmawiać,  zobaczyć  co  nowego,  nawiązać  kontakty  lub zakupić
oprogramowanie to myślę, że powinien być zadowolony.
  A  w  razie  gdyby  nic  z  tych  Targów  nie wyniósł, mógł zawsze wynieść
balonika  firmowego,  które  rozdawały  hostessy.  No  więc wracając do tych
wspaniałych dziewczyn... dodam tylko, że Targi uważam za udane:))))

Opowiadania: Zrób wczoraj dzis to co (..)

Autor: Stork

[op1]              Zrób wczoraj to, co możesz zrobić dziś.

        [ Wojciech Bociański - Stork - ███████████████████████████ ]

  Jack  Blaire  stał  pod  budynkiem  guberni  i  niecierpliwie spoglądał na
zegarek. Wydawało mu się, że przechodzący obok ludzie doskonale wiedzą na co
tu  czeka. Wiedział, że to złudzenie, ale nie potrafił odpędzić złych myśli.
Ludzie  z  organizacji  powierzyli  mu  tyle zaufania, że nie mógłby teraz z
powodu jakiegoś głupiego przeczucia zawieść ich wszystkich...
  Jack  Blaire  stał  pod  budynkiem  guberni  i  niecierpliwie spoglądał na
zegarek. Wiedział, że musi tam wejść tak czy owak. Nie było na co czekać...
  Wszedł  po schodach, wyciągnął fałszywe dokumenty i delikatnym, ale pewnym
ruchem  otworzył  drzwi.  Podszedł  do  okienka  strażnika  i pochylił się z
plikiem  dokumentów  w  prawej  ręce,  lewą  ręką  gładząc  delikatnie kolbę
pistoletu, sprytnie ukrytego pod prawą pachą. O dziwo, stróżówka była pusta.
Jack poczuł, że jego dziwne przeczucie nabiera jakiejś strasznej pewności...
"Coś tu nie gra... Ale... Niemożliwe, jestem przewrażliwiony...".
  Podszedł do windy i dotknął płytki identyfikatora. Z głośnika dobiegł miły
kobiecy głos:
  - Linie papilarne rozpoznane. Podaj status użytkownika.
  - Martin Garphe, gość. - głos zadrżał mu nieznaczne.
  - Status: gość. Winda przyjedzie za 14 sekund. - Jack odetchnął z ulgą.
  Martin  Garphe, jeden z najlepszych reporterów "Next Times'a", będzie miał
kłopoty.  Wczoraj wieczorem został pojmany przez członków organizacji, a już
dziś,  po  drobnych  zabiegach  pani  doktor  Emmy Schenker, Jack mówił jego
głosem i posiadał jego linie papilarne. Perfekcyjna robota.
  Przyjechała winda. Ding! Drzwi otworzyły się z sykiem. Ktoś jest w środku.
Strach... to tylko lustro. Ulga... Wszedł. I znów ten miły głos.
  - Witam panie Garphe. Proszę o powtórną identyfikację głosu. Które piętro?
  - Pierwsze... - niepokój w głosie.
  - Dziękuję - drzwi windy zasunęły się delikatnie.
  Ding!  Winda  ruszyła i zatrzymała się prawie natychmiast. Ding! Jack czuł
pot  wewnątrz  dłoni zaciśniętej na kościanej kolbie pistoletu. Korytarz był
pusty. Pewnym krokiem ruszył w kierunku gabinetu gubernatora. Znał na pamięć
rozkład  pomieszczeń.  Było nadzwyczaj pusto i cicho. Tabliczka na drzwiach.
Gubernator Clark Gamble. Dębowe, solidne drzwi.
  Zapukał.  Cisza.  Kropla potu spłynęła po skroni. "Za łatwo... to wszystko
jest  za  łatwe...".  Zapukał  jeszcze  raz.  "O  tej  porze  powinien być w
gabinecie...". Cisza. Nacisnął klamkę.
  Gabinet  był  pusty. Biurko, ogromny fotel, biblioteczka... Zamknął drzwi.
Usiadł  w  fotelu.  "Poczekam...".  Wyciągnął pistolet i położył go sobie na
kolanach.  Czas  wlókł  się  niemiłosiernie.  Czekał  i  coraz  bardziej się
niepokoił.  Zrobiło  mu  się  duszno.  Wstał  i  z pistoletem w dłoni zaczął
przechadzać  się  po  gabinecie. Ding! "Winda! Ktoś tu idzie...". Poczuł jak
strach  ścisnął  mu  gardło.  Krople  potu  na plecach. Rzucił się do okna i
stanął za grubą, aksamitną kotarą. Drzwi otworzyły się i po chwili zamknęły.
  Kroki.  Cisza.  Skrzypienie  fotela.  Jack stał jak posąg. "Teraz!". Cicho
wysunął  głowę  zza  kotary.  Ktoś siedział na fotelu plecami do niego. Jack
wyjrzał  przez  okno.  Nie  było  wysoko.  Trawnik,  parking,  ogrodzenie...
Wycelował w oparcie fotela...
  Pierwszy  strzał,  drugi,  trzeci... ciało głucho uderzyło o biurko. Brzęk
szkła.  Jack  stał  w  oknie  i ułamek sekundy mierzył wzrokiem odległość do
ziemi. Spadł pewnie... Rzucił się pędem w kierunku bramy. "Za łatwo...".

  W  pokoju  siedziała  cała  elita organizacji i pani doktor Schenker. Jack
siedział ze spuszczoną głową i cierpliwie słuchał.
  - Jack, jeśli nam nie wierzysz, posłuchaj sam. - Ray Smiles skinął głową w
kierunku operatorni. Szum wysuwanych głośników. Głos spikera:
  "...zamachowiec  podający  się  za  redaktora  jednej  z większych agencji
prasowych,  dostał się głównym wejściem, ale po sprawnej akcji służb ochrony
został  postrzelony. Zmarł w drodze do szpitala. Gubernator czyje się dobrze
i  twierdzi,  że  incydent  ten,  nie  będzie  miał  żadnego wpływu na wynik
wyborów. W budynku guberni zaostrzono nadzór i wystawiono patrole na...".
  - Bzdura! Przecież siedzę tutaj z wami... - Jack poczerwieniał.
  "...żadna  z organizacji nie przyznała się do zamachu, tym niemniej jednak
najbardziej podejrzane są..."
  -  Jak widzisz, zawiodłeś nas Jack. - Ray mowił patrząc w sufit - Plotka o
twoim ujęciu została spreparowanana jedynie, by uspokoić społeczeństwo i aby
nasz  kochany  pan  gubernator nie stracił większości elektoratu... Ale fakt
jest faktem, że gubernator żyje. - opuścił wzrok i spojrzał Jackowi w oczy.
  - Muszę tam wrócić. - poczuł ze mówi to wbrew sobie.
  -  Dokładnie  Jack.  Nawet  nie  wiesz jak dokładnie... - chytry uśmieszek
Ray'a nie wróżył nic dobrego.
  - Kiedy? - Jack grał twardziela.
  -  Kiedy???  Wczoraj!  Wczoraj,  kiedy  jeszcze  nikt  nic  nie wiedział o
zamachu, kiedy nie było dodatkowych strażników i patroli... Jack, zrobisz to
jeszcze  raz  wczoraj.  - Ray spojrzał w kierunku Emmy Schenker. Pani doktor
skinęła głową i zwróciła się w kierunku Jack'a.
  -  Nasz  projekt  "Czwarty  wymiar"  jest dopiero w fazie doświadczeń, ale
musimy  zaryzykować.  Przeniesiemy cię w czasie na kwadrans przed wczorajszą
akcją. Masz dwadzieścia minut na... wykonanie zadania. Potem wrócisz.

  Jack  Blaire  stał  pod  budynkiem  guberni  i  niecierpliwie spoglądał na
zegarek. Wiedział, że musi tam wejść tak czy owak. Nie było na co czekać...
  Wszedł  po  schodach, wyciągnął fałszywe dokumenty i delikatnym ale pewnym
ruchem  otworzył  drzwi.  Podszedł  do  okienka  strażnika  i pochylił się z
plikiem  dokumentów  w  prawej  ręce,  lewą  ręką  gładząc  delikatnie kolbę
pistoletu sprytnie ukrytego pod prawą pachą.
  - Martin Garphe, redaktor "Next Times'a" - uśmiechnął się do czarnoskórego
strażnika podając mu kartę identyfikacyjną.
  - Cel wizyty? - Strażnik zgasił papierosa i sięgnął po dokument.
  - Chciałem porozmawiać z gubernatorem Clarkiem Gamble o kampanii wyborczej
prowadzonej na łamach konkurencyjnych pism. Czyta pan "Next Times'a"?
  -  Nie,  nie  czytam.  -  oddał  mu  kartę  -  Jeśli  chce pan rozmawiać z
gubernatorem musi pan poczekać. Teraz pan Gamble jest na naradzie.
  "To dlatego go nie było w gabinecie". Jack schował dokumenty i podszedł do
windy. - Proszę poczekać na dole! - strażnik wychylił się z okienka - Powiem
gubernatorowi, że pan tu czeka. Wezwie pana jak będzie wolny. - Jack zamarł.
Podszedł do drzwi stróżówki. Zimna klamka. Zimny pot.
  -  Nie  wolno  tu panu wchodzić! - strażnik wyszarpnął broń z kabury. Jack
był szybszy. Jak zwykle. Wsunął ciało za regał.
  Podszedł do windy i dotknął płytki identyfikatora. Z głośnika dobiegł miły
kobiecy głos:
  - Linie papilarne rozpoznane. Podaj status użytkownika.
  - Martin Garphe, gość. - głos nawet mu nie zadrżał.
  -  Status:  gość.  Winda przyjedzie za 14 sekund. - Jack odetchnął z ulgą.
"Ciekawe kiedy znajdą ciało strażnika. Mam nadzieję, że nie za szybko."
  Przyjechała winda. Ding! Drzwi otworzyły się z sykiem. Jack obejrzał się w
lustrze i wszedł. I znów ten miły głos.
  - Witam panie Garphe. Proszę o powtórną identyfikację głosu. Które piętro?
  - A na którym odbywa się narada?
  - Na szóstym.
  - To na szóste.
  - Dziękuję. - drzwi windy zasunęły się delikatnie.
  Ding!  Winda ruszyła i po kilku sekundach zatrzymała się delikatnie. Ding!
Jack wyszedł do jasno oświetlonego korytarza. Oddychał miarowo, ale czuł, że
jego  nerwy są na progu wytrzymałości. Zza zakrętu korytarza wyszedł kolejny
strażnik.
  -  Poproszę  kartę identyfikacyjną. - Jack podał ją bez słowa. Ręce drżały
mu nieznacznie.
  - Niestety panie Garphe, nie może pan przebywać na tym piętrze. - strażnik
podał mu kartę i delikatnym ruchem ręki wskazał nadal otwartą windę.
  - Chciałbym zamienić kilka słów z gubernatorem...
  -  Proszę  tu  poczekać.  - strażnik odszedł. Jack sprawdził odruchowo czy
broń  jest  na  swoim  miejscu.  "Poproszę go o rozmowę i pojedziemy do jego
gabinetu...  drogę  przez  okno znam... Chyba nie odmówi redaktorowi takiego
pisma...". Strażnik wrócił. Jack przyjął obojętną minę.
  -  Pan  gubernator  chętnie  z  panem porozmawia, ale dopiero po naradzie.
Proszę  poczekać  w  jego  gabinecie  na pierwszym piętrze Drzwi powinny być
otwarte. - strażnik poczekał, aż Jack wejdzie do windy.
  - Proszę o powtórną identyfikację głosu. Które piętro?
  - Pierwsze. - strażnik odwrócił się i zniknął za zakrętem korytarza.
  - Dziękuję.
  Ding!  "Tak.  Poczekamy  na pana gubernatora" Ding! Znał na pamięć rozkład
pomieszczeń.  Było  pusto  i  cicho. Tabliczka na drzwiach. Gubernator Clark
Gamble. Dębowe, solidne drzwi. Nacisnął klamkę.
  Gabinet  był  oczywiście  pusty.  Biurko,  ogromny  fotel, biblioteczka...
Zamknął  drzwi. Usiadł w fotelu. "Poczekam...". Wyciągnął pistolet i położył
go sobie na kolanach. Nagle usłyszał za sobą jakiś ruch...
  Pierwszy  strzał, drugi, trzeci... poczuł przeszywający płuca ból i głucho
uderzył  głową  o  biurko.  Brzęk  szkła. Jack stał w oknie i ułamek sekundy
mierzył  wzrokiem  odległość  do  ziemi.  Spadł pewnie... Rzucił się pędem w
kierunku bramy. "Za łatwo...".

Opowiadania: Dewiacje natury ludzkiej

Autor: Piotruś Chałupko

[op2]                     Dewiacje natury ludzkiej.

               [ Piotruś Chałupko - ███████████████████████ ]

  Opowieść, którą mam zamiar przytoczyć jest straszna jak najgłębsze tajniki
ludzkiego  umysłu,  czające się gdzieś w cieniu marnej ludzkiej egzystencji.
Nigdy  nie  oglądając  światła  dziennego,  mimo wszystko trwa .Tak trwa nie
złamana  czasem  i  erozją następujących po sobie pokoleń. Nie wiem czemu to
piszę,  ale  świadomość tamtych okropnych i przerażających chwil jest ze mną
tak  samo  jak  ciało  z  duszą  od  urodzenia  dziecka  .Tak czystego i nie
skażonego  fekaliami  jakimi  karmią  się  ludzie  na  tym  ziemskim padole.
Opowieść  o  tym  strasznym  miejscu  przejdzie  do historii jako największa
zbrodnia  jaką może człowiek wyrządzić drugiemu człowiekowi. Do największych
dewiacji  w  jakie może popaść psychika ludzka, nie mówiąc w tym przypadku o
jakimkolwiek humanitaryzmie
  Będąc  jeszcze  młody,  pracowałem  w  Instytucie  Archeologii i Geodezji.
Zajmowaliśmy  się  w wówczas prawie wszystkim co przedstawiało jakąś wartość
archeologiczną.  Od  renowacji starych obrazów, poprzez rekonstrukcję białej
broni,  aż  do  odnawiania  starych  zamków. Jednym słowem pracowaliśmy jako
wykwalifikowani robotnicy od brudnej roboty, aby starszy rocznik kadrowy nie
przemęczał  się  zbytnio. Pewnego razu przyszło do nas odgórne zarządzenie o
treści następującej:
  "Drodzy  towarzysze. W trosce o nasze dziedzictwo kulturowe postanowiliśmy
uruchomić  nowy  program  wspierający dotychczasowe osiągnięcia w dziedzinie
znalezisk  pradawnych  przodków naszego kraju. Niniejszym pragnę powiadomić,
iż  program  będzie  nosił  nazwę  'Śladami  polskich budowniczych' i będzie
obejmował teren prac wykopaliskowych w okolicach Warmii i Mazur. Szczegółowe
informacje  o  rozdziale  obszaru prac przesyłam w kopercie numer dwa. Życzę
powodzenia  i  przypominam  -  Partia przodującą siłą narodu. Z uszanowaniem
Naczelny (..)" - reszta była nie czytelna.
  Wszyscy czekali z niecierpliwością na otworzenie kopert. Otrzymałem obszar
Południowo-wschodnich krańców Polski. Wieś, w której miało rzekomo znajdować
się znalezisko, nosiła nazwę Giby i położona była nieopodal jeziora. Pomimo,
że  Ruiny  zamku  miały  nosić  nazwę  "Gacek".  Jedna  tylko rzecz zwróciła
szczególnie  moją uwagę, obok faktury przydziału widniał dopisek :"Kompletny
brak   współpracy   ze   strony  miejscowej  ludności,  zalecana  szczególna
ostrożność".  Cóż, pomyślałem - nigdy nie było łatwo. (...) Mhm, ależ to nie
miłe  miejsce - zimny wiatr właśnie chłostał mnie po twarzy. Znajdowałem się
na  prawie  pustym polu patrząc w dal jak odjeżdża mój pociąg, który był jak
dotąd  symbolem  cywilizacji,  ale i jego już nie było. Stałem sam. Zupełnie
sam,  nie  wiedząc,  w  którą  stronę  mam  się właściwie udać. W oddali, na
horyzoncie  ujrzałem  zarysy  ludzkiej  osady. Może tam będą wiedzieli gdzie
dokładnie mają się znajdować ruiny?
  (...)  Wioska zdawała się wyludniona i wcale się nie dziwiłem. Wiał bardzo
zimny  wiatr,  a  ja  taplałem się w błocie, próbując przebrnąć przez główną
arterię  osady. Nie była to bogata wioska sądząc po wyglądzie domów. Były to
niskie  jednopiętrowe  zabudowania,  w  większości  kryte  strzechą. Brudne,
malutkie  okna,  pozastawiane  od  wewnątrz  kwiatami,  nie  dodawały  uroku
domostwu.  Na płynącej błotem ulicy nie było żywej duszy, tylko z uchylonych
drzwi  gospody  dobiegał  głośny  dźwięk konwersacji, wymieszany z dźwiękami
ludowej  muzyki. Postanowiłem się tam udać. Przekraczając próg ogarnęło mnie
miłe  uczucie  ciepła  domowego  ogniska.  Sala  była malutka i obskurna ale
zarazem odczuwało się pewną majestatyczność. W kącie trzaskał miło kominek z
piekącą  się  na  ruszcie  kaczką.  Dookoła  porozstawiano małe stoliki przy
których  przygarbieni  ludzie  delektowali  się  napojem chmielowym. Panował
półmrok,  a  dym  z  fajek  spowijał  gęstymi  obłokami głowy gości tawerny.
Podszedłem  do baru. W tym samym momencie wszystkie pary oczu znajdujące się
w pomieszczeniu skupiły się na mnie.
  - Poproszę herbatę z rumem. - wycedziłem zziębnięty.
  Barman popatrzył się na mnie jak na zjawę.
  - Ni ma panocku.
  - A kawa?
  Odpowiedź   barmana  nie  różniła  się  niczym  od  poprzedniej.  Sytuacja
powtórzyła się jeszcze siedem razy, aż wreszcie zirytowany krzyknąłem.
  - A co jest!?
  - A no tyco piwo.
  - Dobra niech będzie.
  Złapał brudny kufel i zaczął nalewać żółtą breję ze zmurszałej beczki.
  - Nie orientuje się pan gdzie może znajdować się ruiny zamku Gackowo?
  Barman  znów  wybałuszył  oczy tylko teraz miały wyraz skrajnego lęku, nic
nie  odpowiedział  tylko  rzucił  mi  napełniony  kufel i odszedł. Piwo było
skiśnięte  więc  oddałem  je  jakiemuś  dziadkowi  myśląc,  iż udzieli mi on
informacji,  które  mnie  interesują.  Ale  i  to  na marne. Dziadek również
wybałuszył  oczy,  zachłystując  się podanym mu przeze mnie napojem i uciekł
gdzieś w kąt.
  Próbowałem jeszcze z pięć razy nawiązać jakikolwiek kontakt. Ale gdy tylko
padało  z  moich  ust  słowo  "Gacek"  ludzie  zamierali  w bezruchu. Strach
paraliżował  im usta i uciekali ode mnie. Miałem już tego dosyć, wiedziałem,
iż  coś  jest  nie  w  porządku,  a  zmowa  milczenia  nie była mi pomocna w
dowiedzeniu  się  prawdy.  Rozeźlony, nie przebierając w środkach, zaczaiłem
się  na  zewnątrz gospody. Z drzwi właśnie wytaczał się zbyt pijany człowiek
aby  mógł uciekać. Pomyślałem, iż to moja jedyna szansa. Chwyciłem pijaka za
kark  i  zaciągnąłem  na koniec ulicy, gdzie stała ogromna beczka wypełniona
deszczówką.
  -  A  teraz  -  zagadnąłem przyjaźnie - myślę, że się zrozumiemy. Zadam ci
kilka  pytań,  a ty mi na nie odpowiesz, bo inaczej będą musiały wyrosnąć ci
skrzela.
  Pijak bełkotał coś, zanosząc się od kaszlu. Klepałem go po plecach, dopóki
paroksyzm nie minął.
  -  No  chyba  już  w  porządku. Pierwsze pytanie brzmi: Gdzie znajduje się
"Gacek"?
  Pijany  zrobił  się  biały na twarzy, a oczy ze strachu wyszły mu z orbit.
Ponownie  zanurzyłem  mu  głowę  w beczce. To zaczyna być nudne - pomyślałem
patrząc  na  bąble wydobywające się na powierzchnię wody. Wyciągnąłem pijaka
za włosy
  -  Może  być jeszcze mniej przyjemnie, przyjacielu - ostrzegłem - Naprawdę
uważam,  że  powinieneś  zacząć ze mną współpracować. Spróbujmy jeszcze raz.
Gdzie znajdują się ruiny "Gacka".
  -  Na...  na wschodu - wyksztusił mieszkaniec wioski, plując wodą. Wydawał
się teraz prawie trzeźwy.
  - To już wiem. Jaką drogą powinienem pójść?
  - Około pół kilometrów od wsi droga się rozwidłuje. Pojdziesz do lewa.
  -  Dobrze  się  spisujesz.  Popatrz jesteś już prawie suchy. Jak daleko do
"Gacka".
  - Około trzech kilometrów. - Biedak wił się w żelaznym uścisku.
  -  Ostatnie  pytanie,  obiecuję.  -  Dlaczego wszyscy w wiosce pocą się ze
strachu jak tylko usłyszą nazwę "Gacek"?
  - Toć okropne miejsce. Dzieją się okropności nadzbyt straszliwe, aby o tom
godoć.
  - Nie należę do wrażliwych, no dalej wstrząśnij mną.
  -  One  tam  sorpią krew i kąpią się w niej. Toć okropne miejsce. Już samo
wypowiedzenie  tej  nazwy  ściąga na nos przekleństwo. - Pijaczyna wzdrygnął
się i zaczął płakać.
  -   No  już  cicho,  cicho!  -  oswobodziłem  nieszczęśnika  i  poklepałem
dobrotliwie  po  plecach.  Następnie  dałem  mu  rulonik pieniędzy o wysokim
nominale. - Może wróciłbyś do gospody i spróbował się osuszyć.
  (...)  Stałem  właśnie  przed ogromną bramą, na której czas odcisnął swoje
piętno.  Bujne  winorośle  oplatały ciasno całą konstrukcję. Ogromne drzwi w
bramie  były  w  połowie  spróchniałe,  ostały  się  jedynie metalowe bogato
zdobione  zawiasy,  które  i  tak  pokrywała  gruba  warstwa  rdzy. Chciałem
przekroczyć  owe  drzwi  napierając na nie z całej siły, gdy wtem obluzowana
cegła spadła z samej góry wprost na moją głowę. Ogarnęła mnie ciemność, lecz
po chwili zaczął ukazywać mi się rozmazany obraz. Z każda chwilą nabierał na
ostrości  i  kontraście.  Wreszcie  się ustabilizował. Stałem teraz przed tą
samą bramą co przed chwilą, lecz z drobnym wyjątkiem - była ona w doskonałym
stanie.  Miała  dębowe,  grube  drzwi,  okute grubą stalą, bogato cyzelowane
płaskorzeźbami.
  Stałem  i  patrzyłem  z  rozdziawioną  buzią.  Jedna  tylko  rzecz się nie
zgadzała.  Brakowało  mi  mojej  powłoki  materialnej.  Wszystko  widziałem,
słyszałem  zawodzenie  wiatru  o szczeliny w murze oraz czułem zapach sosen,
ale  nie  miałem  własnego  ciała.  Byłem  biernym obserwatorem, nie mającym
wpływu  na  przebieg  wydarzeń.  Wtem  nadjechała  konno  jakaś grupa ludzi.
Podjechali  bliżej.  Była  z  nimi dziwnie ubrana kobieta, mąż zaciężny oraz
giermek  -  sądząc  po opisach w książkach, które czytałem na studiach. Duży
rycerz  wstrzymał  konia  blisko  bramy,  zacisnął  swą  żelazną  rękawicę i
zadudnił w drzwi. Czekali chwilę ale nic się nie działo. Rycerz pochylił się
w  siodle i jeszcze raz zadudnił w bramę. Po pewnym czasie otworzył się mały
judasz po środku bramy.
  - Któż to tam?
  - Twój pan nas wezwał w pilnej sprawie.
  Czekali  długo.  Purpurowe  niebo  na  zachodzie  rozdzierały  błyskawice.
Wreszcie  dobiegł  ich  szczęk  łańcuchów  i  odgłos  przesuwania  ciężkiej,
żelaznej  zasuwy.  Brama  jak  gdyby niechętnie stanęła otworem. Za nią stał
potężny  mężczyzna.  Był  odziany w kaftan z byczej skóry, który osłaniał go
jako  pancerz,  a  oczy  skrywały  mu  krzaczaste brwi. Miał wysuniętą dolną
szczękę i blada twarz.
  - Prowadź do swego pana człowieku. - powiedziała kobieta.
  Korytarz,  do  którego  prowadził  ich  grubiański  strażnik był mroczny i
zasnuty  pajęczynami,  z  rzadka  tylko  oświetlony migoczącymi pochodniami,
tkwiącymi   w  metalowych  obręczach.  Na  końcu  korytarza  znajdowało  się
niewielkie pomieszczenie, przez które weszli do ogromnej sali.
  - Oto ludzie którzy przybyli panie. - powiedział służący głębokim głosem i
skłonił się z szacunkiem.
  -  Och.  Jesteście  nareszcie.  Rozgłoście  się, a ty moja mistrzyni sztuk
tajemnych usiądź koło mnie. Mam poważny problem. Moja siostrzenica stała się
obłąkana.  Stało  się to podczas mojej półrocznej nieobecności, wyjechałem w
interesach.  Po  przyjeździe  zastałem  Melindę w odmiennym stanie. Z miłej,
uczynnej  kobiety  stał  się  potwór. Zaczęła odprawiać dziwne obrzędy a jej
oczy  wypełniła  nienawiść  do  wszystkiego  co  ludzkie  i  piękne. Ponadto
posiadła moce nadprzyrodzone, mój służący zamknął ją w wieży ale ona zmienia
się  w  widmo  i  lata po okolicy. We wsi poginęło wiele dzieci i kobiet bez
wieści. Ludzie zaczynają się domyślać. Proszę was, pomóżcie mi jakoś.
  Przez dłuższą chwilę panowała cisza, pierwsza głos zabrała czarodziejka.
  - Czy mógłbyś czcigodny panie opisać obrzędy o których wspomniałeś.
  -  Nie  pamiętam  zbyt  wiele. Wiem że to co zobaczyłem przyprawiło mnie o
torsje.  Kiedyś  zszedłem pewnego wieczora do piwnicy aby odszukać zaginione
księgi  zamkowe.  Pamiętam, iż otworzyłem drzwi do sekretnej komnaty i to co
tam  zobaczyłem  przyprawiło  mnie  o  zawrót  głowy doprowadzając do utraty
przytomności, to było straszne.
  - Niestety nie będziemy mogli pomóc, jeżeli się nie dowiemy co tam zaszło.
  - No cóż, jeśli to konieczne proszę z mną.
  Prowadził ich schodami do góry, a potem zasnutym pajęczynami korytarzem.
  - Tam znajduje się wejście do piwnicy. - Wskazał wąską część korytarza.
  Wyciągnął zza kaftana duży żelazny klucz i otworzył wąskie drzwi.
  - Nie będziesz chciał oglądać tego hrabio. - ostrzegała go czarodziejka
  -  Nie  droga  pani.  Chcę  wszystko  zobaczyć  na własne oczy. Jeżeli nie
powstrzyma   mojej  bratanicy  odosobnienie,  będę  musiał  podjąć  bardziej
radykalne kroki. Miejmy nadzieję że do tego nie dojdzie.
  - Oto drzwi do tej komnaty. - Hrabia wyciągnął kolejny klucz.
  Otworzył  drzwi na oścież. Owionął ich przyprawiający o wymioty smród krwi
i rozkładającego się mięsa. Patrząc w migotliwym świetle pochodni uwierzyłem
natychmiast, że właśnie w tym pomieszczeniu działy się okropności, o krórych
przed  chwilą  słyszałem. Na środku zbroczonej krwią podłodze, stała rama do
rozciągania  stawów  i  straszliwe  łoże  do  zadawania  męczarni.  Ze ścian
sterczały okrutne haki. Wzdrygnąłem się, gdy dostrzegłem, że na wielu z nich
wisiały strzępy poczerniałego mięsa.
  Na jednej ze ścian widniała bogata kolekcja różnorodnych drobnych narzędzi
tortur  -  noże, kleszcze, żelaza do przypalania i ostre jak igły haki. Była
tam  tez  śruba  do  zgniatania  palców i wiele różnych biczów. W tej chwili
czarodziejka  zaczęła  mówić  coś  w nie zrozumiałym przeze mnie języku oraz
machała  energicznie  rękami  kreśląc w powietrzu jakieś dziwne znaki. Potem
skierowała palce w kierunku pochodni i uwolniła zaklęcie. W pierwszej chwili
zdawało  się, że nic się nie dzieje, ale potem dostrzegłem w pobliżu ramy do
rozciągania  stawów  jakiś  ruch.  Pojawiła  się  tam  postać.  Niewyraźna i
zamglona  ale  potem  płomień  pochodni  rozbłysnął  jasno  i zobaczyłem, iż
przybrała postać kobiety.
  Jej  piękna  twarz okazała się zarazem obliczem demona. Kobieta była naga.
Na  jej  twarzy  malował się triumf. W jednej dłoni trzymała nóż a w drugiej
hak.  Stopniowo  zaczęła  się  pojawiać  druga  postać  rozpięta  na łożu do
zadawania  męk.  Sądząc  po  odzieniu  była  chłopką. Tważ miała wykrzywioną
przerażeniem,  szarpała się próbując oswobodzić się z więzów, ale na próżno.
Niewiasta z nożem w ręku podeszła do rozpiętej na straszliwym łożu postaci i
powoli  rozkoszując  się trwoga ofiary, poczęła rozcinać jej odzienie. Gdy z
wieśniaczki  opadły  ostatnie strzępu ubrania, siostrzenica hrabiego kawałek
po kawałku odcinała jej ciało mamrocząc coś pod nosem.
  Dziewczyna   krzyczała   a  na  twarzy  oprawczyni  pojawił  się  okrutny,
przerażający uśmiech. Z obrzydzeniem dostrzegłem, że usta miała pełne mięsa.
Odwróciłem  wzrok  nie  mogąc  dłużej  zdzierżyć tego widoku i spojrzałem na
oblicze czarodziejki. Stała przerażona z oczami wlepionymi w odgrywającą się
scenę  mordu.  Gdy  skończyła z kącików jej ust spływały strużki krwi, którą
wysmarowane  miała  całe ciało. Wtem obraz zmienił się. Tym razem ofiarą był
mężczyzna  wijący  się  na  haku wystającym ze ściany, podczas gdy hrabianka
wykrawała  powoli  kawałeczki  mięsa  z  jego ciała i zjadała je ze smakiem.
Jedna  po drugiej ciągnęła się długa procesja ofiar. Wiem że szlochałem lecz
łez  nie  było  czuć  ani  widać,  próbowałem zasłonić oczy rękami ale to na
marne.  Przerażające  widowisko  trwało  nadal,  a  pod nóż trafiały kolejne
ofiary.
  Najstraszniejszy  był  widok  uśmiercanych w mękach dzieci. Czułem że moja
wytrzymałość  dobiegła  końca.  Wtem  ujrzałem  ogromne światło przenikające
wszystko  a  zaraz  potem  ogromną ciemność. Usłyszałem gdzieś w oddali głos
czarodziejki.
  - Nie mamy szans. To jest córka szatana, przyszedł po nią ojciec!
  I pochłonęła ich ciemność większa niż jakąkolwiek można by sobie wyobrazić
(...)
  - Hej stary wstawaj - usłyszałem głos swojego kolegi z pracy. - Nieźle żeś
oberwał w łepetynę na tych wykopkach
  - To było straszne - wymamrotałem.
  - Taa, a coś myślał. Dwadzieścia szwów na łbie to straszne.
  I znów zapadła ciemność

                           -----------------------
  Sprawozdanie z wykopalisk w regionie Północno Wschodniej Polski stop. Brak
współpracy ze strony ludności miejscowej stop. Lokalizacja zamku zbyt trudna
do  ustalenia,  rejon  kompletnie  nie  przydatny  do  celów  turystycznych,
powtarzam nie przydatny stop. Proszę przygotować formularz zwolnienia stop.
                            Jarek Mikuliński stop

Ogłoszenia

Autor: Reporter

  Możesz  tu  umieścić  dowolne, nie komercyjne ogłoszenie, dotyczące każdej
tematyki o długości do 5 linii. Nie zapomnij podać swoich namiarów i w miarę
możliwości przyślij ogłoszenie w takiej formie jaką widzisz poniżej.



[og1]                            Strony WWW


  Nadawca: [██████████████████ lub ██████████████ ]
  Zbieram   tablice   rejestracyjne.   Polskie,  zagraniczne,  z  samochodów
osobowych,  z motocykli, aktualnych i starych, w lepszym lub gorszym stanie.
Kolekcjonuję tablice amerykańskie i kanadyjskie, a pozostałe są mi potrzebne
do  wymieniania  się.  Gdybyś  miał zbędne tablice to proszę o kontakt, a na
potwierdzenie zapraszam na http://www.man.katowice.pl/~labe/LicensePlates


  Nadawca: Cobretti [ █████████████████ ]
  Polecam  wszystkim Bazę Wiedzy, Ascii-Arty, Quiz, stronę poświęconą Scenie
PC  w  Polsce,  ciekawe  linki  i  inne  działy  na  mojej  stronie.  Adres:
http://www.cto.us.edu.pl/~majgier
  A teraz niesamowita strona nad którą pracowałem dość długo - wymaga dobrej
przeglądarki, zapraszam: http://venus.wis.pk.edu.pl/cobretti/



[og2]                             Poszukuję


  Nadawca: Ernest W. Gorski [ █████████████████████████████████ ]
  Poszukuję adresów sieciowych udostępniajacych Polskie Normy lub Normy ISO.
Język polski lub angielski. Najlepiej dotyczące hutnictwa.


  Nadawca: Anna Tęcza,   █████████████,   ██-██ ██████,   Polska
  Ania  prosiła  mnie,  żebym  postarał  się  dla  niej o kontakty listowne.
Świetnie się z nią koresponduje - zapewniam. Mam nadzieję, że przyślecie jej
tyle  listów, że będzie żałowała, że chciała dać to ogłoszenie:))) Obiecałem
spory  odzew,  mam  nadzieję,  że  się  nie  pomyliłem.  Pisz  Waść - wstydu
oszczędż. Bo głupio mi będzie jak nic z tego nie wyjdzie. Cobretti.:)))


  Nadawca: Cobretti [ █████████████████ ]
  Wciąż  czekam  na  bilety  z  wakacji.  Zawsze  po  wakacjach  jest  ich w
nadmiarze,  a  dla  mnie  to  okazja do wzbogacenia mojej kolekcji. Za każdy
jestem bardzo wdzięczny. Więcej o moim hobby możesz poczytać na stronie WWW.
Adres: http://www.cto.us.edu.pl/~majgier/bilety.html

Reporter 7/1996

Wstępniak: Sprawy techniczne

Autor: Cobretti

[ws1]                        Sprawy techniczne.

             [ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]

  Jak  ma  się  Reporter?  Po  staremu  -  wciąż się rozwija. Z tym wydaniem
zwlekałem,   bo   czekałem   na  uruchomienie  listservera,  co  pewnie  już
zauważyłeś.  Od  tej  pory,  moje  skrypty do rozsyłania, zostały zastąpione
przez  automat  skonfigurowany  i  napisany przez Emax'a. I chwała mu za to!
Uprości to rozsyłanie Reportera oraz zapisywanie się na prenumeratę.
  Jeżeli  dostałeś  tego  Reportera  to jesteś już zapisany, zrobiliśmy to z
Emax'em  ręcznie.  Od  teraz  zapisanie  się  na  prenumeratę Reportera jest
banalne, wystarczy wysłać maila na adres:
                          █████████████████████████
a w mailu umieścić dwa słowa:
                             SUBSCRIBE REPORTER
  To  wystarczy  żeby zostać zapisanym, co oczywiście zostanie potwierdzone.
Gdyby listserv nie potwierdził zapisania na listę to daj znać, znaczy to, że
coś nie gra. A chciałbym, żeby wszystko chodziło jak w zegarku.
  Jeżeli  przerażają  Cię  automaty  to  możesz  zapisać  się na prenumeratę
Reportera  po  staremu,  czyli wysłać maila na mój adres █████████████████ i
podać adres na jaki ma przychodzić Reporter.
  Opis działania tego listservera będzie na stronie Reportera, czyli:
                    http://venus.wis.pk.edu.pl/cobretti/
  Jeżeli  robisz  Reply  na  ten  mail,  to  nie przejmuj się i tak wszystko
przekierowywane  jest  do  mnie,  na  konto █████████████████, Emax zadbał o
wszystkie  szczegóły,  jak  również  o  to, żeby zrobić aliasa, bo prawdziwy
adres  listserva  jest:  ███████████████████████████████████  co  jest  dość
kłopotliwe do zapamiętania.
  RMF  odwalił  kawał  świetnej roboty i zrobił dla nas FTP, za co jestem mu
niezmiernie  wdzięczny.  Od  teraz  wszystkie  pliki muzyczne (.mod .s3m .xm
.mid),  graficzne  (.gif  .jpg  .bmp)  oraz  programy  (zarówno źródła jak i
postacie wykonywalne w dowolnych językach programowania) wrzucać ftp'em do
                    venus.wis.pk.edu.pl/incoming/Reporter
  Będę  je  stamtąd co jakiś czas wybierał i porządkował. Docelowo będzie je
można przeglądać i wykorzystywać ze strony Reportera, lub z
                      venus.wis.pk.edu.pl/pub/Reporter
  Przysyłać  można  tylko  prace  własnego  autorstwa  i  w wersjach pełnych
(programy).   Do  każdej  pracy  należy  dołączyć  plik  textowy,  opisujący
działanie  programu, dane autora, oraz ewentualnie inne dane. O tym czy dana
grafika,  muzyka  lub  program  znajdzie  się  w  FTP  Reportera, zadecyduję
osobiście, oczywiście w pełni obiektywnie. Liczy się przede wszystkim poziom
wykonania i użyteczność.
  A  w  ogóle  od  następnego  numeru  zamiast wstępniaków pojawią się tylko
techniczne  sprawy  podobnie  jak  w tym numerze. Chcę jak najwięcej miejsca
wykorzystać  na  konkretne  artykuły.  Mam  zamiar  wydać  półroczną  wersję
Reportera, która zawierałaby teksty z Reporterów od nr 1 do ostatniego w tym
roku. Będzie to miało postać magazynu dyskowego na komputery klasy PC.
  Oczywiście  okraszone  wszystko  będzie  muzyką,  pojawią  się  teksty nie
publikowane  jeszcze  w  Reporterze,  a  grafika  będzie  wykonana  w trybie
tekstowym. W związku z tym jeżeli masz ochotę zabawić się w grafika ANSI lub
ASCII,  zaprojektować fonty 8x16, zrobić muzykę do tego magazynu, lub coś do
niego  wnieść to daj znać. Pracę już rozpocząłem i mam nadzieję, że do końca
roku  zdążę  ze wszystkim. Do wykonania fontów napisałem programik, więc jak
nie wiesz jak to zrobić to mailnij.
  Oczywiście  szykuję niespodzianki do następnych wydań Reportera. A póki co
zapraszam  do lektury tego numeru. I wybacz, że wszystko jeszcze jest trochę
chaotyczne,   bowiem  wciąż  Reporter  jest  udoskonalany  i  rozbudowywany.
Postanowiłem  wydawać  Reportera  w  plikach  o  długości do 100kB, ponieważ
niektóre  konta  mają  limity objętościowe e-maili. Za to powinien wychodzić
częściej.  Przy  okazji  proszę  Cię  o  reklamowanie tego magazynu, a nawet
podsyłanie go w całości znajomym.

Na szybko: Król popu przybywa

Autor: Stork

[sz1]                        Król Popu przybywa.

        [ Wojciech Bociański - Stork - ███████████████████████████ ]

  No i przyjechał Michael Jackson. Wszyscy się cieszą i podziwiają idola. No
może  nie  wszyscy,  ale  wszyscy  powinni,  bo  każą  media.  Michael  jest
wspaniały,   cudowny,   piękny  i  naturalny.  Wydawałoby  się,  że  to  nic
nadzwyczajnego,  zwykły  koncert  jakich  wiele.  Ale  to  nieprawda. Zwykłe
koncerty to dają takie płotki jak Metallica czy R.E.M., a król popu przybywa
dać  show jakich mało. Oczywiście nikogo nie powinno dziwić, że król spotyka
się  z głową naszego państwa, ani to, że Michael chodzi w masce. W końcu móg
łby przecież nosić butle z tlenem, nieprawdaż?
  To  wszystko  to  jakaś  kompletna  bzdura.  Bzdura jakich mało. Kreowanie
kolesia  który  się wstydzi koloru swojej skóry na idola nastolatków jest po
prostu  żenujące.  A  to,  że  media  starają  się  zrobić  z  tego koncertu
wydarzenie  dziesięciolecia to już kompletny brak dobrego smaku. Starają się
to  robić  na  siłę i wbrew temu, co widać dookoła. Moim zdaniem, jeśli ktoś
jest  jego  fanem,  to  i  tak  poszedłby na ten koncert, a te grube miliony
władowane  w  reklamę  i promocję, to po prostu głupie marnotrawstwo. O mały
włos,  a  organizowano  by łapanki na ulicach i ściągano ludzi na koncert po
to, żeby "Majkelowi" nie było smutno. To boli.
  Jeśli  ktoś  lubi  Michael'a  to  nie  pomogą kolorowe plakaty i melodyjne
reklamówki  w  telewizji  Polsat.  Ale  Michael  kocha  dzieci i nawet kupił
zabawki  dla domu dziecka w Warszawie. A czy ktoś pomyślał ile domów dziecka
można  by  wyposażyć  w  zabawki  za  pieniądze włożone w reklamę i promocję
"króla"?  Ile  dzieci  można  by  ucieszyć za pieniądze włożone w koncert na
który  siłą  ściągano  ludzi?  Ilu  z  kilkudziesięciu lekarzy obsługujących
koncert mogło być potrzebnych gdzieś indziej? Szkoda liczyć...
  Nie  chcę tu dowodzić tego, że ów koncert był niepotrzebny. Oczywiście, że
są w Polsce fani Michaela Jacksona i że im też się należy. Ale po co od razu
urządzać  widowisko  na  150 tysięcy ludzi??? Wiecie po co? Bo dla mniejszej
ilości  fanów,  nie chciałoby mu się przyjeżdżać. A kto chciałby się narazić
"królowi"? Wielebne bzdury...
  Uważam,  że  ten  koncert  to  jeden,  wielki  niewypał  i  grube  miliony
zmarnowanej  forsy.  Forsy  której  przecież  w  naszym  kroczącym do Europy
państwie mamy tyle, że stać nas trzech Jacksonów i jeszcze nam nawet troszkę
zostanie. Kończę już bo szkoda mojego czasu... i waszego też.


Na szybko: Rewizja przyszłości

Autor: Kronos

[sz2]                       (Re)wizja przyszłości

                        [ Radoslaw Kotapka - KRonos ]

  Będzie   to  coś,  jakby  polemika  do  artykułu  z  poprzedniego  numeru,
dotyczącego wizji przyszłości. Generalnie nie mam żadnych "ale", bo przecież
każdy ma prawo do wizji. Rzecz całkowicie subiektywna.
  Uważam,  że  Cobretti  jest  wielkim  optymistą,  uważając, że nauka pozna
tajniki   ludzkiego   mózgu   już  za  kilkanaście  lat.  Oczywiście  byłbym
szczęśliwy,  gdybym  dożył  takiej  chwili,  ale  jakoś  nie  bardzo  z moim
przekonaniem.  Zgadzam  się,  że komputeryzacja świata i zamiana (dosłownie)
wszystkiego  na  system  binarny  jest niebezpieczeństwem, lecz homo sapiens
sapiens ma coś takiego jak rozsądek (i instynkt samozachowawczy - o czym Cob
wspominał) i nie dopuści do zagłady rasy (patrz na przykład wyścig zbrojeń).
(Teraz ja jestem optymistą)
  Wierzę,  że Człowiek będzie miał na tyle rozsądku, że nie pozwoli Maszynie
wydrzeć  się  spod  kontroli.  Myślę  też, że na pewno za jakiś czas uda się
podłączyć   komputer   bezpośrednio  do  mózgu  i  kierować  pracą  urządzeń
wykorzystując  proces myślenia lub same fale mózgowe. I to będzie przyczynek
do następnego kroku cywilizacyjnego i ewolucyjnego zarazem. (Rozwój robotów,
czy  jakichś form androidalnych niewiele ma wspólnego z ewolucyjną teorią K.
Darwina.)
  Dalsza   ewolucja   (tak  sobie  kiedyś  wymyśliłem)  polegała  będzie  na
stopniowym wyzwalaniu się człowieka z niewoli materii. Już teraz wiadomo, że
za jakiś czas ludziom zanikną paznokcie, bo nie są już do niczego potrzebne.
W  momencie kiedy wszystko będzie nam dostępne tylko przez pomyślenie o tym,
człowiek  przestanie  się  poruszać.  Ciało  będzie  zbędne (chcesz zobaczyć
zbiory  Luwru  - sieć przesyła ci je prosto do ośrodków wzroku. Nie oglądasz
ich  już  na  ekranie terminalu, lecz widzisz je naprawdę, chcesz przeczytać
książkę  -  wybierasz  tytuł i sieć przesyła ci ją do ośrodków pamięci twego
mózgu) i nie jesteś zniewolony przez maszynę. Ona świadczy coś jak usługę.
  Brzmi  to  trochę  kosmicznie,  ale...  Człowiek  stanie  się uwolniony od
ograniczeń  czasu  i  przestrzeni  (rozumianych  potocznie, a nie np. w myśl
kategorii  Kanta).  Oczywiście  przemiany ewolucyjne - mimo, iż silne bodźce
przyśpieszają  ich  tempo  -  są  procesami trwającymi tysiące lat, toteż na
pewno  nie  uda  się  nam dojrzeć jakichś zmian. Nie może to być okres czasu
rzędu kilkunastu lat.
  Ewolucja  człowieka  będzie  przebiegała  w  kierunku  wykreowania  istoty
bardziej  duchowej niż cielesnej (skoro bodźce fizyczne będzie można do woli
kontrolować).  Może  też  kiedyś  pierwiastek  duchowy  przeważy  w  nas  na
płaszczyźnie  ontologicznej.  Otworzy  się w nas trzecie oko - oko umysłu, i
uzyskamy  dostęp  do  wiedzy,  do której teraz - z płaszczyzny materii - nie
mamy  żadnego  dostępu.  Może  będziemy  mogli  podróżować po wszechświatach
równoległych,  a ilość wymiarów nie będzie stanowiła przeszkody w poruszaniu
się  po  nich.  Może  staniemy się bliżsi Boga - o którym powoli zdajemy się
zapominać.
  Oczywiście   wiem,  że  wizja  ta  wydaje  się  być  słodka  i  nad  wyraz
optymistyczna.  Cóż.  W  wieku  gwałtownych przemian i niebezpieczeństw (być
może)  czychających  w  technice,  staram  się  mieć nadzieję, zwłaszcza, że
człowiek  znika w tym całym bałaganie światłowodów i inżynierii genetycznej.
Żyjąc w hedonistycznym świecie, zapominamy, ze nie samym chlebem...

Warsztat: Format pliku Targa

Autor: Akardo

[wa1]                         Format pliku Targa.

              [ Krzysztof Wróbel - Akardo - █████████████████ ]

  Witam    wszystkich    Czytelników   "Reportera",   a   szczególnie   tych
zainteresowanych  programowaniem.  W tym artykule chciałbym opisać popularny
ostatnio   format   graficzny   .TGA  (Targa),  którego  zaletą  jest  m.in.
zapamiętywanie obrazu w 16 mln kolorów.
  Istnieją    dwie    wersje   tego   formatu.   Pierwsza,   zwana   zwykłą,
rozpowszechniona  została  po roku 1984 i jest maxymalnie uproszczoną metodą
zapisu  24 bitowego obrazu oraz druga, rozpowszechniona po roku 1989, trochę
bardziej rozbudowana.
  W  tym  artykule  chciałbym  opisać  tę  pierwszą  wersję, bowiem jest ona
częściej spotykana. Poza tym większość programów graficznych zapisuje obrazy
właśnie w tej pierwszej formie.

  Plik .TGA składa się z następujących elementów.

  POLE  1 (1 bajt) - długość identyfikatora pliku. Pole to jest przeznaczone
na tekst opisujący plik zawarty w POLU 6.

  POLE  2  (1  bajt) - rodzaj mapy kolorów. Pole to określa jaki rodzaj mapy
kolorów jest zastosowany do zakodowania koloru w obrazie. I tak wartość :
  1 - oznacza, że mapa kolorów zawarta jest w pliku w POLU 7,
  0 - brak mapy kolorów.

  POLE  3  (1  bajt)  -  sposób  zapisu  danych o obrazie. I tak następujące
wartości na tym polu oznaczają :
  0 - brak danych o obrazie,
  1 - obraz nie skompresowany z określoną przez POLE 2 mapą kolorów,
  2 - nie skompresowany obraz z 24-bitowym kolorem,
  3 - nie skompresowany obraz w kolorach B/W,
  9 - obraz skompresowany metodą RLE z określoną przez POLE 2 mapą kolorów,
  10 - skompresowany metodą RLE obraz z 24 bitowym kolorem,
  11 - skompresowany metodą RLE obraz w kolorach B/W.

  POLE  4  (5  bajtów)  - specyfikacja mapy kolorów. Używane tylko wtedy gdy
POLE  2  zawiera wartość różną od zera. Pierwsze dwa bajty określają pozycję
od  której  będzie  liczona  mapa kolorów. Następne dwa - liczbę zawartych w
mapie  kolorów  definicji  barw.  Ostatni bajt określa ile bitów przypada na
opis barwy.

  POLE 5 (10 bajtów) - specyfikacja obrazu. Pole to zawiera wszystkie dane o
zapamiętanym  obrazie,  jak  umiejscowienie na ekranie czy rozmiar. Pierwsze
dwa  bajty  tego  POLA  określają w której linii ekranu zostanie umieszczony
lewy  dolny  róg  obrazu.  Obliczenia są wykonywane przy założeniu, że obraz
jest wyświetlany na urządzeniu, które ma punkt 0,0 w lewym dolnym rogu.
  Następne  dwa  bajty są analogiczne do dwóch poprzednich z tym, że dotyczą
wsp. pionowej.
  Bajty 5 i 6 określają rozmiar obrazu w poziomie.
  Bajty 7 i 8 określają rozmiar obrazu w pionie.
  Bajt 9 określa ile bitów przypada na opis pixla.
  Ostatni bajt jest deskryptorem obrazu. Poszczególne bity oznaczają:
  0-3 - liczba bitów atrybutu przypadająca na 1 pixel,
  4-5  -  kolejność  przesyłania  piksli  z  pliku  na ekran wg następującej
tabeli:
  bit 5     bit 4
   0         0      - dolny lewy róg,
   0         1      - dolny prawy róg,
   1         0      - górny lewy róg,
   1         1      - górny prawy róg.
  6-7 - bity wyzerowane.

  Te  wszystkie  pola  tworzą  18 bajtowy nagłówek pliku. Do odczytu takiego
nagłówka  możemy  w  języku  Pascal  zastosować procedurę BlockRead. Poniżej
przedstawiłem  prosty  programik  odczytujący  i  wyświetlający informacje o
pliku. (Zamiast obrazek. tga należy wpisać odpowiednią nazwę)

var
 f : file; header : array[0..17] of byte; a : byte;
begin
 assign(f,'obrazek.tga'); reset(f,1);
 blockread(f,header,18);
 for a:=0 to 17 do writeln(header[a]);
 close(f);
end.

  Następne  POLE  jest  identyfikatorem  pliku.  Mogą  być w nim zapamiętane
dowolne  informacje  o  obrazie wpisane przez użytkownika. Długość tego pola
określona jest w POLU 1.

  POLE  7 - dane o mapie kolorów. Pole to istnieje tylko wtedy gdy POLE 2 ma
wartość 1. Długość pola wynosi: LB*IB/8, gdzie:
  LB  -  liczba zawartych w mapie kolorów definicji barw, jest to 3 i 4 bajt
POLA 4,
  IB  -  liczba określająca ile bitów przypada na opis barwy, jest to 5 bajt
POLA 4.

  Gdy  obraz  składa  się  z  256  kolorów,  przykładowy  program ładujący i
ustawiający paletę może wyglądać następująco.

var
 f : file; header : array[0..17] of byte;
 pal : array[0..255,0..2] of byte; k,l : byte; kol : word;
begin
 assign(f,'obrazek.tga'); reset(f,1);
 blockread(f,header,18);   {ładuje nagłówek}
 blockread(f,pal,768);     {ładuje paletę}
 for k:=0 to 255 do        {pętla ustawiająca paletę}
 begin
  port[$3c8]:=k;
  for l:=0 to 2 do
  begin
   kol:=pal[k,l];
   port[$3c9]:=trunc(kol/4);
  end;
 end;
 close(f);
end.

  POLE  8  -  dane  o  obrazie.  Długość  tego pola można obliczyć ze wzoru:
RWP*RWPN, gdzie:
  RWP - rozmiar obrazu w poziomie, odczytujemy odpowiednie bajty z pola 5,
  RWPN  -  rozmiar  obrazu w pionie, również odczytujemy odpowiednie bajty z
pola 5.

  O  tym  w  jaki  sposób  zapisane  są dane o obrazie możemy dowiedzieć się
odczytując POLE 3 (z nagłówka). Jeżeli jest to obraz nie skompresowany, to w
zasadzie  nie  ma  problemów z jego wyświetleniem, bowiem każdy bajt oznacza
kolor  kolejnego  pixla.  Problem  pojawia  się gdy obraz skompresowany jest
metodą  RLE.  Tutaj  dane mogą występować w postaci zgrupowanej lub surowej.
Grupowanie  danych  stosowane  jest  wtedy  gdy  mamy np. 100 pixeli jednego
koloru.  Po  co  wtedy  niepotrzebnie pamiętać każdy bajt? Możemy zapamiętać
tylko  liczbę  powtórzeń  bajtu oraz jego kolor. Natomiast dane surowe są to
dane  w  najprostszej  nie  spakowanej  postaci.  O  tym w jakiej postaci są
zapisane  dane decyduje tzw. pole powtórzeń, a dokładnie najstarszy bit tego
pola.  Każdy z pakietów (zgrupowany i surowy) poprzedzony jest właśnie takim
polem.  Jeżeli  najstarszy  bit  jest  = 1 to znaczy, że dane są zgrupowane,
jeżeli  bit  ten  jest  =  0  tzn. , że dane są surowe. Młodsze 7 bitów pola
powtórzeń  informuje  nas  ile  pixli  jest reprezentowanych przez pakiet (w
przypadku  danych  zgrupowanych)  oraz  ilość  pixli + 1 (w przypadku danych
surowych).  Żeby  już więcej nie mieszać Ci w głowie drogi Czytelniku, podam
przykłady. Odczytujemy z pliku sekwencje danych:

  133,0,255,255,185,100,...

  Liczba  133  przedstawiona  w  zapisie  dwójkowym jest równa 10000101, jak
widać  najstarszy  bit = 1 więc dane są zgrupowane. Teraz obliczamy ile jest
danych zapisanych kolorem reprezentowanym przez następny bajt. Jak nietrudno
obliczyć jest ich 5. Tak więc mamy 5 pixeli występujących kolejno po sobie w
kolorze  0. Następna liczba to 255. W zapisie dwójkowym wynosi ona 11111111,
czyli znowu mamy do czynienia z danymi zgrupowanymi. Obliczamy ilość danych.
Wynosi  ona  127. Czyli mamy 127 pixli w kolorze 255. Następna liczba 185...
itd.

  Inny przykład:

  109,56,76,29,176,239,139,...

  Liczba  109 to w zapisie dwójkowym 01101101. Najstarszy bit wynosi 0 czyli
dane  surowe.  Jest  ich  109  + 1, czyli 110. Tak więc 110 kolejnych bajtów
oznacza kolory następujących po sobie pixeli na ekranie, począwszy od bajtu,
którego wartość wynosi 56.

  Kolejny przykład:

  5,3,6,7,9,3,5,150,9

  Od razu możemy stwierdzić, że najstarszy bit bajtu powtórzeń wynosi 0, tak
więc  mamy  dane  surowe.  Jest  ich  5+1=6.  Cyfry  3,6,7,9,3,5  to  kolory
kolejnych  pixeli.  Następny  bajt to 150, od razu widać, że teraz będą dane
zgrupowane. Jest ich 22. Czyli 22 pixele w kolorze 9.
  Z  powodu  ograniczonej  ilości  miejsca  w  "Reporterze"  nie  zamieszczę
gotowych  przykładowych  procedur do wyświetlania plików .TGA. Jednak jeżeli
jesteś zainteresowany takimi programami napisz do mnie na adres internetowy,
lub spróbuj sam coś takiego napisać. Życzę powodzenia.

  Podczas pisania tego artykułu korzystałem z następującej literatury:
- PC Kurier 23/96, artykuł K. Łabanowskiego "Format graficzny TARGA"


Warsztat: Cegły z papieru

Autor: Cobretti

[wa2]                         Cegły z papieru.

             [ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]

  Lubię   od   czasu  do  czasu  pobawić  się  w  modelarstwo.  Jakie  takie
doświadczenie  w  tym  mam,  co może potwierdzić replika dworca kolejowego z
Bonn  z zapałek, nad którą pracowałem pół roku. Tak się złożyło ostatnio, że
potrzebowałem  wykonać  kawałek  muru  z  cegieł,  ale  miał  to  być bardzo
realistyczny  mur,  bardzo realistyczne cegły i całość miała sprawiać bardzo
dobre wrażenie.
  Pojawił się problem z czego to wykonać. Z kartonu lub papieru sklejanego w
małe  cegiełki?  Nie,  odpada,  zbyt  prymitywnie by to wyglądało. To może z
jakiejś  masy  plastycznej,  np.  modelina? Też nie, modelina nie nadaje się
zbytnio  na  cegły.  No  więc może z drewna zwykłego lub balsy? Też nie, nie
osiągnie  się  takiego  efektu jaki chciałem uzyskać. Trochę czasu spędziłem
nad  wymyślaniem  materiału  na  cegły  aż  wreszcie wpadłem, należało tylko
przeprowadzić testy.
  Przypomniałem  sobie,  jak  kiedyś  zrobiłem  tunel  do  kolejki  TT, jaką
zbierałem.  Wystarczyło  podrzeć  zwykłe gazety, zmieszać to wszystko z wodą
dodać  trochę  mąki  i  zagotować  taką  masę.  Po wylaniu tego na wcześniej
przygotowaną  formę tunelu i po zastygnięciu masy oraz po włożeniu w tą masę
sztucznych  drzew  i  krzaków,  uzyskałem  tunel  z  prawdziwego  zdarzenia,
dodatkowo  posypany sztuczną trawą i skałkami. Tunel był nie do zniszczenia,
i  wyglądał  rewelacyjnie.  Teraz musiałem posłużyć się tym samym tworzywem,
ale w nieco zmodyfikowanej formie.
  Skołowałem mikser. Wrzuciłem do miksera drobno podarte gazety, wlałem wodę
i  zacząłem  miksować,  tak  długo, aż z papieru zrobiła się masa i nie było
widać  żadnego  kawałka gazety. Taka substancja wystarczyła mi w zupełności,
oczywiście  można  dodawać  do tego np. wikol w celu lepszego scementowania,
lub  jakieś  substancje  utwardzające, tudzież zmiękczające. Chciałem jednak
uzyskać końcowy efekt bez dodatków.
  Przygotowałem sobie metalową formę cegły, otwartą z obu stron, z tym, że z
jednej  strony  można  było  ją  zamykać.  Teraz  cały  trick polegał na jak
najściślejszym  ugnieceniu  tej  masy  w formie. Oczywiście masa była bardzo
wodnista, więc całą wodę należało odsączać w miarę ściskania masy. Tak zbita
cegła  po  wyjęciu  była  lekko  wilgotna,  w  miarę  twardawa  i  należycie
ukształtowana.  A  co  najważniejsze miała świetną powierzchnię do złudzenia
przypominającą  naturalną  cegłę,  lekko  zdawało  by  się chropowatą i taką
typową jak surowe cegły.
  Tak sprasowane cegły poddawane były następnie suszeniu. Bardzo ważne było,
żeby  wyschły  jak  najlepiej.  Po wyschnięciu były niesamowicie twarde, nie
zginały  się,  ani  też  nie poddawały się wyginaniu. Prawdziwa cegła! Tylko
kolor  miały  szary,  taki  jak  masa  papierowa.  No  więc  postanowiłem je
pomalować  zwykłą  farbą  plakatową  na  czerwono.  Pomysł  był  idealny, po
wymalowaniu wyglądały tak realistycznie, że gdyby nie małe rozmiary można by
je rzeczywiście porównać do cegieł. Zresztą koleżanka, która je zobaczyła po
raz  pierwszy od razu spytała mnie po co mi takie małe cegły. Odpowiedź była
prosta, żeby zrobić ten murek.
  Ale  to  jeszcze  nie  wszystko,  trzeba  było  je jakoś zespolić, znaleźć
substancję, która będzie imitowała zaprawę murarską. Tutaj nic wielkiego nie
przychodziło  mi  do głowy, więc za zaprawę posłużyła mąka zmieszana z wodą,
też w przeszłości wypróbowany materiał. Tylko, żeby takie cegły nadawały się
po  wyburzeniu  do  ponownego użytku i aby mąka lepiej trzymała postanowiłem
pociągnąć je lakierem bezbarwnym. Czad, teraz cegły zmieniły się ze zwykłych
w  klinkierowe  i  można  by  stawiać  spokojnie nowoczesny budynek. Problem
polegał   tylko   na  tym,  że  cykl  produkcyjny  tych  cegieł  był  bardzo
czasochłonny.
  Po   wyschnięciu,   zaprojektowałem   kawałek   muru,   położyłem   cegły,
posmarowałem  mączną  zaprawą  i  znowu  położyłem warstwę cegieł. Normalnie
rewelacja.  Z  lekka wylewająca się zaprawa z pomiędzy cegieł dała złudzenie
surowego  muru  ceglanego  i  była  na tyle wierna, że każdemu się podobała.
Czyli  udało się, papier znowu przyniósł oczekiwany wynik, a że w nietypowej
postaci,  to już inny problem. Z reszty cegieł wykonałem murek, który został
poddany  operacji  zniszczenia  i  rozkruszenia.  Tu  znowu wynik był bardzo
pozytywny.  Mąka  pozwoliła  się  wykruszyć  przy użyciu dość sporej siły, a
cegły  po odrapaniu nadawały się do ponownego użycia. Próbowałem teki papier
obrabiać  pilnikami  i  przecinać  piłką  laubzegą,  nie  było problemu przy
robieniu połówek z cegieł.
  Polecam  ten  materiał  nie  tylko do cegieł ale i do dowolnych elementów,
których  wykonanie  innymi  sposobami nie jest możliwe w warunkach domowych.
Odpowiednio  spreparowany  papier  można  w  zasadzie  wykonać  wedle swoich
życzeń, może być miękki i nadający się do kształtowania lub twardy jak stal.
Taką  masę  można  uzupełniać  o wypełniacze lub inny materiał, który ma być
dodany.  Można  dosypać piasek, zwiększając wagę lub drobiny styropianu, aby
ją   zmniejszyć.   Po   pomalowaniu   lakierem  taka  substancja  staje  się
nieprzemakalna i dająca się łatwo zmywać. Po prostu rewelacyjny materiał dla
modelarza.

Reportaże: Pierwszy dzień

Autor: Miklex

[re2]                           Pierwszy dzień.

               [ Michał Kleczkowski - Miklex - █████████████ ]

  Zaczęło  się  od  spóźnienia  na pociąg, ale nie klasycznego wpadnięcia na
peron,  po  to  żeby zobaczyć oddalające się czerwone światła. Nie używam od
dawna  budzika  i  nie  pamiętałem  dobrze  jak  to cholerstwo się nastawia,
obudziło  mnie  zapuszczanie motoru przez jakiegoś zwyrodnialca. Rzut oka na
zegarek   i   wszystkie   słowa   na  k  zmieniły  kierunek,  sam  się  nimi
poczęstowałem.  Pociąg  odjechał  godzinę  temu,  do  następnego  40  minut,
wrzuciłem  do  torby  jakieś  podkoszulki,  szybki  prysznic  i  sprintem do
skutera.  Po  krótkiej  jeździe  i  złamaniu  wszystkich możliwych przepisów
drogowych  -  rzut  na  kasę  żeby wykupić nowa rezerwacje i na minutę przed
odjazdem  wkroczyłem na pokład TGV (Tiran a Grande Vitesse, francuski pociąg
jadący 350 na godzinę).
  Zacząłem  studiować  Pariscope,  tygodniowy przewodnik po życiu paryskim i
pierwsza   niespodzianka,   retrospektywa   fotografii   i   obrazów  mojego
ulubionego malarza Luciana Castelli.
  Przed  jedenasta dojechaliśmy na Gare de Lyon. Na piechotę do hotelu gdzie
miałem  się  spotkać  z  siostra  i  szwagrem,  który  przyleciał  na  jakąś
konferencje i wziął siostrę, a ona namówiła mnie i stąd ta wycieczka.
  Hotel  znaleziony  przez  inernet okazał się fajny i w doskonałym miejscu.
Zostawiłem   torbę   w   której   odkryłem  brak  aparatu  fotograficznego i
poleciałem do muzeum fotografii. Zacząłem od dołu gdzie wystawa się kończyła
i  gdzie  siedziała  jakąś  strasznie  znudzona dziewczyna. Olbrzymie obrazy
malowane  zdecydowanymi  gestami,  wielkim chlapiącym na boki pędzlem i małe
karneciki  szkiców  poplamione  paluchami  na  rożne  kolory,  to było to, z
radości  zacząłem  podrywać  znudzona  dziewczynę  i  okazało się, ze bardzo
ładnie  się  śmieje. Ale miałem przed sobą jeszcze dwa pietra. Na górze było
tak samo fajnie, ale pilnowali znudzeni faceci.
  Po  wystawie  mały spacer przez Marais, żydowską dzielnicę, której jeszcze
nie  znałem.  Obok  uliczek,  gdzie  na  szyldach same polskie nazwiska a na
wystawach  rozmaite  produkty - wszystkie koszerne, inne uliczki ze sklepami
dla punków i rockersów, bajecznie kolorowymi i czasem strasznie śmiesznymi.
  Potem,  metrem  w  okolice  placu  Świętego  Michała,  na  obiad w knajpce
chińskiej  o  wielkości i kształcie przedziału tramwajowego, gdzie całe menu
kosztuje  40  fr  a  wino  nalewają  z  plastikowej  butelki. I jeszcze mała
wedrowka,  gdzie  nogi  poniosą  zakończona  w  okolicach hotelu, na tarasie
bistra, w celu uzupełnienia poziomu piwa w organizmie:)
  W hotelu z krótkiej drzemki wyrwał mnie terkoczący telefon, to zjawiła się
reszta  wycieczki.  Poplotkowaliśmy  chwilę  degustując  butelkę  Bordeaux i
dalej do roboty. Spacer koło katedry Notre Dame (fasada niestety w remoncie)
i  dalej  przez  wyspę  St  Louis,  szlak  dość  turystyczny ale kapitalny w
zachodzącym słońcu. Dołączyli znajomi z córką, którzy przylecieli na ten sam
kongres  i poszliśmy razem do naszej dzielnicy na kolację. Okolice placu Św.
Michała, to niekończący się ciąg knajp, dwie ulice prawie wyłącznie greckie,
na wystawach olbrzymie szaszłyki, piekące się na rożnach prosiaczki, a przed
drzwiami  Grek  (często  z  Marakesz  czy Sewilli) wciągający Cię do środka,
zachwalający kuchnię i oferujący darmowe aperitiwy.
  Dalej  knajpy arabskie, wymieszane z włoskimi i chińskimi. Mnóstwo ludzi w
ciasnych  tu  zaułkach,  hałas muzyki, kolorowe światła i apetyczne zapachy.
Wybraliśmy  zatłoczoną  knajpkę  francuską, prowadzoną przez dwie murzynki z
Antyli.
  Ktoś grał na pianinie mazurki Chopina, potem jakaś facetka śpiewała pieśni
Szumana,  za  oknem  falował  tłum,  w środku śmiechy zagłuszały śpiewaczkę,
nareszcie  byliśmy  w  naturalnym  środowisku  człowieka.  Zjedliśmy akras z
makreli,  rybę  startą  na  papkę  obtoczoną w cieście i usmażoną w głębokim
oleju  (narodowe  danie  z  Martyniki)  do  tego kawał mięsa z sałatą i było
bardzo wesoło.
  Znajomi  musieli  zacząć  podroż  metrem  z  powrotem  do siebie, szwagier
poszedł  spać  a  my z siostrą zaczęliśmy = nocne Polaków rozmowy =. I to by
było tyle na pierwszy dzien.

Opowiadania: Victor A.D. 2155

Autor: Stork

[op1]                         VICTOR A.D. 2155

        [ Wojciech Bociański - Stork - ███████████████████████████ ]

  22.10.2155 czwartek
  To  ja.  Victor Radswid. Dokładnie: Victor Yngwie Radswid. Dnia pierwszego
jesiennego  obejmę  posadę  gubernatora  Scandii i Nordii. Wczoraj wieczorem
rozmawiałem  z  ojcem  i  doszliśmy  do  wniosku,  że  powinienem  się jakoś
przygotować   do   zajęcia  tak  zaszczytnego,  a  zarazem  odpowiedzialnego
stanowiska.  Od razu wykupiłem łączność z Wielką Biblioteką Światową na cały
okres   przygotowań,   czyli   na  10  dni.  Gdy  szukałem  tematycznie  pod
"Polityka",  "Władza",  dostałem wirtualną kupę makulatury, czasopism, tomów
pełnych   bzdur   i  komunałów.  Później  przyszły  opisy  różnych  ustrojów
politycznych,  począwszy  od  wspólnoty  pierwotnej,  a  skończywszy  na tak
popularnym w 20 wieku totalitaryzmie i powojennym protektyźmie. Przeleciałem
je po łebkach w 10 minut. Nuda. Wszystko już było.
  Gudrun, przyjaciółka ojca poradziła mi powieści kryminalne. Gdy poprosiłem
o  wykaz,  to przez pierwsze 10 sekund wywaliło dwanaście tysięcy tytułów, a
potem  siadły łącza. To chyba nie był dobry pomysł. Dzisiaj przychodzi ekipa
naprawić  perceptor  i  założyć  filtr przepełnieniowy. Chciałbym zrobić coś
nowego,  coś  unikalnego,  coś  na miarę naszych wspaniałych czasów, złotego
dwudziestego drugiego wieku! Poszukam najrzadziej czytanych pozycji, żadnych
kryminałów,  żadnej  beletrystyki.  Gudrun  może jest sympatyczna ale z tymi
kryminałami  to  trafiła  kulą  w  ogrodzenie.  Powieści  kryminalne,  dobre
sobie...  Na  dzisiaj  kończę,  bo  Brigg  mówi,  że przyjechał pan Skolsenn
naprawić perceptor.
                                    * * *
  Brigg  siedziała w miękkim fotelu i patrzyła na Victora. Siedział schylony
z głową w perceptorze, tarasując całe wejście do korytarza.
  -  Vic,  czy ty się przypadkiem nie przemęczasz? Siedzisz w perceptorze od
dwóch godzin!
  - Mów głośniej kotku, bo nic nie słyszę!
  - Mówię, że siedzisz tam od dwóch godzin!!!
  Victor   wysunął   rozczochraną  głowę  z  perceptora  i  zamrugał  oczami
nieprzyzwyczajonymi do światła.
  - Co? Dzwoni ktoś? - spojrzał na zegarek.
  -  Tak,  żona dzwoni do swojego męża, żeby wrócił na Ziemię. - powiedziała
odkładając pudełko "Polimerowych Smakołyków".
  - I dlatego mi przeszkadzasz? Właśnie dochodzę do czegoś konkretnego, a ty
mi...  zrozum,  za  9  dni...  z  resztą wiesz. Biorę perceptor do siebie na
górę.  W  porządku?  -  Vic  podszedł  do Brigg i pogłaskał ją delikatnie. -
Kotku, to jeszcze tylko 9 dni...
  Brigg  nie  odpowiedziała.  Siedziała  naburmuszona  i  patrzała w witraż.
Victor wyłączył perceptor i wszedł do holu.
  -  Idę  po  Swensona,  pomoże  mi  wnieść  go  na górę. Aha! Gdyby dzwonił
burmistrz  Hannar,  to powiedz mu, że sprawa z książkami jest aktualna. Cena
nie gra roli. Ostatnie słowa prawie zagłuszył syk windy pneumatycznej.
  - Zaraz będę! - krzyknął i już go nie było.

  23.10.2155 piątek
  Perceptor  już działa, a najciekawsze jest to, że działa w moim gabinecie!
Swenson  pomógł  mi  go  wnieść.  W  końcu Brigg nie będzie marudzić, że jej
ograniczam  swobodę.  Ale  na  temat.  Zabrałem się za starocie. Wyszperałem
dialogi  Plutona, czy Pletona, nie pamiętam. W każdym razie mądry facet. Ale
stary  strasznie. Nie wiem dokładnie, ale na pewno urodził się przed wojną w
2023, albo nawet wcześniej, nie jestem pewien. Sprawdzę. Wydaje mi się, że z
tego  Plutona  nic  nie będzie, bo to taki raczej typ apolityczny. Burmistrz
Hannar  powiedział,  że  załatwi  mi  jakąś  książkę, wycofaną w 21 wieku ze
względów  politycznych.  Ale  o  tym  sza.  Przynajmniej na razie. Kończę bo
sensory stygną. Do jutra.
                                    * * *
  - Nie zniosę tego dłużej - jęknęła Brigg.
  -  Spokojnie  -  Gudrun  oparła  jej  rękę  na  ramieniu - jeszcze tydzień
wytrzymasz. To w końcu nic takiego. Vic bardzo się angażuje, chce wypaść jak
najlepiej. - uśmiechnęła się - będziesz panią gubernatorową!
  -   Piwa!!!   -   zagrzmiał   z  salonu  Snorri  Radswid.
  Gudrun mrugnęła porozumiewawczo do Brigg i ryknęła:
  -  Lepiej  byś  się  zainteresował  co  robi  twój  syn, a nie gapił się w
holospektor  -  odwróciła  się  z chytrym uśmieszkiem. - Ci mężczyźni są jak
dzieci. - dodała przyciszonym głosem.
  - Wszystko słyszę! - krzyknął Snorri.
  Brigg  stała  wpatrzona  w  podłogę.  Nagle podniosła głowę. Na schodach z
gabinetu  Victora  zabrzmiał  znajomy  tupot  nóg.  Vic wszedł do holu. Miał
wymiętą twarz i głębokie cienie pod oczami.
  -  Cześć  tato! - wszedł do kuchni. - Cześć Gudrun. - podszedł do Brigg. -
Zjem  u  siebie.  Nie  gniewacie się, że nie zejdę ? - popatrzył pytająco na
Gudrun.
  -  Przydałby  ci  się  odpoczynek... - spróbowała delikatnie Brigg. Victor
wyjął z szafki pudełko amfetaminy i pojemnik soku.
  -  Później  odpocznę. - pogładził Brigg po włosach, odwrócił się i poszedł
na górę.

  24.10.2155 sobota
  To  znów ja. Demokracja Ateńska stanowczo mi nie odpowiada. Co by to było,
gdybym  miał oddać władzę w ręce ludu? Taki Swenson na przykład. Równy gość,
ale  gdyby  się  dorwał  do władzy, to zaraz wszędzie pobudowałby te budki z
epoxyburgerami, a potem obżerał się do nieprzytomności.
  A   siostra   Brigg,   Gunloda?   Zabroniłaby   sterylizacji   futerkowców
marsjańskich  i pobudowałaby wszędzie schroniska dla tego paskudztwa. Nie ma
mowy!  A!!! Sprawdziłem Platona. Filozof. I wcale nie taki apolityczny jakby
się  wydawało.  Też go rwało do władzy, ale żeby dzielić nasze społeczeństwo
na  klasy?  I  to  pod  względem  wykształcenia? Bez sensu. Może dzielić pod
względem  wzrostu?  Nie,  za  łatwo  zmienić.  Pomyślę o tym. Na razie chyba
kończę. Aha! Platon miałby dzisiaj 2582 lata.
                                    * * *
  Ze snu wyrwał ją telefon.
  - Tak... - powiedziała Brigg zaspanym głosem.
  - Mieszkanie Victora Radswid? - zagrzmiało w słuchawce.
  - Nie. Mieszkanie państwa Radswid. Victora nie ma, Victor śpi... - rzuciła
słuchawką.

  25.10.2155 niedziela
  Victor Odin Radswid. I jak to brzmi?
  Dzisiaj  rano  perceptor wywalił "Eddę Poetycką". Rewelacja! Siedziałem do
południa  i  szukałem czegoś dla siebie. Całkiem przyjemna zabawa: ubieranie
masek  starożytnych  bóstw.  Odpowiada mi Odin i Loki. Odin - władca dobry i
sprawiedliwy ale zarazem sprytny i przebiegły.
  Loki  -  fałszywy  i  obłudny,  ale darzony powszechnym szacunkiem. Trudny
wybór.  Zjednać sobie społeczeństwo przez dobroć, czy przez zastraszenie? Co
jest  trwalsze?  Czy  twój  ulubiony futerkowiec jest z tobą dlatego, że cię
lubi, czy jest z tobą bo boi się uciec?
                                    * * *
  Brigg  leżała  w fotelu i oglądała kolejny, już chyba dwutysięczny odcinek
jej niegdyś ulubionego serialu: "Czerwony jak Mars". Przestała go lubić, gdy
okazało  się, że kochanka głównego bohatera wcale nie jest sobą i ma czwórkę
dzieci  z  Dzikim  Kamilem.  A  na dodatek okazało się, że córka Petera jest
matką  jego  szwagra  ze  strony  przyrodniej  siostry,  z której córką miał
romans.  W  tej chwili na ekranie holospektora toczyła się zażarta dyskusja,
która   zaczęła  się  w  którymś  z  wrześniowych  odcinków.  Brigg  właśnie
zasypiała, gdy nagle zadzwonił telefon.
  - Czy to mieszkanie pana... państwa Radswid?
  - Tak, o co chodzi? - spytała Brigg ponurym głosem.
  - Dobry wieczór. Mówi An Hannar, czy zastałem Victora?
  - Fizycznie owszem, poprosić?
  - Jeśli można...
  Brigg  wyłączyła  holospektor  i  powłócząc  nogami,  ze słuchawką w ręce,
weszła  na  piętro.  Bez  pukania  otworzyła  drzwi.  Vic  nie  zawiódł  jej
oczekiwań.  Siedział prawie do połowy w perceptorze, a nienaruszony talerz z
obiadem stał tam, gdzie kilka godzin temu go postawiła.
  - Victor, telefon. - pchnęła go słuchawką między łopatki.
  - Do mnie?
  - Nie. Do mnie, tylko przyszłam tu pogadać!
  -  Zajęty  jestem.  Nie  ma  mnie.  Umarłem.  Wymyśl  coś.- wsunął głowę z
powrotem do perceptora.
  -   Przykro   mi   panie  Hannar,  ale  Victor  właśnie  zmarł  z  głodu i
wycieńczenia...  Victor  wyskoczył  z  perceptora  jak oparzony. - Co? Co ty
powiedziałaś? Hannar??? Dawaj!
  Rzucił się na nią jak wygłodzone zwierze.
  -  Burmistrz  Hannar ? Bardzo pana przepraszam... tak rozumiem... wie pan,
mam  strasznie  dużo  pracy...  Tak?  Jutro?...  A  nie  można dzisiaj?... w
porządku, rozumiem....
  Brigg  popatrzała  na  żałośnie  wyglądającą zimną zapiekankę z wodorostów
Mr.Ferryman'a, odwróciła się i wyszła z pokoju trzaskając drzwiami.

  26.10.2155 poniedziałek
  Dzwonił burmistrz Hannar. Jutro przyniesie mi te książki. Nie mogę się już
doczekać.  Od  12  lat nie widziałem prawdziwej książki. Podobno przed wojną
można  było  je normalnie kupić. Może by tak je na powrót wprowadzić? Eee...
to  niepraktyczne.  Każda  szanująca  się rodzina ma w domu perceptor, który
zajmuje  trochę  mniej  miejsca niż biblioteka. Widziałem takie biblioteki w
muzeum  w  Bukareszcie.  Są  ogromne,  zakurzone  i żyje w nich całe mnóstwo
owadów. Owadów nie widziałem, ale Gudrun mówiła, że muszą gdzieś być i nawet
pytała  przewodnika o jakieś mole, czy coś takiego. Przewodnik tylko dziwnie
spojrzał.  Pewnie  też  nie  wiedział. Może w tych książkach od Hannara będą
jakieś? Poszukam.
  Myślałem  o  Lokim. Wydaje mi się, że bogowie Eddy są bardzo niedoskonali,
podobni  do  ludzi.  To tak jak w "Koncercie nieskończoności". Pamiętam to z
gimnazjum.  Tam bogiem był Adonna, Sidh. Sidhowie byli odpowiednikami ludzi.
Adonna  był  kapryśny,  nieobliczalny,  niedoskonały. Wszystkie swe nieudane
twory  zakopywał,  bądź  umieszczał  na  Przeklętej Równinie. Gdybym ja mógł
wszystkie   swe  przyszłe  pomyłki  zakopywać,  albo  gdzieś  umieszczać  to
wybrałbym  Australandię.  Stamtąd jest wszędzie daleko. Ale niestety nie mam
takich możliwości jak Adonna. W końcu mam zostać gubernatorem, a nie bogiem.
Brigg się chyba o mnie niepokoi. Ciągle siedzę w gabinecie. Ale od niedzieli
wszystko  się zmieni. Najgorsza będzie mowa powitalna, a potem pójdzie jak z
płatka. Kończę.
                                    * * *
  Brigg Radswid i Drott Okkwinkalf siedzieli na kanapie w salonie.
  -  ...jeszcze  powiedział:  "Niestety  moja droga, ale chyba nie rozumiesz
jaka  odpowiedzialność  na mnie ciąży. To nie jest ten twój głupi serial. To
się dzieje naprawdę." i kazał mi wyjść z pokoju. - Z rozgoryczeniem w głosie
powiedziała Brigg. - Jeszcze kilka dni i naprawdę zwariuję.
  -  Drgał  jej podbródek, a to oznaczało, że albo się zaraz rozpłacze, albo
rozpadnie na kawałki.
  -  Spokojnie  Brigg. - objął ją ramieniem i pocałował delikatnie we włosy.
Brigg  nie  wytrzymała.  Łzy  lały się jak dwa strumyki po jej twarzy. Drott
przytulił ją i szeptał wtulając twarz w jej pachnące włosy.
  -  Uspokój  się  Brigg.  Wytrzymaj.  Musisz być dzielna. - Brigg szlochała
spazmatycznie,  zalewając  mu  koszulę  łzami.  Nagle  zasyczały drzwi windy
pneumatycznej  i do pokoju wbiegł Victor z paczką książek związanych brązową
tasiemką, rozsiewając delikatny zapach kurzu.
  -  Jestem  u  siebie.  Nie  ma  mnie dla nikogo. - Przebiegł obok nich nie
zwracając najmniejszej uwagi na to co się dzieje. Wbiegł po schodach na górę
i trzasnął drzwiami.

  27.10.2155 wtorek
  Krótko:  mam  książki.  Dwie  broszurki  Anarchistyczne,  Philip  K.  Dick
"Ostatni Pan i Władca" i dużą, zniszczoną książkę bez okładki. Kończę bo mam
jeszcze dzisiaj dużo pracy.
                                                                         VIC
                                    * * *
  Brigg  stała  pod  drzwiami  gabinetu  Victora i w myśli układała bezładne
zdania  w  całość.  Chciała  go  przeprosić,  wytłumaczyć się. Była zupełnie
rozbita, a tu jeszcze taka głupia sytuacja. Właściwie to nic takiego się nie
stało,  Drott tylko przytulił ją i próbował pocieszyć, a to, że akurat wtedy
wszedł  Vic?  To tylko głupi przypadek. Brigg zebrała się w sobie, otworzyła
drzwi  i  weszła. Wbrew jej oczekiwaniom, Victor nie siedział w perceptorze,
tylko leżał na podłodze w okularach do czytania parazmysłowego.
  Leżał  na  brzuchu,  opierając głowę na jednej ręce. Przed nim na podłodze
leżały  dwie  książki  i  kilka  porozrzucanych  kartek.  Brigg usiadła przy
biurku, poprawiła włosy i powiedziała:
  - Słuchaj Vic. Wiem, że głupio to wyszło...
  -  Kochanie  jestem  teraz bardzo zajęty. Mów szybko o co chodzi. - zsunął
okulary na czoło i odwrócił się w jej kierunku.
  -  Bo  tak  naprawdę  to nic mnie nie łączy z Drottem. Po prostu przyszedł
wczoraj i...
  - Kto to jest Drott? - Victor rozmasowywał zdrętwiałą rękę.
  - Właściwie nikt taki, znajomy z gimnazjum...
  - No i? - niecierpliwie spojrzał na zegarek.
  - No i przyszedł wczoraj, mówiłam mu o tobie, o twojej pracy...
  -  Jeśli  go to interesuje, - wtrącił jej w pół słowa - to następnym razem
jak  przyjdzie  zawołaj mnie na dół. Ale teraz daj mi to dokończyć. - skinął
głową w kierunku książek.
  - Nie gniewaj się...
  -  W  porządku.  To  nawet  dobrze, że o tym wczoraj nie pomyślałaś, bo do
czwartej mnie nie było, a potem przyniosłem te książki i sama widzisz...
  Brigg wstała i podeszła do drzwi z dziwnym wyrazem twarzy.
  -  Obiad  przyniosę  ci  do  góry. - dodała wychodząc. Victor przytaknął i
założył okulary.

  28.10.2155 środa
  Victor Yancey Radswid.
  Myślałem o świecie i ludziach na wzór i podobieństwo Victora. To z Dick'a,
"Na   wzór   i   podobieństo   Yanceya".   Yancey   jest  obrazem  idealnego
przeciętniaka,   przesyłanym   wszelkimi   możliwymi   środkami   przekazu i
wywołującym masową psychozę ludności. Każdy chce być taki jak Yancey. Yancey
nie  sprawia  kłopotów,  Yancey  nie  ma  wygórowanych  potrzeb, Yancey jest
wygodny.
  Trzeba zmusić społeczeństwo do sprzątania ulic? Nie ma problemu. Wystarczy
pokazać  Yanceya  zamiatającego  przed  swoim  domem. Trzeba zmusić ludzi do
płacenia  wyższych  podatków?  Wystarczy żeby Yancey poczuł się do obowiązku
wspomożenia państwa i publicznie oddał połowę swojego zarobku.
  Gdybym miał dostęp do massmediów, gdybym miał Yancey'a... Kto wie?
                                    * * *
  Victor  nie  wychodził  ze  swojego  gabinetu  dwie  doby. Brigg nosiła mu
jedzenie.  Przestała  się o niego niepokoić. Victor wpadł w obłęd i to jedno
było  pewne.  Nie  wiedziała czy w ogóle stawi się na swoją mowę inicjującą.
Tradycją  od wieków było, że obejmujący stanowisko gubernator wygłaszał mowę
inicjującą,  zwaną  również mową powitalną. Na przemówieniu tym przedstawiał
swe plany i założenia i od tego właściwie zależała jego dalsza kariera.
  Vic  od ponad tygodnia przygotowywał się do swojej przemowy i najwyraźniej
nie wyszło mu to na zdrowie. Wyszedł z pokoju w piątek wieczorem i ustalał z
kimś  przez  telefon  szczegóły  dekoracji  i  wystroju, czyli najwidoczniej
zamierzał  jednak  stawić  się  pierwszego w "Guberna Kvida Gripis", budynku
Rady Guberni.


  30.10.2155
  Mam!!!  Znalazłem  to  czego  było  mi  trzeba.  To  opasłe tomisko, które
przyniosłem  od  Hannara,  to  po  prostu rewelacja. Do teraz nie wiem co to
jest,  ale  w  zupełności  mi  to  nie przeszkadza. Wiem, że gdybym nie miał
okularów  do  czytania  parazmysłowego,  to  nic  bym  z niej nie zrozumiał.
Właściwie  to już wybrałem, ale to ma być niespodzianka. Rozmawiałem dzisiaj
z  Swipdalgiem  na  temat  dekoracji. Wszystko będzie na czas. Jutro nic nie
robię.  Cały dzień śpię. Muszę odespać te kilka dni na amfetaminie. Pojutrze
pierwszy dzień mojego nowego życia.
                                                      Victor Yngvie Radswid.
                                    * * *
  Całą drogę do budynku Rady Guberni, Brigg nie powiedziała ani słowa. Za to
Vic   wyglądał  tak,  jak  dziesięcioletnie  dziecko  jadące  do  lunaparku.
Trajkotał  całą drogę. Przed wejściem do budynku zaczepił burmistrza Hannara
i rozmawiał z nim ponad 10 minut.
  Jednego Brigg nie mogła mu zarzucić: wyglądał wspaniale. Nie wiedziała jak
to  zrobił,  ale  bez  śladu  zniknęły cienie pod oczami, twarz wyglądała na
doskonale  wypoczętą.  Tak  jakby  te 10 dni nie były udręką, ale przyjemnie
spędzonym   urlopem.   Victor  zostawił  Brigg  w  głównym  holu  i  poszedł
przygotować  się  do  mowy inicjującej. Brigg szła wzdłuż holu i podziwiała.
Nigdy  wcześniej  nie  była  w "Guberna Kvida Gripis", a tu naprawdę było co
zobaczyć.  Najbardziej zafascynowały ją wirtualne amorficzne pomniki stojące
po obydwu stronach. Trudno powiedzieć co przedstawiały, ale fascynujące było
to,  że  można było przez nie przechodzić jak przez mgłę, nie naruszając ich
struktury.  Pod  sufitem  wisiała  ogromna  kula  ziemska,  księżyc  i  sieć
sztucznych satelitów. I to wszystko w ruchu!
  Brigg chodziła zauroczona. Powoli wybaczała Victorowi jego zdziecinnienie.
Nagle  z głośników dobiegł komunikat oznajmiający, że za 10 minut rozpocznie
się  mowa  inicjująca  Victora Radswida. Brigg z żalem opuściła główny hol i
poszła do windy. Wjechała na 23 piętro, tak jak powiedział jej Vic. Pierwsze
co  uderzyło  ją  przed  wejściem na salę, to uśmiechnięta twarz jej męża na
setkach  plakatów  pokrywających ściany. Na sali również było na co patrzeć.
Ścianę  za mównicą pokrywał przestrzenny pejzaż, przedstawiający piaszczyste
zbocza  gór i czerwonym świetle zachodzącego słońca. Po obu stronach mównicy
stały  wysokie  suche krzaki, a sama mównica wykonana była z grubo ciosanego
kamienia   pokrytego   pęknięciami.  Wokół  rozlegała  się  upiornie  ckliwa
muzyczka, i kolorowe lampki mrugały we wszystkich kątach sali. Ogromny zegar
nad  wejściem  pokazywał  za  cztery dwunastą. Brigg rozejrzała się po sali.
Zobaczyła  burmistrza Hannara z żoną. Był też gruby Swenson. Lonnar, znajomy
Victora  z  gimnazjum  stał przy wejściu i rozdawał fotoulotki z głupkowatym
uśmiechem jej męża.
  Nagle  przygasło  światło.  Przycichły  rozmowy, przycichła muzyka, zgasły
lampki.  Z  pejzażu  schodziła  jakaś postać. Brigg rozpoznała Victora. Jego
sylwetka  robiła  się  coraz  większa  i większa, aż wreszcie dotknął bosymi
stopami  pokrytej  warstwą  piasku  podłogi.  Z  kamienną twarzą podszedł do
mównicy, oparł się o nią rękami i powiedział:
  -  Nie  będiesz  miał  gubernatorów  cudzych  przede  mną! - krzaki po obu
stronach mównicy stanęły w upiornie niebieskich płomieniach...


  12.11.2155 niedziela
  To  ja.  Victor Radswid. Dokładnie Victor Mojżesz Radsvid. Dnia pierwszego
jesiennego objąłem posadę gubernatora Scandii i Nordii. Obecnie znajduję się
w szpitalu psychiatrycznym w Costa Bravo i czuję się świetnie...

Opowiadania: Kleszcze

Autor: Denebola

[op2]                             Kleszcze.

        [ Radosław Scibior - Denebola - ██████████████████████████ ]

  Tekst  ten  jest  zdaniem  moim  i tylko moim, a wszelkie podobieństwo, do
ludzi,  nacji, instytucji jest niezamierzone. Wszystkie informacje dotyczące
głównego  bohatera są prawdziwe, natomiast intensywność zapadania na choroby
przez  niego wywoływane jest jawnym pogwałceniem rzetelnej informacji i jest
grubo przesadzona...

                    DRAMAT NIEŚWIADOMOŚCI W TRZECH AKTACH

  Miejsce  akcji:  Jeden  z kompleksów leśnych, na terenie naszego kraju, ze
wskazaniem  na dzielnice płn-wsch. Rano lub wieczór, wiosna lub przełom lata
i jesieni, nisko nad ziemią.
  Obsada:  Ixodes ricinus ---> (przyszła "kobieta") - kleszcz krajowy Ixodes
persulcatus  (przyszła  "kobieta")  -  kleszcz,  też  krajowy,  aczkolwiek z
rodowodem  często legitymującym się paszportem wspólnym z byłymi żołnierzami
podlegnickich poligonów.

                      AKT I - Rozmowa na źdźble trawy.

  Ixodes ricinus: Wiesz po co wleźliśmy na to źdźbło trawy?
  Ixodes  persulcatus: Wiem, jestem głodny. A jak tylko mnie "ssie" to zaraz
lubię podróżować dokładnie w kierunku odwrotnym do przyciągania ziemskiego.

  Ir:  Wyrażaj  się  fachowo!  Wyjaśnij wszystkim, ze na "ssaniu" wykazujemy
geotropizm ujemny.
  Ip: Da.
  Ir: A tak właściwie to skąd się wziąłeś?
  Ip: Z tajgi, przywlokłem WAM tu nową, milą chorobę.
  Ir: Tak?
  Ip:  Borelioza,  krętek  opisany i nazwany dopiero w 1982 roku, aczkolwiek
nie   martw  się,  był  już  wcześniej  znany  w  USA  pod  nazwa  "rumienia
wędrującego".
  Ir:  Mi  osobiście  prawdopodobnie  nic nie zrobi, podobnie jak i tobie, a
można przez przypadek :( komuś przekazać taki prezent.
  Ir:  Ja  tam  mam  w  swoim  repertuarze  głownie,  wirusowe  odkleszczowe
zapalenie  mózgu,  a  moje  kumpelki  wspominały  cos  o jakiejś gorączce Q,
tularemii, babeszjozie...
  Ip: A znam... znam.
  Ir: Cicho! Zbliża się "taksówka".
  Ip:  Taaaaak!  Wyczuwam to. Chociaż jesteśmy totalnie ślepi, to jednak ten
wynalazek ---> Organy Hallera - to jest to!
  Ir: Nie filozofuj, tylko wystawiaj przednią parę nóg!
  Ip: Czuje tylko... hmmm kwas mlekowy, nic octowego!
  Ir: Cholera! to pewnie jaszczurka. Jedziemy?
  Ip:  No  cóż!  Nie  grymaśmy.  Jesteśmy  przecież  tylko  nimfami  (postać
larwalna) i nie nam czatować na ludzi. Nie martw się z czasem podrośniemy.
  Ir: Skaczmy!

  (Na jaszczurce, tu równie dobrze można wstawić drobne gryzonie)

  Ir: I jak ci się podoba?
  Ip: Super... muszę znaleźć jakieś miejsce na posiłek.
  Ir: No faktycznie, po co jeść na podłodze jak można przy stole!
  Ip: U człowieka prosta sprawa! --> pachwiny, pachy, kark... a tu? Wszędzie
te łuski...
  Ir: Sam decydowałeś! :)

       AKT II - Kiedyś, po konsumpcji -> dosłownie i w przenośni ;))))

  (drastyczne  szczegóły  ze  względu na odbiorców w rożnym wieku, świadomie
zostały pominięte)

  Ir: Coś tak zbrzydł? Wyliniałeś!!!
  Ip: Lepiej spójrz na siebie... Przybyła ci jedna para nóg. Fe :(
  Ip: Teraz wyglądamy już dokładnie jak owady.
  Ir:  Nawet  nie  mów  takich  głupot.  Przecież  jesteśmy najprawdziwszymi
pajęczakami.
  Ip: Pomyliło mi się.
  Ir: U was to normalne.
  Ir:  Wypadałoby  poszukać  sobie  teraz  jakiegoś chłopca. W sumie nic nam
teraz  nie  brakuje.  Patrz  4  pary  nóg,  ładna  "twarz" (tu patrz tekst w
nawiasie wyżej ;)))
  Ip: Ale, aby złożyć jaja potrzeba nam krwi!!!
  Ir: A co już zgłodniałeś? No to jazda na ten krzak!
  Ir:  Czujesz?  Ktoś  się  zbliża. Nie znam go, ale chyba jest w sam raz! Z
pewnością   zaczepi  nasza  gałąź!  Te  188  cm  wzrostu!  Nie  widzę  innej
możliwości! A i tak słyszałem, że jak był ostatnio w Lasach Janowskich ledwo
uszedł koleżankom!
  Ip: Nam się nie wywinie!!!
  Ir: Ciekawe czy szczepiony?

                     AKT III - (Na mnie)... lub na Tobie

  Hmmm... Pamiętam te czasy, kiedy z wielką przyjemnością gawiedź zapełniała
wszystkie wolne polanki w najbliższym kompleksie leśnym. Majówki, pikniki...
i  inne formy spędzania wolnego czasu. Nie można zapomnieć tu o rożnej maści
grzybiarzach  lub  innych  pozyskiwaczach  owoców  krzewinek  z runa. Ale od
niedawna  mamy  jakieś opory, niekoniecznie moralne przed odwiedzaniem lasu.
Temat  naszych  trosk  podczas  leśnych  wycieczek  powraca często na ramach
prasy,   a   jeszcze   do   niedawna   był  jednym  z  ważniejszych  tematów
telewizyjnych.  Czy  domyślacie  się  już  o  czym mowie? Już widzę tę gęsią
skórkę i przeraźliwe wzdryganie się na sama nazwę: KLESZCZE

  Chciałbym  na spółkę z Wami prześledzić dzieje prawdy i wiele mitów, które
narosły,  a czasem nawet przerastają nasze możliwości percepcji zagadnienia.
Nie  śmiem twierdzić, ze jestem nieomylny Jeżeli chcecie wierzcie mi, jeżeli
nie... każdy z nas ma wybór :) Jak świat światem istnieją przecież sceptycy.
Nie przeraża mnie kleszczofobia!!! Bo tak naprawdę to nic się nie da zrobić.
  Ale  po  kolei.  Z racji wykonywanego zawodu (zoolog), czasem bywa tak, że
przez  pewne okresy w roku, las staje się moim drugim domem. Tutaj bowiem po
krzewinkach   uganiają  się  tabuny  różnokolorowych  owadów,  których  rola
sprowadza  się  (z  mojego  egoistycznego  punktu  widzenia, na dostarczaniu
materiału  do  publikacji), z ich - głownie do najedzenia się i przedłużenia
gatunku. Jakże to proste! No i nie płaci się podatków! W lesie zdarza się mi
czasem  spotkać i innych ludzi związanych z lasem (leśnicy, pilarze itp), no
i oczywiście rodowitych mieszkańców czyli m.in. kleszcze. Tu zwrócę uwagę na
zagadnienia  moralne.  Kto  w lesie jest dla kogo intruzem? Ja dla kleszcza,
czy  kleszcz dla mnie? Sądząc po wielkości mózgu, jaki posiada kleszcz, jest
to  tylko wyłącznie mój problem. Dla kleszcza to sprawa drugorzędna. Jak już
wcześniej  wspomniałem  dla  kleszcza  ważny jest głownie rozród. Posiada on
nieco  innż  niż  nasza,  strategię  rozmnażania.  Jako,  ze większość ludzi
biegłych  w  zagadnieniu  uważa  go za pasożyta, powinien być dość płodny! I
jest!
  Czym  jest  kleszcz?  Kleszcz  jest stawonogiem, a dokładniej pajęczakiem.
Każde  nazwanie go owadem jest wielkim nieporozumieniem. Należy on bowiem do
podgromady  roztoczy  i z pewnością do twarzy mu tym samym z liczba czterech
par odnóży, podobnie jak blisko z nim spokrewnionemu pająkowi krzyżakowi.
  Spośród  narządów  zmysłu kleszcz posiada zazwyczaj receptory reagujące na
bodźce  mechaniczne,  chemiczne, termiczne, świetlne (niektóre gatunki) oraz
osmoreceptory,  hygroreceptory i receptory promieniowania cieplnego. Całkiem
nieźle  jak na zwierzątko dochodzące w porywach do 3-5 mm, a po zaspokojeniu
głodu osiągające niewiele ponad 1 cm.
  Zasadniczo kleszcze są ślepe. Niektóre tylko posiadają receptory reagujące
na zmiany natężenia światła. Jak więc znajdują żywiciela?
  Otóż na pierwszej parze nóg posiadają one chemoreceptory odkryte i opisane
przez  Hallera  pod  koniec  XIX  w.  i  nazwane  na cześć odkrywcy organami
Hallera.  Za  ich  pomocą  kleszcz wyczuwa żywiciela. Reagują one głownie na
kwas  mlekowy  (produkt  pracujących mięsni) i octowy (zawarty w pocie). Gdy
kleszcz  wyczuwa  zbliżającą  się  ofiarę,  przechodzi na nią, zahaczając ja
nogami,  lub  rzadziej  - na nią spada. Kleszcze posiadają w rozwoju stadium
larwy,  która  rożni  się  od postaci dorosłej głównie budowa i ilością nóg.
Zwykle też larwa (nimfa) napada na małe gryzonie, a nawet jaszczurki. Głodne
kleszcze  wykazują geotropizm ujemny, tym też należy tłumaczyć wspinanie się
na  rożne  trawy. Po opanowaniu żywiciela wędrują one w poszukiwaniu miejsca
przyczep.  Jest  to  całkiem  zrozumiale...  Każdy  lubi jeść w komfortowych
warunkach.  Tym  bardziej,  ze  chodzi  o  to,  by  dostęp  do  posiłku  był
najłatwiejszy   (lokalizują   one  miejsca  silnie  ukrwione  z  delikatnymi
pokrywami skórnymi --> kark, podgardle, pachwiny, pachy, sutki).
  Po  przedostaniu  się  na  ciało  żywiciela, kleszcz nawet do kilku godzin
pełza  w celu odnalezienia odpowiedniego "stolika". Najbardziej interesujący
nas  gatunek  Ixodes  ricinus - kleszcz pastwiskowy (zwany także pospolitym)
wykazuje  dwa  sezony aktywności głodnych osobników: wiosnę i przełom lata i
jesieni.  Najbardziej  rozreklamowaną chorobą wywoływaną przez kleszcze jest
odkleszczowe  zapalenie  mózgu (wywoływane przez wirusy z grupy Flavivirus).
Kleszcze  na  świecie  na  chwile  obecną przenoszą ok. 130 gatunków znanych
arbowirusow,  20 gatunków krętków (bakterie), 20 gatunków riketsji, grzyby i
ponad 200 gatunków piroplazm (pierwotniaki chorobotwórcze).
  Co  zatem z kleszczofobia??? Kleszcze były, są i będą. Skąd wziął się boom
na  sczepiania?  Tu  można  jedynie  spekulować na ten temat. Weźmy oto taki
przykład,  który może być nieprawdziwy, ale oddaje mój zamysł. Powiedzmy - w
miejscach  dystrybucji i sprzedaży leków w naszym kraju leży na polkach masa
preparatów  ściągniętych  na przykład z zachodu. Zapotrzebowanie na nie jest
niewielkie...  A  okres  przydatności  do  użycia  się  kończy.  Przecież to
olbrzymi szmal! Czy można go umoczyć? No skąd!!! Wiec nagłaśnia się sprawę w
mediach  i  wszystko  schodzi  jak cieple bułeczki. Pamiętacie ile to razy w
1995  roku  mówiono  o  kleszczach  w  telewizji? A teraz mamy rok 1996, dwa
główne  maksima  występowania  kleszczy  w  lasach  za  sobą  i cisza. Chyba
sprzedano zatem wszystko:)))

          A teraz kilka znanych mi faktów przejaskrawienia sprawy:

  1)  W  tym roku na Lubelszczyźnie pojawiło się wiele przypadków wirusowego
zapalenia mózgu. Wszystkie na drodze pokarmowej! Jeden jedyny wywołany przez
kleszcza!!!
  2)   Szybkie  usuniecie  kleszcza  nawet  zarażonego,  niekoniecznie  musi
prowadzić   do   choroby   u   człowieka.   Okres  aktywacji  wirusa  wynosi
prawdopodobnie +- 48 godzin.
  3)  Oprócz  wirusowego zapalenia mózgu kleszcze przenoszą dużo groźniejsze
choroby  - borelioze (zw. też rumieniem wędrującym), gorączkę Q, tularemie i
wiele innych, o szczepionkach przeciw którym nie słyszałem.
  4)  Pewien  lekarz  z  Lublina  przyjął  szczepionkę  i  jego odporność po
szczepieniu  na  wirusa  wynosiła zero (!!!), czyli wcale się nie uodpornił.
Pomogło  tyle  co  nic.  Tym  samym wcale nie mam pewności czy warto zasilać
komukolwiek kieszeń!
  Prawdopodobieństwo  zachorowania  jest  jak  5  w totolotku Wiec może i Ty
powinieneś  zakupić  kupon.  Ja  nie  przepadam za grami losowymi. Wiec będę
dalej żył obok tych krwiopijnych istot rezygnując dobrowolnie z (tu nie chce
robić  antyreklamy  - wiec wstawcie sobie nazwę dowolnej szczepionki przeciw
wirusom przenoszonym przez kleszcze) na koszt nowej pary adidasów. Nasz kraj
charakteryzuje przecież to, ze przepadamy przereklamowywać rzeczy i straszyć
nieświadomych ludzi dla zarobku. Taka to już nasza polska natura...
  Nie  przeczę,  ze  jest teraz w sprzedaży bardzo wiele skutecznych środków
odstraszających  (!!!)  oprócz komarów także kleszcze. Również za niektórymi
witaminami,  głownie  z  grupy  B  nie  przepadają te zwierzątka. Jak jednak
"udowodniłem'  w akcie I i II są one na tyle inteligentne, ze potrafią wejść
nawet przez nogawkę od spodni!
                     WIĘC UWAGA!!! KLESZCZE NIE SPIĄ!!!
  A  najgorsze  jest  to,  ze  znam w tej chwili dwie osoby z Lublina, które
zaszczepiły się i chorują na borelioze! I co Wy na to?
  Gdyby  nasunęły  WAM  się jakieś pytania, piszcie. W miarę możliwości będę
starał się na nie odpowiedzieć :))))


Ogłoszenia

Autor: Reporter

  Możesz  tu  umieścić  dowolne, nie komercyjne ogłoszenie, dotyczące każdej
tematyki o długości do 5 linii. Nie zapomnij podać swoich namiarów i w miarę
możliwości przyślij ogłoszenie w takiej formie jaką widzisz poniżej.



[og1]                            Strony WWW

  Nadawca: Cobretti [ █████████████████ ]
  Odnowiłem  moje  strony,  teraz  są  już  z  polskimi literkami. A wkrótce
niespodzianka. Zapraszam do brania udziału w quizie na mojej stronie.
Moja strona     : http://www.cto.us.edu.pl/~majgier/
Strona Reportera: http://venus.wis.pk.edu.pl/cobretti/



[og2]                             Poszukuję

  Nadawca: Yellky [ ██████████████████ lub ██████████████ ]
  Zbieram   tablice   rejestracyjne.   Polskie,  zagraniczne,  z  samochodów
osobowych,  z motocykli, aktualnych i starych, w lepszym lub gorszym stanie.
Kolekcjonuję tablice amerykańskie i kanadyjskie, a pozostałe są mi potrzebne
do  wymieniania  się.  Gdybyś  miał zbędne tablice to proszę o kontakt, a na
potwierdzenie zapraszam na http://www.man.katowice.pl/~labe/LicensePlates


  Nadawca: Artur Slusarczyk [ ████████████ ]
  Szukam   chętnych  nie  mających,  co  zrobić  z  dlugopisami-reklamówkami
wszelakiego  rodzaju  firm  i produktów, od piekarni do potężnych koncernów.
Jeśli posiadasz takowe i nie są Ci one niezbędne, to bardzo chętnie się nimi
zajmę,  ale  nie  w  celach  literackich,  a  jedynie hobbystycznych. Z góry
dziekuję:))) Może uda mi się zrewanżowac!


  Nadawca: Cobretti [ █████████████████ ]
  Wciąż  czekam  na  bilety  z  wakacji.  Zawsze  po  wakacjach  jest  ich w
nadmiarze,  a  dla  mnie  to  okazja do wzbogacenia mojej kolekcji. Za każdy
jestem bardzo wdzięczny. Więcej o moim hobby możesz poczytać na stronie WWW.
Adres: http://www.cto.us.edu.pl/~majgier/bilety.html



[og3]                             Dziękuję


  Nadawca: Karinka [ ███████████████████████ ]
  Chciałam  podziękować  wszystkim,  którzy  w jakikolwiek sposób reagują na
moją twórczość radosną:))). Dzięki Wam. Pozdrawiam i buziaczki:)))

Reporter 8/1996

Wstępniak: Sprawy techniczne

Autor: Cobretti

[ws1]                        Sprawy techniczne.

             [ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]

  Tak.  Nowy numer pojawił się jak zwykle. Od dzisiaj startuje nowy konkurs,
o  którym  możesz  sobie  poczytać  na końcu Reportera. Mam nadzieje, że się
przyjmnie.
  Zapowiadam  już  cykl  artykułów  na  temat  histori muzyki napisany przez
Tomasza  Stasia, bardzo zresztą konkretny - autor jest u mnie w Bazie Wiedzy
jako expert od tego zagadnienia.
  Zachęcam   do   przysyłania  swoich  prac  do  FTP'a  Reportera.  Promocja
niesamowita, nie wiem czemu tego nie wykorzystujesz.
  Wciąż  piszę  numer  półroczny Reportera, który będzie obejmował wszystkie
dotychczasowe  numery  oraz  dodatkowo  kilkadziesiąt innych tekstów. Będzie
rozprowadzany  jako  magazyn  dyskowy do odpalenia na komputerach PC. Jeżeli
chcesz  zamieścić  w  nim swoje namiary (adres domowy, adres internetowy - w
celu  nawiązania  kontaktów lub w celach informacyjnych) to koniecznie mi je
przyślij. Do końca roku pozostało już nie całe 2 miesiące.
  Jak  zauważyłeś,  grafika  w tym numerze jest taka sama jak w poprzednich.
Niestety   Grafik   przestał  działać,  więc  poszukuję  kogoś  chętnego  do
wykonania  oprawy  graficznej  (ASCII)  Reportera.  Szukam  też  chętnego do
wykonania stron WWW dla kolejnych numerów Reportera, bo jak do tej pory jest
to  zwykły  tekst, nieciekawie wyglądający. Projekt stron jest u mnie, tylko
się zgłoś. Ja niestety nie mogę się tym zająć z braku czasu.
  No  i  czekam  na  teksty do Reportera. Gazeta może nie mieć czytelników i
można  ją  wydawać, ale jak nie ma tekstów to niestety nie ma co wydać:-) Im
więcej  tekstów,  tym będą one ciekawsze, bo będzie z czego wybrać. Więc bez
wahania przysyłaj to co napiszesz.
  I   promuj   Reportera  na  sieci  -  podsyłaj  znajomym,  polecaj  każdej
dziewczynie  i każdemu facetowi. Przy okazji wspomnę, że dość sporą promocję
zafundowała  mi  rozgłośnia  radiowa  RMF,  gdzie  strona  Reportera wygrała
konkurs  na  stronę  tygodnia. A okazało się także, że moje strony pojawiają
się  w  prasie,  np.  w  Młodym  Techniku  nr 8/96. I też jest to dość dobry
sposób, żeby Reporter stał się nieco bardziej popularny. A póki co, przestań
czytać  tego  wstępniaka  i  przejdź  do sedna sprawy (tzn. ciała magazynu -
ładnie brzmi, co nie?).

Na szybko: Bóg dusza wiara

Autor: Bart

[sz1]                        Bóg, dusza, wiara.

                                  [ Bart ]

  Człowiek  ma ciało, które żyje. Ale ciało przestaje w końcu żyć - człowiek
umiera.  Człowiek  wtedy  nie  jest.  Wierzę, że nie umiera dusza człowieka.
Teraz  jest  w  ciele,  a  potem?  Dowiem się przecież i tak w swoim czasie.
Wierzę, że mam duszę. Jest tym, co nieutracalne. Warto szukać tego, bo nigdy
jej nie utracimy, a życie utracimy.
  Czy stracimy życie? Raczej stracimy ciało. Ciało umiera. Umiera tez to, co
stanowi   o   naszej   umysłowości:   mózg,   układ  nerwowy,  inteligencja,
umiejętności,  odruchy, ale tez i uczucia, emocje. Co nie umiera? Nie umiera
dusza  czlowieka,  tak przynajmniej wierzę. Czym jest nasza dusza? Czy żyjąc
można się przekonać, czym jest dusza?
  To,  co napisałem wcześniej o umieraniu może być błędne, Bóg mógł przecież
to,   czym  jest  dusza,  uzupełnić  neurotransmiterami,  istotami  szarymi,
synapsami, itd.- tak byśmy myśleli, że gdy ciało przestaje funkcjonować - to
przestaje  funkcjonować  także i umysłowość człowieka. Tego nigdy nie da się
sprawdzić.  Tego  nie  wiemy.  Czy  trzeba  się  odwoływać  do  biologii, by
stwierdzić,  ze  wraz  ze śmiercią ciała umiera tez umysłowość i uczuciowość
człowieka?
  Nawet   nie  jestem  przekonany,  czy  można.  Bo  czy  nie  badamy  ciała
narzędziami,  które nam to ciało dało? Jeżeli tak, to czy można w pełni ufać
tym narzędziom? Zdaje się, ze ciało może poznać w pełni tylko dusza, ona nie
zawiera  się  w  ciele,  a  je  przekracza  i tylko jest złączona z ciałem w
człowieku. Co to jest - ta dusza?
  Człowiek nie zna i trudno mu poznać odpowiedzi na wszystkie pytania. Można
powiedzieć,  że  nie może ich znać. Może za to przyjąć pewne odpowiedzi. Czy
jest Bóg? Nie wiem. Za to wierze, ze jest. Dla mnie Bóg jest. Inny powie, że
Boga  nie  ma.  A skąd to może wiedzieć? Może za to wierzyć, że nie ma Boga.
Ateista  to  człowiek  wierzący  w to, że nie ma Boga. Czy można w ogóle nie
wierzyc?  Nie.  Jeden  wierzy Bogu, inny swemu rozumowi, temu co widzi, inny
temu,  co  mu  się  śni...  Wszyscy w coś, czemuś wierzymy. Dlaczego? Bo nie
znamy odpowiedzi na wszystkie pytania.


Na szybko: Podatki & Bowe w sieci

Autor: Cobretti

[sz2]                              Podatki.

             [ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]

  O  podatkach  w  Danii  pisze  Tro_  w  sekcji  Reportaże. Dodam tylko, że
największe  podatki  są  właśnie w Danii i wynoszą one 51.7 procent produktu
krajowego  brutto.  Zaraz  po Danii plasuje się Szwecja - 50.2 procent, a na
trzecim miejscu Belgia - 45.9 procenta.
  W  większości  uprzemysłowionych  państw,  podatki  wahają się od 35 do 45
procent produktu krajowego brutto. W Europie Zachodniej średni poziom wynosi
40.8 procent, a dla przykładu w USA i w Japonii - 27 procent.



[sz3]                          Bowie w sieci.

             [ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]

  David    Bowie    istnieje    również    w    Internecie.    Pod   adresem
http://www.davidbowie.com można uzyskać jego ostatni singiel "Telling Lies",
który  jest dostępny wyłącznie przez Internet, co jest małą ciekawostką. Sam
David Bowie tworzy nie tylko muzykę, ale również specyficzną atmosferę, jaka
toważyszy  jego  nagraniom. Tym posunięciem zaskoczył na pewno swoich fanów,
którzy  niebawem będą mogli zakupić najnowszy jego album, nad którym pracuje
teraz w Nowym Jorku.

Warsztat: Jak pisać Java-scripty dla lynxa

Autor: Fish

[wa1]                 Jak pisać Java-skrypty dla Lynxa?

             [ Piotr Trzcionkowski - Fish - ██████████████████ ]

  Oczywiście  nie  można  zmusić lynx'a by potrafił wykonywać takie skrypty.
Można  jednak  przekonać go by pewne fragmenty hipertekstu ignorował, a inne
wykonywał.   Istnieje   pewna   właściwość   pozwalająca   wpleść  skrypty w
hipertekst.  Chodzi o to, że przeglądarka zgodnie z rozsądkiem po napotkaniu
nieznanego   znacznika  powinna  go  zignorować.  Tak  zachowuje  się  wiele
przeglądarek  w tym lynx. Nie dało to nam jednak ukrycia skryptu. W tym celu
całą  zawartość  skryptu  między  znacznikami  <script>  a  </script> należy
dodatkowo umieścić w komentarzu <!-- --> np.

<script>
<!-- tu już jest komentowanie
tu należy umieścić instrukcje java script
// --->
</script>

  Spora  część skryptów tworzy tekst HTML przy użyciu metod write i writeln.
Przy  tej  okazji w skrypcie często potrzebne są znaczniki formatujące HTML.
Okazuje  się,  że powodują one, że lynx resztę tekstu uznaje już za normalny
hipertekst.  Wydaję  się więc, że cała robota poszła na marne. My tu chowamy
a  lynx  odkrywa.  Panaceum  na  takie  zachowanie  jest  zakodowanie znaków
mniejszości  i większości będących elementami znaczników hipertekstu. Użyłem
w  tym celu funkcji unescape(argumenty). Parametrem tej funkcji jest łańcuch
znakowy   zawierający  zakodowane  (zwykle  szesnastkowo)  znaki.  W  wyniku
otrzymujemy  rozkodowane  znaki.  Skoro lynx nie potrafi ich rozkodować to i
nie  będą  mu  przeszkadzały. Tymczasem Netscape Navigator poradzi sobie bez
problemu. Fragment pliku zawierający skrypt niewidoczny dla lynx'a:

<ul>
<SCRIPT language="javascript">
<!-- begin JavaScript --
var op1=unescape("%3C"); // to znacznik otwarcia tagu <
var op2=unescape("%3E"); // a to zamknięcia >
{
document.write(op1+"li"+op2);
document.write("opcja widoczna tylko dla netscape");
document.writeln(op1+"/li"+op2);
}
//-- end JavaScript -->
</script>
<li>opcja widoczna dla lynx'a i dla netscape'a</li>
</ul>

A tutaj poniżej efekt jego działania:

dla netscape'a
.    opcja widoczna tylko dla netscape
.    opcja widoczna dla lynx'a i dla netscape'a

dla lynx'a
.    opcja widoczna dla lynx'a i dla netscape'a

  Należy zwrócić uwagę, że wiele znaczników HTML można zastąpić odpowiednimi
metodami  bold, sub, strike, small itp. Więcej informacji o JavaScript można
znaleźć pod http://www.netscape.com/ Lepiej ściągnąć te informacje do siebie
w postaci plików HTML.

Reportaże: Hacker i Samuraj

Autor: Juan

[re1]                         Hacker i Samuraj.

            [ Andrzej Bort - Juan - ██████████████████████████ ]

  Największy przestępca komputerowy w sieci... łamie zabezpieczenia, wdziera
się do banków...
  Autor: Jeff Goodell
  Tytuł: Hacker i Samuraj
  Tytuł oryginału: The cyberthief and the samurai.
  Podtytuł:  Prawdziwa  historia  Kevina  Mitnicka  i  człowieka,  który  go
schwytał.
  Wydawca: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne
  Rok wydania: 1996 (Oryginał: 1996)
  Przekład: Andrzej Ceynowa
  Ilość stron: 222
  ISBN: 83-85416-52-8

  W  sobotę poszedłem do biblioteki. I już wybrałem wszystkie książki, kiedy
coś  mnie  tknęło,  żeby zobaczyć, co zostało wystawione w kąciku nowości...
Znalazłem    powyższą   książkę   (która   rzeczywiście   jest   nowością) i
zainteresowany  tytułem  postanowiłem ja wypożyczyć. Na początek (jako wstęp
do  tej  małej  recenzji)  przytoczę  tu  tekst  znajdujący się na ostatniej
stronie okładki:

  "Kevin  Mitnick był najbardziej poszukiwanym hackerem na świecie. Nazywali
go  "Kondorem"  i  "Obywatelem Cyberpunkiem". Był buntownikiem. Samotnikiem.
Biednym  dzieciakiem  z  Kalifornii,  który  grał  na  nosie  społeczeństwu,
wdzierając się do sieci telefonicznych, central międzynarodowych korporacji,
a być może nawet do komputerów Naczelnego Dowództwa Armii Amerykańskiej. FBI
nie  mogła  sobie z nim poradzić. A przecież tak bardzo się starali! I wtedy
Kevin  Mitnick  dokonał  "niemożliwego":  wdarł  się do osobistego komputera
człowieka uważanego za mistrza cyberochrony, do komputera Tsutomu Shimomury.
W  komputerze  były  dane  dotyczące  najnowszej  generacji  elektronicznych
zabezpieczeń    oraz    supertajnych   narzędzi   używanych   przez   służby
bezpieczeństwa   do   włamywania  się  i  nadzoru  policyjnego.  Shimomura -
współczesny  samuraj  intelektu  zawziął  się,  by  Kevina powstrzymać. Miał
niezbędne  do tego zabawki i inteligencję. Dla tego największego eksperta od
przestępstw komputerowych sprawą honoru stało się postawienie przed obliczem
sprawiedliwości  najgroźniejszego  przestępcy  komputerowego na świecie. Ale
Autostrada  Informatyczna  to  świetne  miejsce do ucieczki bez końca. I tak
zaczęła się wojna samuraja i cybernetycznego bandyty."

  Szczerze  mówiąc,  zaintrygowała  mnie  ta książka, nie tylko tytułem, ale
także  (a  może  przede  wszystkim)  tą  recenzją na końcu książki... Zwykle
recenzja  dla  mnie  nie  jest  autorytetem.  Kiedy  widzę recenzję na końcu
książki,  staram się nie sugerować nią, ale przewertować książkę, przeczytać
w  kilku  miejscach  po jednej stronie z książki, żeby dowiedzieć się, czego
taka  książka może być warta, czego można się spodziewać. Musze przyznać, że
tu tego nie zrobiłem. Ale tzw. "nos" mnie nie zawiódł. We wstępie do wydania
polskiego tłumacz pisze m.in.:

  "Historia  Kevina  to  historia  chłopaka,  który  mógłby  zostać  wielkim
Carnegiem,  gdyby  nie  został skazańcem. (...) Historia jest autentyczna, a
oczekując  z napięciem dalszych losów Kevina poznajemy całą sprawę rzetelnie
przedstawioną  na  tle  kroniki  amerykańskiej hackerki ostatnich dziesięciu
lat.  Zainteresuje  i  entuzjastę  komputerów,  i  obserwatora  współczesnej
Ameryki, i miłośnika dobrego kryminału. Czy kogoś pominąłem?"

  Tyle  cytatu.  Książka  składa  się  z  pięciu  rozdziałów;  pierwsze dwa:
"Ucieczka" i "Grzech pierworodny" ukazują początki działania takich osób jak
Kevin,  sposoby  ich  działania,  pozyskiwania przez nich informacji, motywy
które  kierują  ich działaniem. Podkładanie sobie "świni" powoduje nie tylko
narastanie  konfliktów,  ale doprowadza do donoszenia wzajemnie na siebie do
organów  ścigania.  Powoduje  to  oczywiście konieczność ukrywania się. Te i
inne  przyczyny  powodują  zamknięcie  drzwi  przed takimi osobami jak Kevin
przez  wielkie  firmy,  które  nie  chcą  ich  widzieć  w  szeregach  swoich
pracowników.  Dla  hackerów  pokroju  głównego  bohatera celem jest zdobycie
pracy. Oczywiście, w przemyśle komputerowym. Szczytem marzeń jest praca jako
programista   czy   jako  specjalista/konsultant  do  spraw  bezpieczeństwa.
Zamykanie  się  ludzi  pokroju Mitnicka we własnym świecie, gdzie są idolami
dla  innych, młodych hackerów jest konsekwencją tego faktu. Myślą tylko, aby
złamać  jak  najwięcej  systemów, oszukać jak najlepsze firmy, jak najdłużej
się  ukrywać.  Często posuwają się do szantażu, i to zarówno wśród ludzi "ze
środowiska",  jak  i  ludzi  pracujących  w  firmach,  w  których  chcieliby
pracować.
  Następne  dwa  rozdziały,  noszące  tytuły  "Pościg"  i "Wejście samuraja"
przedstawiają  sposób  tropienia przestępcy przez innych speców od security.
Przedstawione  są  m.in.  jeden prywatny list Kevina Mitnicka z osobą, która
donosiła  na  niego  do  FBI, a także artykuł z Usenet News (grupa alt.2600)
odnoszący  się  do  aresztowania Kevina przez FBI (jeszcze w czasach "młodej
hackerki").  Obydwa  artykuły przetłumaczono. Dodatkowo, opisany jest sposób
śledzenia Kevina. Hacker, używający przenośnego laptopa i modemu komórkowego
jest  śledzony, namierzany i podsłuchiwany przez FBI i inne osoby pomagające
tej organizacji. Wszystko za pozwoleniem i w majestacie prawa.
  Ostatni  rozdział  "Śnieg w oczy" jest swego rodzaju posłowiem, epilogiem.
Kevin  został  ukazany  w  masmediach jako uosobienie zła. Nie było to takie
trudne, zważywszy na to, że wtedy, gdy Kevin zaczynał "bawić" się w hackera,
świadomość  komputerowa  społeczeństwa  była  zerowa.  Dla nich komputer był
nadal  symbolem,  przysłowiową  czarną  skrzynką,  a  włamywacze komputerowi
kojarzyli   się  całemu  społeczeństwu  (z  wyjątkiem  garstki  nielicznych,
uświadomionych  osób)  z  łomami,  młotami,  siekierami  i  innymi symbolami
"pracy" zwykłych włamywaczy.
  Po  całym  tym  zamieszaniu świadomość komputerowa oczywiście wzrosła. Nie
jest  to  takie  trudne  do wyobrażenia sobie, chociażby ze względu na stale
rozwijający   się  rynek  komputerów,  usług  komputerowych  (boom  na  sieć
Internet), a także, a może nawet przede wszystkim na malejące ceny produktów
najnowszej  techniki,  co  pozwalało na coraz szerszy dostęp do tego "szarym
ludziom".  A  większość  ludzi  pokroju  Mitnicka  żyło  cały czas z piętnem
przestępców, ich obciążano winą za bezprawie panujące na Internecie. Policja
potrzebowała  symbolu,  a  media  takowego  wykreowały  i dostarczyły. Kevin
Mitnick,  żydowski chłopak z Panorama City był ścigany przez prawo. Skończył
w  więzieniu,  a  inni  zbili  na  tym  fortunę. Po przeczytaniu tej książki
zacząłem myśleć, co by było, gdyby... Gdyby znalazł pracę w przemyśle, gdyby
się  nie  włamał  do komputera Shimomury, gdyby... Właśnie... Często w życiu
mówimy  "gdyby"...  Ludzie różnie to nazywają: Bóg, opatrzność, przypadek...
Sedno  w tym, że takie przypadki często decydują o losach ludzi. Osobiście w
takim  zakończeniu  widzę tylko jeden pozytyw: uświadomienie społeczeństwu o
nadchodzącej  (nie  waham  się  tego  stwierdzić)  nowej  epoce w dziedzinie
przekazywania   informacji,   jak   również   o  niebezpieczeństwach  z  tym
związanych.
  W  trakcie  czytania  całej  książki  przewijają  i  pojawiają  się  znane
wszystkim  interesującym  się  techniką komputerową nazwy firm, organizacji,
systemów  operacyjnych,  pośredników dostępu do Internetu (celowo nie używam
nazwy "provider":-)), a także programów i osób znanych w sieci Internet. Nie
chcąc  nikomu  robić  darmowej  reklamy  (ani  przeciwnie,  zabierać rynku),
chciałbym wymienić kilka nazw:
  Digital  i jego produkt, VAX/VMS (Kevin był specem od tego systemu), SCO i
jej   wersja   Unix'a,  Netcom,  wspomniane  już  Naczelne  Dowództwo  Armii
Amerykańskiej  i  ich maszyna NORAD (spopularyzowana w filmie "Gry Wojenne";
zresztą   Mitnicka   porównywano   często   do   głównego  bohatera  filmu),
elektroniczne  magazyny  hackerskie:  2600  -  The Hacker Quarterly, Phrack,
Wired, "Cyberpunk", przysłowiowa biblia hackerów, Central Emergency Response
Team (CERT), Electronic Frontier Foundation (EFF), Crack, Satan (jak również
jego autor, Dan Farmer).
  Dla  potencjalnych  hackerów  mam  smutną  wiadomość:  Nie  ma opisów, jak
włamywać  się  do  komputera:-) Zostały tylko zasygnalizowane pewne techniki
zdobywania nieautoryzowanego dostępu do maszyn.
  Czytając  tę  książkę,  zauważyłem  kilka  pomyłek,  których nie chciałbym
nazywać  błędami,  wołałbym  nazwać  je nieścisłościami: dla przykładu, logi
systemowe  zostały  przetłumaczone  jako "dzienniki systemowe" (po angielsku
logbook  to  dziennik  okrętowy),  często  pojawia  się  wyrażenie  "notatka
e-mail",  IRC  został  przedstawiony  jako  kanał głosowy (!) na Internecie,
program  Crack  został  przedstawiony  jako  "Cracker", a program Satan jako
"Szatan"...  Ale  to  są drobiazgi, nie zniekształcające idei książki, i nie
odbierające przyjemności jej czytania (takie jest moje skromne zdanie).
  Akcja  porównywalna  z  akcjami w książkach Folleta czy McLean'a, a jednak
nie jest to fikcja literacka, lecz, jak pisze autor, "żywo napisana historia
wzlotów  i  upadków Kevina Mitnicka, jednego z negatywnych bohaterów naszych
internetowskich  czasów".  Powinna  zainteresować  każdego, kto lubi książki
akcji,  łączące  w  sobie  niebanalność,  rzeczywistość  i nierzeczywistość,
komputery,  sieci  komputerowe  i  stosunki  międzyludzkie.  Zaprawienie jej
odrobiną  psychologii,  ludzkich  problemów  i namiętności, a także fakt, że
uświadamia  czytelnikowi  o  problemach  stwarzanych przez nadchodzącą epokę
nowego,  jeszcze  nie  do  końca  opanowanego  medium  jakim  jest Internet,
sprawia, że książkę czyta się jednym tchem. Polecam!
  Na  marginesie chciałbym zauważyć, że książka została wydana w oryginale w
1996 roku. A pierwsza osoba wypożyczyła ją z biblioteki 23 lipca 1996. Brawa
dla polskiego wydawcy!


Reportaże: List z Hameryki

Autor: Justyna Woźniak

[re2]                         List z Hameryki.

               [ Justyna Woźniak - ████████████████████████ ]

  No  i  stało  się. Siedzę sobie w małym rupieciu zwanym samolotem Polskich
Linii  Lotniczych  LOT i czekam na start. Obok mnie Daria, przede mną siedzą
Tomek  i Mariusz, a za mną Ania i Madzia. O Jezusicku, gdzie to nas wywiewa.
Samolot  gwałtownie  wzbija się w powietrze, a Tomek niebezpiecznie blednie;
jak  nam  potem  wyjaśnił  jego zdaniem w czasie startu obniża mu się poziom
cukru  i może nawet dojść do zejścia śmiertelnego. Ciekawa hipoteza, mógł to
wymyślić  tylko  człowiek  studiujący  biochemię,  a  tą  osobą jest właśnie
Tomeczek.  Lądujemy  we  Frankfurcie i jedziemy do "Youth Hostel" zameldować
się. Tak naprawdę, to każdy z nas wolałby się już dziś znaleźć w Greensboro,
gdzie  mamy  spędzić  2  semestry na zwariowanej uczelni UNIVERSITY OF NORTH
CAROLINA IN GREENSBORO.
  Następnego  dnia,  na  lekkim  kacyku  po nocnym oblewaniu naszego wyjazdu
znowu  siedzę w samolocie i obserwuję ukradkiem Tomka; zemdleje przy starcie
czy  nie  zemdleje?  Tym  razem  się  udało  i wygląda na to, że dotrzemy na
miejsce  w  komplecie.  Ten  LOT  to niezła frajda: 10 godzin obżerania się,
popijania   najróżniejszych   drinków,   podziwiania  wspaniałych  widoków i
oglądania filmów. Po raz pierwszy widziałam burzę z góry, niesamowity widok,
widzisz  w  dole  pioruny i ulewę a nad tobą świeci słoneczko. Potem jeszcze
jedna przesiadka w Filadelfii i już jesteśmy na miejscu. Wysiadam z samolotu
młodsza  o  6  godzin  z  powodu  przesunięcia czasu i uderza we mnie dziwne
powietrze.  Co  jest  grane?  Po prostu wilgoć, średnio 60%, włosy robią się
poskręcane a koszulki wyglądają jak po treningu...

  Jesteśmy  zakwaterowani  w  oddzielnych  akademikach  i  każdy  z  nas  ma
przydzielonego   współlokatora   (Amerykanina   lub  Amerykankę  co  by  nie
zapomnieć  gdzie  się  jest).  Moja  roommate  to  Cindy - zabawne dziewczę,
freshman   czyli   kotek,   na   pierwszym   roku   biedactwo.   Szybko  się
zaprzyjaźniamy,  rozpoczynam  naukę  hiszpańskiego,  Cindy  jest  bowiem pół
Amerykanką,  pół  Boliwijką i mówi perfect po hiszpańsku. H'ola como es tas?
Znaczy  jak się masz. Reszta mojego słownictwa nie przeszłaby przez cenzurę,
może następnym razem.
  Daria  dzieli  pokój z Kirsten, która studiuje śpiew klasyczny i ma zamiar
śpiewać  w  operze;  ma  czym  oddychać  więc  podejrzewam, że jej głos jest
bardzo  silny.  Mariusz  dostał  Larrego,  koleś ma bzika na punkcie futbolu
amerykańskiego,  potrafi  spędzić  12  godzin  przed  telewizorem,  jakie to
typowe  dla  Amerykanów. Podnieca się, widząc kupę zawodników leżących jeden
na  drugim,  obrzydliwość.  Czas  leci  na  łeb,  na szyję i już jesteśmy po
"orientation   week",  zostaliśmy  zapoznani  ze  wszystkimi  udogodnieniami
technicznymi (wicie rozumicie, to jest telefon, tu się mówi a tu się słucha,
he he) i jesteśmy gotowi do rozpoczęcia nauki.

  Cholerka, jestem w szoku, nie przypuszczałam, że oni tu mają taką szkółkę.
Z  każdego przedmiotu mam pozadawane rozdziały do przeczytania (tak a propos
to  studiuję  socjologię),  w  ciągu  tygodnia  wypada  jakieś  200 stron po
angielsku,  poza  tym  zadania domowe i dodatkowe ćwiczenia na Internecie. Z
utęsknieniem  czekam  na  weekendy,  zazwyczaj  robimy  sobie  wtedy  jakieś
wycieczki,  o  których  w  następnym  "Liście  z  Hameryki". Oprócz nas jest
jeszcze  60  osób z 14 krajów, które tak jak my, są tu na 2 semestry. Bardzo
wesołe  towarzycho,  przynajmniej  3 razy w tygodniu dochodzi do tak zwanych
zajęć  integracyjnych,  polegających  na  wypijaniu brudzia z każdym kto się
napatoczy.  Ogólnie  rzecz  biorąc  jak  na  razie  bardziej się trzymamy we
własnym  gronie,  bo  amerykańskie  party "suck", czyli delikatnie mówiąc są
dziwne.  W  ogóle  dziwny  to  narodzik,  jeszcze  ich  nie  rozgryzłam, ale
cierpliwości, pani socjolog zadziała. Na razie mogę to powiedzieć bez żadnej
przesady, jest to kraj ludzi dwukrotnie przekraczających dopuszczalną wagę i
ubierających się zupełnie bez gustu. A mają takie możliwości...
  Na koniec coś o obsesji wszystkich international students: POCZTA! Każdy z
nas  ma  swoją skrzynkę pocztową, które to skrzynki znajdują się w tym samym
budynku  gdzie  stołówka.  Sprawdzamy  te cholerne skrzynki 2 razy dziennie,
lecimy  z  wywieszonymi  jęzorami, a tam tylko blacha świeci w słońcu, czyli
znowu  zero  listów.  Mówię  Wam,  można  się nieźle zdołować, tysiące myśli
przelatują  przez  głowę  typu:  ktoś  mi wykrada listy, albo: nikt mnie nie
kocha, już tam o mnie w tej Polsce zapomnieli.
  W takich przypadkach idzie się do Computer Lab i sprawdza e-mail.


Reportaże: Internet - problemy

Autor: Dar_ek

[re3]                       Internet - problemy.

              [ Dariusz Nierada - DAR_ek - █████████████████ ]

  Zostałem   poproszony   o  napisanie  artykułu  (hi  Cobretti),  właściwie
zmuszony,  wiec  nie  pozostaje  mi  nic  innego jak dokonać tego zbereźnego
dzieła.  Chciałem napisać o Internecie, a o tym jak wiadomo można pisać dużo
dobrego,  ale  zaraz...  po  co  mam pisać wychwalając Internet? Przecież to
robią  wszystkie  gazety  komputerowe  (i  nie  tylko)!  Chyba warto by było
napisać  przynajmniej  jeden  artykuł,  który  ukaże także złe strony Inetu,
problemy jakie w nim występują i zagrożenia.
  Warto   by  zacząć  od  rzeczy  najbardziej  wychwalanej  w  Inecie,  t.j.
praktycznie   niemierzalnej,   ogromnej  ilości  danych,  w  tym  programów,
rysunków, plików muzycznych, itp. itd. Niby wszystko fajnie, ale trzeba zdać
sobie  sprawę,  ile trzeba się niekiedy namęczyć, żeby znaleźć potrzebną nam
rzecz!  Przypomina to trochę szukanie igły w stogu siana! Sytuacje poprawiło
trochę  pojawienie  się dość dobrych "szukaczek" (głupio to brzmi po polsku)
pracujących  na WWW np. Yachu, Altavista, Shareware.com, Find it, Search.com
(starsze  ich  poprzedniki  typu  ARCHIE  - nie spełniały swego zadania zbyt
dobrze).
  Lecz i to ostatnio zaczęło nie wystarczać, np. szukając drivera do myszy i
ustawiając  zakres  szukania  tylko  na  PC-DOS i wpisując sława do szukania
"mouse"  i "driv" dostaniemy w odpowiedzi przynajmniej 80 programów! Jeszcze
gorzej sytuacja przedstawia się przy szukaniu wśród stron WWW. Jeśli szukamy
przez Altawistę kogoś o dość powszechnym nazwisku, możemy dostać nawet ponad
1000 odwołań! Przy szukaniu programów najgorsza sytuacja była wśród plików w
"super"  standardzie nazw mS-dOS (8+3 litery nazwy), konia z rzędem temu kto
odgadnie  co  kryje  się  np.  pod nazwą msvc15.exe?! Oczywiście jeśli znamy
dokładnie nazwę szukanego pliku mamy sytuacje dużo prostszą.
  To,  że dowiemy się, gdzie znajduje się szukany przez nas plik, to dopiero
połowa sukcesu. Połączenie się z serverem, na którym on jest nie zawsze jest
możliwe.  Najczęściej  zdarza się to przez usterki na liniach telefonicznych
(głównie  polskich  [cool  tPSA-monopol])  -  połączenie odbywa się przecież
przez  kilka,  czasami  kilkanaście  komputerów-serverów,  poza  tym, często
niektóre  servery ustawiają pewną maksymalną ilość ludzi którzy mogą sciągać
w  tym  samym  czasie  (np.  200), i nie zawsze się załapiemy (choć to nawet
dobrze,  bo  ściąganie  na  raz  przez kilkaset ludzi z jednego servera może
bardzo  ładnie  spowolnić  czas  przesyłania  pliku  nawet  do  50 bajtów/s.
Następnie,  po  dostaniu  się  na nasz wybrany server i załączeniu downloadu
możemy  zostać  mile  powiadomieni,  że  przewidywany  czas ściągania będzie
wynosił ~684 minuty :-).
  Rzeczą oczywistą dla każdego jest, że czas ściągania zależy tylko od dwóch
rzeczy:  wielkości  plików  i  szybkości  połączenia.  Pierwszy  można tylko
zmienić kompresując najmocniej jak się da plik, za to szybkość połączenia to
całkiem  inna  bajka.  W dla serverów położonych w Polsce wynosi średnio 5-1
kB/s, a dla dalszych miejsc (np. USA) 1-0.01 kB/s. Więc przy długich plikach
i  wolnych  połączeniach,  kto  nie  umie  (czy  nie  ma  możliwości) puścić
ściągania w tle może naprawdę umrzeć z nudów.
  Pewnym  problemem  dla  ludzi korzystających z zabawy w Inet są pieniądze.
Nie  dotyczy to oczywiście studentów, uczniów, i innych ludzi korzystających
za  darmo. Ale podobno (jak podaje NASC) ok. 60% wszystkich ludzi podpiętych
jest  komercyjnie,  tzn.  muszą  płacić - po primo za telefon, po secundo za
użytkowanie  konta.  Nie  są  to  straszne  sumy  jeśli przyjąć że telefonem
łączymy  się  miejscowo,  ale  są.  Jak łatwo policzyć, za używanie telefonu
przez  1  godzinę dziennie przez miesiąc płacimy ok. 100 zł za telefon, plus
opłata  za  konto (różnie, ale chyba min. to 40 zł.). Niby nie jest to dużo,
ale  proszę  wsiąść  pod  uwagę, że w innych krajach opłata ta jest znacznie
mniejsza. Np. sam telefon w USA w stosunku do średnich wypłat jest ponad dwa
razy  tańszy.  Nie  wspominając już np. o Kanadzie gdzie połączenie Inetu do
domu  (nie telefoniczne) kosztuje przy użytkowaniu 1h/day 20-30$ na miesiąc,
czyli ok. 65 zł!
  Wychodzi  ponad  dwa  razy  taniej,  nie mówiąc już jak to się ma do skali
zarobków!  Warto dodać (choć wszyscy to chyba wiedzą) że za takie a nie inne
ceny  są odpowiedzialne: tELEKOMUNIKACJA pOLSKA SA - monopolista na telefony
przewodowe  w  Polsce,  oraz  NASC - monopolista na połączenia Internetowe w
Polsce (za niedługo będzie też tPSA).
  Przejdzmy do całkiem innej sprawy: braku cenzury w Inecie. Teoretycznie B.
Clinton   podpisał   ostatnio   ustawę   "o  wartościach  chrześcijańskich w
Internecie":-),  ale  tak na prawdę to wszyscy to mają w miejscu gdzie tylko
papier toaletowy dochodzi. No i niby jest bardzo dobrze, ale niekiedy ludzie
przeginają.  Takiej  pornografi  jaka  istnieje  w  Inecie  i  jest tylko na
wyciągnięcie ręki nie ma nigdzie. Na prawdę nie mam nic przeciwko rozebranym
panienkom  (nawet  jestem  "za"),  nawet nie dziwią mnie za bardzo rysunki z
stosunkami  oralnymi,  analnymi,  orgie  i  co  tam jeszcze wymyśliła ludzka
wyobraźnia,  ale  to  co  można  jeszcze zobaczyć na listach to już naprawdę
przesada!  Sex ze zwierzętami (psy, koty, konie, krowy, świnie, nawet węże),
z  nieletnimi,  nie  mówiąc  już  o  widokach poćwiartowanych ludzi. Wg mnie
powszechność   i   łatwa  dostępność  takich  rzeczy  powinna  się  wyraźnie
zmniejszyć.
  Inną  sprawą jest anonimowość w Internecie. Nie trzeba się wcale namęczyć,
żeby wysłać list anonimowo komuś lub na jakąś listę dyskusyjną, czy poszaleć
na  irc'u  tak, że nikt nie będzie wiedział skąd piszesz. Jest to oczywiście
fajna  sprawa,  ale  niektórych ludzi, którzy za szczyt dobrej zabawy uznają
zatrucie  komuś  życia  zachęca  do  przeszkadzania innym. Potem wysyła taki
komuś list z kilkoma megami śmieci, czy flooduje na irc'u. Sama radość!
  Przyjrzyjmy się Inernetowi pod względem bezpieczeństwa i prywatności. Niby
wszystko jest OK, mamy konto na hasło, niby jak nikomu nie powiemy hasła, to
nikt  (oprócz  administratora  systemu)  nie  będzie  mógł  odczytać waszych
danych.   O  bezpieczeństwie  swoich  systemów  będą  wam  się  chwalić  ich
producenci  i  sprzedawcy, będą przydzielać certyfikaty bezpieczeństwa, itd.
Ale  to wszystko teoria. Praktyka jest zupełnie inna. Wystarczy trochę w tym
posiedzieć,  a  przy dobrych chęciach można zacząć "zabawę" w włamywanie się
na  inne  konta.  Sposobów  na  włam  jest  wiele i choć producenci systemów
wymyślają  coraz to nowe zabezpieczenia, to i tak hackerzy znajdują coraz to
nowsze "dziury" w systemie.
  Właściwie  to  są  dwa  rodzaje  hackerów,  jedni  włamują się dla własnej
satysfakcji,  po to, aby znaleść dziury w systemie i następnie je "załatać",
ew.  założyć  sobie  gdzieś  konto  (tak  na  wszelki  wypadek  jak jedno mu
zablokują),  drugi  rodzaj  to  ludzie  którzy włamują się by coś zamieszać,
komuś coś wykasować, coś ukraść. Wiadomo, ta druga grupa to dzieci które nie
miały zabawek w dzieciństwie, ale zdarzają się.
  Tym  miłym  akcentem chciałbym zakończyć, choć oczywiście nie znaczy to że
wymieniłem  wszystkie  problemy  Internetu.  Właściwie są to tylko nieliczne
sprawy,   które  mi  się  najbardziej  rzucają  w  oczy.  Jednak  mimo  tych
niedogodności,  mimo  wszystkich wad, Inet ciągle jest bardzo fajną sprawą i
warto się w niego zaangażować.


Reportaże: Trzygłowy smok

Autor: Tro_

[re4]      Trzygłowy smok, czyli o podatkach po duńsku słów kilka.

                [ Adam Trojanowski - Tro_ - ███████████████ ]

  Tym,  którzy  wiedzą - przypominam, a tych, którzy nie wiedzą - informuję,
że z tych i innych równie ważnych powodów rzuciło mnie na wygnanie do krainy
Andersena,  Królewny  Śnieżki i siedmiu sierotek - Danii. Od początku pobytu
nurtuje  mnie  jedno  pytanie:  jak ONI tu mogą żyć? Zgodnie z biblijnym "co
boskie  -  Bogu,  a  co cesarskie - cesarzowi" oddają co miesiąc kupę szmalu
tajemniczemu trzygłowemu smokowi.
  Pierwsza  głowa  smoka.  Ta znajduje się najbliżej i jest najbliższa sercu
tych,  którzy nie lubią pracować i znienawidzona przez tych, którzy pracować
potrafią,  chcą, ba! niektórzy pewnie nawet lubią... Nosi ona nazwę skąd nad
znajomą - komuna (ni mniej ni więcej tylko tutejsza gmina).
  Otóż  głowa  ta połyka średnio od 13 do 20.5% dochodów duńskiej jednostki,
czy  też  osoby fizycznej, czyli po prostu obywatela w zależności od miejsca
jego  zamieszkania.  Głowa  ta  trawi wszystko. Na trawienie idzie jakieś 8%
tego,  co  połknęła,  a  resztę  wypluwa  dając  obywatelowi i wielu innym w
zamian,  podstawową  opiekę  zdrowotną  do lat 18, wychowanie i przechowanie
spłodzonych pociech, utrzymanie dróg - by obywatel mógł odwiedzać znajomych,
portów,  którymi się chlubi, no i najważniejsze: pieniążki na dach nad głową
dla  tych,  co  go  nie  mają  i  na  jedzenie  dla tych, którym go brakuje.
Wystarczy,  że  po prostu zgłoszą się do głowy, że się nie ma co jeść, gdzie
spać i czym pracować, a głowa załatwia wszystko (czasem żeby sobie głowy nie
zawracać,  głowa  daje  na odczepnego pieniądze, a czasem kieruje tam, gdzie
można  je  zarobić  -  dla  własnego  dobra  nie  powinno  się  wtedy głowie
odmawiać).
  Z  taką  głową  dobrze  mają  zwłaszcza  kobiety  (bez zbędnych skojarzeń,
proszę)  - głowa dopilnuje by kobieta miała 4 tygodnie wolnego, zanim powije
głowie małego nowego obywatela, potem następne 6 miesięcy na odchowanie tego
obywatela, w międzyczasie da pieniążki na jego wyprawkę, znajdzie miejsce na
przechowanie  malutkiego  obywatelka,  gdy rodzic zdecyduje się na powrót do
pracy  i  wychowuje go według swoich tajemnych reguł. Cały czas mamusia jest
wspierana,  a  to przez przedstawicielkę głowy, która uczy być obywatelka, a
to  przez  dodatkowe  fundusze  spadające  jak  manna z nieba, kiedy brakuje
własnych.
  Głowa  ta  nawet  pozwala posłać obywatelka do szkoły prywatnej, jeśli nie
nadaje się on do państwowej - i płaci nauczycielom tego obywatelka jak swoim
(w  zasadzie  różnica pomiędzy szkołą państwową, czy tez raczej komunalną, a
prywatną  to ta, że druga jest "dla opornych" i kwestia własności jest inna,
choć  dlaczego,  to  nie  wiem,  bo  nikt  tu  jeszcze  na takiej szkole nie
zarobił).
  Jedno  mnie tylko dziwi - dlaczego przy takiej opiekuńczości głowy, małych
obywatelków  przybywa  coraz  mniej?  Albo  się  dużym  obywatelom  nie chce
spółkować  (?! - bzdura) albo kłopotać z małymi obywatelkami (to pewniejsze)
albo  też  nie wiedzą, co robić z pieniążkami, które daje im głowa za małego
obywatelka,  który  kiedyś  będzie  dużym  obywatelem  no i odda to wszystko
głowie z nawiązką...
  Druga  głowa  -  zajmująca się już nieco bardziej poważnymi sprawami, jest
odpowiednikiem  naszego  województwa  i  nazywa  się  tu  z  angielska konty
(county).  Obywatel  zobowiązany  jest  dać  głowie  dziesiątą  część swoich
dochodów.  Z  dziesięciny tej ósma część jest jak to zwykle bywa trawiona, a
reszta  zwracana  w  postaci  wielkich dróg, skomplikowanych planów typu "co
gdzie   kiedy  w  którym  miejscu  będzie",  łożenia  pieniążków  na  dalsze
kształcenie   obywatelka,   który   już   powoli  zaczyna  być  obywatelem i
pokazywanie mu, jak ma robić, by zarobić, instalacji pozwalających odbudować
dookoła to, co inni obywatele wcześniej zrujnowali w środowisku, zajmuje się
już  całym  systemem  pomocy, gdy obywatelowi się zachoruje, tzn. głowa taka
wie,  gdzie  postawić  szpital  i  ilu  doktorów  zatrudnić,  no i na koniec
dostarcza  temu  obywatelowi  trochę  rozrywek w postaci tego, co w rozrywce
samo  utrzymać  się  nie  potrafi, a więc teatrów i muzeów wszelkiej maści i
rodowodu...
  Co  ciekawe  mimo,  że  głowa  ta ma moc walenia po głowie mniejszej głowy
(tzn. poprzednio opisywanej), to po rozum do tej głowy idą również ochotnicy
wybierani  przez  takich  jak  i oni obywateli. Procedura ta jak powszechnie
wiadomo zwana jest wyborami. To, że po rozum do mniejszej głowy ubiegają się
obywatele w tzw. "wyborach", jest chyba powszechnie zrozumiałe...
  Do  TRZECIEJ  GŁOWY  również obywatele są wybierani, a więc ludzie ludziom
zgotowali  ten  los... Trzecia głowa zwie się "rząd", ale wszyscy przez rząd
rozumieją tu raczej parlament. Owa głowa połyka mniej więcej ok. 20% dochodu
obywatela  w  zależności od tego, ile zarabia, w zamian nie dając nic oprócz
kolejnych  ograniczeń  i mądrzenia się, co obywatel robić może, a czego nie.
No,  czasem głowa ta dzieli się z mniejszymi od niej głowami tym, co dostaje
i  wspomaga  je,  gdy  obywatele wyciągają od nich za dużo... W końcu jak ta
głowa  coś  powie,  to  najczęściej  słowa  musi  dotrzymać... bo rozum będą
tworzyli  już  inni obywatele i nie będzie więcej taki sam, a każdy obywatel
chce  taki  rozum  jak  najdłużej  tworzyć...  może  w kupie jest im łatwiej
myśleć?
  Zbierzmy więc wszystko do tzw. kupy: obywatel oddaje 20% małej głowie, 10%
średniej głowie i 20% dużej głowie. Gdy obywatel chce coś kupić, oprócz ceny
wyznaczonej  przez  sprzedającego  oddaje  25% wartości zakupu dużej głowie,
czyli  razem (przy założeniu, że obywatel wyda w jednym miesiącu wszystko co
zarobił)  mamy  75%. Dołóżmy do tego jakieś 10-15% tego, co obywatel odkłada
na  czas,  gdy  nie  będzie  już  mógł pracować, a żyć będzie chciał całkiem
godziwie (niektórzy tak robią, choć nie muszą, bo zawsze mogą się zwrócić do
pierwszej głowy, która im wszystko da, ale zazwyczaj kiepskiej jakości...).
  Takiemu  obywatelowi  zostaje więc 20% tego, co zarobił... I nic dziwnego,
że  większości  obywateli  nie chce się pracować... A niedługo nadejdzie już
czas,  gdy  trzeba będzie według PRAWA ustanowionego mądrze przez duża głowę
utrzymywać  wszystkich,  którzy  z tych i innych ważnych powodów nie pracują
(za  starzy,  za  młodzi,  niezdolni do pracy lub dwie lewe ręce) przez taką
samą  liczbę  tych,  którzy  pracują.  Czy  wtedy system ten się nie rypnie?
Oczywiście  wszystko spadnie na głowy obywateli i inne głowy już nie pomogą,
bo  nie  będą  miały  za  co.  Prawda,  że  będzie  basen  w każdym mieście,
krawężniki  takie,  że  nie da rady się o nie potknąć i ubikacje, do których
można  wjechać  wózkiem,  ale  to  tylko  kwestia czasu, jak dłoogo po takim
załamaniu to jeszcze postoi...
  Prawda,  że  dorobili  się  jednego  -  dzięki tym głowom wychowali takich
obywateli,  którzy  pilnują się nawzajem, by nikt nie ruszył nie zamkniętego
samochodu,   ani   nie  potrzeba  policjantów  z  radarami,  bo  jeżdżą  tak
przeraźliwie przepisowo. Tego im zazdroszczę. Pozostałych rzeczy raczej nie,
bo  powodują  więcej  kłopotu  niż  chwilowej  radości.  Mnie pewnie też nie
chciałoby  się  pracować... choć i bawić im się też nie chce, ale o tym może
innym razem.
  Prawda, że system w ogólnych zarysach przypomina nasze trzy polskie głowy?
Ta  druga wszak nie pochodzi z wyboru, a trzecia na nic konkretnego nie może
się  nigdy  zdecydować  i pozostaje ostatnia kwestia - procentowo to wygląda
może  podobnie  (21-45%+22%  nie  licząc  ZUS) tylko problem leży w tym, ile
zarabia  Duńczyk,  a  ile  Polak, nawet przyjmując, że życie w Danii jest 3x
droższe  (sprawdziłem).  Żyje  się  w  Danii więc może i łatwiej (zwłaszcza,
jeśli  się rodzi dzieci) ale jak dłoogo to potrwa i czy chce się tyle płacić
za innych? A co wy na to?

Reportaże: Święci i grzesznicy

Autor: Sal Solo

[re5]                        Święci i grzesznicy.

                                [ SAL SOLO ]

  Od  czasu  do czasu wielcy komputerowego świata fundują nam kolejną porcję
sensacyjnych  wiadomości.  Jednak nie zawsze muszą one dotyczyć nowych gier.
Istnieje  druga  strona  życia  firmy;  ta  mniej  znana  niewtajemniczonemu
obserwatorowi. Do tej sfery należy rywalizacja producentów nie tylko na polu
informatycznym,  ale  także  na sali sądowej. Jedną z takich spektakularnych
spraw  był  proces  pomiędzy japońską korporacją Sega Ent. Ltd a amerykańską
firmą  Accolade.  A  wszystko  zaczęło  się  od  nieco odmiennego rozumienia
przepisów prawa komputerowego...
  Firma  Accolade  postanowiła  wkroczyć  na  rynek  gier przeznaczonych dla
miłośników   konsolowego   szaleństwa.   Jako  pierwszy  cel  wybrała  sobie
posiadaczy  konsol firmy Sega. W końcu od kogoś trzeba ściągać te pieniądze.
A jak tego dokonać ? Wystarczy stworzyć grę, która będzie "chodzić" na danej
konsoli,   chociażby   Genesis.   Jednym  z  problemów  na  jaki  napotykają
programiści   jest  zapewnienie  kompatybilności,  czyli  mówiąc  po  ludzku
zgodności,   z  konsolą  Segi.  Do  tego  potrzebne  jest  posiadanie  kodów
programowych.   Sega   takie   kody  posiadała  i  chętnie  udostępniała  je
zainteresowanym   firmom,   oczywiście   po   uzyskaniu   stosownej   opłaty
licencyjnej.  Początkowo  Accolade  myślało  o zakupie licencji, lecz szybko
porzuciło ten pomysł i zdecydowało się na uzyskanie koniecznych informacji w
inny  sposób.  W  tym celu programiści dokonali dekompilacji gier firmy Sega
(konkretnie trzech produktów). To wystarczyło amerykańskim informatykom, aby
otrzymać opis funkcji zapewniających kompatybilność z "Japończykiem".
  Sega  nie zamierzała pozwalać niedoszłemu partnerowi na takie praktyki. A,
że  ma sporo pieniędzy postanowiła je jakoś rozumnie wydać, np. na opłacenie
prawników.
  Proces jaki toczył się przed amerykańskim sądem był dość długi i burzliwy.
Nie  ma  sensu opisywanie każdego posiedzenia, odwołań, przesyłania spraw do
sądu  drugiej  instancji.  Strony na poparcie swoich racji przytaczały różne
argumenty.  Accolade  udowadniało,  że  proces  kopiowania nie narusza prawa
przysługującego  firmie  Sega,  a  dokonanie  "rozbicia programu na czynniki
pierwsze"   było  potrzebne  dla  poznania  zasad  działania.  Dla  lepszego
zobrazowania  sytuacji  warto  podkreślić, że Accolade formalnie nie dokonał
plagiatu - otrzymany kod źródłowy nie był wierną kopią dzieł Segi.
  A jaki był finał tej sprawy ? Sąd zdecydował, że Accolade bezpośrednio nie
naruszył  praw  japońskiego  producenta,  a wszelka monopolizacja rynku jest
sprzeczna  z  obowiązującymi  zasadami.  Cała  sprawa wykazała jak dokładnie
należy   badać   wszelkie   przesłanki   związane   ze   stosowaniem   prawa
komputerowego.
  My na razie nie mamy takich problemów. Owszem, obowiązuje u nas nowe prawo
autorskie,  ale  prokuratura  nie  jest  zbytnio  przeciążona.  Jak na razie
zajmuje  się  ściganiem  piratów, i to tylko tych głupszych, którzy dają się
złapać.  Reszta,  przy  milczącej aprobacie ogółu robi swoje. A sąd dziękuje
Bogu,  że jednak nie jesteśmy tak blisko tej Europy i takie sprawy nieprędko
się u nas pojawią. Do czasu.

Reportaże: Wakacje 96 - sposób na następne

Autor: SzYmI

[re6]                  Wakacje 96 - sposób na kolejne.

           [ Rafał Szymczak - SzYmI - ██████████████████████████ ]

  Przez  kolejne  lata  w  czasie  swojego  życia, szczególnie podczas nauki
liceum  i  na  początku  studiów  zastanawiałem się jak spędzić wolny czas w
wakacje. Spędzić - łatwo powiedzieć- ale wykombinować coś konstruktywnego to
już  nieco  gorzej, szczególnie, że zazwyczaj całe planowanie pozostawia się
na  ostatnią  chwilę zazwyczaj oglądając się na innych. Po kolejnych niezbyt
udanych  stwierdziłem  -  dość  tego  -  czas  wziąć sprawy w swoje ręce - i
wreszcie  przeżyć  coś  -  o  czym  można było miło wspominać zimowym długim
wieczorem.  Z  góry  informuję,  że  mój  pomysł jest do zrealizowania przez
każdego,  nie  trzeba być ani wielce usportowanym, ani nic z tych rzeczy, no
może  trzeba  wykazać  się minimum determinacji i może troszkę poświęcenia -
ale  czego  się nie robi by dopiąć jakiegoś celu. Opowiem Wam o wakacjach na
rowerze  -  wiem  -  dla  wielu  jest  to niewyobrażalne - ale jest naprawdę
możliwe - spróbujcie...
  Któregoś  pięknego  dnia  przechodząc  przez  korytarz  na  mojej  uczelni
(Politechnika  Gdańska),  trafiłem na ogłoszenie klubu rowerowego ANTYMOTO o
rajdzie  -  wycieczce  miesięcznej  po Niemczech. Jako, że od małego lubiłem
kręcić  po różnych terenach i w różnych warunkach propozycja ta wzbudziła we
mnie  nie  małe  zainteresowanie.  Udałem  się  na  zebranie organizacyjne i
zdecydowałem się wziąć w tym udział. Od tego wszystko się zaczęło - najpierw
był  Tour  de  Germany'94,  potem  Tour  de Benelux'95, a w tym roku Tour de
Alps'96  -  na  tym  ostatnim się teraz skupię, bo wrażenia z niego są jakby
najświeższe.
  Jak  to  zwykle  bywa - wszystko zaczyna się i kończy na pieniądzach - one
ustawiają  i  w pewien sposób ograniczają trasę możliwą do przebycia. Trzeba
pamiętać  o  wydatkach  stałych  (wyżywienie),  ubezpieczeniu (to podstawa),
podróży,  pieniądzach  awaryjnych no i na samym końcu tych, które wydaje się
na  przyjemności.  Nie  będę  nikogo  przekonywał  dlaczego wydawanie swoich
pieniędzy  (własnoręcznie zarobionych) jest przyjemniejsze od pozbywania się
każdych  innych  -  bo  mam  do czynienia z ludźmi rozumnymi - i dlatego też
skupię się na realnych kosztach z którymi należy się liczyć.
  Nasz Tour de Alps'96 rozpoczął się w Genevie (Szwajcaria), więc musieliśmy
się  tam  w  jakiś  sposób  dostać  -  wynajęcie  bus-a na 7 osób z rowerami
kosztuje  około  2.5 mln starych złotych do tego zakup wyżywienia (puszki) i
ubezpieczenie  -  całość  zamyka się w 3 mln. Nie jest to chyba wiele jak na
start.  Pomijam  koszt  związany  z  zakupem  roweru - a przynajmniej z jego
przygotowaniem  do  przebycia 2000 km w pod dość znacznym obciążeniem i dość
specyficznych  warunkach.  Należy  na  niego  spojrzeć  dość trzeźwym okiem,
ocenić  jego przydatność do poruszania się po różnych drogach. Nie twierdzę,
że  trzeba  mieć  super sprzęt - ale zdecydowanie polecam wszelkiego rodzaju
rowery  typu  TREKING - tylko błagam - nie prosto ze sklepu - bo najczęściej
nie są w stanie przebyć pierwszych 500 km bez naprawy.
  Start  -  Geneva - kierunek - Polska - tylko, że do niej był jeszcze spory
kawałek  drogi. Wyruszyliśmy w grupie 7-osobowej - podzieliliśmy się na dwie
ekipy, a to głównie ze względu na noclegi, ale o tym za chwilę. Trasa, którą
należy  przebyliśmy  była  przemyślana,  rozplanowana  mniej więcej na każdy
dzień  jazdy  i  co  najważniejsze  uwzględniała  topografię  terenu,  czego
najlepsze  przykłady  mieliśmy  w  Alpach.  Należy  pamiętać o tym, że każdy
jedzie  swoim  tempem,  nie ma co uprawiać przysłowiowej "jazdy w trupa", bo
przecież  celem  samym  w  sobie jest zobaczenie jak najwięcej przyrody, nie
samo   przejechanie  tego  dystansu.  Grupa  i  tak  będzie  się  poruszać z
prędkością  najwolniej  jadącej  osoby i sztuczne popędzenia zazwyczaj i tak
nie przynosi efektu.
  Dziennie  przejeżdżaliśmy  około 70 km, choć bywały takie dni, że trafiały
się  odcinki  i  103  km.  Z  naszych pomiarów jednoznacznie wynikało, że na
siodełku  każdego dnia nie spędzaliśmy więcej niż 5 godzin, a co widzieliśmy
-  to  nasze. Gwarantuję Wam, że jak się jedzie na rowerze to widzi się 300%
tego,  co  widać  zza  szyb  samochodu,  a  co  najważniejsze  ten wspaniały
dwukołowy  pojazd  jest  w  stanie dotrzeć prawie wszędzie. Dla rowerów jest
bardzo  mało  zakazów  wjazdu,  a jakość ścieżek rowerowych w krajach Europy
zachodniej  jest  wręcz  wspaniała.  Po  pierwsze  tam, czyli nie w Polsce -
niestety  - rower jest równoprawnym uczestnikiem ruchu i ma takie same prawe
jak każdy inny pojazd.
  Zauważa  się  to  szczególnie  na wszelkiego rodzaju skrzyżowaniach, gdzie
samochody wręcz z piskiem hamują, by przepuścić rowerzystę - bo tam - nie ma
co  ukrywać  kultura  jest  o  niebo  wyższa. Najlepiej dawało się ją poznać
podczas   szukania   noclegu.   Należy   tu  nadmienić,  że  podczas  tych 4
zwariowanych  tygodni  nie zdarzyło się nam ani razu spędzić noclegu na polu
namiotowym  czy czymś takim. Po prostu spaliśmy u ludzi zupełnie nam obcych,
w  ich ogródkach przydomowych, czasem w domach - różnie - zależy jak wypadło
danego  dnia. I to jest właśnie przyczyna dla której spaliśmy osobno - czyli
w  dwóch  grupach,  bo  nikt by nie przyjął 7 osób na noc, a w mniej licznej
była  już  taka  szansa.  Nie twierdzę w tym miejscu, że znalezienie noclegu
było  proste  za każdym razem, czasem trzeba było się nachodzić - ale zawsze
znajdowali się jacyś mili ludzie i podejmowali nas gościną.
  Wymienialiśmy    wrażenia,   zadawali   nam   tysiące   pytań   (znajomość
cywilizowanych  języków  obcych  jest wręcz niezbędna), bywało, że kładliśmy
się  do  śpiworów  grubo po północy z powodu nie kończącej się dyskusji przy
butelce  wina  czy  czegoś  w  tym  rodzaju. Spaliśmy u bardzo różnych osób:
począwszy   od   ludzi  prostych,  wieśniaków,  ludzi  na  emeryturze  przez
pracowników  fizycznych, lekarzy a kończąc na dyrektorach fabryk i zakładów.
Traktowali  nas  jak  jakiś  z  lekka  zwariowanych, którzy to nie bacząc na
pogodę, niebezpieczeństwo zwiedzali ich kraj, okolicę, miasta.
  Najlepsze   było   jak  w  krajach  niemieckojęzycznych  do  rozmowy  były
zapraszane  dorastające  dzieci posyłane na naukę języka angielskiego, który
my  preferowaliśmy  i  miały za zadanie służenie nam za tłumaczy. Widać było
dumę  u  ich  rodziców, że oto ich latorośl umie się dogadać z kimś w innym,
niż  narodowy  języku.  A  my  kręciliśmy dalej, ciągle dalej, przed siebie,
zwiedzając  Szwajcarię, potem Austrię by przez Węgry dostać się do Słowacji,
gdzie  zakończyła  się nasza wyprawa. Przejechaliśmy przez niejedną alpejską
przełęcz  wzbudzając  podziw u miejscowych ludzi, nie rzadko wpychając przez
kilka  godzin  rower pod górę tylko po to, by zobaczyć na szczycie prawdziwy
śnieg padający w lipcu na wysokości 1903m.
  Zachęcam   wszystkich   do   tego   rodzaju  wypraw  oraz  do  wykonywania
nieskończonych  ilości  zdjęć,  a  co  najważniejsze  do  pisania pamiętnika
wyprawy.  On  to  właśnie  pozwala  zatrzymać  na  dłużej  miłe  chwile, nie
dopuszcza  możliwości zapomnienia o jakimś ważnym szczególe. Zainteresowanym
udzielę  wszelkich  informacji  dotyczących  tego  typu wyjazdów - porzućcie
samochody, wskoczcie na Wasze rumaki.
  Niech moc będzie z Wami...


Reportaże: Wycieczka

Autor: Miklex

[re7]                            Wycieczka.

               [ Michał Kleczkowski - Miklex - █████████████ ]

  Z  niektórych  miejsc  można  zobaczyć kapitalną panoramę. Na Montmartrze,
staje  się na placyku przed Bazyliką i widzi trzy czwarte Paryża, oczywiście
przeważnie  dachy,  ale zawsze coś wystaje. Kościoły i pałace są ogromne jak
wyspy  nad  ulicami.  Trochę bliżej centrum z Beauburga, super widok z kolei
na  Montmartrze,  trzeba  wjechać schodami ruchomymi na ostatnie piętro, nic
nie  kosztuje,  a  widok  kapitalny  już  jak  się  jedzie,  bo  schody są w
przezroczystych  tunelach  na  zewnątrz  budynku.  Oczywiście można zwiedzić
kilka wystaw po drodze. Na czwartym piętrze oglądałem kiedyś w ramach stałej
ekspozycji  pokrowce  na  fortepiany  Buysa.  Kompletne delirium. Fortepiany
zrobione  z  rożnych  materii,  że sztywnego sukna, klękały tak jak słonie w
cyrku,  inne z włóczki zwisały ze ścian itp. Na piątym jest normalnie główna
wystawa, teraz był to Bacon.
  Na  placyku  przed  Beauburgiem  zawsze  coś się dzieje, gra jakaś muzyka,
grupy  mimów  robią  przedstawienie, albo po prostu ludzie się wydurniają na
wszelkie  sposoby, żeby zarobić kilka groszy. Ponieważ placyk jest pochyły i
wystawiony  do  słońca  dużo  ludzi  leżało  na bruku i opalało się. Kawałek
dalej  są hale, dawna dzielnica targowa. Te stare autentyczne zburzyli, a na
ich  miejsce  wykopali  dużą  dziurę  w ziemi, gdzie na kilku piętrach można
znaleźć  rozmaite butiki i nawet duże sklepy. Te nowe hale są coraz bardziej
zaniedbane,  marna  klimatyzacja więc strasznie duszno, ciepło i pod ziemią,
więc  oczywiście  coraz  więcej  kloszardów,  a  wieczorem  miejsce  spotkań
chłopców z przedmieść.
  Stacja  metra  pod  halami  okropna  do  przesiadek,  na kilku poziomach i
ciągnąca  się kilometrami, można łatwo zabłądzić. Metro jest z jednej strony
kapitalne  jako  środek  transportu,  ale śmierdzi, i trzeba się nabiegać po
schodach  przy  każdej  przesiadce.  Korytarze  mają  własne życie, czasem z
oddali  słychać  fantastyczna muzykę, nie wiadomo skąd, bo jeśli to nie twój
korytarz oddalasz się i nigdy do końca nie wiadomo kto i gdzie grał. Czasami
są sceny, których się nie zapomni. Jechałem kiedyś w nocy, było mało ludzi w
korytarzach,  okazało  się,  że na peronie jestem sam, jedynie na przeciwko,
oddzielony  torami  siedział  facet,  który po chwili wyciągnął harmonijkę i
zaczął  grać strasznie smutne bluesy. Nie było nikogo, więc względna cisza i
te  dźwięki odbijające się od zaokrąglonych stropów były wszędzie, strasznie
żałowałem  kiedy  przyjechało  jego  metro i koncert się skończył. Teraz też
zaliczyłem  fajną  scenkę. Metro zatrzymało się na jakiejś stacji, otworzyły
się  drzwi  i  zamiast  normalnego  hałasu,  piękna  muzyka.  Na tle wyjścia
zamkniętego  kratą  stał  olbrzymi  facet  z  ogromnym  kontrabasem i grał z
lekkością  wirtuoza.  Był  oświetlony bardziej od tyłu, widać było właściwie
tylko  brodatą  sylwetkę  chwiejącą się w takt pociągnięć smyczkiem, było to
cholernie  ulotne, drzwi się zamknęły i metro ruszyło. Czasami przy dłuższej
podroży wydaje mi się, że tylko ja jeszcze jestem realny, a to co dzieje się
dookoła  to ułuda, dekoracja. Nic nie wiem o ludziach pojawiających się koło
mnie  na  czas  otwarcia  drzwi,  albo  siedzących  w  tym  samym wagonie do
najbliższej  stacji.  Wszystkie  rasy  i  języki  mieszają  się. Rano więcej
turystów  z  mapami  Paryża w ręku, w godzinach szczytu, zapieprzający w dal
lud pracujący, wieczorem przeważają języki murzyńskie, arabski, albo slang z
przedmieść,  dużo  glin  po  cywilnemu  i  czasem  bardzo  brutalne kontrole
policyjne.
  W niedzielę rano wyruszyliśmy bulwarem St-Germain w kierunku muzeum Orsay.
Pustka  kompletna,  poranny  chłodek,  strumienie wody w rynsztokach (to ich
sposób  oczyszczania).  Po  drodze minęliśmy Brasserie Lipp, miejsce spotkań
miejscowej  śmietanki  i  naprzeciwko  Deux  Magots, gdzie sfotografował się
Pszoniak  z  tego artykułu. Według przewodnika Paryż za dwa Ludwiki, miejsce
gdzie  starsze  bogate  panie podrywają młodych, czekających na wylansowanie
chłopców. Lansowanie nie było nam w głowie, ominęliśmy knajpę, potykając się
o liczne Rolls Roycy i inne Bentleye.
  W  muzeum  dobra  pora,  mało ludzi i dobra wiadomość, w niedziele taniej.
Ponieważ  byłem  tam  już,  zaproponowałem  ambitną  trasę,  z próbą pobicia
rekordu szybkości. Na szczęście żadne z nas nie było zainteresowane obrazami
historycznymi  ani  sielankowym realizmem. Wjechaliśmy schodami ruchomymi na
ostatnie  piętro,  skąd  jednym  rzutem  oka  zaliczyliśmy  wszystkie rzeźby
stojące  niżej. Potem naprawdę ciekawe sale, Van Gogh nie dający się nigdzie
sklasyfikować,  niesłychanie subtelne, rysowane z niedoścignioną wirtuozerią
pastele  Degasa,  Manety,  Monety  i  radosne  obrazki Gaugina z wysp, gdzie
wykitował  na  syfilis.  Ale  sądząc  po  modelkach  warto  było.  Dla  mnie
najbardziej  odjazdowe, dwa wielkie malunki Toulouse-Lautreca, monumentalne,
posklejane  z  kawałków  tektury,  rysowane  kredką  i  tylko  gdzieniegdzie
podkolorowane.  Facet  nie  miał  forsy  na  płótno ani na farby i w dodatku
musiał  używać  drabiny  bo  miał  metr  czterdzieści  w  kapeluszu, a efekt
fantastyczny.
  Znów  zwiedzający  byli  równie ciekawi jak wystawa. Ludzie ze słuchawkami
przy   uszach,  można  je  wypożyczyć  przy  wejściu,  na  tych  słuchawkach
naciskasz numerek i sympatyczny głos objaśnia Ci co widzisz na danym obrazku
i  dlaczego  przy  jakimś malunku trzeba wydąć uduchowione ooooh.:) Mimo, że
rekord  na pewno pobiliśmy, siły opuściły nas i musieliśmy zjechać windą dla
niepełnosprawnych.   Za   późno   odkryliśmy   możliwość   pożyczenia  wózka
inwalidzkiego,  co  przy  częstych  zmianach mogłoby nam dać dodatkowe fory.
Przelecieliśmy  jeszcze  ulicę  St.  Honore,  oglądając  wystawy  wszystkich
najlepszych z Haut Couture i do hotelu.
  Szwagier  przebrał  się  za pingwina i z aktówką poleciał na swój kongres.
Korzystając  z  jego  nieobecności  zaczęliśmy  mało  ambitnie używać metra.
Pierwsza  wyprawa  na  Montmartre,  żeby  sprawdzić  knajpkę,  znów  z  tego
przewodnika  dwóch  Ludwików. Na stacji Abbesses, jak głupi nie poczekaliśmy
na  windę  i  za  karę  zasuwaliśmy  pięć  pięter po krętych schodach. Potem
cierpliwie  poczekaliśmy  na  kolejkę linową, bo schodów do Bazyliki jeszcze
więcej.  Przelecieliśmy  plac  de Tertre, przypominający rynek warszawski, z
artystami  malującymi  miejscowe kicze i portrety turystów i kilkaset metrów
w  dół do knajpki o nazwie Zakręt. Doskonałe miejsce, stoliki nakryte ceratą
pamiętającą   czasy   impresjonistów,   krzesełka   wyplatane   plastikiem i
kapitalny  nastrój.  Lepiej  by było wieczorem pewnie fajna miejscowa fauna.
Mieliśmy  przedsmak,  co  tu  się może dziać, kiedy zobaczyliśmy człowieka o
wyglądzie  artysty  zjeżdżającego  z  góry  na  rozwalającym się rowerze bez
hamulców,  dla  utrudnienia ulica była jednokierunkowa i to w złym kierunku,
bardzo  wąska  i  mocno  uczęszczana.  Kiedy  zniknął, z za zakrętu wyjechał
autobus,  zajmujący  dokładnie  całą  szerokość  uliczki,  ale jakby się nie
wyminęli to by było widać, bo autobus był biały.
  Stamtąd  na  Pola  Elizejskie,  pierwszy  punkt  kontaktowy,  szwagier nie
wiedział o której skończy.
  Czekaliśmy  piętnaście minut, nikt się nie pojawił. Drugi punkt kontaktowy
był  w  hotelu Georges V. Skromny hotelik, gdzie jedynka kosztuje od 1500 fr
a  suita 15000 fr za noc. Usiedliśmy w holu, szwagier miał zadzwonić i kazać
wywołać   pana   Szczepana  Brzęczyszkiewicza.  Siedzieliśmy  i  było  coraz
bardziej  głupio,  odbywał się jakiś koktajl i kręcące się drzwi wrzucały do
środka  dziwnie  poprzebierane  baby,  pingwiny  w  smokingach  i nawet małe
dzieci  przebrane  za  dorosłych. Nie było żadnych telefonów do nas, a nasze
rozchodzone  buty  i  wytarte  dżinsy  dziwnie  nie  pasowały  do otoczenia.
Poszliśmy  do  najbliższego metra i dalej do hotelu z licznymi przesiadkami.
Okazało  się później, że szwagier nie dzwonił, bo wzięliśmy numer telefonu z
polskiego  przewodnika,  nieważny  od kilku lat. W Paryżu strasznie trudno o
książkę  telefoniczną  odkąd  wynaleźli  Minitel.  Wpadli do hotelu z kolegą
pieć minut po naszym wyjściu, popędzili nawet do baru w nadziei, że siedzimy
tam  i czekamy na wykupienie, ale przecenili naszą wytrzymałość na atmosferę
wielkiego  świata.  Poodnajdowaliśmy się jakoś i po spożyciu rożnych sałatek
utknęliśmy w hotelu, żeby uczcić zieloną noc.
  W   poniedziałek  szwagier  pojechał  na  kongres.  Zabrał  nas  ze  sobą,
poprzedniego   dnia   odkrył  autobus  (nr  82)  jadący  fantastyczną  trasą
turystyczną.   Od   ogrodów   Luksemburskich,   pod  wieżą  Eiffla  do  Łuku
Triumfalnego,  wycieczka  mało  męcząca, przy okazji odkryłem, że plac przed
wieżą  Eiffela  nazywa  się  Place  de  Varsovie.  Pojechaliśmy  jeszcze  do
miejscowych  Domów Centrum za Operą, ale oboje mieliśmy już dosyć, ja bo nie
miałem   w   planie  zakupów,  a  siostra  przeżywała  jak  zwykle  potworny
reisefiber,  patrzyła  bez  przerwy  na  zegarek i nie była w stanie oglądać
czegokolwiek.
  Szwagier  oczywiście  spóźnił  się  (siostra  w tym czasie chodziła już po
ścianach)  i  na  sygnale  pojechali  taksówką na lotnisko. Ja wyruszyłem na
dworzec,  oglądając  po  drodze  stragany  bukinistów. Znów szedłem zaułkami
starając  się  zachować  przybliżony  azymut.  Torba coraz bardziej ciążyła,
postoje  były  coraz  częstsze,  w  końcu  zrezygnowany  wsiadłem do metra i
zaszyłem  się  w  knajpie  dworcowej  o nazwie Niebieski Pociąg. Knajpa jest
secesyjna,  z  wielkimi  skórzanymi fotelami, na które można paść i marzyć o
własnym ciepłym łóżeczku.
  I   to   by  było  tyle,  wycieczka  jak  wycieczka,  tyle,  że  cholernie
wyczerpująca. Okazało się, że rodzina zdążyła na samolot i nawet nie ukradli
im samochodu spod lotniska.


Reportaże: Recenzja sztuki

Autor: AnushiA

[re8]               Recenzja sztuki pt. "Swój człowiek".

             [ Anna Gidyńska - AnushiA - █████████████████████ ]

  Sztuka  Aleksandra Ostrowskiego pod tytułem "Swój człowiek", w tłumaczeniu
Tadeusza  Nyczka  i reżyserowana przez Kazimierza Kutza, została wyemitowana
przez  TVP  w  Teatrze  Telewizji.  Chociaż została napisana w XIX wieku, to
jednak  nie  straciła  ona  wcale  na aktualności. Prawdopodobnie to dlatego
tłumacz  jako  tytułu  użył  całkiem  współczesnego  określenia - określenia
człowieka  postrzeganego  tak,  jak postrzegany jest Głumow - główny bohater
sztuki.
  Głumow  -  pozornie  człowiek  zupełnie  przeciętny i nie marzący o niczym
szczególnym - obmyśla bowiem plan, którego wykonanie ma otworzyć mu drzwi do
kariery  w  świecie  moskiewskiej  socjety.  Postanawia dzięki pochlebstwom,
kłamstwom  i  intrygom zdobyć protektora, a później bogato się ożenić. Jako,
że  jest  "mądry,  zły  i zawistny", jak sam o sobie mówi, to ma duże szanse
doprowadzić  swój  plan  do  końca.  Żeby  jednak odreagować jakoś te ciągłe
kłamstwa,  postanawia  prowadzić  dziennik,  w którym będzie zapisywał swoje
prawdziwe  myśli  i  spostrzeżenia  dotyczące  nowych  znajomych.  Niestety,
wpadnie  on w ręce jego kochanki, Kleopatry Mamajewej, która po przeczytaniu
niepochlebnych  dla  niej  i  jej znajomych zapisków postanowi je dyskretnie
podsunąć  całemu  towarzystwu  naraz.  Szybko  nadarza  się  okazja  - dzień
oficjalnych zaręczyn Głumowa z piękną Maszeńką...
  Nie,  cud  się  nie  zdarza.  Zapiski zostają odczytane i ogół towarzystwa
czuje  się  głęboko  urażony,  oszukany.  Padają  pytania  "jak  on mógł tak
udawać?",  ten  i  ów przyznaje, że "on miał coś takiego w oczach...". Jedna
tylko  osoba,  moskiewski  dandys,  o którym Głumow napisał, że "gdy ktoś na
wyścigach  nazwał  go libertynem, ten przez trzy dni chodził dumny jak paw i
przechwalał  się,  jaki  to  zeń  libertyn",  zgadza  się z wystawioną sobie
opinią.  Głumow  jednak  ani  myśli  przepraszać  czy  usprawiedliwiać  się.
Powtarza  publicznie swoje sądy i wychodzi, zapowiadając, że rychło będzie o
nim głośno. Towarzystwo przy stoliku zaś wspomina swoje z Głumowem rozmowy i
konstatuje,  że  tymczasem  jest on wykluczony z "towarzystwa", ale za jakiś
czas pomyśli się o "ułaskawieniu" owego zdrajcy.
  Oglądając   sztukę   nie   szokujemy  się  jednak  bezeceństwami  Głumowa.
Przeciwnie,  dzielnie  mu  sekundujemy  w  urabianiu  na  swą modłę po kolei
każdego  z  nowo  poznanych "dobrodziejów". I chociaż mogłoby się zdawać, że
Głumow  stracił  wszystko,  to  jednak jesteśmy przekonani, że będzie mu się
szczęściło  w  życiu.  Z bardzo prostego powodu - chociaż z pewnością spotka
wielu  ludzi  złych  i  zawistnych,  to  jednak  żaden z nich nie dorówna mu
inteligencją...
  Kazimierz  Kutz  zaangażował  do swej sztuki najlepszych polskich aktorów.
Główna  postać  odtwarzana  jest  z  prawdziwą  wirtuozerią  przez Zbigniewa
Zamachowskiego,  jednego  z bardziej utalentowanych polskich aktorów. Grywał
on już różne role, ale chyba nigdy dotąd nie zdarzyło mu się grać szubrawca.
Jednak  grana  przezeń  postać  jest  przedstawiona  niezwykle  sugestywnie,
podobnie  jak kuriozalne małżeństwo Mamajewów, grane przez Annę Dymnę i Jana
Peszka.  Innym  postaciom  także nie można nic zarzucić. Jedynym mankamentem
jest  muzyka,  skomponowana  przez Jana Kantego Pawluśkiewicza - a właściwie
jeden  motyw  muzyczny,  przewijający  się  przez całą sztukę. Nie pasuje on
zupełnie  ani do treści sztuki, ani do tego, co dzieje się w danej chwili. W
dodatku  dźwięk  dzwoneczka  wykorzystany  w  owym  motywie wprowadza zamęt,
bowiem  zbytnio  kojarzy  się  ze zwykłym dzwonkiem do drzwi. Czasami muzyka
prawie zagłusza to, co mówią aktorzy - dotyczy to zwłaszcza rozmów Kleopatry
Mamajewej i Głumowa, w dużej części prowadzonych namiętnym szeptem.
  Sztuka  ta  uważana  jest za jedną z najlepszych sztuk Ostrowskiego, i nie
bez  racji.  Jest  ona  jednak  czymś  więcej  niż  tylko  komedią - jest to
drapieżna  satyra.  Od pierwszej sceny widzimy cały mechanizm funkcjonowania
tego  świata,  jego głupotę i hipokryzję. Właśnie ta bezkompromisowość czyni
tę sztukę tak frapującą i aktualną.

Felietony: Pasożytnictwo - jest czy nie ma?

Autor: Denebola

[fe1]                Pasożytnictwo - jest czy go nie ma?

         [ Radosław Ścibior - Denebola - █████████████████████████ ]

  Pasożyt,  to  ogólnie mówiąc organizm, który lubuje się żyć kosztem innego
organizmu.  Słowo  to,  chociaż  w  początkowym  zamyśle związane z niższymi
organizmami  roślinnymi i zwierzęcymi z czasem także wyewoluowało. Tym samym
na  dzień  dzisiejszy znacznie odbiegło od definicji pozostawionej nam w XIX
w.  przez  twórców tego pojęcia: Leucharta, Kuchenmeistera i Van Benedena. Z
wolna  też wkrada się nam w inne dziedziny życia. Mniemam, że jest też znane
mistrzom   obróbki   skrawaniem  w  lubelskim  Daewoo,  mimo  że  nigdy  nie
uczestniczyli  oni w lekcjach biologii. Pojęcie to często było używane także
w  stosunku  do  ludzi i to nie tak dawno... bo w czasach ostatniego systemu
politycznego.  Ubolewam,  że  w  czasach  dzisiejszych  staje się znów coraz
bardziej zapomniane!
  Pasożyt  musi żyć kosztem innego organizmu, a w czasach wszechogarniającej
nas  demokracji każdy człowiek dla drugiego nie jest już wilkiem, a chciałby
być  co  najmniej  komensalem.  To  ostatnie  słowo, żywcem wzięte z żargonu
biologicznego oznacza kooperacje lub w mocnym uproszczeniu układ bazujący na
pewnych  ustępstwach nie przynoszący szkody obojgu partnerom. Hmmm?... Jakby
wyżej  napisane  słowa  cos  mi  przypominały. Ha! Mam! Hihihihi... Lepsze i
gorsze związki partnerskie miedzy ludźmi a może nawet małżeństwa?
  Jak  to  więc  jest  z  tymi pasożytami? Jak sami wiemy z autopsji pasożyt
pasożytowi  nierówny! Co innego przecież, gdy Józek z Vb ukradnie Heli z tej
samej  klasy  kanapkę,  a co innego jak współpracownik firmy przez cały czas
działa na jej szkodę. Twórcy pojęć biologicznych już dawno zwrócili uwagę na
to  co  napisałem  wyżej,  definiując  pierwszy przypadek jako pasożytnictwo
fakultatywne  --> taki pasożyt, ogólnie mówiąc korzysta z okazji by stać się
nim   na   krótko,  chociaż  z  głodu  nie  umiera.  Oraz  drugi  przypadek,
pasożytnictwo  obligatoryjne  --->  pasożyt  musi  pasożytować,  bo  tak  mu
wygodnie  lub  po  prostu  inaczej  nie umie. A jak przedstawia się sprawa w
związkach międzyludzkich?
  Otóż moim zdaniem, w stosunku do pobratymców żyjemy w zażyłych lub całkiem
luźnych   związkach   pasożytniczych.   Czyli,   takie  oto  sobie  pasożyty
fakultatywne  lub  obligatoryjne.  Pasożytnictwo  fakultatywne jest częściej
uprawiane,   gdyż   jest   znacznie  trudniejsze  do  wykrycia.  Natomiast w
uprawianiu drugiej formy często brylują ludzie o niższym statusie społecznym
oraz  nie  zawsze  potrafiący zabłysnąć intelektem. Tę oto formę interakcji,
nota   bene   znacznie   łatwiejszą  do  wykrycia  oraz  bardzo  drastycznie
wyglądającą  w  czasie  wpadki,  ludzie  często  nazywają  (tu użyje niezbyt
eufemistycznie   brzmiącego  skrótu  skurwysyństwem).  Tak,  tak...  odkryte
pasożytnictwo często zostaje personifikowane z powiązaniami rodzinnymi:-)
  Bierze się to zapewne stąd (tu nie chciałbym zabierać chleba etymologom;),
że pewne cechy dziedziczą się. Tu nie odkrywam Ameryki, bo od dawna wiadomo,
że  "niedaleko  pada  jabłko  od...  skorupki  co  to  za  młodu nasiąknie".
Pasożytnictwem brzydzimy się wszyscy, ale nie wszyscy potrafimy je dostrzec,
lub  chociaż  właściwie  zinterpretować.  Człowiek,  wraz  ze  swoja wiedzą,
związkami  kulturowymi,  w  których  się  obraca, normami moralnymi tworzy w
kontaktach  interpersonalnych przebogatą gamę związków pasożytopodobnych. Tę
najwyżej  stojącą formę pasożytnictwa nazwałbym w stosunku do Homo sapiens -
pasożytnictwem wyrachowanym.
  Słyszę  jakieś protesty? Jeżeli zatem jesteś bez winy (czytaj --> jeżeli w
życiu  chociaż  przez  sekundę  nie  stałeś  się  "pasożytem") weź kamień...
Człowiek  stosuje  w  swoim życiu cały wachlarz adaptacji pasożytniczych: od
pasożytowania  na  ludziach,  instytucjach, aż do pasożytowania na naiwności
innych. Hehe, tu drobna dygresja... Pasożyt w przeciwieństwie do drapieżnika
nie  stara się zabić swojej ofiary, bo nie leży to w jego interesie... Wręcz
stara  się  by  ten  układ  trwał  jak najdłużej, bo jest mu w nim dobrze...
Czasami  ludzie,  którzy  odkryją  u  kogoś  objawy pasożytnictwa na sobie -
nazywają  go  darmozjadem  lub  w najdelikatniejszej formie przebąkują coś o
"usuwaniu   wrzodów".   Chociaż  w  przyrodzie  różnica  miedzy  pasożytem a
drapieżnikiem często jest bardzo płynna, to u ludzi rzadko kiedy można mówić
o drapieżniku i ofierze wyłączając Leona Zawodowca i jemu podobnych:-)
  Nie  jest  to  może  trafne  porównanie,  aczkolwiek dość bliskie. Zysk, w
jakiejkolwiek  formie  --->  czy  to  energetycznej, czy też finansowej jest
zawsze zyskiem...

  Żeby  uzmysłowić  Wam  tą  płynną  granicę,  należy  przytoczyć  tu pewien
przykład.  Gdy  napada  mnie lub Was komarzyca (panowie komary są nadzwyczaj
grzecznymi  nektarożercami)  i  wyssie  trochę  krwi - jest quasi pasożytem.
Gdyby  natomiast  wyssała  ze  mnie  cala krew, co doprowadziłoby do zejścia
śmiertelnego,  byłaby  bezwzględnym  drapieżnikiem.  W  związkach  czysto(!)
międzyludzkich    pomijając    inne   stresogenne   sytuacje,   intensywność
pasożytowania   innych  na  nas  jest  wprost  proporcjonalna  do  szybkości
siwienia...;)  Spróbujmy  zatem  przeprowadzić  wstępną  analizę  interakcji
międzyludzkich pachnących pasożytnictwem (czasem bardzo silnie skrywanym pod
płaszczykiem na przykład... hmmm... miłości? W jakich zestawieniach mogą się
one przejawiać:
  a) męsko-męskich
  b) męsko-damskich
  c) damsko-męskich
  d)  damsko-damskich  ->  najtrudniejsze do zdiagnozowania, bo to i kobieta
zmienną  jest  (to  co dla nas mężczyzn jest pasożytnictwem, dla kobiet może
być przyjaźnią;)), a i posiada ona bardzo silnie rozwiniętą intuicję. A ja w
Piśmie  nie uczony jestem, więc istnienie punktu d mogę jedynie podejrzewać,
co  tym samym chciałbym zasygnalizować. Należało by mu jednak poświęcić masę
wnikliwych badań, których na chwilę obecna ja się nie podejmę:(
  Jako,  że  żyjemy w europejskim kręgu kulturowym, najbliższe stają się nam
tym  samym dwa przypadki: b i c. Zerwaliśmy bowiem już dawno z patriarchatem
(nie  musze  już  ze  współplemieńcami  iść  na łowy, zostawiając kobietę na
pastwę  losu  bez  słowa  protestu).  Matriarchat,  też  raczej  schodzi  do
podziemia,  co  najwyżej  został  zachowany  w  układach  z  mężczyznami zw.
pantoflarzami.  Pozostają  wiec  ww.  dwa układy. Jak ja je widzę w skrócie?
Posłużę   się  przykładami  z  filmów,  bo  nie  sądzę  by  takie  przypadki
pasożytnictwa były spotykane w życiu codziennym;-)
  Przykład  c  jawi  mi  się  następująco: (w sklepie jubilerskim) Ona mówi:
"Kochanie,  kup  mi  tę  kolię,  będzie  mi  w  niej nad wyraz do twarzy", a
myśli...  już  ja dobrze wiem... co ona myśli:-) On mówi: "Jakże się cieszę,
że  mogłem  zrobić  ci  tak  wspaniały  prezent".  Jak wcześniej wspomniałem
sytuacja   ta   jest   żywcem  wyjęta  z  filmów(hihi)  w  życiu  bynajmniej
niespotykana. Czy dostrzegacie tu pasożytnictwo???
  A  jeżeli  tak to u kogo? Powiem Wam, że dostrzegają je obydwoje partnerzy
lub  nie  chcą  go  dostrzec... Może być też taki układ, że ten nagły impuls
pasożytniczy  będą  starali  się  ukryć... Ciąg dalszy będzie wyglądał mniej
więcej  tak:  Ona  myśli: "Jeżeli kupi mi tę kolię to odpłacę się tak upojną
nocą, ze długo będzie ją pamiętał" --> tu duży plus dla kobiety, za starania
w  kierowaniu  myśli  w kierunku quasi komensalizmu ;-). On myśli: "Robię to
dla  niej  z czystej miłości" --> tu sam nie chce do siebie dopuścić myśli o
czystym  pasożytnictwie.  Tak  czy  owak  przykład pasożyta jest tu dla mnie
nadzwyczaj wyraźny.
  Przykład  b  także  łatwo  przeanalizować.  I tu, z braku nasuwających się
sytuacji  z życia posłużę się przykładem zaczerpniętym z mitologii. To, że w
wieku  młodzieńczym  mniej lub bardziej pasożytujemy na rodzicach już nikogo
nie dziwi, a wręcz jest ogólnie przyjęte i akceptowane (wystarczy sięgnąć do
podręcznika  psychologii  wieku  dziecięcego  by przekonać się, że ten układ
potrafiliśmy  nawet  ująć w mądre, naukowe słowa). Gorzej, gdy pasożytnictwo
pojawia  się  później,  a  my  próbujemy  promować  je w dorosłym życiu jako
kompleks Edypa (hihi nie mylić z Portnoya).
  Z  kompleksem  tym  umiemy  sobie  radzić  gorzej,  gdy przybiera on formę
drastyczna,  a  tym  samym bardzo łatwo do rozszyfrowania. Kobiety godzą się
często   z   tym   przejawem  pasożytnictwa  nazywając  takowych  mężczyzn w
zależności  od ich urody lub walorów intelektualnych mężczyzną-dzieckiem lub
nawet kociakiem-dzieckiem. A jak powszechnie wiadomo, dzieciom wolno więcej.
Nie  zamierzam  tu omawiać punktu a, bo jest tak ogólnie znany (i jeżeli nie
przyjmuje  zbyt jaskrawych form akceptowany), że szkoda wręcz klawiatury. Tę
formę  pasożytnictwa,  aczkolwiek  tylko  fakultatywnego,  prawie na codzień
stosuję  w  moich  kontaktach  z  przyjaciółmi... A, że odpłacają mi się tym
samym,   więc   żyjemy   w  idealnej  harmonii  jakbyśmy  byli  co  najmniej
komensalami.
  Jeżeli  dalej  nie  udało mi się przekonać Was, że pasożytnictwo istniało,
istnieje  i  istnieć  będzie,  to  pozostaje mi tylko pogratulować sobie, ze
urodziłem się mężczyzną. Tym samym ominie mnie przyjemność psucia się zębów,
odwapniania  kości, wymiotów, apatii, anemii gdybym dziwnym trafem zaszedł w
ciążę.  A  przecież, to nic innego jak jaskrawe symptomy objadania organizmu
żywiciela;-)  No  cóż, głupio się przyznać. Chcąc, nie chcąc byłem pasożytem
od  chwili  poczęcia,  jestem  i  pewnie będę... Taka to moja hmmm... ludzka
natura:-)
  Mam nadzieję, że potraktujecie cały ten tekst podobnie jak ja, pisząc go z
przymrużeniem  oka.  Jeżeli  niechcący  ktoś  z  Was odkrył po jego lekturze
predyspozycje  do  pasożytnictwa,  to  jestem  pewien,  że nadzwyczaj szybko
odrzuci  jako  niedorzeczny  -  mój  tok  myślenia  i  stanie się z powrotem
pełnoprawnym, godnym, humanitarnym przedstawicielem naszego pokolenia...
  Natomiast  obrońców  życia pasożyt... ops, przepraszam, dziecka poczętego,
proszę  tylko  o  łagodny  wymiar  kary i ostatnie życzenie... zadowoli mnie
gratyfikacja  w postaci elegancko i finezyjnie ułożonego stosu... zanim mnie
spalicie:-)
  Jak zwykle czekam na interlokatorów:-)


Felietony: Pierwszy listopada

Autor: Cobretti

[fe2]                        Pierwszy listopada.

             [ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]

  Siedzę i myślę. O czym? O ludziach, których w tej chwili nie ma już na tym
świecie,  o  bliskich, znajomych i nieznajomych. Zastanawiam się czy musieli
odejść na zawsze, czasami bez pożegnania. Stwierdzisz w tym momencie, że oni
żyją.  Racja - są wieczni. Ale tylko w naszej pamięci, na zdjęciach, filmach
i opowiadaniach. Nie umarli. Gdyby było inaczej nie warto by było żyć.
  Cofam   się   o   15  lat  wstecz.  To  był  pierwszy  pogrzeb,  w  którym
uczestniczyłem,  lecz  nie  pierwsza śmierć z jaką dane mi było się spotkać.
Miał  na  imię  Tomek,  chodziliśmy razem do pierwszej klasy w podstawówce w
Przemyślu.  Czy  musiał zginąć? Oczywiście, że nie! Wszystko przez brawurę i
głupotę. Ale wtedy byliśmy wystarczająco głupi, żeby nie zdawać sobie sprawy
z  tego  co  robiliśmy.  Poszedł  pochodzić  po  lodzie  na starym wojskowym
bajorze,  gdzie trzymane były karpie. Lód nie wytrzymał jego ciężaru. Pomimo
pomocy,  nigdy  więcej  nie  dane  mi  było  z  nim  wyskoczyć na mecz, jaki
rozgrywaliśmy kilka razy w tygodniu.
  A  takich  sytuacji było mnóstwo. Mieszkałem niedaleko Sanu, wystarczająco
zdradliwej  rzeki,  w  której ginęło kilkanaście osób rocznie, czasami nawet
bez  śladu. Dlaczego? Przez lekkomyślność, brawurę, niepotrzebne popisywanie
się  przed  kumplami, skoki na głowę przy 50 centymetrowej warstwie wody lub
też z mostu kolejowego. Nie twierdzę, że sam tego nie robiłem, ale im dłużej
żyję,  tym  bardziej  cenię  to  sobie  i na pewno teraz wiele rzeczy za nim
wykonam staram się przemyśleć. Niepotrzebne ryzyko - niepotrzebna śmierć.
  Jaka  ironia  losu.  Teraz  na  Wszystkich  Świętych  tysiące ludzi weźmie
samochody, którymi pojadą odwiedzić groby swoich bliskich. Ile ludzi tam nie
dojedzie,  ile  wypadków  zdarzy  się po drodze. Znowu bezmyślność da znać o
sobie,  na drodze pojawią się niedzielni kierowcy, którzy nie mają praktyki,
szaleńcy  wymijający na trzeciego. Okej, chcesz się zabić - nie ma problemu,
zrób  to  choćby  zaraz,  ale  czemu  przez Ciebie mają ginąć inni, niewinni
ludzie?
  Groby  -  często zapuszczone i nie odwiedzane, w ten jeden dzień stają się
prawdziwą oazą kwiatów, barw i płomieni. Nie jest ważne czyj grób stoi obok,
jeżeli  jest on zaniedbany i tak ktoś z litości zapali na nim znicz, postawi
jeden kwiatek, zmówi pacierz...
  Dzisiaj rano zapukał do moich drzwi jakiś starszy człowiek. Powiedział, że
nie  ma  co  zjeść  i chciałby dostać jakieś kanapki. Zaznaczył, że nie chce
pieniędzy, chciałby tylko coś zjeść. Kanapki znalazły się dla niego od razu,
i  to bez żadnych ceregieli. Był bardzo wdzięczny. Szkoda, że dopiero u nas,
na  piątym  piętrze  udało  mu  się coś dostać. To daje do myślenia. A co by
było,  gdybyś tak Ty przez jakiś przypadek, stał się żebrakiem? Co byś sobie
pomyślał  o  innych,  którzy mają gdzie mieszkać, mają co jeść i mają Cię za
nic?  Fakt, większość żebraków to Rumuni, cyganie i inne dziwne narodowości,
które  mają  się tak na prawdę lepiej niż to wygląda. I oni dla mnie nic nie
znaczą. Kłamią - a to jest wystarczający powód, żeby ich nie zauważać.
  Zapada  zmierzch.  Feeria  barw,  jaka wzbija się nad cmentarzem. Sylwetki
skulonych  w  modlitwie  ludzi, zadumanych nad grobami swoich bliskich. Czas
już iść do domu, jest późno. Ostatnie znaki krzyża, jeszcze jedno spojrzenie
na  grób.  Powoli cmentarz staje się pusty, a nad nim unosi się tylko zapach
kwiatów  wymieszany  z smolistą sadzą unoszącą się z ciepłym powietrzem znad
zniczy w górę.
  Teraz  do  akcji  wkraczają inni ludzie. To szabrownicy - złodzieje. Wiele
zniczy  zgasło  zanim  zdołały  się  wypalić, chryzantemy wystarczy wziąść i
jutro  rano sprzedać przed tym samym cmentarzem, z którego się kradnie. Przy
okazji  okradania,  niejeden  grób jest uszkadzany lub zalewany woskiem. Nie
liczą  się  inni,  ważne jest, żeby oni na tym zarobili. I co z nimi zrobić?
Cmentarz  jest wtedy pusty, nie ma możliwości udowodnienia winy. Chyba, żeby
zacząć  działać niezgodnie z prawem... Wtedy nikt więcej nie zabrałby się do
wynoszenia czegokolwiek z cmentarza.
  Pierwszy  listopada. Dzień taki sam jak wszystkie, a jednak inny. Dlaczego
tylko  w  tym  dniu  ludzie idą na grobowce swoich bliskich, pomimo tego, że
mieszkają  300  metrów  od nich? Czym jest to uwarunkowane? Jakimś strachem?
Obawą?  Specyficzną  magią  tego  dnia?  Nie  sądzę.  Może głupotą? Bardziej
prawdopodobne.
  O  czym  myślą  ludzie  tego  dnia? O swoich bliskich - na pewno. Być może
niejedna  osoba zastanawia się czemu musiała stracić męża, żonę, matkę, syna
lub  córkę?  Czemu  akurat ich to musiało spotkać? Dlaczego w ten sposób los
się  z nimi obszedł? Co będą robić teraz, gdy ich nie ma? Dlaczego? Przecież
mogli by być w tej chwili razem.
  Cóż,  bywa i tak. Niektórzy w domach oglądają zdjęcia, przypominając sobie
wspólnie  spędzone  chwile.  Wracają do wspomnień, które wyciskają łzy z ich
oczu.  Czasami  chcieliby  zapomnieć  o  przeszłości. Lecz od niej nie można
uciec.  Być  może sam zastanawiasz się, kiedy przyjdzie kolej na Ciebie. Kto
Tobie  zapali lampkę, gdy Cię już nie będzie, czy o Tobie też będą pamiętać?
Czy ktoś zapamięta tego żebraka, który w tym dniu prosił o kawałek chleba...
  Czas mija, nie zmarnuj tego czasu...

Opowiadania: "tu i teraz"

Autor: Jojo

[op1]                           "tu-i-teraz"

               [ Jacek Heine - Jojo - ██████████████████████ ]

  ...siedzę  nad jeszcze miękką glinianą tabliczką. Bambusowy rylec jest już
gotowy do odciskania klinowych znaków, ale nie wiem jak zacząć...
  ...siedzę  nad białą kartką papieru. Przypatruję się miniaturowym naciekom
atramentu  na  końcówce  zaostrzonego  pióra  i  w  ich  konfiguracji szukam
natchnienia. Znów staram się TO opisać, lecz nie wiem jak zacząć...
  ...siedzę  przed  monitorem.  Dłonie  zawieszone  nad  klawiaturą.  Kursor
wskazuje miejsce, w którym powinny zaraz pokazać się pierwsze słowa, ale nie
mogę w myśli znaleźć odpowiednich na tyle, by zacząć...
  ...półleżę  w  fotelu  i obserwuję pole odczytu próbując wychwycić w mojej
głowie słowa na tyle wyraźne, by móc je przekazać do pamięci. TE słowa (skąd
wiem,  że  to  właśnie  TE?),  a raczej stenograficzne klucze, które mają je
wyobrażać  będą  potem  przekształcone  przez komputer w przekaz nadawany na
częstotliwości.  Wystarczy  tylko  chcieć  się  zestroić (choć nie wiem któż
miałby  to  robić  i  po  co?), by go odebrać. Ale pole odczytu jest puste -
żadne  ze skojarzeń, odczuć czy wrażeń nie okazało się na tyle konkretne, by
pojawił się odpowiadający mu klucz...
  ...
  ...jak zacząć...
  ...pierwotne  wrażenia  giną  w  mroku  niepamięci i niemożności nazywania
nie-rzeczy.  Miriady  eonów  czasu bez czasu, nicości bez nazwy i pustki bez
wymiarów.  Nie,  nie  chaosu - raczej pra- (do plus i minus nieskończoności)
-świadomości, efemerycznej transcendencji, nie- (ale jednak) -bytu. Nie wiem
(i  chyba nikt tego nie wie) dlaczego pojawiło się pragnienie, by nadać temu
KIERUNEK;  stał  się  więc  czas i (dodatkowo, choć nie były niezbędne a tak
dziś przeszkadzają) kilka wymiarów, by móc uporządkować nie-byt i o pisać go
w  BYT.  Dalej  TO  potoczyło  się  już  samo  (tak  sądzę): przeróżne formy
przekształcających  się  energii (choć głównie ciepła), walka konsolidacji z
entropią,  okres  ustanawiania  i  ustalania  się  praw fizyki, pierwiastków
chemicznych  i  pierwiastków życia - tych wszystkich "rzeczy" i pojęć, które
można z takim zapałem tworzyć, odkrywać lub niszczyć - zależnie od woli... i
uprawnień.
  ...kim jestem...
  ...  nie  mam  niczego,  co  przypominałoby  jakeś  imię. Przykuty do tego
tu-i-teraz  (tj.  tego czasu i kilku wymiarów) obieram właściwie między tymi
trzema:  Odkrywca,  Obserwator  i  Twórca...  i  jestem tymi trzema pospołu:
odkrywam  nowe  wymiary,  czas  i  rzeczywistość  a  potem  obserwuję mogące
narodzić  się  w  nich  światy  biorąc udział w tworzeniu (i niszczeniu - to
żadna  różnica)  cywilizacji,  religii  i  filozofii...  Ot  -  taki w miarę
niejałowy  sposób spędzania (sic!) czasu dla istoty (ISTOTY !) mego rodzaju.
Mówiąc  najbardziej  obrazowo  (na tyle, na ile pozwala na to język obecnego
tu-i-teraz),  jestem  TU skazany (za jakie grzechy?!) na dożywocie wieczne i
staram  się  odbyć  ten wyrok na tyle godnie, na ile mnie jeszcze stać. Moje
życie  wygnańca  w  tu-i-teraz  nie  jest zwykle zbytnio spektakularne, choć
oczywiście  starając  uwolnić  się  od  nudy  dokonuję  pewnych,  powiedzmy,
manipulacji. Spekulacja prawdopodobieństwem w łańcuchu przyczyna-skutek jest
jednym  z  moich  ulubionych  zajęć,  czasem  jednak  ciekawy  jestem jaki w
praktyce  wynik  w  losach  tego  czy  innego  świata  przyniesie to czy owo
wywołane przeze mnie zdarzenie.
  Niektóre  z  tych  eksperymentów  wspominam zadziwiająco chętnie, smakując
radość  z  odczuwania  odczuć:  życzliwości,  przyjemności,  samouwielbienia
(szczególnie,  gdy  ich  wyniki  pokrywają  się  z  tezami  spekulacji)  czy
zaciekawienia  (gdy  jest  odwrotnie).  Pamiętam więc uwielbienie Nakanaty -
królowej państwa Ar, gdy wśród chwały dworu dołączała mnie do panteonu swych
bogów  i jej przerażenie, gdy pozrzucałem posążki innych. Do dziś ["dziś" to
takie  bardzo  "ludzkie" określenie tu-i-teraz] wysoko cenię zainteresowanie
Leonarda,  którego  kilkakrotnie  w różnych światach wtajemniczałem w arkana
mechaniki  (za  każdym  razem  innej).  To  ja  byłem pierwszym nauczycielem
młodego  Vivaldiego  w  Wenecji (nauczyłem go nut) a Kolumbowi pokazałem raz
hologram  Ziemi  widzianej  z satelity (myślał że śni, ale popłynął!). To ja
wymyśliłem  słoneczny  zegar  (ta  moja obsesja czasu), nauczyłem kalendarza
Inków i Celtów a Kamę i Sutrę seksu.
  Miałem  też  kilkoro  dzieci  (rodzonych  z  kobiet  lub przeze mnie), ale
wszystkie  bez  wyjątku  zarażone  wirusem autyzmu żyły krótko, zamknięte we
własnych  wizjach  inspirowanych  informacją  przekazaną w genach. Kocham je
wszystkie  !  Zawsze  starałem się być przy nich do końca i próbowałem ukoić
ich wewnętrzny lęk i ból. Ta miłość jest jedyną wartością przerastającą moje
"ja" poza każde "tu-i-teraz"...
  ...i moją największą karą.

Konkurs Reportera

Autor: Sokołek

[kon]            Konkurs Reportera Na Najlepszą Stronę WWW.

       [ Marcin Sokołowski - Sokołek - █████████████████████████████ ]
                               [ & Cobretti ]

  Od  tego numeru startuje Konkurs Reportera Na Najlepszą Stronę (KRNNS) WWW
jaka  została zgłoszona do Reportera. Całością zajmować się będzie Sokołek i
wszystko  co  jest  związane  z  KRNNS  należy wysyłać do niego. On jest też
szefem KRNNS, a jego namiary na sieci:
         Marcin Sokolowski - Sokołek - █████████████████████████████
  Do  konkursu należy zgłaszać swoje strony WWW, które następnie są oceniane
przez wszystkich zainteresowanych konkursem. W jaki sposób?
  Należy  oglądnąć  wszystkie  10  stron  i dowolnym stronom przyporządkować
pewną ilość punktów. Jest 10 punktów do podziału więc możesz przydzielić np.
wszystkie  10 punktów jednej stronie, albo 10 stronom po 1 punkcie, bądź też
kilka  punktów  kilku stronom. Wszystko zależy od tego, jak bardzo podoba Ci
się czyjaś strona WWW.
  Następnie  musisz  wysłać  informacje  o  wybranych  stronach i przydziale
punktów  Sokołkowi.  To wszystko. Czas oddawania głosów: do dwóch tygodni od
wydania Reportera.
  Następnie  5  stron,  na  które  oddano najmniej głosów zostaną zastąpione
przez  nowe  strony  i  zabawa  zacznie  się  od  nowa  w  następnym wydaniu
Reportera.
  Najlepsza  strona Numeru zostanie dodatkowo umieszczona na Domowej Stronie
Reportera. I to jest cała nagroda, prawda że extra?:-)
  Jeżeli zainteresowanie konkursem będzie znikome, to zostanie zamknięty:-)
  A teraz 10 stron, na które można oddawać głosy. Zresztą są one dostępne ze
strony WWW Reportera.

1.      http://akson.sgh.waw.pl/~michal/
2.      http://zeus.polsl.gliwice.pl/~lesiu/
3.      http://www.waw.pdi.net/~pawelk/
4.      http://ibm.uci.agh.edu.pl/~koala/
5.      http://chlor.kari.put.poznan.pl/~eloy/
6.      http://150.254.3.4/~zuzanka/
7.      http://lab.twins.pk.edu.pl/~kamil/
8.      http://malenstwo.iinf.polsl.gliwice.pl/~ludmila/
9.      http://linux.uci.agh.edu.pl/~jerome/
10.     http://ursus.ar.lublin.pl/users/radeks/

Reporter 9/1996

Wstępniak: Sprawy techniczne

Autor: Cobretti

[ws1]                        Sprawy techniczne.

             [ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]

  Jestem  sławnyyyyyy!!!  O  szczegółach  w  następnym  numerze, bo ten jest
wypełniony  po  brzegi  materiałem.  Heh,  jeszcze trochę i dojdę do siebie.
Poczytaj o tym na stronie Reportera albo PAP'u.
  A póki co, widzisz, że zmienił się wystrój graficzny magazynu. Wziąłem się
za grafikę sam, bo jakoś nikt się nie kwapił do roboty. Wyszło chyba nieźle.
  Nie zapomnij napisać listu do św. Mikołaja! Ciekawe co Ci przyniesie w tym
roku, co nie?
  Przypominam  o FTP Reportera, konkursie, i zapowiadam już genialny numerek
świąteczny,  który  ukaże  się  za  jakieś  10  dni.  Szybko  nie? Będzie to
równocześnie mały jubileusz, 10 numerów w 5 miesięcy!
  Pisz  i przysyłaj mi teksty - to ważna rzecz. Niech nie muszę Cię o to dwa
razy prosić. Reszta technikaliów za tydzień. Yeah! Jestem sławnyyyyy!!!!

Na szybko: Zatwierdzone przez MEN

Autor: Michał Bartosz

[sz1]                      Zatwierdzone przez MEN.

                  [ Michał Bartosz - ████████████████████ ]

  Pamiętacie może przyczynę wybuchu wojny trzydziestoletniej?
  Jeśli  nie,  służę  pomocą.  Szczerze  mówiąc ja również szybko bym o niej
zapomniał,  gdyby  nie  pewien  szczegół. Otóż termin użyty do nazwania owej
przyczyny  jest  moim  zdaniem  tak  idiotyczny,  że  wprost  nie  sposób go
przeoczyć. Ale po kolei:
  Pewnego  pięknego,  majowego  dnia (roku 1618) czescy protestanci spotkali
się   na  zamku  w  Hradczanach  z  namiestnikami  niejakiego  pana  Macieja
Habsburga.  Na  skutek  drobnej  różnicy  zdań  ci  pierwsi się zdenerwowali
(każdemu  wolno)  i  wyrzucili dostojnych oponentów przez okno (niestety ta,
jakże  słowiańska  forma  polemiki  nie  przyjęła się). Niby wszystko jasne,
sprawa załatwiona. Jest jednak pewien szkopuł - jak się okazuje stwierdzenie
"wyrzucić  kogoś  przez  okno"  brzmi  banalnie  i  cokolwiek niepoważnie na
kartach  szanujących się dzieł o tematyce historycznej, czy w podręcznikach.
Dlatego  też akt wywalenia cesarskich podwładnych przez okno znamy dziś jako
"defenestracje  praska".  Aby  rozwiać wszelkie wątpliwości co do słuszności
tego  terminu podam jego rodowód. Jest on cudownie prosty: przedrostek "de-"
plus "fenestra" (łać.=okno).
  Oto  bezbłędna recepta na nadanie jakże prostej i spontanicznej czynności,
wybitnie   naukowego   wymiaru.  Cóż,  czasem  aż  się  prosi,  aby  dokonać
defenestracji podręcznika szkolnego.

Warsztat: Historia muzyki cz.1

Autor: Stanley

[wa1]                       Historia Muzyki cz.1

                      [ Tomasz Staś - ██████████████ ]

1. STAROŻYTNOŚĆ

  Muzyka  - sztuka niematerialna i przemijająca, była w starożytności bardzo
rzadko  notowana,  a  zachowane  nieliczne zapisy nie dają wyobrażenia o jej
rzeczywistym    brzmieniu.    Muzyka    świata   starożytnego   bezpowrotnie
przebrzmiała.   Fakt   niedostatku   materiałów  dotyczących  najdawniejszej
działalności  muzycznej człowieka utrudnia badaczom wniknięcie w jej istotę.
Źródła  poznania  są  prawie  wyłącznie  pośrednie.  Są  to zabytki pisemne,
ikonograficzne,  instrumentarium  muzyczne,  architektura  i  inne.  Badacze
próbują  opisać  muzykę  dawną  opierając  się o obserwację twórczości ludów
pierwotnych.   Takie   działania   pozwalają  jedynie  na  wysnucie  hipotez
uniemożliwiając  w  większości  przypadków podanie informacji ostatecznych i
pewnych. Istnieją różne teorie dat powstania muzyki:

  1.  Muzyka  powstała  z  naśladowania  głosów  zwierząt  (teoria  Ryszarda
Wallaschek - "Początki muzyki")
  2.  Karol  Darwin  w  pracy  o pochodzeniu gatunków próbował szukać źródeł
muzyki w zalotach i poszukiwaniu partnera
  3. Karol Bücher - "Praca i rytm". W dziele tym dowodzi, iż muzyka powstała
jako środek ułatwiający pracę zespołową
  4.  Teoria  reprezentowana przez J. Rosseau i Herberta Spencera, wywodząca
muzykę z języka mówionego (ekspresyjna mowa)

  Najstarszym  przejawem  muzyki  jest  śpiew. Nie mógł on istnieć bez słów.
Śpiewacy  tworzyli  melodię  do  prostych  tekstów dotyczących pracy i życia
codziennego  plemienia.  Muzyce  towarzyszył  zawsze  gest i taniec. Związek
śpiewu,   słów  i  gestu  sprawia,  że  mówimy  o  synkretycznym  (łączonym)
charakterze muzyki w jej początkowym okresie.
  Najstarsze  melodie,  których  istnienie  jest pewne, składają się z dwóch
dźwięków.  W  starożytnej  rejestracji  rozpiętość melodii jest mała, motywy
bardzo krótkie, nie zawsze występuje punkt centralny.
   Wyróżniamy trzy rodzaje muzyki ludów pierwotnych :

  1.  Logogeniczna - czynnikiem tworzącym jest słowo, a melodia jedynie jego
nośnikiem.  Oparta  na  dwóch  dźwiękach  (z  czasem rozszerzona) na ciągłym
powtarzaniu   motywu,  utrzymywana  na  średniej  wysokości  i  wykonywana z
umiarkowaną siłą głosu.
  2.  Patogeniczna  -  wywoływana  przez  gwałtowny  bodziec (wybuch emocji)
melodie  o  charakterze  opadającym,  cichnącym,  występują interwały 4,5,8.
Przypomina okrzyki radości i wściekłości.
  3.  Melogeniczna - powstała przez połączenie i wymieszanie gatunków 1 i 2.
Następuje  tutaj  rozszerzenie  skali,  krystalizowane  są  interwały 4,5,8.
Tworzą  się  układy  tetrachordalne i pentachordalne, wyróżniają się dźwięki
główne i poboczne, melodie mają przebieg opadający.

  Ludy  pierwotne  mają  bardzo  silne poczucie rytmu, w ich muzyce istnieją
elementy  wielogłosowości,  głównie  w  równoległych 4,5,8 i elementy śpiewu
antyfonalnego (rozpoczyna jedna osoba, a później dołącza się grupa).

Egipt

  Dzieje  starożytnego  Egiptu to okres od czwartego tysiąclecia do siódmego
wieku  p.n.e.  U  starożytnych Egipcjan wszelka działalność, także twórczość
muzyczna,  wynikała  z  religii.  Muzyka  była  rodzajem obcowania z bóstwem
przemawiającym  poprzez  dźwięki muzyczne. Dzięki wykopaliskom sięgamy aż do
okresu  przedhistorycznego, z którego pochodzą wszelkiego rodzaju prymitywne
instrumenty  perkusyjne  i  trąby.  Instrumenty  które  towarzyszyły wyprawą
wojennym, tańcom i uroczystością płodności.
   W historii starożytnego Egiptu wyróżnia się trzy okresy:

  1.  Okres  Starożytnego  Państwa  (ok.  3200  -  2000 p.n.e.) Źródłem jego
poznania  są  napisy na piramidach i sarkofagach, ilustracje przedstawiające
śpiewaków,  instrumentalistów  i tancerzy. Na podstawie tego materiału można
wnosić,  że  ważnym  środkiem  wyrazu  był rytm przejawiający się w znacznym
udziale instrumentów perkusyjnych regulujących ewolucje taneczne.
  2.  Okres  Średniego  Państwa  (ok.  2000  -  1500  p.n.e.)  W  tym czasie
przedostały  się  do  Egiptu  wpływy  wschodnie.  Tańce  stały  się szybsze,
orgiastyczne. Poszerzone zostało instrumentarium.
  3.  Okres  Nowego  Państwa (ok. 1580 - 1090 p.n.e.) Z tego okresu pochodzi
najwięcej  zabytków.  Pozwalają  one zrozumieć, że muzyka służyła głównie do
udziału  w  obrzędach religijnych (m.in. kult zmarłych, uroczystości ku czci
boga  Amona  i  in.)  W  tym  czasie zaczynają w świątyniach muzykować także
kobiety. Popularna staje się gra na trąbach.

  Niezależnie  od  obrzędów  religijnych istniała muzyka świecka, która poza
funkcjami  kulturowymi  miała  za  zadanie  cieszyć  i bawić. Najważniejszym
elementem   kultury  Egiptu  był  śpiew.  Towarzyszył  obrzędom  religijnym,
wykorzystywano go też przy pracy. Śpiewały naprzemian chór, soliści lub chór
i  soliści.  Śpiewakom  często towarzyszyły harfy. Wielkie zespoły wokalno -
instrumentalne  były  zjawiskiem  rzadkim.  Częściej  korzystano  z zespołów
małych.  Egipcjanie  stworzyli  system znaków cheironomicznych polegający na
odpowiednim  układzie  rąk  i  palców za pomocą którego oznaczali interwały.
Powstała  w ten sposób seria dźwięków odpowiadających późniejszemu greckiemu
systemowi  encharmonicznemu.  W  starożytnym Egipcie rozwija się szkolnictwo
muzyczne.  Znana  była  prymitywna  wielogłosowość  (burdony).  Co do teorii
muzyki  nie  zachowały się traktaty teoretyczne ani krótkie opisy poświęcone
tym  problemom. Można przypuszczać, że znane były pewne normy według których
komponowano  a  także,  że  istniały  uwarunkowania  kosmologiczne muzyki. W
późniejszym czasie w kulturze egipskiej zaznaczyły się wpływy greckie.
  Instrumentarium:
  klaskanki,  sistrum,  kastaniety,  talerze, dzwonki, bębny, flety pionowe,
piszczałki pojedyncze i podwójnostroikowe, trąbki, harfy, liry i lutnie.

Palestyna

  Mówiąc  o  historii  starożytnej  Palestyny  rozpatrujemy pierwsze tysiąc-
lecie  przed naszą erą. O najwcześniejszej muzyce żydowskiej wiemy niewiele.
Religia  zabraniała obrazowego przedstawiania ludzi. Nie wiemy jak wyglądały
instrumenty  i  praktyka  muzyczna.  Wiadomości czerpiemy przede wszystkim z
Biblii,  oraz  do dziś zachowanych w praktyce starych śpiewów synagogalnych.
Muzyka  starożytnych  Hebrajczyków była jednogłosowa, ametryczna, przeważnie
wokalna  o  charakterze  recytacyjnym,  opierała  się  na  stałych  modelach
melodycznych.  Centralną rolę odgrywała muzyka związana z kultem religijnym.
Z czasem wykształcił się śpiew responsorialny.
  1. Dialog solisty i chóru wykonującego stały refren
  2. Dialog solisty i chóru powtarzającego całą zwrotkę
  3. Wykonywanie śpiewu przez solistę a tylko zakończenia przez chór.
  Śpiew responsorialny wyparł muzykę instrumentalną. Powstały nowe formy np.
śpiewy  synagogalne  tj.  proste  pieśni religijne śpiewane zbiorowo. Muzyka
śpiewów  synygogalnych  oparta  była  o  skale  diatoniczne, podobne do skal
greckich  (np.  pieśni  żałobne opierały się o skalę frygijską, a taneczne o
skalę  lidyjską).  Posługiwano  się  też pentatoniką. Nie ma danych na temat
teorii muzyki w starożytnym Izraelu. Prawdopodobnie znana była teoria etosu,
a  system  dźwiękowy  zbliżony  był  do greckiego. Wielkie zasługi w rozwoju
muzyki  w  Palestynie  mieli  królowie  Dawid  i  Salomon.  Za ich przyczyną
powstały  pierwsze  szkoły  muzyczne,  a  zawód  muzyka cieszył się ogromnym
uznaniem (za bogami i królami).
  Instrumentarium:
  rodzaj  liry zwany kinnor, rodzaj cytry zwany asor, bębenki obręczowe, róg
kozi   lub   barani   bez  ustnika  zwany  szofar,  dzwoneczki,  grzechotki,
piszczałki, trąby, harfy i prawdopodobnie organy hydrauliczne.

Mezopotamia

  O  muzyce  Mezopotamii  także  czerpiemy  wiadomości  na  podstawie źródeł
pośrednich. Wiemy, że istniał podział na muzykę religijną i świecką.
  Muzyka religijna:
  Świątynie  były  centrum  życia kulturalnego i naukowego. Przy świątyniach
istniały  szkoły  przygotowujące muzyków do udziału w obrzędach religijnych.
We  wczesnym  okresie  typową  formą  muzyczną  był psalm lub hymn. Z czasem
obrządek  rozbudowano, był on połączeniem kilku psalmów lub hymnów (5 - 27).
Wykonawstwo  opierało  się  na śpiewie solowym i chóralnym (z wykorzystaniem
praktyki  responsorialnej  -  dialog  solisty  i  chóru, oraz antyfonalnej -
dialog   dwóch   chórów)   z   towarzyszeniem  instrumentów.  Stosowano  też
samodzielne   wstawki  instrumentalne  w  postaci  preludiów,  interludiów i
postludiów.
  Muzyka świecka:
  Ten  rodzaj muzyki reprezentuje głównie muzyka dworska. Odznaczała się ona
ogromnym  przepychem.  Na  dworach istniały wielkie zespoły instrumentalno -
wokalne  (do  150  osób).  Muzykę  łączono  z nauką o planetach i gwiazdach,
przypisywano  jej  także  możliwości  wpływu  na  zmianę stanów psychicznych
człowieka.
  Instrumentarium:
  Z   Mezopotamii   pochodzi   wynalazek   progów  na  gryfach  instrumentów
strunowych.

Chiny

  Znaczenie  muzyki  w  Chinach  było  bardzo  duże.  Muzykę  chińską  można
podzielić  na dworską, kultową i ludową. Źródłem poznania są liczne traktaty
o  muzyce.  Prężnie  rozwija się teoria muzyki. Muzyka Chin, jej teoretyczne
założenia są ściśle związane z estetyką, etyką, filozofią i kosmologią.
  Motywy  melodyczne  i  rytmiczne, skale, wysokości dźwięków, instrumenty i
ich  dobór  łączą się z określonym znaczeniem emocjonalnym. Tworzą symbole o
wyraźnie  sprecyzowanej treści. Są ściśle związane z ruchem, gestem, tańcem.
W starożytnych Chinach szczególne znaczenie miała muzyka instrumentalna.
  Pierwszoplanową  funkcję  pełniła  barwa  dźwięku.  Czynniki  melodyczny i
rytmiczny   odgrywały  mniejszą  rolę.  Muzyka  chińska  dysponowała  bardzo
bogatym  i  zróżnicowanym instrumentarium : gongi, litofon (kamienne płyty o
dźwiękach  różnej wysokości), bębny, dzwony, tygrys, drewniana ryba, kołatka
korytkowa, cytra, lutnia, szeng, fletnia pana.

Indie

  Charakterystyczną  cechą  muzyki hinduskiej jest jej kastowość (związana z
klasami społecznymi) oraz synkretyczność (związek między melodią i tekstem).
Taniec był zespołem gestów i symboli.
  Utwory  muzyczne  tworzone  były  w oparciu o modele melodyczne zwane raga
(modele  te  o  zróżnicowanym  charakterze  wyrazowym  miały oznaczać dźwięk
centralny,  początkowy  i  finalny)  i  rytmiczne  - tala (35 różnych modeli
rytmicznych).  Podstawę  tonalną  stanowią  skale hepta - (7), heksa - (6) i
pentatoniczne.
  Bardzo szeroko rozwinięty był system teoretyczny muzyki hinduskiej. Według
niego  oktawa  dzieli  się na 22 cząstki zwane śruti. Znane było także pismo
nutowe.  Muzyka  Indii  była  jednogłosowa, bardzo zróżnicowana pod względem
melodii  i  rytmu.  Posiadała  wyrobione  poczucie tonalne. Eksponowana była
linia  melodyczna.  Podstawowymi  formami były sylabiczne recytacje świętych
ksiąg  rig  -  wedy  (wiedza hymnów) i ozdobne sama - wedy (wiedza śpiewów).
Poza tym wykonywano pochwalne hymny i uroczyste marsze.
  W   Indiach   najważniejszą   była   muzyka   wokalna.   Na  temat  muzyki
instrumentalnej   mamy  mniej  danych.  Bardzo  popularne  były  instrumenty
strunowe,  zarówno  szarpane  (np.  vina  -  rodzaj  lutni z okrągłym pudłem
rezonansowym  i  długą  szyjką  z  progami)  i  instrumenty  szarpane  zwane
sarinda.  Poza tym grzechotki, bębny, tabla (bębny łączone w pary), dzwonki,
piszczałki pionowe i poprzeczne oraz trąbki.

Ciąg dalszy w następnym numerze Reportera...

Reportaże: List z Hameryki

Autor: Justyna Woźniak

[re1]                         List z Hameryki.

               [ Justyna Woźniak - ████████████████████████ ]

Piątek, godz.12.00PM:
  Siedzimy  z Darią w jej pokoju i czekamy na Williama i Buda, którzy jadą z
nami.  Spóźniają  się  łobuzy niemiłosiernie, William przyjeżdża jakby nigdy
nic  o  1-ej  i  idzie  sobie  do  biblioteki coś tam poszukać. Idę za nim i
wyciągam  go  prawie  za  uszy.  Wreszcie  zajeżdżamy  po Buda i wyruszamy w
podróż.  Jedziemy  9  godz.,  w połowie drogi zaczyna strasznie lać, a wiatr
jest  prawie jak podczas huraganu. Tu William uprzejmie wyjaśnia, że co roku
w  czasie  fall break on ma najgorszy tydzień i coś mu się ciągle przydarza.
Patrzymy   na   niego   z   niemym  wyrzutem.  Dojeżdżamy  do  Pensylwanii i
zatrzymujemy  się  u  przyjaciela  Williama,  Joe. Najpierw szukamy go przez
godzinę i okazuje się, że głupi Bill miał stary adres i nie raczył sprawdzić
nowego.  Dzwonimy do Joe i dostajemy aktualny adres. Drzwi otwiera nam istny
zawodnik sumo w wadze super super super ciężkiej, czyli typical American. My
z  Darią  jesteśmy  bardzo  śpiące, ale chłopaki coś się nie kwapią żeby nas
zostawić  w  spokoju  i  włączają  telewizor. Chrząkamy znacząco, ale to nie
działa  więc  mówimy  wprost,  że idziemy spać. To też nie za bardzo działa,
więc mówimy chłopakom, że musimy wcześnie wstać żeby jak najszybciej znaleźć
się  w NY. Przez całą noc pada, Bud i William śpią na fotelach i robią sobie
dzień  dziecka  czyli  forget  about taking shower. Bluee, budzę się i widzę
naprzeciwko  twarz  Buda.  Bud  wygląda  jakby  matka  natura  zrobiła jakiś
straszny kawał jego rodzicom: zez rozbieżny, zęby wystają z buźki przez cały
czas,  włosy  wiecznie  posklejane i nierozczesane. Reszta ciała jest równie
odrażająca:  grube  cielsko,  obwisłe ramionka, strasznie krótkie ręce. Przy
pierwszym  poznaniu możesz się przerazić (czy to maska na Helloween?), potem
robi  Ci  się  faceta  żal  i  chcesz  się  z nim zaprzyjaźnić, żeby nie był
samotny.  Ale  jego wnętrze jest także nieciekawe, Bud myśli poooowoooliiii,
jego  zdolności  intelektualne  ograniczają się do zapamiętywania dialogów z
cartoons. William natomiast ciągle skubie swoją kozią bródkę i nie umie, jak
się  w podróży okazało, podejmować najprostszych decyzji, niczego nie jest w
stanie  zaplanować,  cały czas czeka na innych, w tym przypadku na mnie i na
Darię, które miałyśmy nadzieję, że to oni nam pomogą w organizacji.

Sobota - od rana leje:
  Leje  tak, że wygląda na to, że pan Bóg się obraził i zamierza nas utopić.
Dojeżdżamy  do miasta i w strugach deszczu nie widzimy nawet drapaczy chmur.
Parkujemy  samochód  po ponad godzinnym poszukiwaniu miejsca na parkingach i
udaje  się  nam  przejść  tylko 2 przecznice. Jesteśmy kompletnie mokrzy. Po
napiciu  się kawy jedziemy metrem do uptown i rozdzielamy się na popołudnie.
To  był  mój  i  Darii  pomysł,  nie  mogłyśmy  dłużej  znieść  ich widoku i
bezmyślności.  Idziemy  na  penn  station  i  przez trzy godziny dzwonimy do
rożnych  hosteli.  Wszystko  zajęte.  W  końcu w jednym z nich są pojedyncze
pokoje  za  45$. Jako wzorowe Polki postanawiamy zrobić szwindelek i wynająć
pokój, a potem przemycić mnie jakoś do niego. To samo proponujemy chłopakom.
Udaje  się!  Nadal  leje  więc nie ma mowy o zwiedzaniu. Zostajemy z Darią w
pokoju,  a  chłopaki idą gdzieś coś zjeść i wracają późno w nocy. Oczywiście
nie  zostają wpuszczeni i muszą spać w samochodzie, chociaż wydali pieniądze
na  pokój.  My  za  to  śpimy  z  zapalonym światłem, bo jakbyśmy zgasiły to
karaluchy chyba by nas zjadły, w życiu nie widziałam takiej ilości robactwa.

Niedziela - nie pada, wow!
  Darię coś tknęło i zadzwoniła do Maćka, kolegi z Wrocławia, który przebywa
od  3  miesięcy  w  NY  z  wizytą  u brata i pracuje. Dzwoniłyśmy do niego z
Greensboro,  ale powiedział, że nie może nam pomóc z przenocowaniem, bo brat
by  się chyba nie zgodził. Maćka nie ma, ale jest ów brat, który usłyszawszy
naszą  historię  mówi:  Dziewczyny,  no to napierajcie! Chodzi o to, że mamy
przyjechać  do  niego  i  tam  nocować.  Mówimy  chłopcom, że nie możemy ich
zabrać, oni zresztą mają nocleg u wujka Billa. No i napieramy. Arek i Maciek
mieszkają na 60th Street, na rogu 2nd Avenue, sam środek Manhattanu, 5 minut
do  Central  Parku  i 5th Avenue, po prostu bomba. Mieszkają w bardzo ładnym
wieżowcu  na  siedemnastym piętrze z pięknym widokiem na olbrzymie drapacze.
Braciszkowie  witają  nas  bardzo  ciepło,  pijemy  herbatkę  i  ruszamy  na
zwiedzanie.  Nawet  w  niedzielę  są korki, wszędzie tłumy, a my uderzamy na
Noho i Soho, chodzimy po przystani, z której widać całą panoramę Manhattanu,
idziemy  na most Brookliński, a potem do World Trade Center. Wjeżdżamy za 8$
(!!!)  na  sam  szczyt i dech nam zapiera, tak wysoko i takie widoki. Maciek
przez  cały  czas  opowiada nam o mieście, obyczajach, rożnych wydarzeniach.
Następnie idziemy zobaczyć Trinity Church (w całości sprowadzony z Europy) i
Wall Street, która zupełnie nie zrobiła na mnie wrażenia.
  O  4-tej  jesteśmy  umówieni z Arkiem i jego koleżanką w China Town. Razem
chodzimy  po  zatłoczonych  uliczkach  i  zjadamy pyszny obiadek w chińskiej
restauracji.  Nie  bardzo mi tylko wchodziła zupka z kalmarami i krewetkami,
coś   mi  w  niej  śmierdziało.  Następnie  Dorota  pokazuje  nam  wspaniałą
cukiernię  i  kawiarnię w Little Italy, gdzie funduje nam przepyszne ciasto.
Dorota  jest  lekarką,  dostała  wreszcie  upragnioną  pracę  (po  5  latach
spędzonych w NY) i zarabia bardzo dobrze. Arek opiekuje się niepełnosprawnym
bogaczem  i  robi zdjęcia dziewcząt chcących zrobić karierę modelek, bo brat
tego  inwalidy  ma agencję. Wieczorem jedziemy na Times Square, boski widok.
Nagle ktoś nas wola, patrzymy a to Szwedzi z naszej grupy internationali, co
za  zbieg  okoliczności  spotkać się w tym wielkim mieście. Idziemy razem do
Greenwich  Village  na  ulicę  pełną klubów bluesowych i jazzowych. Wszędzie
odbywają  się  koncerty,  żyć  nie  umierać.  W  jednym  z klubów gra kapela
staruszków,  są naprawdę świetni. Przysłuchuje im się mniej więcej 70-letnia
Murzynka,  która  zostaje  poproszona  o  przyłączenie  się.  Kobieta ma tak
wspaniały głos, że ciarki przechodzą, wszyscy wiwatują na jej cześć.
  Wracając  Polaczki  robią mały numer. Arek i Maciek mówią, żebyśmy wszyscy
weszli  na  jednego  tokena  (żeton  na metro), ale ja się nie załapuję więc
płacę.  Wbiegamy  do  pociągu,  a tu nagle wpada policja i krzyczy: wy tam w
szóstkę, natychmiast wysiadać. OOOPS, jesteśmy w kłopotach. Mnie i jednego z
facetów  zostawiają  w  spokoju,  reszcie  każą  się ustawić pod ścianą. Ten
facet,  który  został że mną to notabene syn Dupceka, pamiętacie go? Premier
Czech,  bodajże  w  latach  60-tych,  niezły numer co? Daria, Sasan (również
doktorek),  Arek  i Maciek mają do wyboru: albo zapłacić mandat albo spędzić
noc  w  więzieniu.  Zaczynają się negocjacje, biedaki mogą podać adresy żeby
zapłacić  później.  I  tu Arek okazuje zimną krew, na pytanie jak się nazywa
mówi:  Jan  Brzęczyszczykiewicz  ze Szczebrzeszyna. Myślałam, że policjantów
krew  zaleje  jak  usłyszeli  to nazwisko, ale uwierzyli! Pękamy ze śmiechu,
reszta  podaje  fałszywe  adresy.  Teraz  Daria  ma cenną pamiątkę w postaci
nowojorskiego mandatu, którego oczywiście nigdy nie zapłaci.

Poniedziałek - śliczna pogoda.
  Idziemy  z  Darią na Fifth Avenue i do Central Parku, chodzimy po sklepach
największych  projektantów, zwiedzamy Trump Tower (co za kicz), Empire State
Building,  wielki  sklep  z  zabawkami,  pstrykamy  zdjęcia  przy  pierwszym
wieżowcu  jaki  tu  powstał,  nazywanym  popularnie  żelazkiem ze względu na
śmieszny  kształt.  Wieczorem  dzwonię do Skipa, znajomego mojego znajomego.
Jedziemy  do  niego  yellow  cab,  bo mamy mało czasu. Facet nigdy nie był w
Polsce,  ale kolekcjonuje polską sztukę, zna polską historię i lubi Polaków.
Jest  strasznie  kochany,  ale  gaduła  z  niego  niesamowita, przez godzinę
kelnerka  nie może odebrać od nas zamówienia w trakcie obiadu, bo Skip nawet
nie zajrzał w kartę, cały czas gada.
  Wracamy  sobie  pieszo,  skromne  15  przecznic,  ale  o dziwo czujemy się
bezpieczne, policjantów jest chyba więcej niż przechodniów.

Wtorek - czas wracać.
  Dzwoni  William,  jak  się  okazało  jego wujek wcale nie przyjechał i oni
musieli  wrócić  do  Joe,  a  ostatnią noc spali w hotelu, są spłukani i nie
mają  nawet  4  dolców,  żeby  przyjechać po nas (przy wjeździe na Manhattan
płaci  się  za Turnpike). Musimy pojechać na Hoboken, do New Jersey. Tam już
nasi  pechowi  towarzysze  czekają i wracamy do Greensboro i naszej szkółki.
Zajeżdżamy  w rekordowym czasie niecałych 9 godzin, trzeba przyznać, że Bill
jest świetnym kierowcą.


Reportaże: Philipa K. Dicka poszukiwanie Boga

Autor: Alex

[re2]               Philipa K. Dick'a poszukiwanie Boga.

               [ Aleksander Wasilewski - Alex - ███████████ ]

  Jako  jeden  z  autorów  strony  o  P.K.Dick'u, amerykańskim pisarzu, sf o
którym Stanisław Lem miał powiedzieć, że jest jedynym amerykańskim twórcą sf
wartym  czytania, chciałbym przedstawić recenzję powieści Valis, zapraszając
jednocześnie wszystkich na stronę o Dick'u:
                http://zeus.polsl.gliwice.pl/~alekw/dick.html

  To  DZIEŁO  !!! Tak, to niewątpliwie najważniejsza książka Dicka. Jest ona
niejako  kluczem  do  zrozumienia  całej  wcześniejszej  twórczości Philipa.
Pozwoliła mi zrozumieć Kosmiczne Marionetki, czy Deus Irae.
  Ta  książka  to  poszukiwanie  Boga  (dla Philipa istnienie Boga oznaczało
istnienie   realnego  świata,  a  więc  tego,  czego  szukał  w  całej  swej
poprzedniej  twórczości),  powstała na skutek pewnego przeżycia z marca 1974
roku,  nie  znajdziemy  jednak w tej książce odpowiedzi na to, czy w istocie
było  to  doświadczenie Boga, czy tylko wytwór chorego umysłu Dicka. Zresztą
sam  Dick  dystansuje  się  od tego przeżycia wprowadzając Konioluba Grubasa
(Philip  -  grec.  miłośnik koni, Dick - niem. gruby). Nigdy jednak do końca
nie wiemy, kto jest postacią prawdziwą, Phil czy Koniolub. Wydawać się może,
że  jest  nią  Phil  sceptycznie nastawiony do egzegezy Konioluba, jednak to
Koniolub  wyjeżdża do Francji (Dick w istocie był w Metz w 1977). Ta książka
to liczne domysły na temat istnienia Boga i jego miejsca we wszechświecie od
agnostycyzmu: "Człowiek i prawdziwy Bóg są tożsami (..), ale ślepy, oszalały
stwórca  i  jego  spieprzony  świat  oddzielają  człowieka od Boga", własnej
kosmogonii (Tractates Cryptica Scriptura), aż do powrotu do chrześcijaństwa:
"jestem  Chrześcijaninem,  bo  Jezus albo Bóg chrześcijański uratował mnie i
oswobodził",  o  mało nie popadając w sidła sekty Lamptona (?!). Chociaż ten
powrót odbywa się, to bardzo krętymi drogami. W pewnym momencie myślałem, że
agnostycyzm  to  ostateczna  teoria  Dick'a  tłumacząca  niepotrzebną śmierć
Glorii  i  Sherri,  jednak  tak  nie  jest,  to byłoby zbyt proste, egzegeza
czerpie  ze  wszystkich  kultur, m.in. wschodu, Dogonów i antyku. Ta książka
zawiera wiele elementów niejasnych i tajemniczych (czy Sophia w istocie była
wybawicielem,  jeżeli  tak  to  dlaczego  zginęła, kim byli Lamptonowie, czy
tylko szaleńcami, jeżeli tak to kim był wówczas Koniolub, również wierzący w
Valis?), których nigdy do końca nie zrozumiemy, musielibyśmy poznać psychikę
Dick'a  a jest to niemożliwe, a poza tym nie jestem teologiem, więc nie wiem
na ile argumenty Grubasa są prawdziwe.
  Pomimo  tego Valis to niewątpliwie DZIEŁO i warto je przeczytać, chociaż z
sf  ma  niewiele  wspólnego.  Nie polecałbym jednak jego lektury czytelnikom
pierwszy  raz  sięgającym  po  Dick'a,  ponieważ może zniechęcić, bo jest to
książka trudna.
  I już na marginesie, mamy w tej książce również próbkę dickowskiego humoru
w  scenach  z  Kevinem  wyciągającym  na  Sądzie Ostatecznym za ogon swojego
sztywnego jak patelnia kota i z Wagnerem u bram raju.


Reportaże: IrcParty

Autor: Karinka

[re3]                       IrcParty - Szczyrk'96

              [ Karina Pałencka - Karinka - █████████████████ ]

  Jak co poniektórym wiadomo ja sobie ircuję od lutego tegoż roku.
  Czy  to  krótko  czy  długo?  -  sama  nie  wiem... Do tej pory nie miałam
przyjemności  jeszcze  gościć  na  ircparty  (w Nowym Sączu nie mogłam być),
jednakże  11.10-13.10  byłam  w  Szczyrku:)). Nie będę tu oceniała, jakie to
ircparty  było  w porównaniu z innymi, bo nie uczestniczyłam w żadnym innym,
a  opinie  innych  są  różnorakie.  Mnie  osobiście  imprezka w Szczyrku się
podobała.  Nie  wiem  czemu,  niektórzy  komentowali  kiepską  (ich zdaniem)
organizację  "by  pasterz".  Kurcze!  Sami  swych czterech liter i głowy nie
ruszą,  aby  coś  zorganizować  i  jeszcze  wciąż komentują, że oni to by to
zrobili  czy tamto! No to czemu nie zrobicie? Może sami coś zorganizujecie i
wtedy zobaczymy...
  Osobiście w Szczyrku gościłam dłużej niż trwało ircparty.
  W czwartek do Warszawy dotarł jorgi i umówiliśmy się tradycyjnie na Dworcu
Centralnym.  W  oczekiwaniu na pociąg zaczepił jorgiego "kumpel" - menel jak
siemasz  Kościuszko,  twierdzący,  iż jest po cywilnemu (podkoszulek, brudne
spodnie,  dziurawe  trampki,  popsute zęby) - i agitował kolegę, aby wziął w
Wigilię udział w manifestacji pod Belwederem...
  O  17.10  wpakowaliśmy  się  w pociąg do Bielska-Białej. W przedziale była
m.in.  kobieta  z  torbą  podróżniczą i dwoma pudłami, która czytała książkę
pt.:  "Jak  wyzwolić w sobie energię". Lektura poskutkowała, gdyż owa pani w
Katowicach-Ligota  była  już  gotowa  do  wysiadki,  a  wysiadła  na  stacji
Pszczyna:)).  Kolejnym  współpasażerem  był  starszy pan, który do Idzikowic
odmawiał  różaniec,  a  później  do  Sosnowca zagłębił się w lekturze "Życia
pośmiertnego".  Bardzo  barwna  (i  intrygująca  mnie  i jorgiego) postać to
osobnik  siedzący  naprzeciw  nas.  Facet koło pięćdziesiątki, cały czas coś
jadł,  a głównie szamał łyżeczką dżemik. Jeśli owa istota w danej chwili nie
konsumowała  to  np. chusteczką odświeżającą myła sobie... łokcie! Po co owy
gość to robił, to jest zagadką do dzisiaj:)). Owy pan opuścił nasz przedział
w  okolicach  Katowic  -  zdążyłam  zauważyć,  że był właścicielem marynarki
obwieszonej  różniastymi  orderami, medalami etc. W Czechowicach-Dziedzicach
dosiadł się do naszego przedziału młody osobnik, który był bardzo smutny. Ja
w   konwersacji  z  jorgim  zadałam  pytanie  czy  Bielsko-Biała  to  miasto
wojewódzkie? (coś mi się kojarzyło, województwo bielskie, ale nie wiedziałam
co  z  tą  Białą??  -  stąd  pytanie).  Smutny  osobnik rozrechotał się dość
rozkosznie:)).
  O 20.48 dotarliśmy do B-B. Przeszliśmy przez schodki zalane do kostek wodą
na  dworzec  PKS. Najpierw kilka minut szukaliśmy kas, które jak się później
okazało  czynne  są tylko przez kilka godzin na dobę:)). Autobus mieliśmy za
kilkadziesiąt  minut,  więc  stwierdziłam,  iż "dopieszczę" słuchawką własną
rodzicielkę.  Jejku!  Ludzie, jakie historie owy aparat na tamtejszym dworcu
słyszy  to  głowa  mała.  Np.  kobitka rozwodziła się na temat zwyrodniałego
charakteru  swojego  byłego  faceta,  który właśnie ja rzucił. Następnie owa
istota  rozważała możliwości co też ona sobie zrobi itd. Kolejny rozmówca co
chwila  powtarzał  słówko  "nie".  Dość  śmiesznie to brzmiało dla mnie jako
osoby  słuchającej  z  boku.  Jak  już  dorwałam się osobiście do możliwości
skorzystania z aparatu okazało się, że owe urządzenie nie chce przyjąć mojej
prawie   dziewiczej   karty  telefonicznej  -  kolega  jorgi  przekonał  go!
Dodzwoniłam się bezproblemowo.
  Na  dworcu  mają  także godne zwiedzenia toalety:)))). Tradycyjnie WC jest
podzielone  na damskie i męskie:)). Wchodzi się, patrzy w lewo (panie), bądź
prawo  (panowie) i już się widzimy:))). Wspólny cieć pobierający 0,50 zł:)).
PKS-y  tamtejsze  są  fajowe, a kierowcy jeżdżą w sposób specyficzny. Owe 17
kilosów  dzielących  B-B  od Szczyrku przejechałam wciąż lecąc na ludków:)).
Dojechaliśmy  do  Szczyrku  Centrum,  gdyż  nie mieliśmy pojęcia, gdzie jest
Camping  Skalite.  Po  zasięgnięciu  języka  u  rożnych  miejscowych ludków,
uzyskaliśmy rozbieżne informacje, że owe miejsce od Centrum oddalone jest od
1,5  km do 2 km idąc w dół. Udaliśmy się tam i nawet nieźle nam poszło, gdyż
od  razu  trafiliśmy.  Brama  i drzwi campingu były zamknięte, więc zrobiłam
użytek  z  dzwonka. Po chwili usłyszeliśmy "bardzo sympatyczne i gościnne" -
CZEGO?  Zbaraniałam,  jorgi  również.  Wyłuszczyłam pijanemu cieciowi co bym
chciała.  Facet  zainkasował na lewo od nas po 10 PLN od osoby (opłacało nam
się, gdyż tamtejszy czasownik wynosi 16 PLN od osoby). Cieć nic nie wiedział
na  temat  ircparty, które miało się tam odbyć. Pilnujący zaprowadził nas do
pokoju i sobie poszedł.
  Pokoje  mają fajowe, tylko jak na tę porę roku maję wadę - jest piekielnie
zimno,  gdyż  nie  grzeją, camping jest wyludniony. Co prawda kaloryfery są,
ale  nie  grzeją (włączyli je jak było ircparty). Ponoć koło 6 rano owy cieć
przytaraskał  grzejnik  elektryczny, abyśmy nie zamarzli w nocy (he he he) i
jorgi  taskał  go  po  terakocie.  Wg  "zeznań"  kolegi wynika, że rumor był
nieziemski,  jednakże  ja  się  nie  obudziłam. Rano udaliśmy się do sklepu,
później  po  pocztówki,  a  następnie  poszliśmy zwiedzać Szczyrk. Wycieczka
skończyła się na wjeździe kolejką linową na Skrzyczne (przesiadka Jaworzyna)
1257 m.n.p.m.
  Po   południu  zaczęli  zjeżdżać  się  ircownicy.  W  kafejce  campingowej
wieczorkiem  usłyszałam  kawał, który stal się hitem owego ircparty. Pozwolę
tutaj   sobie  owy  kawałek  przytoczyć:  czy  wiecie  jakie  jest  marzenie
informatyka??...  Mieć dużego twardziela. Wieczorem było ognisko, można było
miło  i  sympatycznie  spędzić  czas. W sobotę każdy sam albo w towarzystwie
organizował  sobie  czas.  Ja z jorgim i ole mieliśmy zamiar zaszczytować na
Klimczoku; jednakże oznakowanie szlaków (a tak nawiasem mówiąc Beskid Śląski
jest  specyficzny pod tym względem; szlaki np. przechodzą przez ogródek bądź
sad  ludzi  tam  mieszkających).  Pomyliliśmy drogę, więc zrezygnowaliśmy ze
zdobycia szczytu i poszliśmy na przystanek PKS. Najbliższy autobus odjeżdżał
do  B-B,  więc  tam  się  skierowaliśmy,  a stamtąd pojechaliśmy do Żywca na
piwo:).  Z Żywca wracaliśmy pociągiem, do którego w pewnym momencie dosiedli
się  pseudokibice  z ochroną. Panowie byli natrąbieni jak meserszmity. Byłam
jedyną  istotą  płci żeńskiej w przedziale, jednakże dwóch "kibiców inaczej"
zwracało  się  do nas per "dziewczyny". Dowiedzieliśmy się, iż jeden z owych
ludków  gadał  z  żabojadem, ale żabojada chyba na meczu nie było, bo pijany
spał  na  torach  w  Zawierciu  etc.  Poza  tym  owym  Panom przydarzyło się
nieszczęście,   po   prostu   katastrofa,   dramat...   denko   od   flaszki
odleciało...:))
  Po  powrocie  do  Skalite zastaliśmy widok (hit imprezy) pasterz dziabiący
drzewo.  No,  wspomnę  tylko,  że siekiera nie wydoliła i pękła, ale pasterz
pomysłowy  człek,  więc  robił  to  przy  pomocy... drągów... Zresztą bramkę
później  również  otwierano  za  pomocą  owych  drągów.  Wieczorem  było coś
podobnego  do dyskoteki. Podobnego piszę, gdyż były to bodajże dwie piosenki
z  czego  jedna  nawet  /me  zatańczyła. Później wszyscy, którzy chcieli się
bawić  przenieśli  się  na  ognisko  z  kiełbaskami (tradycyjnie pasterz nie
dotrzymał  słowa, i barana-ów nie było). W zamian za baraninę były kiełbaski
i  tanie  piwko - 2,3 zł za 0,5 l. Przy ognisku było cool:)). Śpiewy słychać
było  do  rana  (o szczegółach zabawy nie będę pisać, niech żałują Ci co nie
byli:)).
  W  niedzielę  od ranka imprezowicze zaczęli rozjeżdżać się do domków. Ja z
jorgim  koło  południa  (po  pożegnaniu  organizatora:).  Wiwat  Pasterz!!!)
ruszyliśmy  na  podbój  Klimczoka.  Przy szczytowaniu wyszedł brak kondycji,
praca   biurowa,  słodycze  etc...:))  Jednakże  na  Klimczoku  pierwsze  co
zrobiłam,  to udałam się do schroniska po napoje;))). Z owej górki poszliśmy
na   Szyndzielnię,   skąd   odlotową,   nowiutką   kolejką   zjechaliśmy  do
Bielska-Białej.  Wróciliśmy  koło  wieczorka  na camping; okazało się, że na
terenie  ośrodka  jest  jeszcze  towarzystwo  z Lublina. Niestety towarzycho
wieczorem  wracało już do Lublina. Po pożegnaniach na przystanku poszliśmy z
jorgim zwiedzać dalej knajpki szczyrkowskie.
  W  poniedziałek  pojechaliśmy  (już  tradycyjnie)  do  Bielska-Białej skąd
mieliśmy  zamiar  udać  się  w  stronę  Wisły.  Nic  z  tego  nie wyszło i w
ostateczności  wylądowaliśmy  w  Ustroniu.  (Uwaga!  Jeśli  ktoś mnie będzie
denerwował  i  drażnił, będę go wysyłała właśnie do Ustronia). Ustroń mi się
nie podobał i już! Miasteczko jak miasteczko, ale szlaki turystyczne mają do
d...  Wg  mapy  usiłowaliśmy  dojść  na Czantorię, ale... nie udało nam się.
Szybko  się zniechęciłam i jedyne co mi się tam podobało i jest moim zdaniem
do polecenia, to pizza w "Oleńce":)))
  Wtorek  (z  powodu  wyczerpania  się  funduszy)  spędziliśmy  w  okolicach
Szczyrku.  Najpierw poszliśmy zaszczytować do Kościoła na Górce - nie warto;
tam właśnie zobaczyłam oznakowanie szlaków turystycznych przebiegające przez
podwórka, sady i ogródki tamtejszych górali:))) Czad! Po zjedzeniu naleśnika
(taco)  skierowaliśmy  się do miejsca oznaczonego na mapie jako Szczyrk wdp.
Nie  wiem  dlaczego, ale wydawało nam się, że to jest Szczyrk wodopój:)) he,
he, he:)) Okazało się, iż pod "wdp." kryje się nazwa wodospad:)). Dojście od
Skalite  (gdzie  mieszkaliśmy)  do  drugiego  końca  Szczyrku  (Biały Krzyż)
zajmuje  około  2,5  godziny  spacerkiem.  Z  Polany Salmopolskiej szczytami
chcieliśmy wrócić do Skalite. Tu muszę przyznać, że oznakowania szlaków były
w porządelu:)).
  Wracaliśmy, wracaliśmy... Jeśli byłyby jeszcze ze dwie górki z podejściem,
to osobiście bym chyba tam klapnęła i zdecydowała się na nocleg w górach:)).
Zeszliśmy  (hi  hi  kolega zaliczył glebę, ja się ucieszyłam z tego powodu i
sama  osobiście w tempie przyspieszenia zrobiłam to samo) z gór koło godziny
19...  Nie  ma  to  jak łażenie w październiku po 18 w górach poprzez las...
Ciemno!  Jak zeszłam już do Szczyrku byłam super szczęśliwa, dopadłam budki,
napoiłam  się  i  udałam  na  camping,  gdzie  był  prysznic  (moje ówczesne
marzenie!)   Z   wielkiej   radości  zużyłam  całą  ciepłą  wodę.  Następnie
zszamaliśmy  kolacyjkę  i  poszliśmy spać... o godzinie 20.30 (!). Położenie
się  po  spacerku  (około  20  kilosów)  dało  efekt  rano,  gdyż o 8.30 już
wstaliśmy (!).
  Po  spakowaniu się, zjedzeniu śniadanka, "wykończeniu" filmu foto mieliśmy
zamiar już się pożegnać ze Skalite:). Zdążyliśmy jeszcze odebrać rachunek za
nasz  pobyt:)). Tutaj nieźle się rozbawiłam. Owy kwitek został wystawiony na
jorgiego.  Po pierwsze zmieniono mu nazwisko. Po drugie jorgi zamieszkuje na
ul. Dragona, Pani zaś wpisała mu ul. Drogową. Po trzecie - to jest najlepsze
-  panienka  zamiast  miasta Gdańsk wpisała Solińsk:)). Ciekawe gdzie takowa
miejscowość  się  znajduje??? Rany! Skąd ona wzięła te informacje? Miała jak
wół  napisane  dane  przez  kierownika  -  nie  wiem,  może  ma  trudności z
czytaniem?  No  cóż,  jorgi  dowiedział  się  kilka nowych rzeczy i faktów o
sobie.  Grunt  to  to,  że  ośrodek  jest fajowy i ja bawiłam się wspaniale,
szkoda tylko, że tak krotko:(
  O 12.44 ruszyliśmy z Bielska-Białej i o 16.25 wylądowaliśmy w Warszawie. O
17.02  wpakowałam grzecznie jorgusia do pociągu, który zawiózł go do domciu,
a  sama  udałam  się  do  swej  chaty. Tak w skrócie wyglądała reszta mojego
urlopiku  i  ircparty w Szczyrku:)). Więcej szczegółów możesz się dowiedzieć
od uczestników:)). Ciekawe kto zrobi kolejną taką imprezkę?


Reportaże: Prawdziwi kibice

Autor: SzYmI

[re4]                        Prawdziwi kibice...

           [ Rafał Szymczak - SzYmI - ██████████████████████████ ]

  Gdańsk, wtorek, 15 października 1996
  Pod  koniec  października  postanowiłem  odwiedzić  pewną osobę w Toruniu.
Ustaliliśmy  wspólnie  termin  i  godzinę  mojego  przyjazdu,  zupełnie  nie
przeczuwając  co się może stać tego pięknego dnia, podczas sobotniej ligowej
kolejki w piłce nożnej.
  Na  dworcu  pojawiłem  się  kilkanaście minut przed odjazdem pociągu, było
nawet  jak  na tak młodą godzinę sporo osób na peronie, dodatkowo zauważyłem
niewielką  grupkę  szalikowców. Wjechał pociąg na stację i zająłem miejsce w
przedziale w ostatnim wagonie. O tym jak był to trafny wybór okazało się już
chwilę  później,  gdy  pociąg  dodarł  na  stację Gdańsk Główny. Jeszcze nim
zdążył  się  zatrzymać  dało  się  słyszeć  donośny krzyk wydobywający się z
młodych  gardeł  prawdziwych  kibiców  Lechii  Gdańsk. Korytarz w wagonie po
chwili  był  już pełen szalikowców, ale oprócz nich wsiadły również oddziały
policyjne,  które wygoniły kibiców z kilku przedziałów. Pociąg ten - relacji
Gdynia-Katowice  -  wiózł  wszystkich osoby przebywające w tymże wagonie pod
kluczem, ponieważ został on zamknięty.
  Jak  się  okazało  na  niezbyt długo, gdyż dało się zauważyć przetasowania
wśród  szalikowców.  Prawie  natychmiast  też rozpoczęła się alkoholizacja z
zapasów   posiadanych   przez  najbardziej  zainteresowanych.  Co  ciekawsze
odnosiło  się  wrażenie,  że  napoje  wyskokowe są dostępne również w samych
pociągu,  szczególnie po widoku powracających z kierunku Wars-u osób z piwem
w  plastikowych  kubkach.  Generalnie  było  nawet  spokojnie, poza drobnymi
ekscesami  na  każdym postoju, kiedy to skandowaniu Lechia Gdańsk, Lechia...
nie  było  końca.  Dwie  godziny  jazdy  do Bydgoszczy minęło dosyć szybko i
nadszedł czas przesiadki. Większość osób wysiadających w tym mieście udawała
się dalej do Torunia - gro osób to studenci zaocznych kierunków. Czekając na
korytarzu,  aż  pociąg  się  zatrzyma, uzyskaliśmy informację, że Lechia gra
dziś z drużyną z Myszkowa - wydawało się, że to już koniec atrakcji na dzień
dzisiejszy.  Jakież  było  nasze  zdziwienie,  gdy  na  peronie stacji stała
pokaźna grupka fanów Zawiszy Bydgoszcz - czekali na kibiców z Gdańska.
  Wysiadający  opuścili pociąg dość sprawnie, gdy nagle zaczęło dochodzić do
rękoczynów  pomiędzy szalikowcami jednej i drugiej drużyny. Wyjście z samego
centrum  bijatyki było utrudnione z powodu zbyt dużej liczby osób na peronie
biorących  udział  czynny  i  przyglądających  się biernie całemu zdarzeniu.
Nagle  fani  Zawiszy  wskoczyli  na  tory... i w ruch poszły kamienie - tzw.
tłuczeń  -  i  wagon  został całkowicie nimi obrzucony - dziw, że nie poszła
żadna  szyba  -  przynajmniej  do  momentu,  do którego udało mi się skryć w
przejściu  pod  peronami,  gdzie latające kamienie nie były już w stanie nam
zagrozić.  Komentując  całe  to wydarzenie udaliśmy się na pociąg w kierunku
Torunia.  Jak  się okazało, mieli nim właśnie jechać szalikowcy z Bydgoszczy
na  mecz  w  Toruniu.  Tylko  tego  było  nam  brak.  Na peronie powitał nas
policjant  następującym  tekstem  -  cytuję  dosłownie: Pasażerowie do tyłu,
bydło do przodu!! Na torach stał piętrus - zamiast elektrycznego - widocznie
kolej bała się demolki tego składu i podstawiła coś bardziej pogańskiego.
  Usiadłem  z  tyłu,  wraz  ze  studentami studiów zaocznych, obserwowaliśmy
przemarsz  fanów, wyławianie najbardziej rozognionych z tłumu oraz działania
służb  policyjnych i kolejowych w całym pociągu. Komentowaliśmy na bieżąco -
było  wesoło,  tylko  pewien  starszy  pan  siedzący  przede  mną był bardzo
oburzony  z  powodu wychowania polskiej młodzieży - generalnie był przeciwny
organizowaniu  jakichkolwiek  imprez  sportowych,  jeżeli  tak mają wyglądać
kibice udający się na piłkarskie widowisko. A pociąg jechał dalej.
  Wjechaliśmy  na  stację  Toruń  Główny.  Już  na  kilka  minut  przed  tym
przystankiem  ustawiła  się  kolejka osób gotowych jak najszybciej wysiąść i
uciec  przed  kolejnymi  zajściami.  Jak  się  okazało ich strach był niczym
nieuzasadniony, ponieważ na dworcu policja sprawnie wyładowała szalikowców a
normalni  pasażerowie  mogli  w  spokoju  wysiąść.  Do  ich  uszu dochodziły
niecenzuralne  teksty  generowane  przez  prawdziwych kibiców, dzięki którym
można  się było się dowiedzieć dlaczego jedna drużyna jest wspaniała a druga
beznadziejna  i  na  odwrót.  Pod eskortą policji fani dotarli na mecz, a ja
nauczony  doświadczeniem  wróciłem  tego  samego  dnia  expressem  do domu -
całkowicie pustym i raczej wolnym od zagorzałych kibiców sportowych.


Reportaże: Sprawa Irca

Autor: Voytass

[re5]                           Sprawa IRCa.

             [ Wojciech Szałwiński - Voytass - ██████████████ ]
             [ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]
                         [ i wiele innych ludzi... ]

  Kilka słów ode mnie (Cobretti):
  Wszystko  poniżej  jest pisane bez polskich liter, ponieważ są to cytowane
listy,   opracowane   i  zebrane  przez  Voytassa.  Oczywiście  ze  względów
objętościowych   pozwoliłem   sobie   dokonać   skrótów,   przy   zachowaniu
najważniejszych przesłań wynikających z treści listów.
  Osobiście  jestem  oburzony  tym  co  się  wydarzyło. Nie popieram takiego
działania  i jest ono żenujące dla samych adminów, bowiem pokazuje ich niski
stopień  inteligencji  (czy  chłopcy  nie  wiedzą, że istnieje takie coś jak
publiczny   IRC-client?).  Mało  tego  -  każdy  przejaw  ograniczania  praw
człowieka  to nadużycie, skierowane zarówno w tego co nakłada restrykcje jak
i  nią  obłożonego.  Takie zachowanie nie miało prawa zaistnieć, a pomimo to
zdarza  się  nagminnie.  I  to  nie  tylko w Toruniu. Może przykład z mojego
podwórka...  Jeżeli  ktoś  ma  konto  na  usctoux1 i chce skorzystać w CTO z
przeglądarki  graficznej  to  nie  da  się  niestety.  Pozostaje  Lynx, albo
przeglądarki lokalne.
  Tu  nawet  głupiej  komendy  "at"  nie można sobie wykonać, pomimo prośb u
admina  o  przydzielenie  praw  na  tą  arcyułatwiająca i odciążającą server
komendę. Przecież pewne rzeczy mogłyby się robić nocą...
  Wracając  do IRC - jak słusznie zauważysz, służy on nie tylko jako zabijak
czasu, ale dzięki niemu można zebrać materiały potrzebne w pracy, szkole i w
życiu osobistym. Można w czasie rzeczywistym prowadzić konsultacje, zebrania
i  narady.  Można  wreszcie  przesłać  niezbędne pliki i jest on najszybszym
sposobem  na dostarczenie niezbędnej informacji, czasem bardzo istotnej. Dla
niektórych osób IRC jest jedyną formą kontaktu ze znajomymi.
  Bez  względu  na  fakt  blokowania  terminali  przez  IRC, nie powinno się
zabraniać   używania   tej   usługi,   a   pozwolić   regulować   to   samym
zainteresowanym. A już zupełnym nieporozumieniem jest brak konsultacji w tej
sprawie  ze studentami. Student - to słowo kiedyś było potężne samo w sobie,
teraz  Student znaczy tyle, że jest to człowiek głupi, można go poniżać, nie
ma  racji  i  ogólnie przeszkadza szkole! Tylko, że szkoły bez studentów nie
mogłyby istnieć.
  Cholernie żałuję, że muszę się uczyć w tak podłych warunkach.
  To  chyba  z  grubsza  tyle jeśli chodzi o mnie, teraz czas na materiał od
Voytass'a:

Zaczęło się wszystko od takiego oto niewinnego message'u systemowego:

-----
From ███████████████████ Tue Nov  5 14:14:47 1996
Subject: Irce i Mudy

  W  godzinach  8-18  obowiazuje zakaz uzywania IRC oraz grania w MUDy (poza
sobotami  i  niedzielami).  Egzekwowane to bedzie poprzez ubijanie wszelkich
klientow IRC i MUD.
                                Mariusz Kasinski
-----

Niewiele czasu potem pojawiła się, również w tej formie nadana, odpowiedź na
powyższy message:

-----
From ██████████████████████ Tue Nov  5 18:11:10 1996

  Wszystkie osoby przeciwne blokowaniu w wybranych godzinach pewnych uslug a
preferowaniu   innych   prosze  o  maile  wraz  z  uzasadnieniem  na  adres:
█████████████
  Interesuja mnie listy wraz z protestami z poza Torunia, gdyz jest to swego
rodzaju  odciecie  od  swiata,  cenzura  i ograniczenie swobodnego przeplywu
informacji....
------

Posypaly sie protesty:

-----
From: Tomasz Brzezicki <██████████████████████>

  Tomek  co sie stalo z ircem miedzy 10.00-18.00 To godziny najwiekszej jego
uzywalnosci
-----
From: Maddy <█████████████████████>

  Rozumiem,  zablokowali  IRCa  do  18:00.  Ale  jest juz 18:10 a wciaz mnie
kiluje!!!!! I co mam zrobic???
-----
From: Marek Arendt <██████████████████████>

  Ja stanowczo protestuje przeciwko wprowadzeniu z dniem dzisiejszym blokady
na  irc'u  i  mudach.  Nie  grywam  w mudy ale uwazam,ze powinny byc obie te
formy rozrywki dostepne. W godzinach wieczornych mozna owszem porozmawiac na
irc'u,ale z ludzmi z ...australii. Godziny popoludniowe sa najlepsza pora do
tychze  rozmow.  Poza  tym  to nie jest tak,ze osoby ircujace i mudujace nie
udostepniaja  terminali reszcie....ktos tu ma bledne zdanie o tym wszystkim.
Licze,ze blokada zostanie zniesiona!!
------
From: Aleksander Asztemborski <█████████████████████>

  Ja,Aleksander   Asztemborski  stanowczo  protestuje  przeciwko  blokowaniu
irca...i  mudow.... dzisiejsza blokada byla juz lekka przesada... Nie grywam
w mudy,ale uwazam,ze blokowanie dostepu do tych form jest nieuzasadnione...
  Wielu ludzi korzysta z irc'a... Jak na przyklad mam porozmawiac z koleka z
katowic,ktory  nie  ma  wlasnego  konta  a  moze  byc jedynie na irc'u (spod
windowsa)..??  Szczegolnie  jestem  przeciwny  blokowaniu  tych  form w tych
godzinach... i jeszcze jedno....jak jest blokada do 18.00 to niech bedzie do
18.00...a nie np do 18.10.....
------
From: Tomasz Kepa <█████████████████████>

  Pisze  do  Ciebie  w sprawie killowania IRCow i MUDow w "godzinach pracy".
Znow  server  w  Toruniu jest praktycznie jedyny w Polsce, w ktorym zabrania
sie  korzystania z MUDa i IRCa! Oczywiscie, jest to w pelni uzasadnione, gdy
kupa  ludzi  siedzi  na  terminalach  i  nie  robi  nic innego, jak nawija z
kumpelka  siedzaca  metr obok przez IRCa czy killuje potworki na mudzie. Ale
nie  wszyscy przeciez IRCuja czy MUDuja z annexa (bo chyba o to chodzi, czyz
nie?).  Chociazby  ja  -  w  90%  przypadkow korzystam z sieci w domu, przez
modem.  I czy moje IRCowanie czy MUDowanie w jakikolwiek przeszkadza komus w
pracy?  Nie  sadze.  Mam  nadzieje,  ze w najblizszej przyszlosci zabronione
zostanie  uzywanie  programow:  Tin,  Elm, Pine, Talk, Write, Wall. Przeciez
wiele  osob  na  bawiacych  sie  na  sieci  wykorzystuje  godzinami tylko te
programy,  co  powoduje  praktycznie niepotrzebne zajmowanie terminala.... A
tak  na  powaznie:  czy  nie  lepszym rozwiazaniem byloby killowanie IRCow i
MUDow tylko wtedy, gdy dana osoba siedzi na annexie?
------
From: "It's me." <██████████████████████>

  Protestuje przeciw uniemozliwieniu studentom dostepu do IRC-a. Bezposredni
kontakt  z  innymi  uzytkownikami  sieci  (w tym takze z zagranicy) jest dla
mnie  bardzo  istotny  z  uwagi  na  nauke  jezyka  obcego  oraz koniecznosc
konsultacji  z  pewnymi  osobami  w  sprawie  materialow  do prac pisemnych,
prezentacji  ustnych  oraz pracy magisterskiej. Protest ten motywuje rowniez
faktem,   ze   nie   posiadam   telefonu   i  IRC  jest  jedyna  mozliwoscia
bezposredniego   polaczenia   sie  z  osobami  pomagajacymi  mi  w  nauce. Z
powazaniem Agnieszka Deregowska
------
From: Rafal Jankowski <█████████████████████████>

  Blokowanie  IRC`a  i  MUD`a  w godzinach 8-18 to moim skromnym zdaniem juz
lekka  przesada.  Internet  jest ogolnie dostepny i nieistotny jest fakt, ze
ktos  wykorzystuje  go  do  IRC`a, czy MUD`a - kazdy powinien miec mozliwosc
swobodnego  korzystania  z sieci w godzinach mu odpowiadajacych. Mylalem, ze
wyszlismy  juz  z  czasow  blokowania  swobodnego dostepu do informacji, ale
widocznie  sie  mylilem.  Obysmy  nie  doczekali  sie drugich Chin. Dla mnie
osobiscie  decyzja  ta  nie  ma  sensu. Na IRC`u przebywaja ludzie z roznych
stref  czasowych  i  bardzo  czesto  sa osiagalni tylko w czasie dnia, czyli
pomiedzy  8,  a  18.  Czy  nalezy  urwac  te kontakty tylko dlatego, ze ktos
blokuje  IRC`a  w tych godzinach? Wydaje mi sie, ze IRC zostal stworzony aby
ulatwic  kontakty  miedzy  ludzmi podobnie jak telefon. Dziwna raczej bylaby
sytuacja, gdyby uzywanie telefonu dozwolone byloby w okreslonych godzinach.
-----
From: █████████████████████

  It  has  come to my attention that you are considering a ban of IRC useage
by your students. This is unfortunate, as it is a window to other worlds and
cultures. I have met many students during my time on IRC and have found them
all to be enjoyable and non-malevolent.
  Please,  consdier  rescinding  this ban, that all cultures may communicate
freely throughout the world.
John
-----
From: Michal Sniegocki <███████████████████████>

  Niedlugo   (tj.   7-8   grudnia)  odbedzie  sie  seminarium  komputerowo -
internetowe  na  wydziale  WNEiZ.  Jedna z prezentowanych uslug bedzie IRC -
jako  mozliwosc  zorganizowania telekonferencji. Prosze wiec o zezwolenie na
korzystanie z irc-a w tych dniach.

  Prezydent projektu

  PS. Prywatnie tez korzystam z irc-a, i to zazwyczaj nie do zabawy. Jest to
jedyny  sposob  aby  porozumiec  sie  na  zywo np. z Taiwanem . Ograniczenie
czasu dostepu powoduje liczne problemy (np. godzin tam i tutaj.)
-----
From: Anna Maria Klonica <████████████████████>

  ...jeszcze  bardziej oburzjacy jest fakt, ze przeprowadzono taki zakaz bez
zapytania o opinie uzytkownikow....
-----
From: Bartosz Maruszewski <█████████████████████>

Wyslalem taki oto list do gen@mat... :

  1)  Czy  moglbys  mi uzasadnic decyzje o zabronieniu korzystania z IRC'a i
MUD'ow?  Ale  poprosze odpowiedz bardziej godna dojrzalego czlowieka niz 'bo
blokujecie terminale'...
  2)  Jaka  jest  roznica  miedzy  ircowaniem  a  korzystaniem z talk'a ? Bo
wlasnie  dziewczyna  obok  mnie  rozmawia poprzez talk z kims juz dosc dlugi
czas ...
  3)  Jaka  jest roznica miedzy graniem w mudy a sciaganiem przez caly dzien
gier, czy np. ogladaniem kilkuset stron WWW?
  4)  Z  tego  co wiem to mat.uni.torun.pl i cc.uni.torun.pl to dwie odrebne
domeny,  dwie  odrebne  instytucje  i  odrebni administratorzy a Ty jestes w
domenie mat.uni.torun.pl.
  5) Co na to p. Wolniewicz i p. Kurpiel ?
  6) Rownie dobrze mozesz zakazac korzystania z poczty, bo dziewczyny siedza
i  od rana do wieczora pisza listy o tresci takiej samej jakby rozmawialy na
IRC'u ...
  7)  Mozesz takze zakazac korzystania z news'ow, bo to przeciez tez zabiera
bardzo duzo czasu, czy nie?
  8)  Goscie  obok  np.  korzystaja  z  talk'a  a siedza o kilka metrow obok
siebie; co Ty na to?

  Moge  tak  wymieniac  i  wymieniac bez konca. Decyzja jest wedlug mnie bez
podstawna. Administrator w moim pojeciu jest to ktos kto dba o to aby system
dzialal   mozliwie   najepiej  (system  operacyjny  komputera  oczywiscie) a
uzytkownicy powinni uzgadniac miedzy soba kto kiedy chce co zrobic.
  Jezeli  juz  dochodzi  do takich krokow to trzeba bylo na poczatku napisac
kartke  i  wywiesic, ze ' Terminale sluza tylko i wylacznie do korzystania z
tego  i  tego.  Nie  wolno  korzystac  z terminali dluzej niz xxxxx'. E-mail
██████████████████ "... and remember ...
       █████████████████████ <-- preferable
  Admin in the loiv.torun.pl domain the system is for admins, not for users"

--------------------
From: Andrzej Kepinski <███████████████████████>

  Czytalem  informacje dotyczaca programow IRC i MUD... chcialbym dowiedziec
sie  dlaczego  zostala podjeta taka decyzja... i dlaczego w/w uslugi zostaly
zablokowane... wiem, ze server SS10 jest serverem pocztowym i zgodzilbym sie
gdyby  cos  takiego  zostalo  zrobione tam... ale dlaczego zabrania sie tego
uzytkownikom servera ALF ???
  Ustna  informacja  ktora dotarla do mnie "poczta pantoflowa" tlumaczaca to
zjawisko  duzym  obciazeniem  terminali ANNEX, co powoduje ze wielu czeka na
miejsce  w  chwili  gdy  inni  IRCuja  jest  w/g  mnie falszywa... jestem tu
codziennie,   a  czasem  nawet  dwa  razy  aby  sprawdzic  poczte  i  czasem
porozmawiac  ze znajomymi ktorzy ucza sie w Gdansku lub Poznaniu... a czasem
nawet w Stanach i Kanadzie... nigdy nie spotkalem sie z sytuacja abym musial
czekam godzinami na zwolnienie terminala przez uzytkownikow programu IRC lub
gier  (MUD)...  nigdy tez nie spotkalem sie z sytuacja aby ktos musial wiele
godzin czekac... oczywiscie, zdarzaja sie sytuacje kiedy wszystkie terminale
sa  zajete,  ale  to  nie powinno nikogo dziwic w przerwach miedzy zajeciami
wiele osob sprawdza poczte... a po zajeciach wiele osob odpisuje na listy...
w  chwili  kiedy  tu przyszedlem ok godz. 17, byly zajete tylko 3 terminale,
teraz  (godz.  18:30)  zajetych  jest 5, czyli 7 wolnych... wiec gdzie sa Ci
ktorzy niby czekaja na zwolnienie sie terminala...
  Chcialbym  tez uzmyslowic, ze system istnieje po to aby mozna bylo z niego
korzystac...  blokowanie  pewnych  uslug  na serverze "publicznie dostepnym"
jest w/g mnie ograniczaniem wolnosci uzytkownikow !!! Konsekwencja tego moze
byc  poszukiwanie  innej  drogi  dostepu  do zablokowanych uslug, wyszukanie
publicznych  IRC  Clientow,  lub  korzystanie  z  zdalnych systemow... wtedy
trzeba   bedzie   zablokowac   takze   TELNET  i  RLOGIN...  co  sprytniejsi
wykorzystaja  TALK,  wiec  tez  trzeba  bedzie  zablokowac...  przy  dobrych
ukladach  mozna  wysylac  sobie  po  kikadziesiat listow... to takze obciazy
system,  wiec  zablokowana  bedzie  poczta...  i  co  zostanie  z systemu...
uzytkownik bedzie mogl sie wlogowac... i wylogowac...
  Wydaje  mi  sie, ze dochodzimy tu do pewnego paradoksu... tworzymy server,
ktory nazywamy "publicznie dostepnym", a nastepnie wprowadzamy ograniczenia,
zabraniamy  korzystania  z  ogolnie dostepnych w sieci uslug... nie urazajac
nikogo,  sadze ze zarowno system jak i osoby zwane administratorami sa po to
aby sluzyc uzytkownikom... a teraz mam wrazenie ze staje sie odwrotnie... ze
ktos   pomyslal,   ze   to   my,   uzytkownicy,   mamy   sluzyc  systemowi i
administratorom...
-----
From: Andrzej Kepinski <███████████████████████>

  Chcialbym zwrocic uwage wszystkich na poczynania pewnych osob zwiazanych z
administracja  sieci  w  polsce...  w  dniu  5  listopada 1996r. w Torunskim
serverze zablokowano dostep do pewnych uslug (IRC i MUD).
  Zablokowanie  ogolnie  dostepnej  na  calym  swiecie  uslugi  (IRC  i MUD)
spowoduje,  ze  co lepsi znajda sobie obejscie tej blokady... a to spowoduje
dalsze  blokady...  no  i co...??? skoro nie moge wymienic pogladow na jakis
temat  na  IRC  przez  godzinke...  to  bede  zmuszony  wyslac kilkadziesiat
listow... to bedzie pewnie trwalo troche dluzej i bardziej obciazy system...
wiec poczta zostanie zablokowana... a na server bedzie mozna sie wlogowac...
a  potem  wylogowac...  kiedys  bylem  dumny  ze  mam  konto  na  tak dobrym
serverze... teraz widze, ze rozkwit internetu w Polsce jest bardzo szybki...
ale rownie szybki jest jego upadek...
  Jesli  takze jestes przeciwny blokadzie pewnych uslug... jesli cos takiego
Ci sie zdazylo... napisz... musimy razem walczyc o WOLNY INTERNET
  Napisz na te liste dyskusyjna... napisz tez do nas, o to nasze adresy:
    Andrzej Kepinski,    e-mail: ███████████████████████
                                 ██████████████
    Tomasz Jedrzejczak,  e-mail: ██████████████████████
                                 █████████████
-----
From: Andy <████████████████████>

  Uwazam  ze  nie  nalezy  blokowac uzytkownikom dostepu do pewnych uslug be
zadnego   uzasadnienia.   Podejrzewam   takze,   iz   "krewni   i  zanajomi"
administratora  tej  domeny  moga  z  tych  uslug  korzystac bez ograniczen.
Anyway,  jesli  jest jakies uzasadnienie to admnistrator powinien je podac i
co  najmniej  skonsultowac sie z uzutkownikami (np. na SGH jest ograniczenie
ilosci  sesji  IRC  odpalonych  na  raz  do  jednej na uzytkownika z powodow
technicznych - slaba maszyna, cieniki drut).
-----
From: Piotr Klaban <███████████████████>

  Co jakis czas pojawia sie ktos w Polsce, kto blokuje irc'a w celu:
  1. zmniejszenia obciazenia lacza i terminali
  2. aby dogodzic uzytkownikom czekajacym dlugo na wolne miejsce
  Robi to w nastepujacy sposob:
  1.  wprowadza  zakaz  bez  konsultacji  z  uzytkownikami zgodnie z zasada:
administrator  jest  dyktatorem (dobra zasada, bo administrator odpowiada za
swoje czyny osobiscie)
  2. wymysla sprytny program, ktory przerywa irc/mod'a
  3. zamyka konta tym co irc'uja zbyt czesto (to bylo w Szczecinie w Toruniu
zapewne bedzie)
  Co robia uzytkownicy?
  1.  jest kilku, ktorzy sie burza wysuwajac argumenty sa zdenerwowani, wiec
podchodza do tego emocjonalnie
  2. sa Ci, ktorzy sa za zakazem, przekonuja innych ze to dla ich dobra

  Do czego to doprowadza? - przyklad Torunia
  1.  program  badajacy  ircownikow  wykorzystuje  przez  10 sekund w kazdej
minucie 10% CPU (wartosci przyblizone) kazdy irc zajmuje ok 0.18% CPU
  2.  niech ktos teraz sprobuje przyjsc do inst. matematyki po 18:00 - sobie
poczeka nie 2 godziny a 4 godziny (wartosci przyblizone)
  Inny przyklad z tego samego Torunia:
  Biblioteka   Glowna  takze  udostepnia  terminale  (11  sztuk).  Tyle,  ze
zablokowanie  tam  irc/mud'a  w  ogole  ich nie odciazy. Dlaczego? Bo tam sa
terminale  graficzne. Kroluje Netscape. Kto z administratorow, tych co sa za
blokowaniem  irc'a  pomyslal jak obciaza lacza WWW (obrazki itd. - kto z Was
wylacza w Netscape AutoLoadImages?).
  Jednak  problem  tam w miare rozwiazano: wprowadzono komputery "sluzace do
krotkich  15-minutowych  sesji"  -  dwa.  Czasem  w  kolejce sie czeka i pol
godziny, bo kazdy wykorzystuje cale 15 minut.
  Moja propozycja:
  0. administratorzy maja swoje obowiazki - brakuje troche dobrej woli
  1.  administratorzy  powinni porozmawiac z uzytkownikami o planach tego co
chca zrobic, a nie - rozmawiac na pl.irc po fakcie Wtedy zeby zachowac twarz
tlumacza, ze jest to jedyne mozliwe rozwiazanie
  2.   niech   wykorzystaja  swoje  umiejetnosci  programistyczne  i  zrobia
mozliwosc  logowania  sie  na  terminalach  "przeznaczonych do XX-minutowych
sesji"
  3.  uzytkownicy  i  administratorzy  w  Toruniu powinni wreszcie rozwiazac
problem  irc'a, bo inne miasta takze beda wprowadzac po prostu zakazy Zawsze
jest kilka rozwiazan, a nie "jedynie sluszne jedno wlasciwe".
  Uwagi koncowe:
  Dlaczego  tak  duzo ludzi ircuje to pewnie kazdy wie (swoje). Niech zwroci
tez  uwage na to, ze irc to prawie pierwsza rzecz ktorej uczy sie student na
Internet-cie.  Kawiarnie  internetowe  w Warszawie zarabiaja glownie na IRC.
Pytanie:  skad  uzytkownik  ma  sie nauczyc innych rzeczy? Czegos tu brakuje
pomiedzy administratorem a uzytkownikiem. A jest wielka przepasc...
  Szymon  pisal  wczesniej  o "procesie dydaktycznym" - na korytarzu w Inst.
Matematyki  sa  zwykli uzytkownicy (no i dwa terminale na stale przeznaczone
dla  pracownikow UMK), tutaj proces dydaktyczny jest pozostawiony im samym -
kierowanie  nim  przez  zakazy  i  nakazy doprowadza do np. - "co ja za list
dostalam?!  :-o"  -  zapytala  mnie  jedna  uzytkowniczka,  ktorej pogrozono
palcem,  ze  zablokowala  terminal w PINE - a ona po prostu nie wiedziala co
znacza  te  skomlikowane  slowa pomieszane z ostrzezeniami - "pine", "maila"
itp.
  Brak   sprecyzowanych   praw/obowiazkow  uzytkowniow/administratorow  jest
spowodowany  szybkim  rozwojem  internetu,  i jest pewnie na reke niektorym.
Jednak  tego  brakuje.  Czy  ktos  na alf'ie czytal kiedys regulamin? Nie? A
podpisywal swoim imieniem i nazwiskiem, ze sie z nim zapoznal - na podaniu o
zalozenie konta.
Piotr Klaban
moje opinie sa niezalezne i niekoniecznie sa opiniami UMK
-----
From: Rafal Milczewski <███████████████████>

  Bardzo prosze o nie blokowanie dostepu do irc w godzinach pracy tj 8 a 18.
Dzieki  niemu moge otrzymac kontant z wazna dla mnie osoba ktora ma konto na
komputerze alf.cc.uni.torun.pl. Z gory dziekuje.
-----

  I  parę  słów  ode mnie (Voytassa). To całe blokowanie usług i tłumaczenie
tego  zajmowaniem terminali czy też blokowaniem mocy obliczeniowej procesora
(czy  procesorów,  nie  wnikam)  jest  absolutnie  bez sensu... Ludzie sobie
pozakładają  konta  na  innych  serverach,  ircować  i  mudować  będą  dalej
(nawiasem  mowiąc, to znam przynajmniej jeden adres muda na porcie 23, a nie
sądze,  aby ktoś tu u nas z adminów, aą tak sie "popisał inteligencją", żeby
blokować ten port) tyle, że z innych serverów.
  Dostaliśmy  zresztą  propozycję  od  jednego  z adminów na południu Polski
bardziej  (ze  zrozumiałych  względów  nie  podam  bliższych  danych)  co do
załozenia  kont dla użytkownikow zablokowanego servera (alf.cc.uni.torun.pl)
własnie  do  irca  i  muda...  Spowoduje  to wszystko tylko tyle, że łącze i
server  będzie  bardziej zablokowane, bo nie tylko informacjami płynacymi na
ircu  (poza  tym  bardziej  niż irc obciąża łącza na przyklad ftp) ale także
informacjami  "telnetowymi".  A terminale i tak będą zajęte... chyba, że się
postawi  przy  każdym  (czy  przy  każdej  grupie,  stoją one sobie w trzech
grupach  na  korytarzach)  człowieka,  który  będzie pilnował, żeby nikt nie
ircowal i nie mudował...
  Pozdrawiam wszystkich czytelników i życzę im mniej bojowych adminów.

Wojciech Szałwiński
Promocja i reklama 'REPORTERA'.
██████████████

Felietony: Aborcja strikes again!

Autor: Dar_ek

[fe1]                      Aborcja strikes again!

              [ Dariusz Nierada - DAR_ek - █████████████████ ]

  Temat  aborcji  znowu w modzie! Znowu przelewa się litry atramentu, gazety
mają  o  czym  pisać,  znowu  księża  mają o czym wykładać na kazaniu, znowu
dzienniki  telewizyjne  mają  czym  zapełnić  swoją ramówkę. Nie mam zamiaru
pisać  kto  ma  rację,  a kto nie. I tak każdy ma swoje zdanie i mało kto je
zmienia,  w  dodatku nasłuchaliśmy się już tyle argumentów "za" i "przeciw",
że  raczej  nic  dodać  się  nie da. To o czym chciałbym pisać, to co nowego
pojawiło się koło tej sprawy. Po pierwsze, skandaliczne zachowanie się gazet
katolickich. Chodzi mi o sprawę z ujawnieniem wszystkich danych posłów (wraz
z  ich  adresami  i telefonami domowymi) którzy głosowali inaczej niż oni by
chcieli.  Na  pierwszy  rzut oka nie ma w tym nic złego, bo w końcu poseł to
przedstawiciel  społeczeństwa  i  powinien być odpowiedzialny za to co robi,
słowem  powinien  robić  wszystko jawnie, i wyborca powinien wiedzieć o jego
poczynaniach.  Ale  skutkiem tego było to, że "nieszczęśni" posłowie zostali
zarzuceni  listami  od  "obrońców  życia  niepoczętego", musieli odbierać po
kilkadziesiąt  telefonów  w  pracy  i  w domu (często anonimowych i często z
pogróżkami),  musieli  przyjmować  kilkanaście wizyt dziennie, pomijając już
fakt,  że wielu z nich zostało "wyklętych" przez swoich miejscowych księży z
ambony  na  kazaniu.  Takie  zachowanie  praktycznie paraliżuje pracę danego
posła  (jeśli coś zdarzało mu się robić, of course). W dodatku poseł ów może
zmienić  jednak  zdanie i zagłosować inaczej niż za pierwszym razem, ale nie
dlatego, że zgodził się jednak z argumentami katolików, ale tylko po to, aby
mieć  wreszcie święty spokój! Czy o to chodzi w demokracji? I jestem pewien,
że  ci  co  zdecydowali  się  opublikować  dane posłów w pełni zdawali sobie
sprawę z konsekwencji swojego działania.
  Drugim  faktem  który  mnie  deprymuje  są  wielkie manifestacje kościelne
"przeciwników   aborcji"  w  wielu  miastach.  Skutku  to  to  żadnego  poza
rozgłosem  na pewno nie przyniesie, bo ci co "wahali się" już dawno wyrobili
sobie  swoje  zdanie,  a  tylko  robi  zamieszanie,  utrudnia  komunikację w
miastach  i  pobudza agresję (i u przeciwników, i u zwolenników). Ale to, co
mnie najbardziej denerwuje to fakt, że na tych wiecach można zobaczyć prawie
wyłącznie   księży,   zakonnice,   emerytów   i   małe   dzieci!  Jak  to? O
rodzeniu/aborcji najwięcej wypowiadają się księża i zakonnice, którzy dzieci
mieć  nie  chcą,  emeryci, którzy już nie mogą, czy dzieci które jeszcze nie
mogą:)  w  każdym  razie nie mają na razie o tym zielonego pojęcia, za to są
bardzo  podatne  na  sugestie,  zwłaszcza od ludzi mających wielki autorytet
jakim  są  księża.  (BTW.  jego  autorytet  bierze się chyba stąd, że ksiądz
zawsze   ma  na  wszystko  odpowiedź  [przynajmniej  mu  się  tak  zdaje], w
odróżnieniu np. od nauczyciela/wychowawcy, który przyzna niekiedy, że czegoś
nie wie).
  Czemu  mniej słychać np. lekarzy specjalistów? Oni mają znacznie więcej do
powiedzenia.  Właściwie  identyczna sytuacja jest z wychowaniem seksualnym w
szkołach.   Najwięcej   do   powiedzenia   mają   księża   i   emerytki   po
sześćdziesiątce!  Owszem,  swoje zdanie mogą mieć (a raczej powinni), ale na
pewno  nie  największe.  Czemu  ignoruje  się  w  tym uczonych (psychologów,
seksuologów,  pedagogów)?  W  jednym  z  reportaży  traktujących  o  pismach
erotycznych  mniej  niż 10% poświęcono na opinie seksuologa L. Starowicza, a
całą  resztę  wypełniały wypowiedzi ludzi z kół katolickich. Wg mnie powinno
być przynajmniej odwrotnie.

Opowiadania: "Taki to już (...)

Autor: Piotruś Chałupko

[op1] "Taki to już mroczny czas" Krzysztof Kamil Baczyński i jego wiersze.

               [ Piotruś Chałupko - ███████████████████████ ]

  Siedział  na drewnianej ławce w cieniu pożółkłych liści wyludnionego parku
Saskiego,  ze  wspartym  podbródkiem na jego delikatnej dłoni, zaciśniętej w
pieść.  Przyglądał się starym zakurzonym łabędziom, myśląc o życiu śmierci i
pożądaniu.  W  każdym  bądź  razie  tak mi się wydawało owego dnia, kiedy to
natknąłem się na niego mimowolnie. Miał na sobie ciemno niebieski garnitur w
białe  prążki,  szarą  kamizelkę  oraz sztywny kapelusz dodający majestatyki
całej  postaci. Twarz miał młodzieńczą a emanacja pewnego rodzaju cierpienia
z niej, była wręcz nienaturalna dla jego delikatnych rysów. Bujne, popielate
włosy,  próbowały  wyzwolić  się spod sztywnego okrycia głowy. Na serdecznym
palcu lewej dłoni błyszczała w stłumionym słońcu obrączka.
  Stałem,  skrywając  swą  postać  za przysadzistym drzewem, które dawało mi
możliwość  bezpiecznej  obserwacji  owej postaci. Odczuwałem silny niepokój,
człowiek  siedzący na ławce, w każdym bądź razie, nie podzielał mojego stanu
emocjonalnego,  co  chwilę  tylko  sięgał  do wewnętrznej kieszeni marynarki
wyjmując  złote (jak mniemałem) inkrustowane pióro i nakreślał po kilka zdań
na marginesach gazety, której pozostałe strony walały się bezwładnie targane
przez   wiatr.   Później   znów   zamierał  przyjmując  postawę  obserwatora
obojętnego,  tępo wlepiając wzrok w przypadkowe rzeczy, jakie napotkały jego
źrenice.  Człowiek wstał i zamiast kupić kwiat u kwiaciarki, która stała tuż
przy bramie parkowej, zerwał z klombu i wpiął sobie w butonierkę.
  Kwiaciarka nakryła go:
  - To nie Boża łączka, szanowny panie - powiedziała rozgoryczona.
  Nawet  nie miała pojęcia jak bardzo pragnął aby nią była... Nie zwracał na
nią  już  więcej uwagi. Oddalił się lekkim krokiem, trzymając gazetę na wpół
złożoną i wywijając nią od czasu do czasu.
  Nie  miałem odwagi do niego podejść, znaliśmy się z czasów szkolnych kiedy
to  razem  uczęszczaliśmy  do  gimnazjum  Batorego.  Zawsze stałem na uboczu
przyglądając   się   jego   twórczości  i  jemu  podobnych  -  wyrastających
młodzieńców  w  duchu  patriotyzmu  zaangażowania społecznego. Wiedziałem iż
jeśli  przyjdzie  odpowiedni  moment  będę  musiał  stanąć  z  karabinem  na
barykadach  i  walczyć  jak  każdy  pospolity człowiek, nie myśląc zbytnio o
sprawach  egzystencjonalnych.  Zaś  oni  uważali  iż  ich śmierć niczego nie
przyniesie i mogli by znacznie więcej zdziałać jako poeci.
  Krzysztof  (bo  takiż  to  właśnie  pseudonim przybrał sobie już w czasach
szkolnych;  prawdziwe  imie  i  nazwisko to Kamil Baczyński) skręcił w ulicę
Senatorską którą udał się prosto do kawiarni w hotelu Europejski gdzie zwykł
przesiadywać  codziennie.  Nie  wytrzymałem  i  podszedłem  do jego stolika,
dyskretnie, nie wiedząc zbytnio jaka będzie właściwie jego reakcja.

  Podniósł swój mętny wzrok znad gazety i wymamrotał:
  - My się znamy.
  - Tak, uczęszczaliśmy razem do Batorego, pamiętasz jeszcze małego Stasia.
  -  Boże  jak  żeś  się  zmienił,  widzę,  iż  czas  nie obszedł się z tobą
łagodnie.
  - Nikt tego nie wie lepiej ode mnie - odpowiedziałem przytłoczony ciężarem
jego dostojeństwa.
  - Cóż usiądź i zamów sobie czego pragniesz, oczywiście w miarę możliwości,
ciężkie czasy nastały. I chmury burzowe są coraz niżej.
  -   Przetrwamy.  -  Odpowiedziałem  zdając  sobie  sprawę  jak  głupio  to
zabrzmiało,  siedział  przede mną człowiek, który był dla mnie swego rodzaju
wzorcem  osobowym,  którego  nigdy  nie  mogłem  doścignąć.  A  ja  tak  się
zbłaźniłem.
  - Wiesz, ja mam już powyżej uszu tego chronienia mnie. Przecież ukończyłem
kurs  instruktorów  dywersji  i  Agrokolię, a na akcję wolanowską nie wzięli
mnie  i  gdybym  się  nie uparł, nie wzięli by mnie i na akcję Tłuszcz-Urle.
Mówią  że mam wielki talent i muszę przetrwać te wszystkie awantury. {Zdanie
zapożyczone z książki Aleksandra Kamińskiego "Zośka i Parasol"}
  -  Mają  rację. - Powiedziałem dogłębnie zaskoczony jego szczerą i w sumie
jakże osobistą odpowiedzią.
  -  Trwać  trwać  przetrwać,  ja  już sam nie wiem chodzę w tę i z powrotem
sporo  piszę  i  myślę  na  ten  temat  i wiesz co jest najśmieszniejsze, do
żadnego sensownego wniosku nie mogę dojść. - Sięgnął energicznie do kieszeni
marynarki  wyciągając malutki notatnik gęsto zapisany malutkimi literkami. -
Masz czytaj...
  Zacząłem z zaciekawieniem przeglądać jego zapiski z ostatnich dni , czułem
się  jak  małe  dziecko któremu po długim okresie pozwolono wreszcie pobawić
się  nową  zabawką  .  Nie było tam wiele wierszy zaledwie cztery aczkolwiek
zapadły mi w pamięć po dziś dzień. Pierwszy z nich zatytułowany był "Z głową
na   karabinie"   występował  w  nim  uderzający  kontrast  świata  pomiędzy
Apokalipsą,  a  pięknem  przyrody  która jak mniemałem wynikała ze wspomnień
samego Krzysztofa.
  - I jak ci się podoba? - zapytał mnie po chwili milczenia.
  - Dobry. - I znów nie stać mnie było na mądrzejszą odzywkę.
  - Wiesz uważam iż to nie sprawiedliwe nie jestem stworzony do walki jestem
poetą  z  powołania,  a  przez  szalejąca  wojnę muszę skupić się na walce z
okupantem,  a  tak  bardzo  bym  chciał żyć w pokoju, w świecie bez nalotów,
łapanek  i tego wszystkiego czego dostarcza nam codzienność - w tym momencie
podsunął  mi  pogniecioną  kartkę  z  dużym  napisem umieszczonym centralnie
"Niebo złote ci otworzę". - To mój ulubiony...
  Siedziałem,  czytałem  i  co  chwilę  przeszywały, mnie dreszcze. Nie wiem
dlaczego może z przerażenia, a może litości, ale teraz dażyłem mego rozmówcę
większym   szacunkiem   niż   kiedykolwiek  wcześniej.  Przewracałem  kartki
odczytując  następująco  "Mazowsze",  "Z  lasu",  "Historia",  "Modlitwa  do
Bogurodzicy".  Ogrom jego twórczości niesamowicie mi imponował. Odwołania do
średniowiecznej  "Bogurodzicy"  z prośbą o to, aby nauczyła nas umierać oraz
walczyć  z  godnością.  Nigdy  nad  tym  wcześniej się nie zastanawiałem, iż
walczyć  znaczy  również  i  umrzeć, karmiony patetycznymi hasłami nigdy nie
myślałem  w  tym  kontekście  o  śmierci, miłości, bliskich i temu podobnych
rzeczach.  Wczytując  się  w jego poezję natknąłem się na pewną prawidłowość
procesu  historycznego. Twierdził on, iż historia ujawnia zło poprzez zło, a
wydarzenia ostatnich dni są swoistym apogeum zła.
  Rzeczywiście winien był urodzić się w czasach pokoju gdzie mógłby rozwinąć
swój talent pisarski. Ale cóż zrobić rzeczywistość była jaka była i nie dało
się  jej  ni jak zmienić. Na powtarzający motyw natknąłem sie i w Mazowszu a
bardziej na pokrewny opisane są tam okrucieństwa wojny, śmierć wielu ludzi i
płynąca  krew po mazowszańskiej ziemi krew. Gdzieś pod koniec doszukałem się
pragnienia i prośby o to by nie zginął bezimiennie i pozostał po nim ślad.
  Rozmawialiśmy  jeszcze  chwilę,  dopił  swoją czarną kawę, podał mi rękę i
zwrócił się bardzo uprzejmie.
  -  Bardzo  przepraszam  ale  naprawdę muszę już iść, żona czeka, bardzo ją
kocham, a ona na pewno się już denerwuje.
  Obrócił się na pięcie i odszedł, zdążyłem jeszcze krzyknąć:
  - Spotkamy się kiedykolwiek jeszcze?
  -  Zapewne  w  Arkadii.  -  odpowiedział od niechcenia i zniknął mi z pola
widzenia.
  Czułem,  jak  z  każdą  chwilą  napływają mi łzy, zacząłem biec, chcąc jak
najdalej  uciec  od  otaczającego mnie świata. Wpadłem do swojego malutkiego
mieszkania  na  Mokotowie  pospiesznie spakowałem najpotrzebniejsze rzeczy i
uciekłem...
  Po  kilku  miesiącach  zdecydowałem  wyjść  z  ukrycia  i powrócić do mego
rodzinnego  miasta. To co tam zastałem wywołało we mnie silny szok, nie było
już  ogrodu  Saskiego,  a w nim łabędzi; ani drzewa za którym skrywałem się.
Nie było też kawiarenki, jakże mi bliskiej. NICZEGO nie było.
  Taka  była  cena  za  wolność,  dopiero  wtedy zdałem sobie z tego w pełni
sprawę.  Stałem, a przede mną rozciągał się obraz pogorzeliska i ruin, aż po
sam  horyzont.  Był  to  tak  przygnębiający  widok, iż wydawało się że samo
słońce  płacze,  przeciskając  swe  promienie  przez gęstą warstwę chmur . W
oddali  pojawiła  się  mała  grupa  ludzi brudnych, obdartych z ubrań, a ich
twarze pokryte sadzą niedawnych wybuchów potęgowały jeszcze bardziej nastrój
grozy. Podbiegłem do nich.
  - Bracia co się stało?
  - Przegraliśmy, po prostu przegraliśmy.
  - A co się stało Kamilem.
  - Kamilem?
  - Yyyy, Krzysztofem, Kamilem!
  - To co prawie ze wszystkimi. Zobacz na podwórzu Ratusza - tam leży.
  -  Powstanie zaskoczyło go w śródmieściu przy ul. Focha, został skierowany
na  stanowisko  w  Pałacu Blanka i tam - zawiesił na chwilę głos - czwartego
dnia powstania...
  - A jego żona co z jego ukochaną Barbarą?
  -  Nawet  nie dowiedziała się biedaczka o jego śmierci. Ranna 24 sierpnia,
dołączyła do niego pierwszego dnia września.
  Udałem  się  czym  prędzej  na  wskazane  mi  miejsce,  targany  wyrzutami
sumienia,  iż  mogłem  zachować  się  jak  mężczyzna; jak patriota i tak jak
wszyscy  stanąć  do  walki.  Brakowało mi odwagi. Nie potrafiłem z godnością
walczyć a tym bardziej umrzeć.
  Postanowiłem  oddać  mu  coś,  co  pozwoliłem  sobie przywłaszczyć, był to
skrawek gazety, na której Baczyński zdołał zapisać swoje ostatnie słowa:
  "Wołam cię obcy człowieku
  co kości odkopiesz białe
  kiedy wystygną boje
  szkielet mój w ręku będziesz miał
  sztandar ojczyzny mojej"
  Rozłożyłem  kartkę  na  skromnej  mogile,  przyciskając  ją szarym, zimnym
kamieniem i odszedłem...
  Odszedłem tak, aby już nigdy więcej nie powrócić.

Opowiadania: Ręka

Autor: Cobretti

[op2]                               Ręka.

              [ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████]

  Potworny  ból  głowy. Pulsująca krew, która wybijała rytm naznaczony przez
ciśnienie  krwi.  Cała,  prawa  strona  czoła  była  uwalana w jakiejś mazi,
pokryta skorupą zaschniętej substancji i nienaturalnie wypukła.
  Dotkliwa  wilgoć  przenikała go na wskroś. Starał się przypomnieć sobie, w
jaki sposób znalazł się w tym miejscu. Było ciemno - tak ciemno, że nie mógł
zobaczyć  swojej  ręki,  którą  trzymał  przed  oczami.  Przebywał tu już od
godziny,  może od dwóch, a może trzech. Nie pamiętał kiedy się ocknął, chyba
stracił  już  poczucie czasu. Ciemność go przerażała. Normalnie wystarczy 45
minut,  żeby  przywyknąć  do braku światła. Nagle coś usłyszał. Oznaczało to
tylko  jedno  -  nie jest sam. Jakieś dziwne, ciche odgłosy niosły się echem
po...  no właśnie. Znajduje się pod ziemią? W jakimś budynku? A może coś się
dzieje z jego świadomością?
  Niestety   nie  znał  odpowiedzi.  Podłoga  była  twarda,  ale  nie  miała
charakterystycznych  rowków dla bruku lub cegieł. Wydawała się gładka, tylko
gdzie  nie gdzie obficie posypana była ziemią. Wstał i próbował zrobić kilka
kroków.  A  może  to  złudzenie?  Może  wcale  nie jest taka równa i gładka,
przecież  nie jest wykluczone, że... Upadł. Głowa zamiast uderzyć o podłogę,
zawisła  nieruchomo  nad  otworem,  z  którego  wydobywała  się cuchnąca woń
rozkładającego  się  mięsa. Teraz było ją czuć wyraźnie, wcześniej jakoś nie
wychwycił  tego zapachu, być może dlatego, że przebywał przez dłuższy czas w
tym pomieszczeniu i zdążył się do tej woni przyzwyczaić. Zbytnio się tym nie
przejął, ale coś go tknęło.
  Co on tu robił? Wciąż zadawał sobie to pytanie, ale jakoś nie mógł znaleźć
odpowiedzi.  Na  wszelki  wypadek  wolał się już więcej nie przemieszczać, a
przynajmniej  robić  to  ostrożnie.  Nie, nie bał się ciemności, którą znał,
przerażała  go  ciemność,  o  której  nic  nie widział. Skoro nic nie da się
zdziałać to może by tak zacząć myśleć. Usiadł na podłodze, odsunął się nieco
od cuchnącej studni i próbował sobie przypomnieć jak się tu znalazł.
  Spodnie,  kamizela  wojskowa,  potężne buty, jakaś uprząż. Pamięta wojsko,
elitarną  jednostkę w jakiej służył, zaszczyty, honory, wojnę... Ale to było
dawno  temu.  Może  coś  z  ostatnich  dni? Niestety, nic - pustka w głowie.
Przejechał  po  twarzy,  zarost  chyba  2  dniowy,  czyli znajduje się w tym
stanie  przynajmniej  od  30  godzin. Normalnie zawsze się golił. Kieszenie,
wydawały  się  puste,  ale jednak znalazł w nich nóż. Czy potrzebował czegoś
więcej?  W tych ciemnościach przydałaby się latarka, ale to byłby komfort, a
do luksusowych warunków nie był przyzwyczajony.
  Kiedyś,  zanim  jeszcze  został zwerbowany do komandosów, prowadził szkołę
przeżycia  w ekstremalnie trudnych warunkach. Zawsze mawiał, że do przeżycia
wystarczy  nóż  i  trochę  wyobraźni.  Teraz  miał nóż i mnóstwo czasu, żeby
przemyśleć  to  i  owo. Problemem były tylko egipskie ciemności. Przypomniał
sobie  przyjaciela. Dawny znajomy, jeszcze z lat młodzieńczych. Dużo ze sobą
rozmawiali, bardzo często zadawał mu pytania w jaki sposób porusza się i nie
wpada  na  przedmioty,  bądź  w jaki sposób potrafi wyczuć obecność drugiego
człowieka  w  pobliżu.  Tak,  miał  przyjaciela,  który był niewidomy. Teraz
zaczął  przypominać  sobie sposób zachowania chłopaka. Usłyszał jego słowa -
matka  nie  musi  widzieć  swojego  syna,  żeby stwierdzić, że to właśnie on
płacze.  Dobrze  to  ujął,  tak jak matka w tym przypadku, on posługiwał się
dzwiękiem. Brak wzroku zastępował mu wyostrzony słuch.
  Usiadł  na  wilgotnej  posadzce,  zamknął  oczy i wsłuchał się w ciemność.
Piski  -  do  tej  pory  ich nie słyszał. Poczuł łagodny przepływ strumienia
powietrza  po  rękach.  Po  chwili  stwierdził,  że  jest cała gama bodźców,
których  nie  zauważał,  bo  myślał  innymi  kategoriami.  Teraz  trzeba  to
wykorzystać  i  wydostać się stąd. Jak się poruszać po tych pomieszczeniach,
nie  narażając się przy okazji na niespodzianki? Niewidomy używa laski, więc
on  zamiast  laski postanowił wykorzystać własną nogę. Przed każdym krokiem,
omiatał  na  przemian,  raz  lewą raz prawą nogą, teren przed sobą. Szło się
wolno, ale wciąż do przodu.
  Stop! Coś miękkiego dało się wyczuć pod butem. Schylił się, dotknął, wziął
do   ręki...  po  chwili  odrzucił  ze  wstrętem.  Ręka  zaczęła  szczypać i
prawdopodobnie  krwawić. To był nadzwyczaj wielki, zdechły szczur, w dodatku
zarobaczywiony.  W  palec  wpił  mu się jakiś czerw i coś ruszało mu się pod
skórą.  Wyjął  nóż  i  bez  wahania usunął larwę wraz z częścią ciała. Palec
natychmiast powędrował do ust, jedyne czyste miejsce jakie posiadał.
  Pokarm  i  woda.  Musiał  to zdobyć, jeżeli chciał cokolwiek zdziałać. Bez
tabletek  oczyszczających,  woda  jaką  mógł  tu uzyskać nie nadawała się do
spożycia. Jedyne wyjście to destylacja, a to wymaga czasu i sprzętu. Ale nie
tylko,  gdyby  udało  mu się zabić odpowiednią ilość szczurów... miał pewien
pomysł.
  Doszedł  do  ściany, była ohydnie lepka i zimna. Tak jak podłoga, wydawała
się  być  z  jakichś metalowych płyt, chociaż nie mógł doszukać się łączenia
pomiędzy  nimi.  Pomimo  to  trzymał się trasy jaką wyznaczała ściana. Szedł
wzdłuż niej jakiś czas, aż wreszcie stwierdził, że nie ma żadnych gwarancji,
że  nie  posuwa  się  w kółko. Pomieszczenie przecież mogło być okrągłe, tym
bardziej, że nie natknął się na żadne załamania, a ściana miała tendencję to
zakrzywiania  się. Postanowił zrobić jakiś znak. Pozostawił uprząż, najwyżej
ją straci, ale będzie wiedział jak sprawy stoją.
  Przewidywania  się  sprawdziły. Po jakimś czasie dotarł w to samo miejsce.
Dziwne, pomyślał. Może przegapił jakiś otwór w ścianie? Może było coś wyżej?
Bez   wzroku  był  bezradny  jak  dziecko.  Znowu  zaczął  myśleć  jak  jego
przyjaciel.   Stanął,   uspokoił  myśli,  zaczął  wczuwać  się  w  ciemność.
Przypomniał sobie strumień powietrza, który omywał jego ręce, gdy leżał przy
otworze, gdzieś w tej sali. Skoro był przeciąg, to znaczy, że musi być także
drugi  otwór.  Postanowił  skierować  się w stronę studni. Nie było to teraz
trudne  zadanie,  węch  mu  znacznie  ułatwił  wyszukiwanie. Przezwyciężając
obrzydzenie,  włożył  rękę  do  środka  i  obmacał  brzeg  studni. Pod kątem
prostym, wykonany z metalu.
  Pomieszczenie   było   sztuczne,   teraz  był  o  tym  niemal  przekonany.
Rozkładające  się  mięso  to  z  pewnością  ludzie,  którzy tam wpadli przez
przypadek  lub  w przypływie rozpaczy. Co gorsze, wszystko było jakieś takie
nienaturalne.  Jeden  napotkany  szczur, metalowa sala, brak wejść, wyjść...
wtem  zaczęło  mu  chodzić  po  głowie jedno zdanie. "Tylko dwa dni, ok? Dwa
dni!"  Jakie to miało znaczenie? Nie wiedział, ale nie dawało mu to spokoju.
Siedzieć tutaj nie mógł, bo prędzej czy później padnie z głodu i braku wody.
Jeżeli  wyjdzie  z  tego,  bez złapania jakiegoś choróbstwa lub gangreny też
będzie   zadowolony.  Po  podłodze  łaziło  mnóstwo  robactwa,  ale  nie  to
przejmowało  go największym obrzydzeniem. Teraz głowę miał zaprzątniętą czym
innym.  Postanowił zejść tym szybem, w głąb studni. Nie raz chodził kominami
w  jaskiniach, więc czemu miał sobie i tym razem nie poradzić, tym bardziej,
że  czas  mijał  nieubłaganie  i  nic  się nie działo. Te odgłosy dochodziły
właśnie  stamtąd,  więc  była szansa, że schodząc w czeluść studni, znajdzie
jakieś wyjście.
  "Tylko dwa dni. Maksymalnie dwa dni, pamiętaj!" - pomyślał.
  Co  jest u licha? Jakie dwa dni? Myśl, myśl, bo pewnie ma to coś wspólnego
z Twoim pobytem w tej dziurze... Taa, łatwo powiedzieć, gorzej zrobić.
  Strącił  ręką  kilka  obleśnych  stworzeń,  jakie  wpełzły  na  jego nogi.
Postanowił  zagłębić  się w studnię. Zaparł się plecami, nogi i ręce trzymał
wyciągnięte  i  oparte  o  przeciwległą  ściankę  pionowego tunelu. Teraz na
przemian  ruszał  rękoma  i nogami, poruszając się coraz niżej i niżej. Przy
kolejnym  automatycznym  skurczu ciała, jego prawa noga natrafiła na pustkę.
Ostrożnie,  tak,  żeby  nie  stracić  kontaktu,  obrócił się i zszedł niżej.
Wszedł  w  poziomą  odnogę,  wychodzącą ze studni. Widoczność była w dalszym
ciągu  zerowa. Usiadł odpocząć. Głowa bolała go niemiłosiernie. Dał odpocząć
rękom  i  nogom. Nagle sobie uświadomił pewne fakty. To co spotkał na górze,
to  nie  był  szczur,  to  co  słyszał to nie były znajome odgłosy, a zapach
gnijącego mięsa, to nie zapach mięsa...
  Złapał  się  za  głowę - zrozumiał w czym rzecz. Wreszcie uświadomił sobie
cel  jaki  miał  osiągnąć.  Dwa dni - teraz wiedział co to oznaczało. Powoli
odzyskiwał   pamięć.   Dwa   dni,   obcy   statek,  pakamery,  śluzy,  szyby
wentylacyjne, uderzenie, wstrząs... Jakoś to musi powiązać, chociaż wydawało
mu się już za późno. Zaraz, zaraz... Tajna misja, miał na nią dwa dni. Teraz
sobie przypomniał.
  Razem  z  II  Oddziałem  Marines  miał się udać na pustynię, gdzie odkryto
jakiś  dziwny układ wentylacyjny, poprzedzielany pakamerami. Ci co weszli do
niego  po  raz pierwszy wywlekli na powierzchnię jakieś choróbstwo, nikt nie
miał  pojęcia  co  to  jest.  Objawy  były  beznadziejne, to coś żerowało na
ludziach.  Małe, obleśne robale, żyjące w trzewiach człowieka, wychodziły na
zewnątrz ciała. A wszystko powoli i bezboleśnie...
  Po  wstępnych  badaniach  materiałów  z jakich wykonano te szyby, eksperci
stwierdzili,  że  nie  zostały  zrobione  przez  człowieka. Nie wiadomo było
również,   co   miało  zawierać  wnętrze  tego  obiektu.  Jednak  udało  się
prześwietlić  pomieszczenia  i  z grubsza otrzymać zarys kanałów oraz wygląd
struktury  wnętrza. Teraz sobie przypominał coraz wyraźniej. Zresztą sam się
nawet zgłosił na ochotnika, żeby zbadać przeznaczenie tego labiryntu.
  Wiedział  jak  to  się  stało, że stracił przytomność i pamięć. Schodził w
jeden  z  szybów  pionowych,  ale  zabrakło  mu  liny  do  dalszego zejścia.
Postanowił  się odpiąć i kontynuował zejście stylem kominowym. Latarkę wtedy
jeszcze  posiadał,  wszystko  stracił  na  jednej z odnóg, do której wszedł.
Chciał  pójść na rekonesans, a potem dalej kontynuować schodzenie, ale wpadł
do  otworu.  Potem już nic nie pamięta, ocknął się na ziemi w tej pakamerze.
Najprawdopodobniej  zderzenie  w  płytą  podłogi  wywołało  wstrząs  mózgu i
czasowy zanik pamięci. Nie był tego taki pewien, może czegoś się nabawił.
  Teraz  to  nie  miało  znaczenia, minęła już najprawdopodobniej wyznaczona
ilość  czasu  i całość została zalana betonem na wieki. Taki był plan - miał
48  godzin  na  spenetrowanie terenu, potem mieli zalać znalezisko, żeby nie
mógł   się   do   niego   dobrać   nikt  z  zewnątrz.  Następnie  miało  być
napromieniowane  i  wypełnione  pod  ciśnieniem  gazami żrącymi, które miały
wybić  wszystkie  organizmy.  Problem  w  tym,  że on miał się dowiedzieć co
jeszcze  jest  w środku. Niestety, teraz już się nie liczy. Odpadł z tej gry
przed czasem.
  Siedział  w  tym korytarzu i myślał, coraz bardziej zdawał sobie sprawę ze
swojego  beznadziejnego  położenia.  A  może jest gdzieś jeszcze jakieś inne
wyjście?  A może... nagle stwierdził, że nie ma czucia w lewej ręce. Uderzył
nią o kolano, nic... dotknął jej prawą ręką i zamarł. Lewa ręka się ruszała,
pod  skórą  wyczuł  tysiące  obleńców.  Po  chwili ręka się rozsypała niczym
woreczek  z  kaszą.  Dobrze,  że  było  ciemno,  dobrze, że chociaż tego nie
widział  i  dobrze,  że  tego nie czuł. Nie martwił się teraz brakiem wody i
pokarmu. Teraz to on stanowił pożywienie. Jaka ironia losu, kto by pomyślał.
  Kilka,  kilkanaście  metrów  nad  nim byli ludzie, którzy mogli mu jeszcze
pomóc.  Wszystko  jednak  skończone. Jest tu zamknięty na wieki. Chyba, żeby
dał  jakiś  znak,  w  jakiś sposób poinformował ich, że żyje. Robactwo można
było  wytępić,  nie  było  ono  co  prawda  znane  nauce,  ale nie stanowiło
problemu. Gdyby udało mu się wydostać, miał by może jakąś szansę. Postanowił
wracać  na  górę.  Miał  tylko  jedną dłoń czy zdoła? Zaczynało mu się robić
słabo,  w  ciemności  zaczął  widzieć jakieś kształty. To chyba jakieś chore
przywidzenia - pomyślał. Postanowił jeszcze chwilę odpocząć.
  Czekał.  Pomyślał  o głowie, przecież też była porozbijana i krwawiła. Czy
teraz przyjdzie czas na głowę? Po chwili przestał myśleć...

Ogłoszenia

Autor: Reporter

Nadawca: Marcin Suchozebrski [ █████████████████ ]

  W związku z ostatnimi splitami, desynchami i lagami polskiej części EUnetu
pragniemy  zaproponować  nową  alternatywną  sieć  serverów  irc  gdzie  nie
będziesz  wywalany  przez  server  co 30 minut, traktowany po macoszemu oraz
killowany  bez  przyczyny.  Jeśli  inicjatywa spotka się z zainteresowaniem,
mamy  w  planach  uruchomić  nowe  servery  w  w wielu miastach Polski, USA,
Kanady,    Wielkiej    Brytanii   i   Niemczech   Obecne   servery   PolNet:
venus.ci.uw.edu.pl,      ruby.kari.put.poznan.pl,     delfin.elka.pw.edu.pl,
nzs.sci.agh.edu.pl oraz monolyth.marmic.com.pl

Konkurs Reportera

Autor: Sokołek

       [ Marcin Sokołowski - Sokołek - █████████████████████████████ ]
                                [ Cobretti ]

  Wszystkie  sprawy  związane  z  konkursem w następnym numerze! Ten konkurs
musi  się  rozkręcić,  zgłaszaj  swoje strony, wybieraj najlepsze, niech się
dzieje!  Wszystkie szczegóły na stronie Reportera. Uwagi i zgłoszenia kieruj
bezpośrednio do Sokołka.

Reporter 10/1996

Wstępniak: Sprawy techniczne

Autor: Cobretti

[ws1]                        Sprawy techniczne.

             [ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]

     .-~~\    Mamy Jubilesz! Dziesiąte wydanie w pięć miesięcy!  Ależ tempo,
    /     \ _  sam się tego nie spodziewałem. Można by go jeszcze podkręcić,
    ~x   .-~_)_    co? Można! Kwestia "mania czasu". Akurat  znalazłem kilka
      ~x".-~   ~-.  chwil i dlatego tak się sypie numer za numerem.
  _   ( /         \   _  Teraz  nastąpi  przerwa, aż do stycznia. Mam zamiar
  ||   T  o  o     Y  ||    skończyć  numer  półroczny  i  jest  to ostatnia
==:l   l   <       !  I;==  szansa  na nadsyłanie swoich adresów i advertów,
  \\   \  .__/   /   //     które  ukażą  się  w  wydaniu  Pecetowym,  gdzie
    \\ ,r"-,___.-'r.//    oczywiście znajdą się wszystkie numery Reportera.
     }^ \.( )   _.'//.  Będzie  to  coś  w  rodzaju   składanki,  oczywiście
    /    }~Xi--~  //  \   pojawi    się    tam    wiele    innych    tekstów
   Y    Y I\ \    "    Y  nieopublikowanych w Reporterze - wraz z muzyką.
   |    | |o\ \        |  Wciąż czekam  na teksty. Reporter się nie zmienił,
   |    l_l  Y T       |  dalej możesz  przysyłać wszystko  co  chcesz, więc
   l      "o l_j       !  nie  zastanawiaj się ani chwili,  tylko chwytaj za
    \                 /   pióro (tzn. klawiaturę), pisz i przysyłaj.
,.---^.     o       .^---.._____  W  Nowym Roku  pojawi  się wreszcie trochę
       "           ~            ~~~"  prac  na FTP Reportera.  Zapraszam  do
przysyłania kolejnych. Reporter promuje ludzi  działających na  płaszczyźnie
muzyki, grafiki, programowania, o tekstach już nie wspominając.
  Sorry   za  małą  wpadkę  ostatnio.  Listserv  narozrabiał  i  pozamieniał
oryginalne  pola  "From:"  w  tekście o IRC, na swoje From, które wstawia na
początku maila. Już Emax to poprawił, więc więcej takich wpadek nie będzie.
  Idą święta - chwile odpoczynku, refleksji, zabawy Noworocznej - zatem:
  Życzę  Ci  z  całego serca, udanych i szczęśliwych Świąt Bożego Narodzenia
oraz  jak  najlepszego,  pełnego  wspaniałych  przeżyć i doznań Nowego Roku.
Niech  to  będą  święta,  które  przyniosą  Ci  wiele ciepłych chwil, miłych
wspomnień,  niezapomnianych  doznań,  pełnych  uroku,  spędzonych  z rodziną
wieczorów. Chciałbym, żebyś nie musiał w te święta ani przez chwilę myśleć o
czymś przykrym lub przygnębiającym.
  Wiedz,  że  bardzo  ważne  dla mnie jest, abyś pamiętał w te święta o tych
ludziach, którzy nie dostaną kartki świątecznej od bliskich, bo takowych nie
mają.  Powiedz  im  kilka  miłych  słów  - to cieszy, a chciałbym, żeby w te
święta  wszyscy  czuli się wspaniale. Życzę Ci także, niesamowitego prezentu
od  św.  Mikołaja,  być  może  takiego, jaki sobie wymarzyłeś - marzenia się
spełniają, uwierz mi.
  Oczywiście  nie zapomnij o Reporterze - znajdź chwilę, siądź i poczytaj na
spokojnie  to  co piszą dla Ciebie autorzy świetnych tekstów. BUUM - poszedł
korek od szampana:-)


Wstępniak: Człowiek Roku

Autor: Cobretti

[ws2]                          Człowiek Roku.

             [ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]

  Zostałem  Człowiekiem  Roku  -  Internet'96. To już wiesz - jeżeli nie, to
zapraszam  na  stronę Reportera, tam dowiesz się więcej szczegółów. Dziękuję
wszystkim, którzy pomogli przyczynić się do mojego sukcesu - Reporter to nie
tylko  ja  -  to  kilkanaście  osób,  którzy dostarczają teksty, korektorzy,
obsługa techniczna, administratorzy serwerów, ludzie promujący Reportera.
  Nie  tylko  oni  - to również Ty, drogi czytelniku, bo bez Ciebie cały ten
interes  by  się  nie kręcił. Wszystko robimy dla Ciebie, pragnąc, byś był w
pełni  zadowolony  z  końcowego  efektu.  Tak  więc nagrodzonymi powinni być
wszyscy  i o wszystkich pamiętam. Dziękuję również za przysyłane gratulacje,
które dopingują mnie do jeszcze lepszego działania.
  Oczywiście  gorące  podziękowania  składam  korporacji kanadyjskiej SkyNet
Communications,   która  dostrzegła  moje  zaangażowanie  i  odpowiednio  je
doceniła.
  To  bardzo  duże  wyróżnienie, dlatego nie zamierzam siedzieć z założonymi
rękoma  i  upajać  się  sukcesem  -  przeciwnie, chcę, żeby moja działalność
przyniosła korzyści innym. W tej chwili moje wyróżnienie wykorzystywane jest
do  poprawy  dostępu i usług internetowych na naszej uczelni, stara się o to
pan Maciek Uhlig i ja. Osobiście chciałem przyczynić się do poprawy warunków
na innych uczelniach, czekam na propozycje współpracy, pomysły i sygestie.
  Druga  sprawa,  to  obecne  rozmowy  z  Dziekanem oraz Rektorem U.Śl., jak
również  uczestnictwo  w  nadchodzącym  zebraniu  - poruszę tam kilka spraw,
które powinny pomóc studentom na naszym wydziale i naszej uczelni.
  Chcę  wykorzystać  Reportera  do akcji udostępniania programów DarWare:-).
Tzn.  program byłby rozpowszechniany w pełnej wersji, całkowicie za darmo, a
jeżeli ktoś zdecydowałby się na jego używanie i zostawienie go sobie, miałby
wpłacić  pewną  kwotę  (dowolną)  na  jakiś szlachetny cel, np. Dom Dziecka,
potrzebującym wsparcia finasowego, schronisko dla zwierząt, itp.
  Już  mam  zgłoszenie  takiego  programu,  a Reporter będzie takie programy
promował. Chciałem również zająć się ochroną środowiska i zrobieniu czegoś w
tym  kierunku.  Sprawą  dla  mnie  ważną  jest  poprawienie bezpieczeństwa w
Polsce,  bo w tej chwili pójście z dziewczyną do parku wieczorem grozi nawet
kalectwem. Jeżeli uda mi się uratować choć jedno życie, pomóc chociaż jednej
osobie - będę z siebie dopiero wtedy zadowolony.
  Wiem  -  powiesz,  że to są tylko słowa, ale mam zamiar te słowa obrócić w
konkretne  działania,  zresztą  już  to  robię. Masz jakieś inne propozycje,
uwagi,   chcesz   się   przyłączyć   -   napisz,  adres  znasz.  Dysponujesz
informacjami, którymi warto się podzielić z innymi, też pisz. Jestem otwarty
na   wszystko,   a  sam  Reporter  może  posłużyc  jako  świetne  medium  do
przeprowadzania szlachetnych akcji.
  To  tyle na razie z mojej strony. O wszystkim będę informował na bierząco.
Tiaaa...  jestem  dalej  tym  samym  Cobrettim  co trzy tygodnie temu, tylko
spadło  na  mnie  więcej  obowiązków  -  żadna  woda  sodowa mi do głowy nie
uderzyła:-)

Na szybko: Zagadki & Liczba pierwsza

Autor: Cobretti

[sz1]                       Zagadki matematyczne.

             [ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]

  Zadanie  polega  na  podstawieniu  za  każdą literę cyfry tak, żeby podane
działania  matematyczne były poprawne. Każda powtarzająca się litera to taka
sama  cyfra  (tylko w obrębie jednego zadania). Rozwiązania na końcu numeru.
Dobra  rzecz  na  świąteczne  wieczory. Może sam wymyślisz jakieś zadania, z
chęcią je tutaj opublikuję.

1)                    2)                   3)

  ZR - RZ = RC          WX *  O = AC         ZN + GE = EG
  +    +    +            *    *   *          +    +    +
  WZ - RA = XC           H *  C = WX         ZE + GK = EZ
-----------------     -----------------    -----------------
  BW - XC = WD          HM * XA = WDDA       LZ + PG = KL



[sz2]                          Liczba Pierwsza

             [ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]

  Liczba pierwsza to taka liczba, która dzieli się tylko przez jeden i przez
samą siebie. Problem polega na tym, że nie jest łatwo znaleźć wysokie liczby
pierwsze.  Ostatnią najwyższą liczbę pierwszą znalazł superkomputer Cray, po
długich  obliczeniach.  A  obecną obliczyły komputery, porozrzucane po całym
świecie,  dzięki  sieci  Internet.  Oczywiście obliczenia trwały w tym samym
czasie,  a  wyniki  pośrednie  były przekazywane pomiędzy komputerami. Teraz
największa  liczba  pierwsza  wynosi 2 do potęgi 1398269 minus 1. Zapisać ją
można na 420921 pozycjach. Czyli zajmuje ponad 233 kartki maszynopisu!

Warsztat: Przepisy świąteczne

Autor: Danuta Banecka

[wa1]                       Przepisy Świąteczne.

                  [ Danuta Banecka - ███████████████████ ]

  Barszcz Wigilijny:
  Na  1  1/2  l  wody:  3  średnie  marchewki,  2  pietruszki, 1/4 selera, 1
podpieczona  cebula,  5dkg  suszonych  grzybów,  2 listki laurowe, 4 ziarnka
ziela angielskiego, 2-3 ziarnka pieprzu, ząbek czosnku - ugotować wywar.
  Osobno  pokroić w talarki 4 duże buraki, zalać 1/2 l wody z dodatkiem octu
i  gotować  ok.  1/2  godz.  Gdy  wywar  z jarzyn i buraków jest już gotowy,
przecedzić  wszystko  razem,  raz  zagotować, doprawić solą, cukrem i kwasem
buraczanym.

  Kwas Buraczany:
  2-3  duże  buraki  obrać,  pokroić w talarki, ułożyć w słoju lub glinianym
garnku,  zalać  ok.  1  l  przegotowanej,  letniej wody. Na wierzchu położyć
kawałek razowego chleba (najlepiej piętkę), obwiązać ściereczką i pozostawić
w  ciepłym  pomieszczeniu  na  5  -  8 dni. Gdy barszcz sfermentuje, zlać do
butelki lub słoika, dobrze zamknąć, przechowywać w chłodnym miejscu.

  Uszka z grzybami:
  ciasto: 1 szklanka mąki, 1 jajo, trochę wody, sól;
  nadzienie: 10 dkg suszonych grzybów, 1 cebula, 1 jajo, sól, pieprz;
  Grzyby  starannie  opłukać,  ugotować, odcedzić, przepuścić przez maszynkę
(wywar  można  zużyć  do  zupy  lub  sosu). Cebulę pokroić w drobną kostkę i
podsmażyć na tłuszczu na złoty kolor, dodać grzyby, ostudzić. Następnie wbić
do  grzybów  jajko  i  dobrze  wymieszać,  doprawić solą i pieprzem. W dużym
garnku nastawić wodę do gotowania uszek.
  Mąkę  przesiać,  wymieszać z jajkiem, solą i wodą i wyrobić niezbyt twarde
ciasto.  Rozwałkować,  pokroić w kwadraty (ok.4 x 4 cm), nakładać nadzienie.
Zlepiać trójkąty, a następnie dwa rogi ze sobą. Gotować we wrzącej, osolonej
wodzie.

  Sandacz po polsku z jajami:
  1  kg  sandacz  oczyścić,  posolić,  włożyć  do  wanienki do gotowania ryb
grzbietem  do  góry, zalać wodą, dodać 2-3 marchewki, 1-2 pietruszki, 1 por,
1/4  selera,  2  listki  laurowe,  4  ziarenka  pieprzu  i  2 ziarenka ziela
angielskiego.  Gotować  pod  przykryciem  bardzo  powoli  ok.  20 minut. Gdy
sandacz  miękki,  wyłożyć  na  półmisek i obficie polać rozpuszczonym masłem
wymieszanym  z  2  ugotowanymi  na  twardo i drobno pokrajanymi jajami. Rybę
ugarnirować ugotowanymi jarzynami, resztę sosu podać w sosjerce.

  Sandacz duszony w winie:
  1  kg  sandacza  oczyszczonego  i posolonego w całości włożyć do wanienki,
dodać  2  łyżki  masła, 1/2 szklanki białego wina i dusić pod przykryciem na
wolnym ogniu. Gdy stanie się miękki, wyłożyć na półmisek i trzymać w cieple.
Wywar  przecedzić,  rozetrzeć  1 łyżkę masła z 1 łyżeczką mąki, rozprowadzić
wywarem,  dodać  trochę  wina,  zagotować,  zaciągnąć  2 surowymi żółtkami i
wcisnąć trochę soku z cytryny do smaku. Sosem polać rybę.

  Mak wigilijny do kluseczek:
  1  1/2  szklanki maku, 2-3 łyżki słodkiej śmietanki, 3-4 łyżki miodu, po 1
łyżce  pokrojonych  migdałów,  orzechów  laskowych, włoskich, fig, suszonych
moreli,   smażonej   skórki   pomarańczowej,   opłukanych  rodzynek,  olejek
migdałowy.
  Mak sparzyć wrzątkiem, pozostawić do osączenia na noc, następnie zmielić 3
razy  maszynką  z gęstym sitem. Wymieszać z bakaliami, można dodać kieliszek
rumu. Podawać z kluseczkami z ciasta pierogowego.

  A teraz jeszcze kawałek "Wigilii"

  "Przykład wigilii skromniejszej wg Marii Monatowej (1910r):
  1. Barszcz z uszkami - Zupa rybna
  2. Szczupak w galarecie
  3. Karp na szaro
  4. Lin smażony z chrzanem
  5. Kompot ze śliwek suszonych
  6. Budyń migdałowy z szodonem
  7. Kutia

  Wigilia wykwintna:
  1. Barszcz z uszkami - Zupa rybna puree
  2. Paszteciki z ryb we francuskim cieście
  3. Lin duszony w czerwonej kapuście
  4. Sandacz w śmietanie "au gratin"
  5. Łosoś z rusztu - sałata włoska
  6. Mak tarty z łamańcami
  7. Galareta ananasowa

  W  "Nowoczesnej  kuchni  domowej"  A.  Pietkowej  z  1935 roku mamy bardzo
podobny zestaw:
  1. Barszcz z uszkami
  2. Gołąbki z ryżem i grzybami
  3. Karp smażony
  4. Sałatka z czerwonej kapusty
  5. Kapusta z grzybami i ziemniakami
  6. Strudel z jabłkami
  7. Kompot z suszonych śliwek
  8. Miód pitny

  Oto  zestawy wg Stefana Kuczyńskiego z jego "Specjalności kuchni polskiej"
wydanej w 1958 roku:

  I zestaw:
  1. Barszcz wigilijny z uszkami - Zupa migdałowa
  2. Karp w szarym sosie z łazankami
  3. Szczupak smażony
  4. Kapusta z grzybami
  5. Kompot z suszonych owoców
  6. Łamańce z makiem
  7. Pierniki, bakalie, owoce

  II zestaw:
  1. Zupa rybna
  2. Rosół z lina
  3. Kulebiak z ryba lub z kapusta i grzybami
  4. Sandacz po polsku z jajami i masłem
  5. Sandacz duszony w winie
  6. Kompot z suszonych owoców
  7. Mak wigilijny z łazankami
  8. Strucle z makiem, strucle z masa migdałowa
  9. Pierniki, bakalie, owoce

 III zestaw:
  1. Zupa migdałowa - Zupa grzybowa
  2. Szczupak faszerowany
  3. Szczupak po polsku zapiekany w sosie chrzanowym
  4. Lin duszony w czerwonej kapuście
  5. Kompot z suszonych śliwek
  6. Tort makowy
  7. Pierniki, bakalie, orzechy, jabłka

  Nie  oprę  się,  żeby  się  nie  pochwalić zestawem wigilijnym mojej Mamy,
Wandy, która kultywuje tradycje z Wołynia:
  1. Barszcz czerwony z uszkami
  2. Pierogi z kapusta i grzybami
  3. Karp w galarecie
  4. Sandacz smażony
  5. Kluseczki z makiem z bakaliami
  6. Kompot z suszu z dodatkiem fig i daktyli
  7. Piernik, keks (cwibak), strucle makowe i serowe


Warsztat: Historia muzyki cz.2

Autor: Stanley

[wa2]                       Historia Muzyki cz.2

                 [ Tomasz Staś - Stanley - ██████████████ ]

Grecja

  W historii starożytnej Grecji wyróżniamy trzy okresy:

  1. Archaiczny (do VI w. p.n.e.)
  Najwcześniejsze  wiadomości  na  temat rozwoju muzyki greckiej czerpiemy z
dwóch wielkich dzieł Homera: "Iliady" i "Odysei", oraz wykopalisk i zabytków
ikonograficznych.   Twórczość  epicką  czasów  pohomeryckich  reprezentowały
przede  wszystkim  mity  bohaterskie  (np.  "Teogonia"  Hezjoda  przedstawia
powstanie  świata  i  genezę  bogów).  Poematy  epickie  wykonywano w sposób
recytatywny  przy  akompaniamencie  kithary  (melodeklamacja  była swobodnie
dostosowywana do rytmiki i melodii tekstu słownego).
  W  VII  i  VI wieku p.n.e. rozwinęła się liryka. Uprawiano lirykę solową i
chóralną. Ośrodkiem liryki monodycznej była wyspa Lesbos, a najdoskonalszymi
lirykami  Safona  i  Alkajos.  Do liryki solowej zaliczamy takie formy jak :
skaion  i nomos. Liryka solowa wykonywana była z akompaniamentem kithary lub
liry.  Lirykę  chóralną,  która  najwcześniej  popularność zyskała w Sparcie
reprezentowały zróżnicowane gatunkowo pieśni takie jak:
  - oda (3-częściowa pieśń pochwalna, części skrajne to pochwała bohatera, a
część środkowa to opis wydarzeń)
  - tren - pieśń o treści żałobnej
  - epinikion - pieśń zwycięstwa
  - dytyramb - pieśń ku chwale Dionizosa
  - pean - pieśń dziękczynna
  - hymn - uroczysta pieśń pochwalna
  - jamb - krótki żart poetycki
  - elegia - refleksyjna pieśń o zróżnicowanej treści.
  Dwie  ostatnie  formy  nie były śpiewane, lecz recytowane z towarzyszeniem
instrumentu.
  Liryka  chóralna  najczęściej  była  wykonywana z towarzyszeniem aulosu. W
okresie tym tworzył ojciec greckiej kitharodii - Terpander.
  kitharodia - śpiew solowy z towarzyszeniem kithary
  kitharosis - gra na kitharze
  aulodia - śpiew solowy z towarzyszeniem aulosu
  aulosis - gra na aulosie

  2. Klasyczny (V i IV wiek p.n.e.)
  Jest  to  rozwój  dramatu (tragedia, komedia, dramat satyryczny). Głównymi
przedstawicielami tragedii są:
  - Tespis (wprowadził jednego aktora)
  - Ajschylos (wprowadził dwóch aktorów)
  - Sofokles (wprowadził trzech aktorów)
  - Eurypides (rozwinął tragedię)
  Przedstawicielami komedii są: Arystofanes i Menander.
  Dramat rozpoczynał się wejściem chóru. Miejsce na scenie, gdzie występował
chór  nazywa  się  orchestra.  Pieśni  chóru  oddzielały  kolejne wypowiedzi
postaci  dramatu.  W  partiach  szczególnie  burzliwych  chór uczestniczył w
akcji.  Na  zakończenie  -  exodus - chór dawał podsumowanie, ocenę wypadków
przedstawienia. W skład chóru wchodziło 12-15 osób, chór dzielił się na dwie
lub  trzy grupy, każda miała przewodnika - karyfeusza, aktorzy występowali w
maskach i na koturnach.
  W  okresie  klasycznym  rozkwita teoria muzyki, estetyka oraz krystalizuje
się system tonalny.

  3. Hellenistyczny (330 - 27 r. p.n.e.)
  W  tym  okresie dramat stracił popularność jako gatunek poetycko-muzyczny.
Uległ   osłabieniu   synkretyzm   tej   formy.   Wyodrębniły  się  widowiska
pantomimiczne, chóralno - instrumentalne bez wątku dramatycznego oraz czysto
słowne  utwory  teatralne.  Muzyka  grecka  miała przede wszystkim charakter
wokalny, gdyż przez całe wieki towarzyszyła poezji.
  Teoria  muzyki  zaczęła  się  formować  w  VI  w. p.n.e. Koncentrowano się
głównie  na  zagadnieniach kosmologicznych. Muzykę rozpatrywano jako jeden z
elementów  kosmosu  i  próbowano  znaleźć  podobne zależności obowiązujące w
muzyce  i  wszechświecie. Pitagoras i jego uczniowie odkryli, że w materiale
dźwiękowym  rządzą  te  same  prawa  co  w  kosmosie: ruchu i liczb. Źródłem
dźwięku  jest  ciało  drgające,  a dźwięki muzyczne i odległości między nimi
wykazują  zależności  matematyczne.  Poza  tym  stworzyli jeden z pierwszych
systemów  muzycznych  -  system kwintowy (pitagorejski). Posługiwali się oni
również  monokordem  (instrument  do  celów doświadczalnych z jedną struną).
Stworzyli  podstawy  dla akustyki muzycznej, nazywano ich kanonikami (od sł.
kanon-prawo). Arystoksenos zapoczątkował w teorii muzyki kierunek empiryczny
(doświadczalny),  który  brał  za  podstawę doświadczenia słuchowe i względy
praktyczne,  dlatego  jego i współpracowników nazywano harmonikami. Podstawy
dla  teorii  etosu  stworzył  Damon.  Istotę teorii etosu stanowiło łączenie
charakteru  wyrazowego  muzyki  (uwarunkowanego  takimi  cechami jak :rodzaj
skali,  rytmu,  tempa, rejestru) z określonym wpływem na psychikę człowieka.
Muzyka  mogła  oddziaływać  na  przeżycia i charakter słuchacza. Odpowiednia
muzyka  miała  działanie  umoralniające,  toteż  przypisywano  jej  wartości
wychowawcze.   Arystoteles   przypisywał   muzyce  właściwości  oczyszczania
duchowego,   muzyka   mogła  mieć  właściwości  uzdrawiające,  działała  jak
lekarstwo.
  Podstawą  greckiego  systemu  tonalnego był tetrachord. Dzielony on był na
interwały  o  różnej  wielkości  (całe, ćwierć i pół tony) i w zależności od
tego  przybierał  postać diatoniczną, chromatyczną lub enharmoniczną. Cztery
połączone  ze  sobą  tetrachordy  w  różnej formie wraz z dodanym najniższym
dźwiękiem  uzupełniającym  tworzyły  "SYSTEM DOSKONAŁY" (podstawowy materiał
dźwiękowy  muzyki  greckiej).  Od każdego dźwięku systemu można było budować
tak  zwany gatunek oktawowy (tonos, propos). Początkowo było ich 13 potem 15
(5 niskich -hypo-, 5 średnich, 5 wysokich -hyper-):
  - hypodorycka  najniższy jej dźwięk  F
  - hypojońska        -  I I  -       Fis
  - hypofrygijska     -  I I  -        G
  - hypoeolska        -  I I  -       Gis
  - hypolidyjska      -  I I  -        A
  - dorycka           -  I I  -        B
  - jońska            -  I I  -        H
  - frygijska         -  I I  -        c
  - eolska            -  I I  -       cis
  - lidyjska          -  I I  -        d
  - hyperdorycka      -  I I  -       dis
  - hyperjońska       -  I I  -        e
  - hyperfrygijska    -  I I  -        f
  - hypereolska       -  I I  -       fis
  - hyperlidyjska     -  I I  -        g

  Teoria  rytmu  bazowała  na metryce poetyckiej. Punktem wyjścia był zestaw
sylab długich i krótkich. Najczęściej stosowane jednostki miar poetyckich:
  - trochej  (długa, krótka)
  - jamb  (krótka, długa)
  - daktyl  (długa, krótka, krótka)
  - anapest  (krótka, krótka, długa)
  - amfibrach  (krótka, długa, krótka)
  - spandej  (długa, długa)
  Regulowały  one  wzajemną długość trwania następujących po sobie dźwięków.
Tempo zależało od wykonawcy i nastroju utworu.
  Grecka  notacja  muzyczna  była  notacją  literową.  Do dziś zachowały się
między innymi:
  - dwa hymny delfickie ku czci Apolla
  - Hymn do Muzy
  - Hymn do Słońca
  - Hymn do Nemezis
  Na całym świecie zachowało się tylko 12 zabytków muzyki greckiej.
  Instrumentarium:
  jest  ubogie  w  porównaniu  z innymi kulturami antycznymi: lira, kithara,
barbiton  (rodzaj  liry), magadis (instrument typu harfy), aulos, piszczałka
podwójnostroikowa  (częsta  praktyka  łączenia  aulosów  w  pary  od 3 do 15
otworów),  syrinx  -  7 piszczałek, kołatki, kastaniety, tamburyny, talerze,
dzwonki, egipskie sistra.

Rzym

  Wiadomości  o  kulturze  muzycznej  w starożytnym Rzymie są niewielkie. Do
początków  naszego  stulecia  negowano  odrębność  tej  kultury wskazując na
liczne  zapożyczenia. Nowe badania przyniosły dowody na samodzielność muzyki
rzymskiej  choć  nie  podważają  one  istnienia  wpływów  zwłaszcza  kultury
etruskiej, greckiej a w końcu orientu. Rzymianie asymilowali elementy innych
kultur,  przetwarzali  je w oparciu o własną tradycję. Rdzennie rzymska była
muzyka  obrzędowa, wojskowa oraz niektóre formy muzyki teatralnej. Tak jak w
innych kulturach starożytnych, muzyka spełniała funkcję magiczną w rytuałach
religijnych, stąd wielkie znaczenie muzyki i wykonawców. Przykładem mogą być
śpiewy responsorialne ku czci Marsa i Kewiryna, muzyka towarzysząca obrzędom
pogrzebowym,  muzyka  związana  z  kultem Kybele, chóry dziewcząt i chłopców
uczestniczące w procesjach błagalnych i pokutnych.
  Zachowane informacje o muzyce świeckiej dotyczą głównie muzyki wojskowej i
towarzyszącej  formom scenicznym. W wojsku rzymskim muzyka spełniała istotną
rolę:  regulowała  rytm marszu ,pobudzała do walki, służyła do przekazywania
rozkazów.  Muzyka  podobnie  jak w Grecji nieodłącznie towarzyszyła poezji i
formom  dramatycznym.  Brak zabytków uniemożliwia jej charakterystykę. Można
tylko   przypuszczać,  że  tak  jak  w  Grecji  melodyka  była  uwarunkowana
przebiegiem tekstu literackiego. Funkcjonowały tu żartobliwe attelany i mimy
czyli  realistyczne  scenki  rodzajowe  o  charakterze komicznym. W obu tych
formach  ważną  funkcję  spełniała  muzyka.  Tragedia  nie  zyskała w Rzymie
większej  popularności.  Fragmenty  muzyki głównie chóralne w tragediach nie
wykazywały  związku z treścią sztuki i pełniły rolę interludiów. Powodzeniem
cieszyła  się  komedia,  a muzyka była w niej szczególnie istotnym elementem
np.:  komedia  Plauta była zlepkiem mówionego dialogu i popularnych piosenek
tak  zwanych  cantica.  Ważną  rolę pełniła muzyka ludowa związana z tańcem.
Muzyka  rozbrzmiewała  także  w cyrkach. Popularne w Rzymie było muzykowanie
uliczne.
  Instrumentarium:
  tuby  (od  1  do  3 metrów), buccina (róg), liteus rodzaj długiej trąbki w
kształcie  litery "j", tibia będąca odpowiednikiem greckiego aulosu, syrinx,
organy,  liry,  kithara,  harfa,  pandora  rodzaj lutni, bębenki, tamburyny,
talerze, sistrum.


2. ŚREDNIOWIECZE

Historia liturgii chrześcijańskiej do roku 1000

  Z pierwszego tysiąclecia nie zachowały się żadne zabytki muzyki świeckiej.
Przetrwała tylko muzyka religijna.

  1. Historia muzyki chrześcijańskiej do r. 300
  Nowa  sekta Chrześcijan przejęła sporo z liturgii żydowskiej między innymi
śpiewy    responsorialne    i    psalm.    Na   kształt   śpiewów   kościoła
chrześcijańskiego oddziaływały też inne kultury krajów starożytnych :
  - z Grecji przejęto hymny
  - ze wschodu typ śpiewu antyfonalnego.
  Odprawiane były dwa typy nabożeństw:
  a) komunia lub eucharystia czyli zalążek mszy
  b)  zebrania  na których śpiewano psalmy i czytano Pismo św. czyli zalążek
godzin kanonicznych
  Nabożeństwa  odprawiano  nieoficjalnie,  gdyż  były  zakazane  na  terenie
Imperium Rzymskiego.

  2. Dzieje liturgii chrześcijańskiej od IV do VI wieku.
  Przyczyną  przełomu  i  rozkwitu  muzyki  chrześcijańskiej w IV wieku była
zmiana  sytuacji  Chrześcijan  w  Imperium  Rzymskim.  Ukazanie  się  Edyktu
Mediolańskiego  wydanego  przez  Konstantyna Wielkiego w 313 r. kładzie kres
prześladowaniom  Chrześcijan.  Cesarz  Teodozjusz  uznaje Chrześcijaństwo za
religię   państwową.  Następuje  rozbudowa  ośrodków  kultu,  wzrost  liczby
wiernych.   Wyodrębniły  się  różne  liturgie.  Aleksandria,  Konstantynopol
zaczęły  rozwijać własne obrządki. Liturgia przybiera inną postać w Imperium
Wschodnim i Zachodnim. W części wschodniej liturgie posługiwały się łaciną.
  Chorał Gregoriański
  Z   czasem   zaistniała  konieczność  ujednolicenia  śpiewów  kościelnych,
uprawianych    w    różnych    ośrodkach    chrześcijańskich.   Ostatecznego
uporządkowania  dokonał Papież Grzegorz I Wielki (590-604). Jego też zasługą
jest  to,  że  przy  pomocy  misjonarzy  rozpowszechnił  obrządek  rzymski w
Europie.  Nastąpiło  przypisanie określonych śpiewów konkretnym okazjom roku
kościelnego.   Określonym   formułom  melodycznym  przyporządkowane  zostały
określone  słowa,  zaś  liczba  formuł została zredukowana. Śpiewy kościelne
kościoła  rzymskiego przeznaczone na wszelkie nabożeństwa i msze całego roku
liturgicznego  noszą  nazwę  Chorału  Gregoriańskiego. Zebrane zostały one w
całość zwaną Antyfonarzem. W skład Antyfonarza wchodzą:
  - graduale - śpiewy mszalne
  - responsoriale - śpiewy ozdobne
  - antifonale - zbiór modlitw

  Najprostszą  formą  śpiewu chorałowego było czytanie tekstu Ewangelii, lub
innych  fragmentów  Biblii  na  jednym dźwięku ze wstępem i kadencją. Proste
śpiewy recytacyjne nosiły nazwę ACCENTUS, śpiewy ozdobne nazywano CONCENTUS.
Do   tej  drugiej  grupy  należały  między  innymi  niektóre  antyfony  oraz
melizmatyczne  jubilacje  na słowie alleluja. Podstawą melodyki chorału jest
czysta  diatonika. Najczęstsze są pochody sekundowe, tercjowe, ambitus sięga
septymy.  Melodia  ma zwykle postać łuku (dążenie do punktu kulminacyjnego i
opadanie  do  kadencji).  Chorał  jest zawsze śpiewany jednogłosowo w języku
łacińskim.  Jest  niemetryczny.  Rytmiczna  interpretacja  chorału  ma  dwie
tendencje:
  - ekwaliści - mówili, że wszystkie dźwięki należy uważać za równe czasowo
  -  menzuraliści  -  za podstawę czasową przyjmowali dwie wartości :długą -
longa i krótką - brevis.
  Podstawowe  znaczenie  w  chorale  gregoriańskim  miał tekst. Muzyka miała
jedynie  pomagać  w  zrozumieniu tekstu, a więc nie mogła go zacierać. Ważną
sprawą   stało  się  zatem  ustalenie  wzajemnych  relacji  między  słowem a
dźwiękiem. Stosunek ten mógł być trojaki:
  1. Sylabiczny - gdy na jedną sylabę tekstu przypadał jeden dźwięk
  2. Neumatyczny - gdy na jedną sylabę tekstu przypadała jedna neuma
  3.  Melizmatyczny  -  gdy  na  jedną  sylabę tekstu przypadało od kilku do
kilkunastu neum.
  Skale kościelne
  Podłożem  tonalnym  śpiewu  gregoriańskiego  jest  system  modalny. Cztery
podstawowe  modi  (tonacje  kościelne)  powstały  z połączenia pentachordu i
tetrachordu  z zachowaniem dźwięku wspólnego. Nazwy tych tonacji przyjęto od
skal  greckich  lecz  nadano  im  kierunek  wznoszący i przesunięto niektóre
stopnie:
  - dorycka - d do d1
  - frygijska - e do e1
  - lidyjska - f do f1
  - miksolidyjska - g do g1
  Wszystkie  skale  mają  dwa ważne dźwięki : dźwięk końcowy czyli finalis i
położony  kwintę wyżej - dominantę czyli repercussio (najczęściej powtarzany
w  przebiegu).  Od skal autentycznych pochodzą skale plagalne - - hypo. Tony
plagalne  składają  się  z tetrachordu poniżej finalis i pentachordu powyżej
finalis.  Skale  autentyczne  i  plagalne  miały  wspólny  finalis.  W skali
plagalnej  finalis  leży  o kwintę niżej od dźwięku najwyższego a, dominanta
leży  o tercję wyżej od finalis. Zakres skal obejmował dźwięki od G do d1. Z
czasem  wprowadzono  tonację  eolską od a do a1 i jońską od c do c1 oraz ich
odmiany.

Ciąg dalszy w następnym numerze Reportera...

Warsztat: Tort Orzechowy

Autor: Cobretti

[wa3]                          Tort Orzechowy

             [ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]

  To  jest  mój  ulubiony Tort. Tym bardziej ulubiony, że po prostu robię go
sam.  Co  w  nim  takiego wspaniałego? Nie wiem, bardzo go lubię i proponuję
abyś  go  także  posmakował.  W  razie  potrzeby  można  go  zrobić z połowy
wszystkich  składników, będzie po prostu mniejszy. Oczywiście na święta będę
go robił na pewno, może masz ochotę spróbować? Smacznego.

  Tort Orzechowy:
------------------
25 dkg cukru zwykłego
25 dkg orzechów mielonych (orzechów włoskich)
10 jaj
3 łyżki tartej bulki
szczyptę soli
pół łyżeczki proszku do pieczenia

  Białka  ubić  na  sztywną  pianę,  stopniowo  wsypywać  cukier  i  ubijać.
Następnie dodawać po 1 żółtku i ubijać - wsypać resztę i wymieszać
  Piec około 1/2 godziny w temp. 180-200 st. C.

  Masa Orzechowa:
-------------------
25 dkg masła
10 dkg orzechów mielonych (orzechów włoskich)
1 szklankę cukru zwykłego
4 jajka

  Masło utrzeć z żółtkami na pulchną masę i dodać 1/2 szklanki cukru. Białka
ubić  na sztywną pianę. Dodawać po trosze cukru 1/2 szklanki. Dać nad gorącą
parę i ubijać, aż będzie gęste.
  Po  ostygnięciu dodać zaparzone 5 łyżkami mleka 10 dkg mielonych orzechów.
Po ostygnięciu dać do masy i wymieszać.

  Poncz:
---------
  3 łyżki rumu
 1/2 szklanki przegotowanej wody

  Rozmieszać i skropić - nasączyć zimny tort, przecięty na 2 lub 3 części.

Reportaże: Halloween

Autor: Justyna Woźniak

[re1]                            Helloween.

               [ Justyna Woźniak - ████████████████████████ ]

  Helloween  -  to święto mi się bardzo podoba, naprawdę Amerykanie potrafią
się bawić, a jacy są przy tym pomysłowi!
  Od tygodnia na campusie i w rożnych miejscach miasta można było chodzić po
"haunted  houses"  czyli  nawiedzonych  domach.  Świetnie zorganizowali to w
naszej  cafeterii.  Zamknęli  jedną  z  sal  i  zamienili  w nawiedzony dom.
Chodziło  się  po  ciemnych korytarzach w kilka osób, razem z przewodnikiem,
którym  był  kierownik  stołówki,  he,  he. Co chwilę wyskakiwały z ciemnych
zaułków  jakieś  potwory albo na przykład facet z wiertarką, miałam niezłego
cykora. Korytarze prowadziły do komnat, w których siedziały rożne "freaks" -
dziwolągi.  Był  tam między innymi straszny goryl, Freddy Kruger i Crazy Caf
Lady - jedna z kucharek, która stała z toporkiem, a koło niej leżały odcięte
ręce, blueeee!!!
  Fajnie   przystrojono   bibliotekę   -  zainscenizowano  miejsce  zbrodni,
obrysowano  linie,  jakby  przed  chwilą  zabrano  zwłoki,  wicie, tak jak w
kryminałach, a w jednej z sal pozawieszano krwawe głowy.
  W  czwartek  wszyscy  internationale  i  chyba połowa campusu pojechała do
Chapel  Hill,  najlepszego uniwerku w North Carolina. Tam co roku odbywa się
wielka feta z okazji Helloween. Przebrałam się za diabełka i też pojechałam.
Brzuch  ze  śmiechu to mnie do dziś boli. W życiu nie widziałam fajniejszych
przebrań:  głowa  na  talerzu,  cezar,  karty  do  pokera,  cukierki, lampa,
computer  Apple,  Simpsonsy,  Beavisy  i Buttheady, Superman, Batman, rower,
potworki,  facet  z  metrowym  penisem  i  plastikowymi pośladkami, ludzie z
gwoździami  w  czołach  lub  robakami  w  policzkach,  po prostu szał! Ulice
zamknięte  były  dla  ruchu,  więc  była to jedna, wielka, całonocna parada.
Wszystkie  sklepy i bary otwarte, śmiechu co nie miara, tysiące rozbawionych
ludzików.
  W  piątek  mieliśmy  zabawę  helloweenową  w Tower Village, ale deszcz nam
trochę  przeszkodził,  bo bawiliśmy się na dziedzińcu. Bardzo mi się podoba,
że  wszyscy  tak  starannie dekorują swoje domy i pokoje na ten dzień, dynie
dodają  kolorytu.  Trzeba  przyznać,  że  Amerykanie  nie przepuszczą żadnej
okazji do dobrej zabawy.


Reportaże: 1000 lat Gdańska

Autor: SzYmI

[re2]             1000 lat Gdańsk-a już całkiem niedługo...

           [ Rafał Szymczak - SzYmI - ██████████████████████████ ]

  W przyszłym roku będziemy obchodzić 1000-lecie miasta Gdańska, o czym ja -
mieszkaniec tego grodu chcę Was poinformować i zaprosić. Zarezerwujcie sobie
czas  w  wakacje by zobaczyć jak będą przebiegać uroczystości związane z tym
niecodziennym wydarzeniem.

  Krótko o historii...
  Początki  Gdańska  wiążą  się z opanowaniem ujścia Wisły przez Mieszka I -
dzięki  wykopaliskom  zlokalizowano  gród,  podgrodzie,  port datowane przez
archeologów na 997 rok, uznawany za rok założenia tego miasta. Był to zespół
grodowy  od  końca X wieku - do początku wieku XIV o powierzchni 2.27 ha, od
XII  już  na  prawie 10 ha - otoczony wałem drewniano-ziemnym. Zabudowa była
dość  luźna  (około  250  domów).  Ośrodek  rybołówstwa,  rzemiosła i handlu
morskiego,  w  końcu XI wieku uległ pożarowi. Ośrodek niezależnego księstwa,
od  XIII  wieku podporządkowany Piastom; prawa miejskie uzyskał w 1326 roku.
Już  od końca XIII wieku rozległe kontakty handlowy, członek Hanzy. W XV-XVI
wieku jedno z najbogatszych miast polskich, ośrodek kulturalny. Od 1793 roku
pod  panowaniem  Prus,  do  1939  roku ze statusem Wolnego Miasta Gdańska. W
czasie  wojny  masowe  zbrodnie  hitlerowskie  na  ludziach,  w pobliżu obóz
koncentracyjny.  Miasto  zamienione  przez Niemców na twierdzę, zniszczone w
55%  -  zabytkowe  śródmieście  -  w  80%  ale na całe szczęście odbudowane.
Niestety  - nie z oryginalnej cegły, gdyż ta została z Gdańska wywieziona do
... stolicy - wszak tam też jest starówka i jej odbudowanie było ważniejsze.

  Aktualnie...
  W moim mieście trwają akurat przygotowania do tego wielkiego święta, jakie
ma  nastąpić  w  przyszłym  roku.  Na  starym  mieście z tego właśnie powodu
powieszono na jednej z kamieniczek zegar odliczający czas - dni pozostałe do
rozpoczęcia uroczystości. Trwa nieustająca praca przy odnowie ulic, tak więc
póki  co  dajcie  sobie  spokój  z odwiedzaniem nas, chyba że lubicie stać w
kilometrowych  korkach.  Remontowane  są  drogi  wylotowe z Gdańska, a także
główne  przelotowe  przez  miasto. Na starym rynku trwają prace przy odnowie
ważniejszych  zabytków  kultury, wszyscy się spieszą, bo czasu nie pozostało
już tak wiele.

  Atrakcje...
  Dokładnie jeszcze nie wiadomo jakie atrakcje będą oferowane przez miasto w
przyszłym  roku, prawdopodobny jest zlot żaglowców, tylko że póki co Motława
jest  zbyt  płytka  by  mogły  wpłynąć  na  nią  tak  duże  statki.  Komitet
organizacyjny  przymierza  się  do  tego,  by  sprowadzić  jakiegoś  artystę
światowego  formatu, lecz najprawdopodobniej coś takiego jak miało miejsce w
Lyon-ie  z  udziałem  Jean Micheala Jarre raczej się nie uda, gdyż tego typu
osoby  mają  zaplanowane  swoje  występy  na  kilka lat do przodu... Póki co
więcej  jest  na papierze niż w rzeczywistości, choć trzeba oddać miastu - a
raczej  jego władzom, że impreza będąca testem - Jarmark Dominikański wypadł
w tym roku wyjątkowo okazale.

  Jak  będzie  -  zobaczymy  -  a jak pojawią się jakieś nowe rewelacje to z
pewnością na łamach REPORTER-a się nimi z Wami podzielę.


Reportaże: Bileciki - odbiło mi, a jakże!

Autor: Cobretti

[re3]                  Bileciki - odbiło mi, a jakże!

              [ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████]

  Ilekroć  wspomnę o moim hobby, komuś, kto mnie nie zna, z reguły zadaje to
samo   pytanie,  podejrzliwie  patrząc  na  mnie,  czy  go  przypadkiem  nie
nabieram.
  - Bilety? Mówisz poważnie? Odbiło ci?
  Tak,  wtedy  zdecydowanie twierdze, że mi odbiło. Bo chyba tylko tak można
nazwać  ten przejaw zainteresowania biletami z wszelkich pojazdów, które się
poruszają.  I  w  odpowiedzi  wyciągam  mu jeden z wielu klaserów, pokazując
okazy, o których pewnie nigdy nie słyszał.
  - Co? Poważnie masz bilety 3 klasy kolei polskich?
  No  jasne,  że  mam. I to nie jeden rodzaj tych biletów. Następnie drapiąc
się  po  głowie  spogląda  na  bilet  z 1938 roku pochodzący z Wilna i nagle
wszystko wydaje mu się proste.
  -To przecież bilet z Wilna! Ono było jeszcze wtedy w Polsce! Skąd to masz?
  Jak  zawsze  -  od znajomych, przyjaciół i nieznajomych. Czasem sam gdzieś
znajdę taki okaz, czasem muszę prosić się o niego kilka miesięcy. Ale na tym
nie  kończę, wyciągam następny klaser z biletami linii lotniczych.
  - O ja cie! Po jakiemu tu pisze?
  Właśnie  taka  reakcja  jest jak najbardziej standardowym zachowaniem przy
biletach  z  Królewskich  Lini  Lotniczych  w  Nepalu. Pismo jest faktycznie
trochę  dziwne.  No  i  zaczynam delikwenta oprowadzać po liniach lotniczych
świata,  zahaczając  o Kuwejt, Stany Zjednoczone, Niemcy, Włochy, Francje, i
kilka jeszcze innych państw, a kończąc na Polsce.
  - A to co? Bilet peronowy? Bez sensu...
  No  właśnie,  każdy  się  dziwi, że istniały kiedyś w Polsce bilety, które
upoważniały   do   wejścia  na  peron  i  tylko  na  peron,  bez  możliwości
podróżowania  i  to w autobusach PKS jak i kolejowe. Zresztą takie bilety są
dość często spotykane również poza granicami naszego kraju.
  - Popatrz, ten bilet jest taki sam, czemu się powtarza w twojej kolekcji?
  Wyjmuję  dwa  takie  same  bilety  z  klasera  i  biorę je pod światło aby
pokazać, że jednak nie są takie same.
  - Aha, widzę! Ma inny znak wodny, dlatego jest tutaj, tak?
  Dokładnie.  Czasem  na pierwszy rzut oka bilety wyglądają tak samo, ale po
dokładnej  analizie  można  zobaczyć  ze  np.  między serią AA i AC zmieniły
właściciela  (wydawcę)  lub też mają inne znaki wodne, tudzież nagle zostają
wszczepione w strukturę biletu świecące nitki w ultrafiolecie.
  - Słuchaj, a mówiłeś mi kiedyś, że w Czeladzi nie ma dworca kolejowego.
  Widzisz, myliłem się. Po prostu nigdy go nie widziałem, lecz tak na prawdę
w  1954  roku  jeździła tutaj kolej Śląsko-Dąbrowska, którą mało ludzi teraz
pamięta.  Ale  jak  widzisz, nadrabiam braki historyczne biletami, z których
można  się wiele dowiedzieć. Teraz już następnej osoby nie wprowadzę w błąd,
tak  jak  mnie  wprowadzili.  Po prostu nie widzieli tej kolei i nie mieli z
niej biletu. A ja mam.
  -  Ty  loho  pancerna,  przecież  ja  tych  biletów do jutra nie przejrzę!
Dopiero   przeszliśmy   przez  klasery  polskie,  a  przecież  ilość  okazów
zagranicznych  jest  równie  wielka.  Ile  ich  masz i jak się w nich możesz
połapać.
  Mam  ich  około  tysiąca.  Tak,  około, gdyż co tydzień dostaję następne i
następne  i  kolejne...  Wszystko  dzięki  ludziom,  którym serdecznie za to
dziękuję.  Nie  gubię  się  wśród  nich,  bo  wszystkie  mam skatalogowane i
opisane,  także  wspomagam się moją pamięcią i panuje nad każdym bilecikiem.
Nawet tym.
  - WOW! To jest bilet z kolejki linowej na Mount Blanc! Byłeś tam?
  Niestety  nie,  ale kumpel był. Bilety z wyciągów i kolejek linowych mam w
tym klaserze.
  - A w tamtym?
  W  tamtym  mam  bilety okazyjne, tzn. takie, które wydane zostały w małych
seriach  i na specjalne okazje, jak np. zjazd młodzieży polskiej w Bonn. Mam
też  takie  perełki  jak  bilety  na  windy  w  wieżach obserwacyjnych, no i
oczywiście z wieży Eiffla z Paryża.
  - A to??? To jest poważnie bilet z łodzi podwodnej?
  No  jasne.  Pływa  to  to  80  metrów pod wodą, nazywa się Nautilus i wozi
turystów,  coby mogli sobie popodziwiać zatopione okręty. Pamiętasz kapitana
Nemo, właśnie stąd wzięła się nazwa tej łodzi.
  - No dobra, ale biletu ze statków nie widziałem, nie masz ich?
  Mam!  Ale  w  następnym  klaserze,  tutaj  znajdują  się  bilety z promów,
statków, łodzi wycieczkowych, do wyboru do koloru.
  - A bilety z wąskotorówek, kolei zwykłych i elektrycznych...
  Są  tutaj,  poukładane  latami i typem taboru. Np. kiedyś w Łodzi jeździła
Kolej  Elektryczna  Łódzka Spółka Akcyjna. A na odwrocie reklama krawatów, o
proszę, wtedy już znali podstawy promocji.
  - Na wszystko masz odpowiedź, a raczej bilet. A masz jakieś dziwne bilety?
  Tak,  chociażby  bilety  przebijane,  lub  wydrukowane  w  sposób dziwny i
przypadkowy.   Złe   nałożenie   kolorów,  przesunięte  znaki,  bilety  bite
dwustronnie,  lub  tylko do połowy. To się zdarza w druku, następne serie są
poprawione,  więc  jak  widzisz  mam  tutaj  unikaty,  które  nie  weszły do
sprzedaży. Zresztą bilety z przedsprzedaży też tu są.
  - Widzę bilety z metra. Węgierskie, paryskie, a to?
  Rumuńskie.  Ciężko  było  o ten bilet, ale go mam. Mam też dość ciężkie do
zdobycia  bilety  pracownicze,  albo  miesięczne, tudzież roczne i służbowe.
Wszystko  do  mnie  trafia,  typowa  składnica makulatury i zarazem historii
powiązana  z  faktami,  dokumentami,  opisami  i  dawką  odczuć wzrokowych i
estetycznych.  Od początku wieku do jego końca. To jest zabawa, nigdy nie ma
końca  i  niewiadomo gdzie jest początek. Tak jak by się chciało zebrać cały
piasek jaki jest na ziemi.
  - Traktujesz to na poważnie?
  Zależy  od  sytuacji.  Czasem myślę, że to tylko kaprys, ot po prosty taki
niesamowicie  inny  pomysł od wszystkich, a równocześnie gdyby było to tylko
chwilowe  zauroczenie  nie  opisywałbym  wszystkich  okazów. To jest fachowa
robota,  jeżeli  kiedykolwiek,  ktoś chciałby zrobić z tego użytek, ma pełną
dokumentację  przydatną  zarówno przy analizie historii transportu, podziału
na  typy środków transportu, opisaną mam tutaj organizacje przewoźników, ich
zasięg,  przeznaczenie,  działalność.  Tak więc jest to opracowane pod kątem
dalszego  rozwoju  i  nic  nie  wskazuje  na  to,  żebym kiedykolwiek chciał
zrezygnować z dalszego rozwijania tego arcyciekawego zajęcia.
  Zresztą  bilety biletami. Poznaje się przy okazji ludzi z innych krajów, o
odmiennej  kulturze,  którzy  również  starają się mi w tym pomóc. A ludzi z
polski, zbierających dla mnie bilety też jest dość sporo.
  - A masz jakiś ulubiony bilet?
  Tak,  co  tydzień  inny, bo co jakiś czas dostaję okaz, który od razu jest
moim  faworytem...  do  czasu  aż  w następnym tygodniu nie przyjdzie pocztą
następny.  Czasem bajecznie kolorowy bilet z promu do Norwegii, czasem bilet
z   Indii   lub  Brazylii.  Chociaż  te  z  Polski  są  równie  interesujące
Szczególnie,  gdy są sprytnie wykonane. Np. kasownik kasujący bilet w różnym
miesiącu  pod  różnymi  literkami. Albo mapa miasta na odwrocie biletu. Albo
bilet wyglądający jak metka z chrupek.
  - To może kupisz sobie autobus i zamieszkasz w nim, co?
  Nie, no... aż takim maniakiem to nie jestem. Wolałbym jakiś bajeczny domek
położony nad morzem, a wokoło palmy, prywatne lotnisko, swój odrzutowiec...
  -  Zaraz,  zaraz.  Ale gdybyś miał prywatne lotnisko i swój odrzutowiec to
nie  używałbyś  na niego biletu, trochę szkoda. A jak lecisz czyimiś liniami
to masz bilety!
  Racja,  nie  potrzeba  mi  samolotu.  Wolę basen pełen uroczych dziewczyn.
Mógłbym pokazać im moją potężną kolekcję biletów...
  - Nie wierzę. Znam Cię i pewnie nie miałbyś wtedy czasu na bilety.
  Khm... tego... Jasne że nie! Wtedy bym za to mógł...
  -  Cicho!  Wiem  co  byś  mógł...  O tym pogadamy kiedy indziej, hehe. Mam
trochę biletów w domu. Jakie bilety zbierasz, czy z muzeum też?
  Nie,  zbieram  tylko  bilety  służące  do komunikacji przeróżnymi środkami
transportu.  Z  autobusów,  tramwaji,  trolejbusów, metra, samolotów, kolei,
promów,  łodzi,  wyciągów,  wind,  kolejek linowych i tym podobnych. Zarówno
Polskie  jak  i  zagraniczne.  Legitymacje,  miesięczne,  okresowe, czasowe,
zwykłe, wszystkie po prostu.
  - Na jaki adres Ci je wysłać?
  Dariusz Majgier
  █████████████████████
  ██-███ Sosnowiec
  Polska
  - A plany na przyszłość?
  Planuję  całą moją kolekcję zeskanować i udostępnić na Internecie, tak aby
każdy  zainteresowany  mógł sobie to przeglądać i podziwiać. Być może potrwa
to  nawet  około  roku,  bo  kolekcja wciąż się rozrasta i wymaga dość sporo
czasu  na  przenosiny  z  postaci  normalnej  do skanowanej. Wszystko będzie
opisane  i  dokumentacja będzie również udostępniona. A może nawet znalazłby
się  ktoś,  kto  chciałby  wydać  moją  kolekcję na płytce CD albo w postaci
albumu. W każdym razie teraz pracuję nad przeniesieniem tego na internet.
-----
  No  i  z  grubsza  tyle  o moich bilecikach. Jeżeli możesz, to prześlij mi
bilety  z  Twojej  okolicy, pozbieraj od znajomych, pogrzeb na strychu, może
znajdziesz  jakieś  starocie.  Być  może takich jeszcze nie mam, lub mam ale
nieaktualne.  W  miarę  możliwości  opisz je z grubsza, żebym wiedział który
jest z czego, ułatwi mi to późniejsze opisywanie i klasyfikację.
  Możesz   mi   również  nadsyłać  dane  o  strukturze  komunikacji,  typach
przewoźników,   sposobach   organizacji   ruchu,   ciekawostki  z  dziedziny
komunikacji. Wszystko oczywiście udostępnię w miarę możliwości na sieci, jak
tylko skończę to opisywać. Być może już za pół roku. Dziękuję!

Felietony: Wigilia - symbole i obrzędy

Autor: Danuta Banecka

[fe1]                  Wigilia, jej symbole i obrzędy.

                  [ Danuta Banecka - ███████████████████ ]

  Od  niepamiętnych czasów wieczerza wigilijna składa się z postnych potraw.
Na  stół  podawano  ryby, dania z mąki, kaszy, świeżych i suszonych grzybów,
warzyw,  miodu,  maku  i orzechów. Wierzono, że spożycie w wigilijny wieczór
symbolicznych potraw zapewni zdrowie i pomyślność w nadchodzącym roku.

Wszystkim daniom wigilijnym przypisywano jakieś znaczenie:
  -  Opłatek  symbolizował  zgodę  i  jedność, a chleb - dobrobyt i początek
nowego życia.
  - Ziarno zbóż oraz wypieki z mąki miały zapewnić pomyślność w nadchodzącym
roku. Samo zboże uznawano za źródło życiodajnej mocy i plenności.
  - Ryby miały przede wszystkim znaczenie religijne: przypominały o chrzcie,
zmartwychwstaniu   i   nieśmiertelności.   Były   też  symbolem  płodności i
odradzania się życia.
  - Kapustę w wieczerzy wigilijnej wiązano z życiodajną siłą sprawiającą, że
po zimowym uśpieniu cała przyroda odrodzi się na wiosnę.
  -  Groch  chronił  przed  chorobami, a zwłaszcza świerzbem; w połączeniu z
kapustą gwarantował urodzaj.
  -  Grzyby według wierzeń ludowych ułatwiały nawiązanie kontaktu ze światem
zmarłych.
  - Mak był symbolem płodności.
  - Potrawy z miodu miały zapewnić przychylność sił nadprzyrodzonych.
  - Jabłko spożyte podczas wigilii chroniło przed bólem gardła.
  - Orzechy eliminowały ból zębów.

  Wigilia  to  nie  tylko postny posiłek. To także cały obrzęd związany z tą
jedyną w swoim rodzaju wieczerzą.
  Najpierw  liczba dań: kiedyś uważano, że powinna być nieparzysta. I tak "7
dań  na  stole  chłopskim,  9  na  szlacheckim,  11  na  pańskim".  Z czasem
zmieniono  liczbę  dań  na  12  i  każdego  trzeba  było spróbować choćby po
łyżeczce, "żeby w nowym roku nie pozbawić się równej liczby przyjemności".
  Do  stołu  powinna  siadać  parzysta  liczba  biesiadników.  Stawiano  też
nakrycie dla niespodziewanego gościa.
  Wigilia  to  czas  przepowiedni.  Z  płomieni  świec  na  stole  wróżono o
przyszłości:  jeśli  paliły  się  równym,  jasnym  płomieniem - następny rok
zapowiadał  się pomyślnie, jeśli zaś kopciły - zwiastowały troski i kłopoty.
A  jeśli  jakiś  płomień  zgasł  -  to  był znak, że ktoś z biesiadników nie
doczeka przyszłej Wigilii.
  Wróżono też z siana podkładanego pod obrus. Biesiadnicy wyciągali źdźbła i
z  ich wyglądu wróżyli, czy ich życie będzie proste i długie, czy skrzywione
i krótkie.
  Symbolika  produktów i obrzędów wigilijnych, wywodząca się często z bardzo
odległej  przeszłości,  wynikała  przede  wszystkim  z  walki o przetrwanie.
Obchodząc  uroczyście  dzień  Narodzenia  Bożego  człowiek próbował zapewnić
sobie  nie tylko dostatek żywności, ale też dobrobyt i szczęście osobiste na
cały nadchodzący rok.


Felietony: Sami w kosmosie

Autor: Dar_ek

[fe2]                         Sami w kosmosie?

              [ Dariusz Nierada - DAR_ek - █████████████████ ]

  Ostatnie  doniesienia  o  znalezieniu  śladów życia na meteorycie z Marsa,
oraz  kilka  nowych  coraz bardziej wiarygodnych pojawień się obiektów nie z
tego    świata,    tudzież    film    "Independence    day",    czy   serial
sensacyjno-przyrodniczo-kryminalny   z   dodatkami   horroru   SF  "X-Files"
powtórnie  wzmogły niekończące się dyskusje związane z życiem w kosmosie. Ja
także  "idąc  na  fali"  chciałbym  przybliżyć tę sprawę czytelnikom, którzy
interesują  się  nią,  ale  nie  mieli  jeszcze  okazji  popatrzeć  na nią z
naukowego punktu widzenia.
  Na  początek  temat bardzo częstych pojawień niezidentyfikowanych obiektów
(często  latających),  później zaś fakt istnienia (lub nieistnienia) życia w
kosmosie, tudzież cywilizacji pozaziemskich i kontaktu z nimi.

  Część pierwsza, czyli spodki.
  Autor  tego  tekstu  jest  sceptykiem do kwadratu, czyli człowiekiem który
każdą  informacje  o  pojawieniu się UFO (NOL'a, spodka czy jak go tam zwał)
najpierw   przyjmuje   jako  bajkę,  wymysł,  dziwne  zjawisko  przyrodnicze
(aczkolwiek możliwe), czy widzenia ludzi "na ziołach". Aczkolwiek nie uważam
że  pojawienie  tego  typu  jest  niemożliwe,  czy  nie  odbyło  się nigdy w
przeszłości.  Przy  rozmyślaniach  tego  typu,  o  pojawieniach  się  takich
obiektów  chciałbym  posłużyć się logikom, czy najważniejszym instrumentem w
rękach  naukowca  i  badacza,  lecz  zdaję  sobie sprawę, że gdy będę chciał
wytłumaczyć,  czy  przewidzieć  zachowanie  się  "obcych"  z punktu widzenia
"ziemskiej" logiki mogę zabrnąć w ślepy zaułek.
  Logika  postępowania  "obcych"  może  być  różna od naszych zachowań, lecz
gdyby  porzucić  logikę,  to  cóż by nam jeszcze zostało? Chyba tylko siąść,
zapłakać  się,  czy może oddać znów w ręce jakiegoś następnego w kolei boga,
który  wie  wszystko, a nam od tej wiedzy won. OK, po pierwsze opowiadania o
rozbiciach  UFO  (i  odnalezieniu jego szczątków) wkładam między bajki braci
Grimm i Andersena. Dlaczego? Ponieważ aby taki obiekt w ogóle pojawił się na
Ziemi  musiał  przebyć  pewną odległość w Kosmosie, szacowaną na co najmniej
kilkadziesiąt  (kilkaset?  kilka  tysięcy???)  lat  świetlnych (odległość od
najbliższego systemu planetarnego który można brać pod uwagę).
  Przyjmując  że  najszybciej  można  poruszać  się z prędkością mniejszą od
prędkości  światła (dlaczego, patrz: Einstein), podróż taka musiała by zająć
naszemu  kosmicie  co  najmniej  (szacując  b. optymistycznie) kilka set lat
ziemskich.  Wynika  z  tego,  że jeśli miał od możliwość takiej eskapady, to
jego  rodzima cywilizacja musiała być o kilka "szczebli" bardziej rozwinięta
od  naszej. Dlatego, pojazd kosmiczny zbudowany przez nich (który potrafiłby
przebyć  taką  odległość,  w  rozsądnym  czasie) byłby tak skonstruowany, że
prawdopodobieństwo  rozbicia  się  go  na  Ziemi byłoby bardzo, bardzo małe.
Zbudować pojazd który przebywa kilkadziesiąt lat świetlnych i rozbija się na
ziemi, to byłaby dopiero fuszera.
  Jeśli  już  taki  obiekt  miałby  ulec  katastrofie,  to  daleko  bardziej
prawdopodobne  byłoby,  że  stanie  się  to gdzieś w kosmosie, a najbardziej
prawdopodobne że przy największych prędkościach.
  Następna  sprawa  to  wszelkie  zdjęcia,  filmy  i  relacje z pojawień się
niezidentyfikowanych  obiektów  na  niebie,  zwłaszcza w nocy. Przyjmując za
wielce  prawdopodobne, że domniemani "obcy" zorientowali się, że Ziemia jest
miejscem  na  której  istnieje  cywilizacja (choć może z ich punktu widzenia
słabo  rozwinięta)  (o  "nie  naturalności"  Ziemi można się już przekonać z
odległości    kilkudziesięciu   lat   świetlnych   obserwując   jej   emisje
promieniowania   elektromagnetycznego,   nie   mówiąc  już  o  jej  bliższej
obserwacji).  Wtedy  "obcy" albo staraliby się nawiązać z nami kontakt, albo
by  nas tylko obserwowali, nie kontaktując się z nami. W pierwszym przypadku
mogli  by to zrobić na tysiące sposobów (mniejsza o to jak, ale na pewno nie
tak  sieroczo  jak  ukazują  niektóre  doniesienia  z  gazet typu "Nie z tej
Ziemi"), tak że dowiedzielibyśmy się o tym w krótkim czasie. Nic takiego nie
odbyło się na razie więc wnioskuje, że każde domniemane odwiedzenie nas jest
raczej  obserwacją.  Tak,  tylko  każdy obserwator starałby się, żeby obiekt
jego obserwacji nie widział jego działalności.
  Dlaczego  więc  większość opowiastek o UFO ukazuje je jako obiekt świecący
lekko  powiedziawszy  jak  Mega  Disco  "Kanty" (lasery bajery)? Zdecydowana
większość  zdjęć  przedstawia jasne "plamki" na tle ciemnego nieba! Czyż tak
trudno  by  im  było  zorientować się, że człowiek jest dosyć uczulony na te
małe  pasmo  fal  elektromagnetycznych  zwanych  falami świetlnymi? Zauważmy
jakimi  technikami  ukrywania dysponuje nawet człowiek. Samoloty typu F-117,
czy  B-2  wcale  nie  są  ostatnią  nowością w przemyśle zbrojeniowym, a ich
zdolność  niewidzialności  dla  radarów  zdaje się być lepsza od tych jakimi
miałby dysponować "obcy", pochodzący z wyższej cywilizacji.
  O  przepraszam! Zapomniałem o trzeciej możliwości. Możliwe jest, że "obcy"
przylatują  na  Ziemię, obserwują (nas, czy coś innego na Ziemi), ale mają w
nosie  to,  czy  ich widzimy, czy nie. Możliwe, choć mało prawdopodobne. Ale
dalej  zastanawiające  jest, że "spodki" tak intensywnie świecą. Po co? Czyż
nie jest to niepotrzebna strata energii? Na pewno nie po to aby nie dobić do
siebie  przypadkiem.  Może  być  to  skutek uboczny napędu wykorzystywanego,
przez "obcych"? Może, jednak raczej na pewno nie. Wniosek z tego taki że jak
już  jesteśmy  obserwowani to tak, że o tym nie wiemy, a jak już "obcy" będą
chcieli  się  z  nami spotkać, to na pewno się o tym dowiemy (myślę że nie w
taki  sposób  jak  w  "Dniu  Niepodległości",  :-)).  Aha,  stwierdzenie  S.
Howkinga  (btw.  znakomitego  uczonego), że doniesień o UFO jest tyle, że na
pewno  coś  w tym jest, uważam że bardzo głupie i autor powinien się głęboko
zastanowić nad tym co powiedział.
  Zainteresowanych  szerzej tematem sceptycznego patrzenia na nadprzyrodzone
rzeczy   i   UFO,   odsyłam  do  publikacji  Jamesa  Randiego,  eksperta  od
demaskowania  takich  rzeczy.  Przytoczę  tu  tylko  jedną  z jego historii.
Mianowicie  raz zgłosił się do rozgłośni radiowej w Nowym Jorku i powiedział
na  antenie że był świadkiem jak UFO przelatywało nad miastem (co oczywiście
wymyślił),  opisując  je  dość  dokładnie  i  poprosił  żeby  ludzie, którzy
widzieli  coś  podobnego  zadzwonili  do studia. Tej nocy zadzwoniło bodajże
kilkanaście osób twierdząc że też widzieli coś podobnego. To chyba mówi samo
za siebie, jak bardzo tego typu opowieści mogą być przesadzone.

  Część druga, czyli życie w kosmosie.

  Życie  poza  Ziemią.  Istnieje,  czy  nie? Możliwe, czy nie? Fani boskiego
stwórstwa  życia  proszeni  są od razu do opuszczenia tego rozdziału, gdyż z
doświadczenia  wiem,  że  nie  można  z  nimi "normalnie" rozmawiać (logika,
nauka),  a  tylko  można  się  nabawić  wrzodów  na  żołądku,  czy  popaść w
alkoholizm  gdy ciągle na pytanie dlaczego jest tak, a nie inaczej dostajemy
odpowiedz,  że  bóg (czy Bóg, żeby nikogo nie obrazić) tak chciał. Tego typu
odpowiedzi są dobre dla ciemnych członkiń koła gospodyń wiejskich, a nie dla
ludzi o szerszych horyzontach i zainteresowaniach.
  OK,  na  początek  trzeba  jednak  przyjąć  pewną  rację  ludziom,  którzy
twierdzą,  że  przejście  z  materii  nieożywionej  do  choćby najprostszych
białek,  czy  aminokwasów, jako podstawy życia (przynajmniej takiego jaki my
znamy)  jest  bardzo,  bardzo skomplikowane i samo z siebie jest bardzo mało
prawdopodobne (jednak na pewno nie niemożliwe). Oczywiście o powstaniu życia
decydują przede wszystkim warunki na danej planecie (temperatura, dostępność
pierwiastków,  atmosfera,  odpowiednia ilość promieniowania UV, itd., itp.).
Trzeba  zdać  sobie  sprawę  że  jeśli  nawet  takowy  akt  jest bardzo mało
prawdopodobny  to  jednak mając do dyspozycji czas liczony w miliardach lat,
jest  prawie  pewne,  że  takie coś nastąpi jeśli tylko warunki będą w miarę
odpowiednie. Wynika z tego, że dla stworzenia życia będziemy musieli znaleźć
"tylko"  planetę  podobną  do  Ziemi w podobnym układzie planetarnym (chodzi
przede wszystkim o ważną rolę Słońca przy powstaniu życia).
  Oczywiście  nie  znaczy to, że na planetach o innych, czy zgoła całkowicie
niepodobnych warunkach niż na Ziemi życie powstać nie może! Jednak nic o tym
nie wiemy i na razie w myśl zasady "brzytwy Ockhama" nie będziemy tego brali
pod  uwagę  (w  duchu  jednak  myśląc,  że  jeśli się mylimy to tym lepiej).
Spróbujmy  oszacować ile jest w kosmosie planet podobnych do Ziemi. Jako, że
nie tak łatwo jest zobaczyć planety nawet najlepszymi teleskopami ze względu
na ich wielkość (a raczej małość), jedyne udokumentowane planety poza naszym
układem  są  zaobserwowane  dzięki  ich  oddziaływaniu  na  ich  macierzyste
gwiazdy.  Takich  udowodnionych  planet  nie  ma  dużo  (bodajże kilka, może
dzisiaj  już  więcej),  więc ilość układów planetarnych będziemy liczyli w/g
ilości gwiazd.
  Dane  i  założenia będę podawał za S. Lemem (który z kolei wzorował się na
van  Hornerze)  uaktualniając  w  miejscach  gdzie potrzeba. Najpierw trzeba
zaznaczyć  (wbrew  głosom "uczonych" teologów, czy innych proroków) że nasze
Słońce  jest  całkiem  przeciętną  gwiazdą  (pod względem wielkości i wieku)
położoną  w  "przeciętnym" miejscu (ani nie za blisko krańca Drogi Mlecznej,
ani  nie  za  blisko środka) galaktyki, która też jest dość typową galaktyką
spiralną   jakich   jest   miliardy.   Przyjmiemy  dość  pesymistycznie,  że
przeciętnie  jedna gwiazda na 150 posiada planety. Liczba gwiazd w galaktyce
przeciętnie  wynosi 150 miliardów, więc mamy w naszej galaktyce ok. miliarda
systemów  planetarnych.  Dodając do tego że tylko w widocznej części kosmosu
mamy  do  dyspozycji ponad miliard galaktyk, to nawet przyjmując bardzo małą
wartość  prawdopodobieństwa  powstania życia na planecie to przez pomnożenie
go  przez przypuszczalną ilość układów planetarnych uzyskujemy ładną liczbę,
zdecydowanie większą od jedności.
  Obliczenia  te są oparte na bardzo pesymistycznych założeniach, dość chyba
niesłusznie,  gdyż  jeśli  okaże  się,  że istnienie życia (może nawet tylko
kiedyś) na Marsie jest na 100% pewne to nasze obliczenia powinniśmy pomnożyć
lekką ręką o kilka dziesiątek.

  Część trzecia, czyli obce cywilizacje.

  Oczywiście  co  innego  istnienie  samego  życia,  a  co  innego istnienie
rozumnego  życia,  cywilizacji  (technicznej).  Czy  ewolucja  życia  zawsze
prowadzi  do  powstania  inteligencji?  Chyba  raczej  nie.  Więc  jaka jest
przybliżona  ilość planet, na których rozwinęła się cywilizacja? Tu niestety
poruszamy  się  prawie całkowicie po omacku. Spróbujmy zatem zajść problem z
dokładnie  drugiej  strony.  Spróbujmy  oszacować  ilość (a raczej częstość)
występowania cywilizacji po obserwowaniu ich działalności.
  Jak   to!?   Oburzy   się  czytelnik!  Przecież  nie  obserwujemy  żadnych
(udokumentowanych jako 100% działalność "obcych") znaków działalności obcych
cywilizacji!!!  Właśnie;  zerowy wynik to też wynik i można z niego wyciągać
wnioski.  Nawet  przy  dzisiejszym zaawansowaniu techniki obserwacji kosmosu
powinniśmy  odkryć  "odgłosy"  działalności  obcych cywilizacji technicznych
(jak  o tym w rozdziale IV-tym) oddalonych przynajmniej 10 lat świetlnych, a
jeśli aparaturę odpowiednio się ukierunkuje, to mogła by ona odebrać sygnały
z  odległości  daleko  większych  (ponad  tysiąc  razy).  Chodzi o odgłosy o
podobnym  natężeniu  jakie  wysyła teraz nasza cywilizacja (nie mówiąc o tym
jakie  powinna wysyłać cywilizacja daleko bardziej rozwiniętą). Czy aby inne
cywilizacje były tak daleko od nasz oddalone? Może.
  Może  jednak w grę wchodzić nie zazębianie się w czasie naszej cywilizacji
z  tymi  położonymi  bliżej.  Chodzi o to że nie wiadomo, ile (średnio) może
trwać   "życie"   cywilizacji.   Czy  aby  wiecznie?  Brak  znaków  "obcych"
cywilizacji  może  świadczyć o czymś wręcz przeciwnym, że czas trwania życia
rozumnego jest raczej krótki. Możliwe jest jeszcze jedno rozwiązanie. Wysoko
rozwinięte  cywilizacje  wcale  może  nie  cechować większy od naszego pobór
mocy.  Może  mieć  nawet  mniejszy,  tylko  może potrafić lepiej wykorzystać
energie,  z większą sprawnością. Tak samo może umieć przekazywać informacje,
bez  zbędnego rozsyłania fal we wszystkich kierunkach (w tym i w kosmos). To
wydaje się dosyć prawdopodobne.

  Część czwarta, czyli jak zobaczyć obce cywilizacje.

  W  obserwacji kosmosu, aby spróbować odnaleźć ślady "obcych" oczekuje się,
albo odbioru modulacji jakiejś częstotliwości fali elektromagnetycznej, albo
wzmożonej  emisji/absorbcji  energii, albo zaobserwowania tzw. "cudu". Co do
pierwszego  punktu,  wiadomo o co chodzi. Modulacja częstotliwości fali jest
łatwa  do  wykrycia,  i  łatwo  odróżnić  celową emisję informacji od szumu.
Jednak nie jest tak do końca, gdyż jeśli przesyłaną informację stara się jak
najbardziej   skrócić   (co  jest  potrzebne  przy  dużej  ilości  przepływu
informacji,  jaki  na pewno cechuje rozwiniętą cywilizacje) informacja coraz
bardziej  staje  się  podobna  do  szumu  (plik skompresowany wygląda prawie
dokładnie jak zbiór losowych liczb).
  W   drugim  i  trzecim  przypadku  oczekuje  się  zaobserwowania  jakiegoś
anormalnego  zjawiska,  nie  zgodnego  z  znanymi  nam prawami natury. Takie
zjawiska   mogłyby   być   obserwowane,   pod   warunkiem   oczywiście,   że
odpowiedzialna  za  nie  cywilizacja  stała by na naprawdę wielkim poziomie.
Musiała by parać się tzw. inżynierią kosmiczną, dziś znaną jedynie z książek
SF,  a  polegającą  np.  na  zmianie  procesów zachodzących w gwiazdach, czy
budową/niszczeniem  planet  (oczywiście  dla jakichś tam swoich celów). Może
też  chodzić  o takie rzeczy jak sfery Dysona, czyli gigantyczną sferę wokół
gwiazdy,  w  celu  wykorzystania  jej całej energii, czy wiele, wiele innych
teorii, które można mnożyć bez końca.
  Jednak dotychczas nic takiego się nie obserwuje, lub obserwujemy, lecz nie
zdajemy sobie z tego sprawy (co na jedno wychodzi). Radzę jednak uzbroić się
w  cierpliwość  jeśli  oczekuje się na odkrycie "obcych" i właściwie jednego
tylko  możemy  być pewni, na pewno nie będą wyglądać tak jak przypuszczamy i
na   pewno  nie  będą  się  zachowywać  dokładnie  tak,  jak  ktoś  by  mógł
przypuszczać.
  Życzę bliskich spotkań III-go stopnia.


Felietony: Prawdy i przesądy

Autor: Denebola

[fe3]        Prawdy i przesądy z życia roślin, ludzi i zwierząt.

        [ Radosław Scibior - Denebola - ██████████████████████████ ]

  Na  wstępie  chciałbym serdecznie podziękować dr Andrzejowi Paleologowi za
cenne  uwagi  i  wskazówki  przy powstawaniu tego zbiorku oraz mgr Robertowi
Stryjeckiemu za interesujące przykłady.
  Jak  zwykle, jestem też chętny do polemizowania z każdym, komu po lekturze
tego tekstu pozostaną jeszcze jakiekolwiek wątpliwości.

  DŻDŻOWNICE ŚWIECĄ: PRAWDA

  Wiele  organizmów  zwierzęcych (także żyjących w naszym kraju) ma zdolność
emitowania  światła.  Może  ono  pochodzić  z  utleniania  pewnych  związków
chemicznych,   co   łączy   się   z   wydzielaniem   energii  lub  jest  ono
charakterystyczne dla struktury niektórych pierwiastków np. fosforu. Nazwano
również  pewne  substancje  zwierzęce,  które świecą. Przykładem może tu być
lucyferyna  występująca  u  "robaczków  świętojańskich".  Zdolność świecenia
posiada  też  jedyna  świecąca  dżdżownica  krajowa - kompostowiec świecący.
Także   wielu   innych  przedstawicieli  świata  zwierząt  potrafi  świecić,
począwszy  od pierwotniaków (nocoświetlik), a skończywszy na wielu gatunkach
ryb  głębinowych.  Świecą  też  niektóre  glony,  a światło ich może czasami
uratować  życie.  Fantastyczny opis pozostawił niedoszły zdobywca Księżyca -
Jim Lovell, dowódca Apollo 13 w książce pt: "Utracony księżyc".

  GADY SĄ WSTRĘTNE, BO OŚLIZŁE: NIEPRAWDA

  Żaden  przedstawiciel  gromady  gadów  nie  może być oślizły. Powierzchnia
łusek  gadzich (począwszy od kameleona poprzez węże, jaszczurki, krokodyle a
skończywszy  na  żółwiach)  jest  zawsze  sucha. Jest to spowodowane tym, że
przedstawiciele  tej gromady nie posiadają gruczołów śluzowych, a dokładniej
żadnych gruczołów, które otwierałyby się na powierzchni ciała.

  UGRYZŁA MNIE MUCHA: NIEŚCISŁE

  Typowa  mucha  domowa  nie  posiada  po  prostu  aparatu  gębowego,  który
predysponowałby  ją  do  zadawania  tego  typu  ran.  Jest on typu liżącego,
aczkolwiek  pewne  jego  ustawienie  pozwala na zdrapywanie powierzchni. Nie
jest  to  jednak  z  pewnością  gryzienie.  Jedynie niektóre muchówki, które
"gryzą"  (jeżeli  już  miałbym  tak  nazwać  operowanie  ich  kłująco-ssącym
aparatem  gębowym)  są  zdolne do powodowania ran. Mogą to być np.: mustyki,
komary, moskity, gzy.

  UGRYZŁ MNIE PAJĄK (KRAJOWY): NIEPRAWDA

  Do  zadawania  ran  pająkom  służą  szczękoczułki, które można najprościej
zdefiniować  jako  człon z banieczką jadową i kolec jadowy. Nie ma, niestety
fizycznej możliwości aby którykolwiek z krajowych pająków mógł przebić skórę
człowieka.  Nawet  dla  największego  z krajowych pająków - krzyżaka jest to
zadanie  przekraczające  jego możliwości. Szczękoczułki nadają się natomiast
doskonale  do  przebijania  owadziego  oskórka.  Jedynie  nieliczne  gatunki
pająków  mogą  być  groźne dla człowieka. Tego typu gatunkiem występującym w
Pd.  Europie jest tarantula. Pojedyncze ugryzienie jest niewiele groźniejsze
od  ukąszenia  osy,  aczkolwiek kiedyś uważano, że przed niechybną śmiercią,
chroni  grupowe  pląsanie. Stad też prawdopodobnie wywodzi się nazwa tańca -
tarantella.   Innym,  groźniejszym  europejsko-  azjatyckim  gatunkiem  jest
Lathrodectes  mactans  tredecimguttatus  - "karakurte". Zaraz po wojnie były
opisywane  przypadki  zejść śmiertelnych przy wielokrotnym pogryzieniu przez
tego  typu  pająka.  Opisy te dotyczyły pogryzienia pracujących żniwiarzy we
Włoszech.  Prawdopodobnie już dwukrotne ugryzienie dziecka przez tego pająka
może spowodować śmierć.

  "BIEDRONECZKI  SĄ  CACY  A PAJĄKI SĄ BE": BŁĄD RODZICÓW PRZY KSZTAŁTOWANIU
PSYCHIKI DZIECKA

  Zwykle  taki  punkt  widzenia  pokutuje  czasem  dożywotnio, najczęściej w
psychice  dziewcząt.  To,  że  pająki nie są "be", dowiaduje się już 3-letni
chłopczyk, gdy po raz pierwszy pozbędzie pierwszego napotkanego pająka ośmiu
odnóży  krocznych.  Tłumaczenie,  że  jest pokryty włoskami (przez co jakoby
brzydki)  jakoś  do  mnie  nie  trafia.  Jest  to raczej oszukiwanie własnej
ułomności  psychicznej  ;) Wystarczyłoby wziąć matkę, która przekazuje córce
taką  wiedzę  i  pokazać  jej pod lupą co robi biedroneczka, gdy atakuje np.
mszyce.  Rozbryzgiwana dookoła hemolimfa, odrywane odnóża, miażdżenie puszki
głowowej  z pewnością upewniłoby dziewczynkę, że może jednak jest odwrotnie.
Ponadto pokutuje tu także błędne przekonanie omówione punkt wyżej.

  ZABICIE PAJĄKA PRZYNOSI DESZCZ: NIEPRAWDA

  Przesąd  ten,  jakkolwiek  błędny  świadczy jednak o szacunku jakim ludzie
żyjący  w  ścisłym  kontakcie z naturą darzą pająki. Dla nich jest to bowiem
wyspecjalizowany drapieżnik niszczący muchy.

  JEŻELI ZOBACZĘ W DOMU PAJĄKA ZABIJAM GO!: GŁUPOTA

  Żaden  organizm  zwierzęcy  nie jest samoudręczycielem. Podobnie również i
pająk.  Żadne  zwierzę  nie  będzie przebywać w miejscu, gdzie nie ma nic do
jedzenia.  W  mieszkaniach  pospolitym  gatunkiem  może  być  np. kątnik. Na
pierwszy  rzut  oka  można  by  przyjąć,  że  jest  to  pomniejszona replika
krzyżaka,  bez  rysunku  na  odwłoku.  W  danej  chwili  gdzieś  w moim domu
mieszkają sobie 2-3 pająki, czasami żaden (gdy nie mają one co jeść). Rzadko
je  spotykam,  bo  nie  lubią  światła, a gdy już je spotkam to schodzę im z
drogi...
  Zazwyczaj  znikają  wtedy  gdzieś  za  lodówką.  Dziwne?  Nie! Jeżeli ktoś
oglądał "Nikitę" to wie, że istnieją postacie, które wchodzą i zabijają tam,
gdzie  nikt inny nie może (Jean Reno jako prototyp Leona Zawodowca ;)). Taką
funkcję w moim domu pełnią pająki. Jeżeli pospolicie do niedawna występujący
w  moim  domu rybik cukrowy ma mi zżerać dywany, tapety, książki i przynosić
do  domu  jaja  pasożytów  na odnóżach to wolę by w zaciszu ciemnej łazienki
zabił go kątnik. Wiele ludzi ma (nawet nie znając przyczyn np. ciągły katar)
alergie  od wylinek i odchodów roztoczy kurzowych, które są wszędzie. U mnie
ten  problem  rozwiązuje....  Tak,  już  wiecie  kto.  Czasem  wolę go nawet
przegonić  z  pościeli  (czasem  tu  zachodzi)  niż wycierać twarz w odchody
roztoczy żyjących w pierzach poduszki. A jak spełni już swą role drapieżnika
to  odchodzi  ku  mojemu  niezadowoleniu, ale przecież nikt nie lubi ginąć z
głodu. Ja po prostu wybrałem zdrowie w symbiozie z pająkiem.

  PLUSKWY GRYZĄ: NIEŚCISŁE

  Wypijają  krew  i zwykle boleśnie kłują właśnie one (i pchły), szczególnie
nocą.  Dlatego  często  trudno  skojarzyć  sobie  rankę  z tym pluskwiakiem.
Dyletantowi  łatwiej  zwalić wszystko na pająka... Ale tylko dyletantowi :).
Poza ukłuciem, ranki takie bywają często zanieczyszczane co może doprowadzać
do   wtórnych   infekcji  bakteryjnych  o  różnym  przebiegu.  Wykazują  one
termotaksję  dodatnią  (reagują  na temperaturę np. ciała ludzkiego), rozwój
ich  zachodzi  w  różnych miejscach np. pod tapetami. Często odbywają długie
wędrówki  w  poszukiwaniu  pokarmu  oraz potrafią nadzwyczaj długo głodować.
Dzień,  zwykle  przeczekują  w  ukryciu (fototaksja ujemna). Dlatego właśnie
przez  długi  czas  ich  obecność może ujść uwadze. U mnie ich nie ma. Powód
wyjaśniłem wyżej :)

  KOMARY GRYZĄ: NIEŚCISŁE

  Kłują.  I  to  tylko  samice.  Pobranie  krwi  jest dla nich niezbędne dla
prawidłowego  rozwoju  komórek  jajowych.  Reagują  one  na  dwutlenek węgla
(wydychany  z  powietrzem) przez co bezbłędnie lokalizują zdobycz. Ukąszenia
są  bezbolesne  (ślina  komara  ma właściwości znieczulające) dlatego często
udaje  im  się  jednak  tą  krew pobrać. Opuchlizna i swędzenie jest reakcją
organizmu  człowieka  na  białka  śliny  komara.  Nie  przenoszą  AIDS, więc
przestroga. Nie da się nijak zrzucić obecności wirusa HIV na komarzyce :)

  ODBIEGLIŚMY W ROZWOJU DALEKO OD MAŁPY: NIEPRAWDA

  Niedaleko...  Mimo,  że  niektórym  ten  fakt nie przypadnie specjalnie do
gustu.  Okazuje  się bowiem, że informacja genetyczna o człowieku zapisana w
DNA  (kwas  dezoksyrybonukleinowy)  pokrywa  się  z  analogiczną  informacją
zapisaną  w  DNA  małpy  w  ok.  99%.  I  to łącznie z cechami warunkującymi
obecność  ogona  u człowieka, który to z czasem zanikł jako narząd zbyteczny
;)

  WIELORYB TO RYBA: NIEPRAWDA

  ...  Chyba,  że  dla  przedszkolaka.  Wieloryb jest ssakiem, który wtórnie
przeszedł do środowiska wodnego. Oddycha jednak płucami, a rodzące się młode
odżywia się mlekiem matki.

  SOKI ROŚLIN SĄ TRUJĄCE A DIFFENBACHIA ZAWIERA STRYCHNINĘ: NIEŚCISŁE

  Soki  wielu  krajowych  roślin  mogą  być trujące dla człowieka. Przykłady
korzystania  z  trucizn  roślinnych  znane  są  już od dawien dawna. Wczesną
wiosną  399  r  p.n.e. największy myśliciel jakiego wydała grecka demokracja
ginie  w  więzieniu  przez  wypicie  kielicha  z  cykutą. Cykuta to trucizna
sporządzona  z  szaleju  jadowitego,  silnie trującej rośliny o przepięknych
białych kwiatach. Po jej wypiciu Sokrates umarł dość szybko, o czym wspomina
sam  Platon w "Fedonie". Zgadza się to z dzisiejszymi poglądami na działanie
cykutotoksyny  zawartej  w  szaleju.  Oddziaływuje ona na rdzeń przedłużony,
przy  dużej  dawce  powodując  śmiertelne  porażenie.  Jest  ona  substancją
lipoidotropową,  szybko  rozprzestrzeniającą  się  w organizmie. Śmierć może
nastąpić  już  po  kilku minutach. Równie silnymi truciznami roślinnymi mogą
być np. atropina, papaweryna, kurara i masa innych.
  Jeżeli chodzi o diffenbachię, sok z tej rośliny jest w zależności od dawki
toksyczny,  a  nawet  trujący. Jednak to nie strychnina jest powodem zatruć.
Mimo, że w wielu książkach i artykułach można spotkać takie uwagi, to jednak
badania  prowadzone  w naszym kraju udowadniają, że jest to związek zbliżony
budową  - ale nie strychnina. Cóż, marne to jednak pocieszenie, gdyż jest on
także  równie  trujący. Rzeczą nie ulegającą dyskusji jest jednak to, że nie
wyparowuje on z rośliny.

  ZJEDZENIE MUCHOMORA SROMOTNIKOWEGO JEST TRUJĄCE: NIEŚCISŁE

  Niektóre  gatunki  grzybów  posiadają  substancje  trujące  dla człowieka.
Istnieje  jednak  kilka typów zatruć grzybami. Niektóre substancje toksyczne
powodują  degenerację  komórek  różnych  narządów, głównie wątroby. Niektóre
trucizny  z  grzybów  działają  szybko  np.  falloidyna (gdy to już po kilku
godzinach  niewiele  z  wątroby  pozostaje  do zebrania). Inne np. amanityna
wolniej.  Paraliż centralnego układu nerwowego powoduje natomiast muskaryna.
Jednakże  związki  toksyczne  w  grzybach  jakkolwiek istnieją, są związkami
organicznymi.  Dlatego też, przy długotrwałym działaniu wysokiej temperatury
mogą  ulegać rozkładowi do substancji nietoksycznych, tym samym tracąc swoje
właściwości.   Kto   jednak  profilaktycznie  przed  przypadkowym  spożyciem
muchomora gotuje wszystkie grzyby np. 60 razy?

  UKĄSZENIE ŻMII JEST ŚMIERTELNE: NIEŚCISŁE

  Z  pewnością  jest groźne dla zdrowia i życia człowieka, ale niekoniecznie
śmiertelne.  Po  podaniu  antytoksyny  nie jest już zwykle groźne. Ukąszenie
dziecka  może  być  śmiertelne.  Paracelsus powiedział kiedyś mniej więcej o
związkach  dostarczanych do organizmu człowieka w ten sposób: "Wszystko jest
trucizną  i  nic nie jest trucizną, zależy to tylko od dawki". W literaturze
można  spotkać  dane  mówiące  o  tym,  że zdrowy, dorosły człowiek powinien
przeżyć  ukąszenie żmii bez pomocy lekarza! Po co jednak zmuszać organizm do
tak potężnych procesów detoksykacyjnych.

  UKĄSZENIE 2-3 SZERSZENI JEST ŚMIERTELNE: NIEŚCISŁE

  Szerszeń  (Vespa  crabo)  -  nasza  największa  osa,  posiada jad o silnym
działaniu  na  organizm człowieka. U ludzi nieuodpornionych ugryzienie nawet
przez  jednego  szerszenia  może  być  groźne.  Większa  dawka  toksyny może
spowodować  wstrząs  amfilaktyczny  i  śmierć. Wielu jednak pszczelarzy dużo
lepiej znosi jad pszczeli niż szarzy zjadacze chleba.

  WSZY POWSTAJĄ Z BRUDU: NIEPRAWDA

  Może  są częstsze w miejscach o niskim stanie higieny. Jednak już od dawna
wiadomo, że powstają po prostu z jaj :)

  "PACHNIE ŚCIĘTĄ TRAWĄ": NIEŚCISŁE

  Ścięta trawa nie pachnie, podobnie jak ścięte drzewo i dym z ogniska. Mogą
pachnieć  natomiast  pewne substancje np. żywice uwalniając olejki eteryczne
lub pewne alkaloidy jak np. kumaryna zawarta w trawie.

  W NOCY WSZYSTKIE KOTY SĄ CZARNE: NIEPRAWDA

  W  nocy  nie  jestem  Murzynem!  A i koty mają taki sam kolor jak za dnia.
Wszystko  zależy od falowej budowy światła, zdolności widzenia jaką dają nam
czopki  i  pręciki  w oku oraz od zdolności przetwarzania obrazu z oka przez
mózg.

  MĘŻCZYŹNI SĄ SŁABSI PSYCHICZNIE OD KOBIET: NIE ULEGA WĄTPLIWOŚCI...

  Aczkolwiek mogą istnieć wyjątki ;) (które potwierdzają regułę) :(

  KOBIETY GORZEJ PROWADZĄ SAMOCHÓD: PRAWDA

  Jest to związane przede wszystkim z budową mózgu człowieka. Mężczyźni dużo
lepiej  postrzegają  kolory,  perspektywę,  dokładniej  oceniają  odległość.
Prawdopodobnie  posiadają  także  szybszy  czas reakcji na pewne bodźce (pod
warunkiem,  że  poprzedniego  dnia  nie  byli na imprezie). Posiadają jednak
większe   predyspozycje   do   brawury.  Słuszniejsze  wydawałoby  się  więc
stwierdzenie,   że   mężczyźni  prowadzą  samochód  lepiej,  jeśli  chodzi o
motorykę, kobiety - uważniej.

  KULTURYSTYKA TO SPORT DLA KOBIET: BARDZO MOCNO SPORNE

  Jeżeli  chodzi o podejście psychologiczno-estetyczne, z pewnością nie jest
to  sport  dla kobiet. Gwałtowny rozrost mięśni powodowany odżywkami i dietą
białkową  tworzy  sylwetkę  kobiety mocno zbliżoną do męskiej. Nie ma w niej
już  wtedy  nic  subtelności,  finezji  i  piękna zakodowanego genetycznie w
kobiecie.  Dla  utrzymania zgrabnej sylwetki w zupełności wystarczy poprawna
dieta  i  calanetics.  Dla  niektórych  kobiet nawet to jest za dużo, o czym
świadczą badania w kraju mówiące o 40% kobiet z nadwagą.
  Aby  stworzyć  sylwetkę  męską lub quasi męską z kobiecej w sporcie zwanym
kulturystyką  można  było kiedyś nieco oszukać naturę. Fantastycznie do tego
nadaje  się testosteron, hormon męski powstający w jądrach. Podawanie go pod
różną  postacią  u  mężczyzn  znacznie podnosi wydajność organizmu. U kobiet
zwykle  też.  Oprócz  figury  widać  to w rysach twarzy, wtórnej mutacji lub
chociażby  możliwości  pojawiania się owłosienia w miejscach zarezerwowanych
kiedyś dla mężczyzn ;)
  Na  zawodach  proceder  jest tępiony, więc stosuje się różne inne sposoby.
Pewne  substancje  np.  sterydy  anaboliczne otrzymywane syntetycznie raz za
razem są wciągane na listy środków niedozwolonych.
  No  cóż,  powiem  tylko tyle. Jeżeli w przyszłości tak właśnie ma wyglądać
ideał  urody  kobiecej,  to cieszę się, że żyje teraz, gdy jest on jeszcze w
powijakach i dopiero się kreuje. :))

  KOBIETY SĄ MĄDRZEJSZE OD MĘŻCZYZN: NIEŚCISŁE ... :)

Opowiadania: Archeolodzy sieci

Autor: Cobretti

[op1]                        Archeolodzy Sieci.

             [ Dariusz Majgier - Cobretti - █████████████████ ]

  "Gdzieś,  kiedyś  powiedzą,  że  byliśmy przeszłością. Nie pomylą się, ale
naszym zadaniem jest pozostawić po sobie jakiś ślad..."
                                                                    Cobretti

  W  zasadzie  nie mieliśmy co ze sobą począć. Siedzieliśmy całymi godzinami
przy  komputerach  i przeglądaliśmy niezliczone zasoby banków danych, tytuły
nowych   książek,  czasopisma  sieciowe.  Komputery  to  nasza  codzienność.
Przychodzisz  do  domu  i  pierwsze co robisz to włączasz komputer. Wstajesz
rano, budzisz się i od razu go uruchamiasz, ale często on już jest włączony,
analizuje to co napłynęło w nocy.
  Siadasz  przy  biurku  i  zaczynasz  szperać. Ktoś do ciebie napisał, ktoś
podesłał  nowe  nielegalne  namiary,  ktoś  napisał  jak się włamać na tajne
servery.   To  nie  te  czasy  co  kiedyś,  gdy  byle  uczniak  mógł  złamać
zabezpieczenia  każdego  systemu.  Teraz wszystko jest tak zabezpieczone, że
nie  ma  siły  żeby  się dostać bez pomocy kogoś z wewnątrz. Jakiś przeciek,
niedopatrzenie  przy wpisywaniu hasła, ktoś zapisujący hasło na kartce. Tak,
skleroza zawsze dokuczała i dokucza teraz. A nam to szalenie pasowało.
  Było  nas dwunastu, dokładnie tyle co apostołów. Czasami tak nas nazywali.
Byliśmy  porozrzucani  po  całym  świecie  ale  przyświecał  nam  jeden cel.
Podjęliśmy   wyzwanie   przeszłości.  Badamy  stare  servery,  stare  sieci,
zapomniane  hosty,  przedpotopowe  juke-boxy,  archaiczne zasoby na twardych
dyskach. Jesteśmy Archeologami Sieci.
  Tą  nazwę  wymyśliłem  już  dość  dawno, przez lata chodziła mi po głowie.
Pewnego  upalnego lata w 2012 roku, będąc na wykładzie z sieci, siedzieliśmy
z  kumplami  na  nudnym wykładzie i rozmawialiśmy na dziwne tematy. Jednym z
nich  było  usuwanie  plików.  Normalnie  plik  nie  istniał, ale po wydaniu
komendy  można  było  plik  przywrócić  do życia i co najciekawsze nie był w
żaden   sposób   uszkodzony.  Istniało  duże  prawdopodobieństwo,  że  można
odczytywać  pliki  skasowane nawet rok, dwa lata temu, jeżeli system nie był
zbyt  często  narażony  na  duże  ilości  zapisów  innych  informacji. Wtedy
porównałem  to  do archeologii w wydaniu komputerowym. Pomysł był dobry, ale
nikt  nie  myślał  o  tym na poważnie. Ot, po prostu jeszcze jeden z naszych
pomysłów, których na studiach nam nie brakowało.
  Teraz  nasza  dwunastka  żyła  z tego. Codziennie penetrowaliśmy zagubione
dziesiątki  lat  temu  informacje.  Z  reguły były to nic nie warte śmiecie,
czasami nawet nas dobijały wciąż te same informacje w różnych wydaniach. Ale
były  momenty,  gdy  aż  chciało  się pracować. Kiedyś natrafiliśmy na stare
servery  agencji  informacyjnych,  TASS, REUTER, CPI. To był niezły interes.
Teraz  narobiło  się maniaków żądnych staroci. Tak jak kiedyś kolekcjonowało
się stare meble, tak teraz w modzie były stare informacje.
  Grzebaliśmy  we  wszystkim.  Zabezpieczenia dla nas nie istniały, pamiętam
jak kiedyś, gdy byłem jeszcze dzieckiem, mówiło się że nie ma komputerów tak
szybkich,  żeby  udało  się  rozgryźć  zabezpieczenia  metodą prób i błędów.
Trzeba by tylu lat ile istnieje wszechświat, żeby złamać proste hasła. Teraz
śmiać mi się chce z tego, ale za lat kilkanaście inni będą śmiać się z tego,
czego dziś nie możemy osiągnąć.
  Stare  servery bankowe umożliwiły nam wykrycie oszustw, pracowaliśmy wtedy
dla  policji skarbowej. Chodziło im o pewien przekręt z przelewami na konta.
Wystarczyło  podpiąć  do  procedury  przelewającej  gotówkę, mały niepozorny
fragment  programu,  który  ułamki  procent  przelewał  na konto szefa firmy
komputerowej.  Wtedy  myślał, że jego sposób nie zostanie wykryty, niestety,
po dwudziestu latach trafił na nas, nie miał najmniejszych szans.
  Mafia  też  używała  sieci,  jako najszybszego środka transportu gotówki i
zleceń.  Kasowali  po sobie wszystko, ale w sposób logiczny. Pliki fizycznie
na niektórych serverach pozostały. Pozostały również dość przepastne archiwa
na  wewnętrznych  sieciach Novell 6.20. My przechwytywaliśmy wszystko co się
dało przechwycić. W nocy komputery pracowały i zbierały informacje a w dzień
pracowaliśmy  my.  Po  odrzuceniu  niepotrzebnych danych trafialiśmy albo na
smaczny  kąsek,  albo na kości dla psa. Ale podobało się nam to zajęcie. Tym
bardziej, że kiedyś nie cierpiałem historii. Teraz mogłem sobie tą dziedzinę
nadrobić, ale jakim kosztem...
  Mieliśmy  na  karku  mafie,  płatnych morderców, szefów banków, prywatnych
przedsiębiorców,  polityków,  policje...  Wszyscy  mieli  nas  dość, w końcu
krzyżowaliśmy  im  plany od początku istnienia naszej grupy. Ale nie było aż
tak  wielkiego  ryzyka jak przypuszczaliśmy. Żaden z nas nie znał pozostałej
jedenastki. Każdy działał własnymi sposobami, zamazywał po sobie ślady i nie
byliśmy amatorami, o nie! W przeciwnym wypadku już dawno gryźlibyśmy ziemie.
Wielu  ludzi  o  nas  słyszało,  ale  nigdy  nie  kontaktowaliśmy się z nimi
bezpośrednio.  Tylko  w wybranych punktach łącznikowych, ewentualnie poprzez
skomplikowaną  strukturę  sieci  wewnętrznych.  Ja nawet nie wiedziałem skąd
pochodziła pozostała jedenastka. Żaden z nas nie pytał o to innych, bo każdy
wiedział na czym polegało nasze zajęcie.
  Każdy  zbadany  server,  każdy  dysk  twardy,  streamer, nośniki optyczne,
szpulowe,   magnetyczne  naznaczaliśmy  w  specyficzny  dla  siebie  sposób.
Symbolem  egipskiej  dwunastki,  symbolem  historii, która stała się dla nas
chlebem powszednim.
  Zastanawiałem  się często jak długo można to ciągnąć, ile czasu potrwa, aż
ktoś nas przechwyci, czy następnego dnia też będę miał ochotę coś odkryć. Im
częściej  o  tym  myślałem,  tym bardziej wydawało mi się, że czas skończyć,
oddać  tą  działkę  innym, zająć się uprawą ogródka, zasiać trawę, odpocząć,
wyjechać...
  Ale  wiedziałem,  że  nie  ma  lepszych  od  nas  speców,  że  ktoś mógłby
spartaczyć  robotę, a odpowiedzialność była duża. Na swoich dyskach mieliśmy
zapisane  terabajty danych, gdyby to wpadło w niepowołane ręce, to nawet nie
byłoby o czym gadać.
  To  co  robimy  to robota na całe życie, z tego nie można się wycofać, nie
można  powiedzieć nie. W pewnym momencie pieniądze już cię nie bawią bo masz
ich  tyle, że nie wiesz co z nimi zrobić. Dajesz je ubogim, szpitalom, domom
dziecka,  pomagasz ofiarom wojen, dofinansowujesz badania naukowe. Masz swój
dom,  swoje  komputery,  swoje  życie.  Jesteś  samotny, bo zbyt duże ryzyko
wystarcza  ci  w  zupełności i lepiej go z nikim nie dzielić. 100 godzin non
stop przy klawiaturze to normalka, mówisz sobie, że stracisz zdrowie, wzrok,
ale  to  nie pomaga, bo wiesz, że poświeciłeś się tej robocie. A tam, gdzieś
na  drugim  końcu  świata popełniane jest morderstwo, gwałcona jest kobieta,
umiera  głodny  człowiek,  wybucha  wojna, inna się właśnie kończy, powstaje
nowy  kraj, kraj upada, nowi politycy dochodzą do władzy, podnosi się poziom
oceanu,   palą  się  lasy,  wybuchają  wulkany,  umierają  ostatnie  gatunki
zwierząt,   gdzieś  ulega  awarii  elektrownia  atomowa,  wybucha  epidemia,
huragany  pozbawiają  ludzi dachów nad głową, ktoś cierpi, brakuje lekarstw,
powstają  nowe  technologie,  ludzie pracują nad nową zabójczą bronią, świat
umiera, świat się rodzi...
  Ale  na  to nie mam czasu, jestem w tej chwili jakiś 30 lat do tyłu, to co
dzieje  się dzisiaj będzie mnie interesowało za jakieś pięćdziesiąt lat, jak
dożyje. Mam nadzieje że tak, że świat się zmieni na lepsze, najwyższy czas.
  Przeszłość  jest  wystarczająco straszna i mam nadzieje, że nic z niej się
nie  powtórzy,  inaczej  moja  praca  byłaby stratą czasu. A my mamy zmienić
świat  na  lepszy,  po  to jesteśmy i z tego jesteśmy dumni. Naszym zadaniem
jest  coś  po sobie zostawić, nie tylko korzystać i zrobimy to najlepiej jak
potrafimy.  Już  jest  noc, czas szybko leci, nawet nie zdajemy sobie sprawy
jak  szybko,  a  tyle  spraw  jest do załatwienia i tyle danych do zbadania.
Jutro  wstanie  nowy  dzień, taki sam jak dziś - nie, nie taki sam, może uda
nam się go zmienić na lepszy.
  Lekkie  pstryknięcie,  komputer wyłączony. Na jak długo? Do jutra, bo czas
jest zbyt cenny, żeby go stracić.

Ogłoszenia

Autor: Reporter

Nadawca: Radosław Raciniewski - Radetzky - ██████████████████████████
  Na  VENUS znajdziesz ciekawe informacje, ciekawe strony i ciekawych ludzi.
Między  innymi  stronę  magazynu  internetowego REPORTER oraz strony kanałów
ircowych #Gdansk i #Warszawa. To wszystko u nas. Zajrzyj:
                         http://venus.wis.pk.edu.pl/



Nadawca: Cobretti - █████████████████
  Wynajmę  za  grosze zamek w chmurach! Oczywiście jeżeli masz jakieś ekstra
rysunki  ASCII  to  ślij je do mnie, już ja zrobię z tego użytek, może nawet
otworzę  galerię...  Ten  nie jest mój, znalazłem go na Internecie, ale jest
imponujący.

       .         .      /\      .:  *       .          .              .
                 *    .'  `.      .     .     *      .                  .
  :             .    /      \  _ .________________  .                    .
       |            `.+-~~-+.'/.' `.^^^^^^^^\~~~~~\.                      .
 .    -*-   . .       |u--.|  /     \~~~~~~~|~~~~~|
       |              |   u|.'       `." "  |" " "|                        .
    :            .    |.u-./ _..---.._ \" " | " " |
   -*-            *   |    ~-|U U U U|-~____L_____L_                      .
    :         .   .   |.-u.| |..---..|"//// ////// /\       .            .
          .  *        |u   | |       |// /// // ///==\     / \          .
 .          :         |.--u| |..---..|//////~\////====\   /   \       .
      .               | u  | |       |~~~~/\u |~~|++++| .`+~~~+'  .
                      |.-|~U~U~|---..|u u|u | |u ||||||   |  U|
                   /~~~~/-\---.'     |===|  |u|==|++++|   |   |
          aaa      |===| _ | ||.---..|u u|u | |u ||HH||U~U~U~U~|        aa@@
     aaa@@@@@@aa   |===|||||_||      |===|_.|u|_.|+HH+|_/_/_/_/aa    a@@@@@@
 aa@@@@@@@@@@@@@@a |~~|~~~~\---/~-.._|--.---------.~~~`.__ _.@@@@@@a    ~~~~
   ~~~~~~    ~~~    \_\\ \  \/~ //\  ~,~|  __   | |`.   :||  ~~~~
                     a\`| `   _//  | / _| || |  | `.'  ,''|     aa@@@@@@@a
 aaa   aaaa       a@@@@\| \  //'   |  // \`| |  `.'  .' | |  aa@@@@@@@@@@@@@
@@@@@a@@@@@@a      ~~~~~ \\`//| | \ \//   \`  .-'  .' | '/      ~~~~~~~  ~~
@S.C.E.S.W.@@@@a          \// |.`  ` ' /~  :-'   .'|  '/~aa
~~~~~~~ ~~~~~~         a@@@|   \\ |   // .'    .'| |  |@@@@@@a
                    a@@@@@@@\   | `| ''.'     .' | ' /@@@@@@@@@a

Rozwiązanie zadań

Autor: Cobretti

  Odpowiedzi na zadania z początku numeru:

1)                    2)                    3)
  31 - 13 = 18          12 *  7 = 84         17 + 24 = 42
  +    +    +            *    *    *         +    +    +
  43 - 15 = 28           3 *  4 * 12         14 + 28 = 41
-----------------     -----------------    -----------------
  74 - 28 = 46          36 * 28 = 1008       31 + 52 = 83

Inne - Opowiadania

Demo

Autor: Cobretti

                                    Demo.

                       [ Dariusz Majgier - Cobretti ]

  Siedział  sam  w  swoim  pokoju,  głęboko  wciśnięty  w  fotel  i  myślał.
Nieustannie nad czymś myślał, tak intensywnie, że nic poza jego pomysłem nie
istniało i nic się nie liczyło.
  Miał  swoją  grupę,  miał  do dyspozycji wiele starych procedur, tricków i
zaskakujących efektów. Ludzie z jego grupy stanowili elitę samą w sobie, ale
ciągle było mu czegoś mało. Nie bawiły go kolejne pierwsze miejsca zajmowane
na kolejnym party, nie robiły na nim wrażenia produkcji innych grup tak samo
jak  nie  ruszały go smętne i dość prostackie gry. On myślał, a myśląc można
zdziałać wiele...
  Kiedyś,  w  latach dziewięćdziesiątych ludzie zachwycali się możliwościami
komputerów  nowej  generacji,  szybkością  procesorów, nowymi technologiami.
Teraz  on  miał to wszystko w zasięgu ręki, w sprzęcie już nie zmieniało się
tak   wiele  jak  kiedyś,  teraz  przede  wszystkim  wszyscy  pracowali  nad
oprogramowaniem.   Wszystko   zostało   już   wymyślone,   więc  zbyt  wiele
nowoczesnych rozwiązań nie pojawiało się tak często jak kilka lat temu. To o
czym  myślał  było  technologicznie możliwe, ale czy podoła wyzwaniu? Czy da
radę  bez  żadnego  przygotowania  zademonstrować wszystkim swoją produkcję?
Przecież nie można było tego przetestować. Czy jest tak dobry jak myśli?
  Takie  i  podobne pytania kłębiły się niczym rozwścieczony rój węży w jego
umyśle.  Myślał  i  wyobrażał  sobie wszystko - kadr po kadrze, wiedział, że
będzie  pierwszy,  który wykona takie demo, ale może być też pierwszą osobą,
której się to nie uda. A stracić można było wszystko, łącznie z życiem.
  Postanowił  zaryzykować,  postawić  wszystko  na  jedną  kartę. Powiedział
pozostałym  osobom  z  grupy  czym  się chce zająć i wytłumaczył im techniki
modelowania  światów. Sprawa była potwornie skomplikowana i wszystko musiało
być  zapięte  na  ostatni  guzik, gdyby jakaś procedura nawaliła... nie, nie
chcieli nawet o tym myśleć.
  Muzyk  stwierdził,  że  nie  powinno  być  kłopotu  z udźwiękowieniem tego
pokazu.  Grafik  miał  wystarczająco dużo narzędzi, dzięki którym można było
uzyskać  upragniony  efekt  końcowy.  Swapper zaczął informować wszystkich o
zbliżającym  się  niecodziennym  wydarzeniu  i  stał  się najbardziej znanym
swapperem  na scenie. Coder miał najgorsze zadanie, musiał scalić wszystko w
jedność  i  zapanować nad tym. Na razie myślał. Układał sobie plan w głowie,
starał  się  być  niemal  obecny  we wnętrzu tego dema, starał się wyobrazić
sobie  wszystkie  użyte  efekty.  Tak!  Miał  wizję  i  wiedział, że musi to
wykorzystać. A czas leciał.
  Po  sześciu  miesiącach  pozostali  członkowie grupy dostarczyli wszystkie
niezbędne  komponenty.  Muzyka  była obłędna i doskonale współgrała z tym co
chciał uzyskać. Grafika w pełni spełniała jego oczekiwania. Gra barw i cieni
miała  sprawić,  że  będzie  to  niesamowite przeżycie emocjonalne. Ludzkość
wiedziała,  że  takie  efekty  będzie  można  kiedyś  uzyskać,  ale czy była
przygotowana  na  tak szybki skok do przodu? Nie wiedział, miał nadzieje, że
to  co  robi  będzie  w  przyszłości czymś normalnym i że musi być pierwszy.
Pomimo  upływu czasu w dalszym ciągu jego praca nie została ukończona. Wciąż
więcej myślał, niż kodował.
  Jego  myśli  kierowały  się  w  stronę  psychiki  człowieka  -  jak ludzie
zareagują  na  system  kreowania  rzeczywistości,  jak  wpłynie  to  na  ich
psychikę,  czy  wytrzymają  tą  niesamowitą dawkę emocji i odczuć? W dalszym
ciągu  nie  wiedział czy ma prawo aż tak bardzo ingerować w świat tych osób.
Być  może  niektórzy  popadną w amok, inni przestaną postrzegać uroki świata
rzeczywistego,  jeszcze  inni  będą  go  nienawidzić za to, że stworzył nowy
rodzaj broni w konfliktach międzyludzkich.
  Samo  zakodowanie dema nie sprawiało mu problemu. On cierpiał psychicznie.
A  cierpiał  coraz  bardziej. Lecz sprawy zaszły za daleko, już nie mógł się
wycofać,  większość dzieła zostało wykonane i wszyscy czekali na pokaz. Test
miał  być  tylko jeden, na premierze. Łudził się jeszcze, że być może mu się
nie  uda, że go tylko wyśmieją i zapomną o wszystkim a on będzie mógł wrócić
do  starych,  sprawdzonych  procedur,  nie szokujących prostych efektów i do
swojej  grupy.  Ale gdyby mu się udało prawdopodobnie zmieni rzeczywistość w
fantazje,  a  jego ingerencja w świat rzeczywisty będzie nieuzasadniona. Ale
czas  płynął  nieubłaganie  i  zbliżał  się dzień Wielkiego Party. Miała się
zebrać czołówka wszystkich grup na świecie, nie mogło zabraknąć jak zwykle w
takich   sytuacjach   kilkunastu   wysłanników  z  korporacji  komputerowych
werbujących zdolnych programistów do swoich firm. On jako jedyny nie dał się
wciągnąć  w  komercję,  on pisał dla przyjemności i dla sceny. Bo scena była
dla  niego  wszystkim,  tam nabrał szlifów, sławy i doświadczenia. Ten dzień
miał  być  ukoronowaniem  jego dotychczasowej działalności i wszyscy stawili
się, żeby razem z nim cieszyć się z jego sukcesu.
  Nie   wiedzieli   co   ich   czeka,   nie   wiedzieli   jakie   grożą   im
niebezpieczeństwa.  Owszem,  ci  najlepsi  domyślali się nad czym on obecnie
pracuje,   ale  nigdy  nie  rozmawiali  o  tym  pomiędzy  sobą.  Każdy  mógł
przypuszczać, że takie demo w końcu powstanie. Nikt tylko nie sądził, że tak
szybko.
  Siedzieli  ulokowani  w jednym z pokoi udostępnionym wszystkim uczestnikom
Wielkiego  Party.  Wszyscy  milczeli  i tylko gesty i mimika twarzy oddawały
całe  ich  przerażenie  i  obawy.  Jeszcze tylko kilka godzin, jeszcze tylko
ostatnie  kontrolne  sprawdzenie  kodu.  Jeżeli  popełnili  gdzieś błąd będą
wiedzieć o tym za niedługo, jeżeli nie popełnili błędu, to o tej samej porze
jutro, będą najsławniejszą grupą na scenie i nikt tak szybko nie odbierze im
zwycięstwa.  Ale  teraz  bali  się  niemal jak dzieci, które po raz pierwszy
wchodzą  do  ciemnego  pokoju.  Nie  przeraża  ciemność, którą się zna, lecz
przeraża niewiadome, coś, czego wcześniej nikt inny nie zrobił.
  Teraz  wiedzieli  jak  czuł się człowiek, który pierwszy postawił stopę na
marsie, oni czuli się tak samo. Niepewność, nadzieja, groza...
  Ostatnie  rozmowy, ustalenia, ponaglenia i zapewnienia, że wszystko będzie
dobrze,  że  potoczy się tak jak zaplanowali. Coder już nie myślał, odprężył
się,  wyluzował,  wiedział,  że  zaraz będzie mógł przetestować nowoczesne i
niesprawdzone procedury modelowania świata rzeczywistego.
  Fenomen   polegał   na  tym,  że  oni  mieli  ingerować  w  rzeczywistość,
kształtować  ją  według  swoich  potrzeb.  To brzmi jak magia, ale magią nie
jest.  Wykorzystać  okazję  mogli tylko raz, potem generator materii nadawał
się  na  złom.  Jeżeli  coś  zrobią  nie  tak,  mogą doprowadzić do sytuacji
krytycznej,  mogą  nie  wyjść ze świata kreowanego przez program, mogą się w
tym  świecie  zapętlić,  mogą  się  w  nim  zagubić  lub  po  prostu  zostać
zdematerializowani bez możliwości powrotu.
  Nikt  do  tej  pory  czegoś  podobnego  z generatorem materii nie wykonał,
owszem,  był  on  używany  do  prostych  rzeczy,  jak  chociażby generowanie
pożywienia, materiałów codziennego użytku, ale żeby modelować świat należało
posiadać odpowiednie wyposażenie i zasób wiedzy.
  Coder  stwierdził, że czas zaczynać. Wyszli z pokoju, udali się na miejsce
pokazu,   po  krótkiej  mowie  powitalnej  zaczęli  przygotowywać  procedury
rozruchowe.
  Opóźniacze  materii zadziałały. W tej chwili nie istniało już w około nic.
To  co wszyscy jeszcze widzieli to opóźniony, jeszcze nie zdematerializowany
stary  świat. Nowy potrzebował około 17 sekund na ukazanie się publiczności.
Słyszeli szum wody, śpiew ptaków i gdzieś w dali rytmiczne uderzenia werbli.
Atmosfera   zrobiła   się   tajemnicza,  każdy  wyczuwał,  że  jest  to  coś
niesamowitego,  coś  na  co czekali, ale nie potrafili sobie tego wyobrazić.
Nagle  pojawił  się  nowy  świat, spowity mgłą, która powoli opadała a wokół
wyłaniały   się  ruiny  zamku.  Gra  barw  sprawiała,  że  całość  wyglądała
bajecznie.  Nagle,  zamek  przeszedł  płynnie w ogniste rydwany - dla każdej
osoby jeden. I nagle wszyscy będący na pokazie zaczęli się ścigać z własnymi
myślami,  byli  oszołomieni.  Muzyka  wydobywająca  się  z  wnętrz ich ciał,
nieomal  ich  rozrywała, a to, że widzieli się z góry, pomimo tego, że wciąż
gnali na złamanie karku, nie było złudzeniem.
  Wtem  cisza,  przerwana  upiornym  wrzaskiem.  Wszystko  przemieniło się w
przepastną  dżunglę,  nieprzebyte  odmęty zieleni i dzikość rytmów przyrody.
Gdzieś  w górze stado Pterozaurusów spadała na nich jak na swoje ofiary, ale
zanim  pomyśleli,  że  mogą  być  zagrożeni,  już  odbywali  podróż statkiem
kosmicznym  z szybkością światła. Oni rzeczywiście już nie znajdowali się na
Ziemi.  Ziemia  już  dla  nich nie istniała, podczas gdy kilometr od miejsca
Wielkiego  Party  wszystko  toczyło  się  normalnie.  Zwykły  dzień, te same
codzienne obowiązki, ten sam poranek, południe i zachód słońca.
  Demo  trwało  nadal,  wciąż  zaskakiwani  i  nie mogący nadążyć za biegiem
wypadków  obserwatorzy nie wiedzieli, że zaraz nastąpi błąd krytyczny. Coder
również   nie   wiedział,  bowiem  nie  mógł  wcześniej  pozwolić  sobie  na
przetestowaniu  wszystkiego  przed Wielkim Party. Dlatego tak bardzo obawiał
się  o ten pokaz. Ale maszyna po uruchomieniu już nie była sama w stanie się
zatrzymać,  wszystko kontrolował program. Modelowanie światów to nie zabawa,
i  oni  o tym wiedzieli, nie wiedzieli tylko, że demo straciło panowanie nad
generatorem materii, i że w tej chwili coraz bardziej oddalali się od Ziemi.
  W pewnym momencie nastąpiła explozja, niesamowicie wielki wybuch. Zaraz po
nim  nastała cisza, a oni przestali być, rozpłynęli się w nicości i wszystko
wróciło do stanu z przed kilkunastu miesięcy.

  Siedział  sam  w  swoim  pokoju,  głęboko  wciśnięty  w  fotel  i  myślał.
Nieustannie nad czymś myślał, tak intensywnie, że nic poza jego pomysłem nie
istniało i nic się nie liczyło.
  Miał  swoją  grupę,  miał  do dyspozycji wiele starych procedur, tricków i
zaskakujących efektów. Ludzie z jego grupy stanowili elitę samą w sobie, ale
ciągle było mu czegoś mało. Nie bawiły go kolejne pierwsze miejsca zajmowane
na kolejnym party, nie robiły na nim wrażenia produkcje innych grup tak samo
jak  nie  ruszały go smętne i dość prostackie gry. On myślał, a myśląc można
zdziałać wiele...

Mutanci - żywe trupy

Autor: Cobretti

                            Mutanci - żywe trupy.

                       [ Dariusz Majgier - Cobretti ]

  Zostałem sam. Naszym celem było zdobycie wszystkich danych o ośrodku badań
nad  ludźmi  dotkniętymi  chorobą popromieniotwórczą. Baza już nie istniała,
bunt  jaki  tutaj wybuchnął i zbyt mały stopień zabezpieczeń nie pozwolił na
utrzymanie  porządku.  Nie  wiem  dlaczego  wysłali do tej misji tylko naszą
dziesiątkę, skoro 49 strażników nie mogło sobie dać z nimi rady.
  Mieliśmy podawać się za geologów badających syberyjską tajgę. Wiedzieliśmy
tylko,  że  ponad  dwudziestu zmutowanych ludzi przebywa teraz na wolności i
musimy  ich  wszystkich zlikwidować zanim stanie się coś niedobrego. Podobno
mieli  niesamowite  możliwości,  byli  odporni na ból, nie czuli lęku i byli
nadzwyczaj żywotni. Wyglądali jak upiory z horrorów.
  W  pewnym  momencie zobaczyliśmy jednego z nich. Idąc za nim dotarliśmy do
wioski,  której  nie  było  na mapie. Zresztą tutejsze tereny nie były nigdy
dobrze  oznaczone.  Być  może ten ośrodek to nie jedyna tego typu placówka w
tej  tajdze.  Ukryliśmy się w krzakach i obserwowaliśmy ich. W pewnej chwili
zobaczyliśmy, jak jeden z nich pokazuje na nas i rusza w naszą stronę.
  Za  chwilę dołączyli następni. Biegli przez las bezszelestnie, nie patrząc
pod  nogi.  Nie mieli broni, ale byłem pewien, że nie będą się z nami bawić.
Było  ich  zbyt  wielu,  zaczęliśmy  uciekać.  Biegliśmy może kwadrans, może
godzinę  nie  wiem.  Obejrzałem  się za siebie. Jakieś 50 metrów ode mnie, z
krzaków  wynurzyły  się  potwory.  Zdębiałem.  Nadal  biegli  równym tempem,
oddychając spokojnie, bez jakichkolwiek śladów zmęczenia.
  Zatrzymaliśmy   się.   Uniosłem   karabin  i  wystrzeliłem.  Kula  trafiła
pierwszego   z   prześladowców.   Na  jego  czole  zobaczyłem  krwawy  ślad.
Przeładowałem  i  strzeliłem  do  drugiego.  Widziałem,  jak  siła uderzenia
pocisku odrzuca go w tył.
  Wybiegliśmy  na  wzniesienie.  Ponownie  spojrzałem  do  tyłu  i zamarłem.
Potwory,  które przed chwilą zabiliśmy, biegły znowu w naszą stronę. Ale ich
krok  był  trochę mniej pewny i jakby wolniejszy, wyraźnie słabli. Po chwili
pierwszy upadł, a po kilku krokach runął drugi. Sprawdziłem, nie żyli.
  Wydawało się, że chyba większość z nich zlikwidowaliśmy. Niestety, to były
tylko  przypuszczenia.  W  chwilę potem w krzaków wychynęli na moich kumpli.
Miałem szczęście że udało mi się ujść z życiem.
  Postanowiłem  zbadać  tylko  obręb tej wioski i potwierdzić przypuszczalne
miejsce  tego  obozu  dla  ofiar eksperymentów i katastrof jądrowych. Wioski
jak ta nie są tylko radziecką specjalnością. Wszystkie państwa zajmujące się
badaniami  jądrowymi  musiały  utworzyć  podobne  "przechowalnie".  Na pewno
można je znaleźć w amazońskich lasach czy afrykańskim buszu.
  O  łączności  ze Stanami Zjednoczonymi mogłem tylko pomarzyć. Cały osprzęt
straciliśmy  koło  tej  wioski.  Zostało mi trochę żarcia, karabin i miernik
promieniowania.  Przypomniałem sobie, że niedaleko stąd powinno być jezioro.
Miałem okazję zbadać następne wydarzenie.
  Była  właśnie  pora obiadu, gdy w instytucie atomowym, odległym o 16 km od
syberyjskiego  miasta  Tomsk,  nastąpił wybuch. Nigdy nie będzie wiadomo, co
się wtedy, 6 kwietnia 1993 r. naprawdę wydarzyło.
  Prawdopodobnie   ludzie  obsługujący  instalację  nieumyślnie  spowodowali
gwałtowny  wzrost  ciśnienia  gazów  w  zbiorniku zawierającym kwas azotowy,
uran  i  pluton.  Gazy rozerwały zbiornik, a od ich oparów nastąpiło zwarcie
instalacji elektrycznej, a potem potężna eksplozja.
  Słup  ognia widoczny był z wielkiej odległości. Na szczęście padał śnieg i
prawie  nie  było  wiatru,  więc  skażony został obszar tylko w promieniu 20
km.
  Zdążyłem  się  przyzwyczaić  do chorobliwej atmosfery tajności otaczającej
wszystko,  co  w byłym Związku Radzieckim związane było z atomistyką. Jednak
nadal  zdumiewa  fakt, że potężny ośrodek atomowy oraz zbudowane wokół niego
miasto  liczące  114  tysięcy  mieszkańców,  przez  tyle lat nie istniało na
żadnej  mapie.  Co  więcej,  nie  istnieje nadal, a na jego określenie wciąż
używa się kryptonimu Tomsk-7.
  Wszystkie   te   miasta   mają  status  prawny  terenów  przygranicznych i
rzeczywiście  są w pewnym sensie "państwami w państwie". Każde z nich otacza
szeroki pas zaoranej ziemi, wieże strażnicze i kilometry drutu kolczastego.
  Tajemnicze  cyfry  dodawane  do  nazw ośrodków atomowych oznaczały jedynie
numer  kodu  pocztowego.  Fakt istnienia Czeliabińska-70 wcale nie oznaczał,
że  gdzieś tam, powiedzmy, na dalekiej Syberii było 69 innych Czeliabińsków.
Żeby  sprawę  jeszcze bardziej skomplikować, Rosjanie co kilka lat zmieniali
numery kodów, na przykład z Czeliabińska-40 na Czeliabińsk-65.
  We  wszystkich  tajnych  miastach  obowiązywały  absurdalne  wręcz  środki
bezpieczeństwa.   Na  przykład  Chruszczow  nakazał,  by  w  Krasnojarsku-26
wszystko - czyli reaktor, fabryki i część mieszkalną - zbudować pod ziemią i
połączyć  za  pomocą tuneli. Mówi się, że ich długość jest dziesięciokrotnie
większa od długości tuneli moskiewskiego metra.
  Dwie  największe  katastrofy  wydarzyły  się  w  zakładach Majak w ośrodku
Czeliabińsk-40  (przemianowanego 10 lat temu na Czeliabińsk-65). W 1957 roku
wybuchł  w  nich  zbiornik magazynowy, emitując promieniowanie o stężeniu 20
milionów  curie.  Eksplozja  spowodowała skażenie promieniotwórcze obszaru o
powierzchni 20 tyś. km, zamieszkałego przez 450 tyś. ludzi. O niczym ich nie
poinformowano.
  Z  zakładów  Majak  latami  usuwano  odpady  ciekłe do pobliskiego jeziora
Karaczaj.  W  1967  roku,  podczas  strasznej  suszy  jezioro wyschło. Z dna
jeziora  wiatry  zdmuchnęły pyły radioaktywne o stężeniu 120 milionów curie.
Dla  porównania,  podczas  katastrofy w Czarnobylu zanotowano stężenie od 25
milionów do 50 milionów curie.
  Przeprowadzane  w  1991  roku  badania nad brzegami jeziora Karaczaj wciąż
wykazywały   poziom  aktywności  600  rentgenów  na  godzinę:  jest  to  dla
człowieka dawka śmiertelna po jednej godzinie.
  Ja  chciałem się tam dostać osobiście i sprawdzić ile w tym wszystkim było
prawdy.  Pomimo  tego,  że  minęło  już  od  tego  wydarzenia  ponad 40 lat,
dochodząc  w  strefę  jeziora  można było zauważyć walające się białe kości,
obumarłą  roślinność  i  wciąż wyschnięte jezioro. Nie zamierzałem już teraz
sprawdzać   poziomu   promieniowania  nad  brzegiem,  to  co  zobaczyłem  mi
wystarczyło.  Jeszcze  tylko  zaliczyć  wioskę  i  spadam  z  tego bagna jak
najszybciej.
  Jeżeli  nie  uda  mi  się  wrócić  całym  i  żywym  i  tak  mnie odnajdą i
przeczytają  to co mam do powiedzenia w tej sprawie. Wszczepione przed naszą
misją  teledatory  osobiste  emitują  sygnały radiowe, dzięki którym możliwa
jest  lokalizacja  każdego  z  nas.  Na  razie żyje, jak długo nie wiem. Ale
zaczynam  mieć  tego  dość. Tym bardziej, że poziom promieniowania jaki mogę
przyjąć zwiększa się z każdą chwilą.
  Zawróciłem. Następne dwa dni marszu. Jestem w pobliżu wioski mutantów. Jak
na  moje  dane,  myślę,  że  powinno być ich jeszcze około dziesięciu. Gdzie
oni żyją, czym się pożywiają, gdzie śpią, co piją? Tysiące pytań przewija mi
się  w  głowie i ani na jedno nie potrafe logicznie odpowiedzieć. Teraz była
pełnia  lata, ale w zimie nie było szans przeżyć tutaj bez mieszkania. Nasza
misja  skończyła  się  w  chwili  gdy  zostałem  sam.  Regulamin  mówił,  że
gdybyśmy  czasem trafili na niesprzyjające warunki, to misja trwa do chwili,
gdy  przy  życiu  pozostaje  nas  co  najmniej  trzech.  W  innym  przypadku
zostajemy  tylko  biernymi  obserwatorami  i  po  badaniach  mamy udać się w
bezpieczne  miejsce  i  czekać na przylot śmigłowca transportowego. Do końca
misji  pozostały  mi  jeszcze  4  dni.  Do  tego czasu jestem zdany tylko na
siebie.
  Zobaczyłem  ich  znowu.  Stali na skraju wioski i patrzyli. Nie sądzę żeby
posługiwali  się  wzrokiem. Oni musieli mieć uaktywnione jakieś inne zmysły.
Byłem  oddalony  o  niecały  kilometr, gdy nagle jeden z nich odwrócił się i
zaczął  biec w moją stronę. Zamarłem. Teraz bez względu na wszystko myślałem
tylko  o  oddaleniu  się  z tego miejsca. Zacząłem biec ile sił w nogach. Na
próżno.  Gdy  się  obróciłem zobaczyłem, że mnie dogania. Musiałem go zabić.
Stanąłem, przymierzyłem i wypaliłem. Krwawy potok z jego skroni w niczym nie
przeszkadzał  mu  w  pogoni  za  mną. Wypaliłem znowu. Widziałem jego twarz,
cała powykrzywianą, ciemnego koloru, nienaturalne otwory nosowe, zasklepiona
jama  ustna, oczy białe całkowicie. Tak jak przypuszczałem, nie używał oczu,
być  może łączność telepatyczna pozwalała wykrywać mu swoje ofiary. Dzieliło
nas sto metrów, może mniej. Nie mogłem biec dalej, byłem za bardzo zmęczony.
Zacząłem strzelać w nogi, pociski rozrywające poskutkowały. Odpadła mu noga,
nie  mógł mnie gonić. Zaczął pełznąć, wił się jak robak na haczyku i wydawał
z siebie przeciągłe gwizdy.
  Nigdy  nie  myślałem,  że  dane  mi  będzie  ujrzeć  człowieka  tak bardzo
odmiennego  od ludzi znanych na co dzień. To był koszmar, który wydarzył się
na  prawdę.  Zacząłem  iść,  jak najdalej stąd. Zobaczyłem wzniesienie, koło
którego  zginęli  moi  kumple.  Poszedłem  tam w nadziei, że być może znajdę
nadajnik.
  To  co zobaczyłem przerosło moje zdolności psychofizyczne, zacząłem tracić
nadzieje  na powrót. Oni tam siedzieli i gapili się na mnie. Patrzyli się na
mnie  w  nienaturalny  sposób.  Mieli  takie same białe gałki oczne jak ten,
którego   zabiłem.   Nawet   nie  próbowałem  uciekać.  Dokonałem  ostatniej
transmisji danych do podręcznego dyktafonu. Siadłem i czekałem na śmierć.

Knajpa

Autor: Cobretti

                                   Knajpa.

                       [ Dariusz Majgier - Cobretti ]

  -  Wiesz  jak to jest, gdy czasami zamiast myśleć zdajesz się na instynkt.
Nie  chciałem  go  unicestwić,  ale  te plazmowe cudeńka są takie szybkie...
Zresztą  nie  wiedziałem  kim  on  jest.  Nigdy  wcześniej go nie spotkałem.
Trudno,  stało  się. Może gdybym wiedział postąpiłbym inaczej. - Jeszcze raz
potrząsnął  głową. - Co ja narobiłem? Mam teraz całą korporację przemytników
na głowie.
  - Masz też najlepszy pojazd, najlepszy osprzęt, niesamowite szczęście i to
coś  co  sprawia,  że  jednak  wychodzisz cało z każdej opresji. Uda Ci się,
zawsze  Ci  się  udawało.  Nie  pamiętasz  ile  razy  wydali na Ciebie wyrok
śmierci?
  - Wiem, ale to co innego. Widzisz tych ludzi obok?
  - Taa, bo co?
  - Nie jeden z nich jest przemytnikiem. W tej chwili wszyscy polują na moją
głowę. Podobno nieźle płacą.
  - Podobno. I co? Chcesz im dać zarobić?
  - Nie, tego nie powiedziałem. Ale trzeba by się zastanowić jak opuścić ten
lokal w miarę bezpieczny sposób.
  -  Poczekaj,  gdzie  się śpieszysz. Stąd i tak nie da sie uciec. Grajmy na
czas,  być  może  coś  się  wydarzy i będziemy mogli na spokojnie opuścić tą
cholerną knajpę.
  - Svebous był szefem przemytników. Oni go kochali, dzięki niemu sami mieli
co robić, a płacił im krocie. Teraz gdy go nie ma, będą się chcieli zemścić.
Prędzej czy później mnie dopadną, a wtedy wolałbym sam się zastrzelić. Wiesz
jak oni zabijają, no nie?
  -  Taa,  nie  zapominaj, że w tej chwili też jestem w to wplątany. W końcu
siedzisz i gadasz ze mną.
  -  Wybacz  Dick,  faktycznie,  narobiłem  Ci problemów, ale czy nie lubisz
przygód?  Pamiętasz jak załatwiliśmy tych klientów z Aguarany. Sam się wtedy
zgłosiłeś na ochotnika, pamiętasz.
  - Jasne, że pamiętam. Ale tam zginął mój brat...
  -  Bardzo  nam  pomógł, gdyby nie on, byłoby więcej zabitych. To był dobry
wojownik. Mi też go brakuje, przydałby się teraz.
  - Wracając do Svebous'a. Czemu go kropnąłeś? Przecież mogłeś go zostawić w
spokoju,  udawać,  że  nic  się  nie  stało.  Teraz miałbyś spokój, a to, że
zginęła  by  ta dziewczyna to już nie Twój problem. Mało to razy widzieliśmy
śmierć?
  -  Zabić  w równej walce to nie problem. Ale ona była bezbronna. Chciał ją
wykorzystać  i zabić. Nie mogłem na to patrzeć. Być może dobrze, że go wtedy
nie  znałem.  Może bym się wahał? A tak nie miałem żadnych uprzedzeń. Szybki
ruch ręki i moja givera zrobiła z niego obłok pary.
  -  Ale mogłeś go załatwić na zewnątrz, a nie w środku tej knajpy. Przecież
było tam mnóstwo ludzi. I na pewno kilku przemytników.
  - W takiej sytuacji się nie myśli, Dick. Zrobiłem co uważałem za stosowne.
On  widział,  że  się  podniosłem, gdybym choć chwilę się wahał zabiłby mnie
pierwszego.  Nie  mogłem  się  wycofać,  chodziło o kobietę. O nie byle jaką
kobietę.
  - A kim ona była? Znałeś ją?
  -  A  jak  myślisz,  dlaczego  tam siedziałem? Nigdy nie zapuszczam się na
Telente, ale wtedy musiałem. To była żona Twojego brata...
  - Niemożliwe, słyszałem, że...
  -  A  jednak  żyje.  Nie może mieć z nami nic wspólnego. Widzisz, być może
Svebous  wiedział,  że  jest  siostrą  Natana.  Może  dlatego  chciał z niej
wycisnąć informacje. Ale nie wiedział, że ja będę niedaleko.
  - Czemu mi nic nie powiedziałeś? Czemu...
  -  Bo  wiedziałem,  że będziesz chciał się dowiedzieć, gdzie przebywa i co
robi.
  - I zrobię to! Jestem jej coś winien.
  - Więc masz okazję. Zobacz kto stoi pod ścianą.
  - Visea! Więc mają nas!.
  -  My  to  nie problem. Ale mają Visea'e. Mówiłem, że oni nie zabijają tak
szybko. Śmierć jest prosta, zemsta to ciekawsza rozrywka.
  - Co robimy.
  -  Nic.  Nic nie możemy zrobić. Ona tam stoi, ale to przynęta. Widzi nas i
gdyby  mogła  to  by  podeszła. Nie podchodzi jednak, wiec oni chcą, żebyśmy
podeszli  do  niej.  Najprawdopodobniej  chodzi im o to, żebyś zostawił mnie
samego. Idź do niej, tylko na to czekają.
  - Zabiją Cię!
  -  Nie  zabiją,  powiedziałem, że chodzi im o coś więcej. Gdyby mieli mnie
zlikwidować zrobili by to już dawno. Dlatego idź do niej.
  -  Ty  wiedziałeś,  że  nic  nam na razie nie grozi. Wiesz pewnie dlaczego
trzymają nas przy życiu.
  - Nie wiem, ale się domyślam. Idź, nie pozwól jej czekać, musi się bać. Ja
coś wymyślę, jak zawsze.

  -  Visea, myślałem, że nie żyjesz, czemu nie dałaś znaku życia? Kto Cię tu
przyprowadził? Gdzie oni są?
  -  Dick,  przepraszam, ale to dla waszego dobra. Nie chciałam, żeby kiedyś
zdarzyła  się  właśnie  taka  sytuacja  jak  dzisiaj.  Niestety,  jednak się
zdarzyła.
  - Ilu ich może być?
  -  Widziałam  około  dwudziestu.  Tak na prawdę musi ich być więcej. Macie
broń?
  -  Tak,  podręczne  strzelby plazmowe. Ale to chyba nie na wiele się tutaj
zda. Chodź do nas, czemu tu stoisz.
  - Spójrz na ręce, nie trzymam ich z tyłu dla zabawy.
  - Sukinsyny, przywiązali Cię?
  - Aha, bystry jesteś.
  - Co się stanie jak Cię odetnę?
  - Oglądnij się.
  - Hmm, oni we mnie celują...
  - Właśnie to miałam na myśli...
  - Dzięki za ostrzeżenie, jakie jeszcze niespodzianki szykują?
  - Widzisz stolik przy którym siedzieliście?
  - Co?? Więc go zabrali, wykorzystali moment mojej nieuwagi! Po to byłaś im
potrzebna. On też wiedział, że tak będzie.
  -  Teleportery osobiste. Ale tak ma być. Dlatego nic nie mówiłam. Póki nie
będziemy się stawiać nie powinno być problemów. Więc lepiej czekajmy... Czas
działa na naszą korzyść.
  -  Dobra,  poczekamy.  Zresztą  i tak nie mamy wyjścia jak słyszę. W końcu
wszystko zostało już ustalone.
  - Nie wszystko, znasz go, on coś wymyśli
  - Taa, znam za dobrze. I znowu wpakuje nas w kłopoty.
  - Nie zupełnie, widzisz co po nim zostało?
  -  Teleporter!  Masz  rację, wiedział co robi. Sam dał się zabrać, ale nam
zostawił teleporter. Czyli on wszystko zaplanował już wcześniej. Może to nie
oni, ale to my kierujemy nimi. Co?
  - Mówiłam... Zobacz, strażnicy też zniknęli...
  - Faktycznie. No to pryskamy.
  - Stój, czekamy na niego, on tu wróci za chwile.
  -  Nie  możliwe,  nikt  im  się  nie  wyrwał, a już na pewno nie stawi się
jeszcze raz w tym samym miejscu w którym go porwali.
  - Spójrz na stolik jeszcze raz.
  - Nie wierze, on tam jest! To on! Wrócił! Skąd wiedziałaś.
  -  Bo  tamta  osoba  to hologram, on był tutaj cały czas tylko schowany na
zapleczu.  Ja  też  jestem  hologramem,  a jak wysokiej klasy sam mogłeś się
przekonać. Zostaw mnie i wracajcie na pokład. Czekam tam na was...

Dzika Dzikość Dzikich Dzikusów

Autor: Cobretti

                       Dzika Dzikość Dzikich Dzikusów.

                       [ Dariusz Majgier - Cobretti ]

  - Heyka. - Dziki wierzchowiec mruknął pod nosem, wpadając z rykiem do baru
piwnego.
  -  Ryk, siadaj obok mnie. - Ryk wpadając z wierzchowcem nie zauważył stołu
i wrypał się wprost na niego.
  - Jak wpadasz! - ryknął Stołu.
  W tym momencie Wpadasz nie wytrzymał. Jak mogli porównać go ze Stołu?
  - Jak mogłeś porównać mnie ze Stołu?? - zapytał oburzony.
  Do  tej pory Oburzony siedział cicho. Ale gdy usłyszał, że o nim mowa, też
przyłączył się do dyskusji.
  - No więc się przyłączyłem. - powiedział Też.
  - Ale bałagan się zrobił. - Dziki wierzchowiec wiedział co mówi.
  - No więc zrobiłem się, i co z tego? - Bałagan stanął obok Ryka.
  - Kto tu jest kto??? - zapytała Heyka.
  - Jak to kto? Ja! - odpowiedział Kto.
  - Nie rozumiem! - to znów Heyka.
  - Tu jestem. - Nierozumiem myślał, że jest wołany.
  -  Nierozumiem, nie jesteś Wołany! Wołany stoi koło baru. - Stołu dodał od
niechcenia.
  - Tak, Wołany stoi obok mnie. - mruknął Bar.
  Mnie  spojrzała  na  Bara  i  prowokującym spojrzeniem dała mu znać że nie
żartuje.
  - Jak zwykle, żartowałem. - Nie się uśmiechnął.
  Mu dostał znać, ale nic nie zrozumiał.
  -  A  ty  Nic,  jak zwykłe nie rozumiesz - Koniu miał już powyżej uszu tej
gadki.
  - Co ty nie powiesz... - Gadka do tej pory milczący nie wytrzymał.
  -  Przecież  byłeś  do  tej  pory  Milczący...  -  Koniu zaczął przejmować
inicjatywę.
  Po chwili Inicjatywa została przejęta.
  - Jestem Przejęta od tej pory! - darła się Inicjatywa.
  W tym samym czasie powyżej uszu Konia zaczynało być Gadki coraz mniej.
  - Heyka. - do baru wpadł szybki Lopez.
  - Co ty chcesz ode mnie? - Heyka się dymyślała...
  - Ja? - spytał Ty.
  - Nie! - odparowała Heyka.
  - Co? - odezwał się Nie.
  - Wołasz mnie? - zdziwił się Co.
  - Zamknąć się! - ryknął Koniu.
  W  tym  momencie  wszyscy  się zamknęli. I to był błąd Konia, bo zapomniał
dodać, żeby nie na klucz, bo klucza nie było.
  - Nie ma Klucza. - Błąd Konia ocenił sytuację.
  - Nie oceniaj mnie po wyglądzie. - Stwierdziła Sytuacja.
  - Bo co? - Błąd Konia nie dawał za wygraną.
  Ale Bo i Co byli zamknięci na klucz, którego nie było.
  - W tym momencie Koniu nie wytrzymał, wziął piwo i wyszedł.
  Chodź  Piwo  idziemy  gdzie  indziej,  gdzieś gdzie będzie można spokojnie
porozmawiać, bo tutaj chyba wyobraźnia płata figle.
  A Wyobraźnia siedziała i spokojnie płatała figle...

Misja

Autor: Cobretti

                                   Misja.

                       [ Dariusz Majgier - Cobretti ]

  Dotknął jej warg i wyszeptał:
  -  Muszę  już  iść.  Czas na mnie. - Jeszcze tylko przejechał ręką po tych
cudownych  włosach, które przed chwilą opadały na jego twarz i zasłaniały mu
najpiękniejszy  uśmiech  jaki  kiedykolwiek widział. Jej uśmiechnięta twarz,
głębokie upojne spojrzenia, filuterne i zalotne miny.
  -  Zawsze  się  gdzieś  spieszysz.  Nie  możesz  zostać  jeszcze chwilę? -
błagalnym  tonem wypowiedziała tak jak zawsze. Wiedziała dobrze, że nie może
zostać ale miała nadzieje, że kiedyś pobędzie z nią dłużej.
  - Wiesz dobrze, że nie mogę... - odpowiedział i zaczął się ubierać.
  Pocałował  ją  na  pożegnanie. Została w łóżku sama. Pewnie że tęskniła za
nim,  ale on miał w tej chwili ważniejszą misję do wypełnienia. Wiedział, że
ona  nie  zapyta  o  co  chodzi  bo  nie  mógł  jej  powiedzieć. Ufali sobie
bezgranicznie,  tworzyli zgraną parę i żadne z nich nie chciało tego związku
zaprzepaścić.
  Szedł  starą,  dobrze  znaną drogą prowadzącą z domu do budynku Korporacji
Gwiezdnej  Zoltana. Nie patrzył przed siebie, zdał się na instynkt. Myślał o
czymś  co  nie  dawało  mu  spokoju  od  kilku miesięcy. Po sześciu minutach
znalazł  się w środku gmachu. Jak zawsze panował tutaj straszny ruch. Ludzie
gdzieś  się  spieszyli,  coś  załatwiali,  zapychali  niepotrzebnie  windy i
tarasowali  przejścia.  Nie  cierpiał  tłoku,  wyszedł z holu i przeszedł do
małego  budynku  na zewnątrz. Tu znajdował się teleporter dostępny tylko dla
ludzi  z  Korporacji.  On  do  Korporacji  nie  należał  z  czego  był nawet
zadowolony.  Wystukał  na  klawiaturze  alfanumeryczny  kod dostępu, po czym
rzucił do mikrofonu nazwę stacji docelowej.
  - Witam Asterey. Spodziewałem się że wpadniesz. Jak nie dziś to jutro, ale
wiedziałem,  że  przyjdziesz. - Ben wstał z fotela i ruszył w stronę dopiero
co przybyłego speca od sztucznej inteligencji.
  -  Jak się masz Ben! Spodziewałeś się mnie, mówisz? - Asterey nie wyglądał
na  zdziwionego.  -  W  końcu  ten  problem  dotyczy także ciebie, fakt. Mam
nadzieję, że uda mi się go dzisiaj rozwiązać.
  -  W  jaki  sposób  masz  zamiar  dowiedzieć  się  kto szmugluje procesory
logiczne?  Przecież  jesteś tylko człowiekiem. - Ben nie za bardzo wierzył w
słowa  młodzieńca  bo  i  sprawa  była  na  tyle  zagmatwana, że nie mógł ją
rozwiązać zwykły śmiertelnik.
  -  Właśnie dlatego, że jestem człowiekiem dam sobie radę. Ale na razie nic
nie  powiem,  żeby  nie  było żadnych przecieków. - powiedział i zawiesił na
moment   głos.   -  Udostępnij  mi  wszystkie  kody  do  stacji  roboczych i
cybernetycznych strażników. W końcu po to tu jestem.
  - Czyżbym też był podejrzany? Kody masz przygotowane na dysku. Jest to tak
zwany  dysk  kuriera.  Gdyby  ktoś chciał się do niego dobrać a nie zna kodu
dostępu  dane  na  dysku  ulegną  bezpowrotnemu  zniszczeniu.  - Ben obracał
pomiędzy  palcami  kawałek plastyku z kodem. - Numer dostępu to numer mojego
identyfikatora.  Mam  Ci  powiedzieć  czy już go znasz. - Uśmiechnął się, bo
wiedział, że dla Asterey'a dostęp do tajnych danych to kaszka z mleczkiem.
  -  Powiedz,  chcę  sprawdzić  czy  nic  nie  zmieniłeś.  - Asterey też się
uśmiechnął, wiedział że Ben wie, że on zna ten numerek.
  -  Nic  nie  zmieniłem.  W takim razie masz wszystko co jest Ci potrzebne.
Teraz  lepiej  już idź. Wolałbym, żeby nikt Cię tutaj nie widział. - Wstał z
fotela i odprowadził Asterey'a do drzwi.
  - Do zobaczenia wieczorem, jak nie wrócę to powiedz Leili... Albo nie, nic
jej  nie  mów,  domyśli  się,  dlaczego nie wróciłem. - Spojrzał jeszcze raz
Benowi w oczy i wyszedł.
  Szedł  teraz  o wiele pewniej, nie będzie musiał tracić czasu na przejście
wszystkich   kodów  transmisji  i  omijanie  zabezpieczeń  przy  strażnicach
zaporowych.  Myślał  o dziewczynie, którą zostawił w łóżku. Chciałby do niej
wrócić  cały  i  zdrowy. Ale z drugiej strony misja jaką musiał wypełnić nie
dawała  mu  spokoju.  Jako  jedyny  specjalista  od sztucznej inteligencji i
główny   doradca   od   systemów   logicznych   miał   nielichy  problem  do
rozgryzienia.   Ktoś   szmuglował   procesory   logiczne,  mogące  powodować
zakłócenie  pracy  robotów  serwisowych  i  strażników.  Żeby było mało, nie
sprzedawał   tego  towaru  tylko  bezpośrednio  wymieniał  moduł  logiczny w
robotach i to w przypadkowych jednostkach.
  Stanął  przed  wejściem  do  tunelu  serwisowego  prowadzącego do magazynu
centralnego.  Strażnik  spytał go o kod dostępu. Podał wymaganą kombinację i
poszedł  dalej.  W jego głowie snuły się domysły i plan działania. Procesory
logiczne  były jak dotąd wkładane do jednostek opuszczających magazyn. Skoro
tak, to być może tutaj trzeba szukać rozwiązania zagadki. Ale wchodząc tutaj
narażał  się  śmierć.  Sam  nie  miał  przy  sobie żadnej broni. Był jedynym
człowiekiem  w  magazynie,  bo  ludzie byli tutaj niepotrzebni. I dodatkowo,
jeżeli  nawet  spotka  tutaj  myślące roboty to najprawdopodobniej i tak nie
dadzą tego po sobie poznać. Nie może próbować grzebać w ich układach bo może
się zdemaskować i z tego magazynu na pewno nie wyjdzie cały.
  Procesory  logiczne były towarem o największym stopniu zabezpieczeń. Tylko
nieliczni  mieli  do  nich  dostęp  i  tylko  specjaliści  byli  w stanie je
oprogramować.   Było  to  największe  osiągnięcie  w  nauce  pozwalające  na
samoistne  funkcjonowanie  robotów,  nie wymagający kontroli. Przydawało się
przy  wysyłaniu ekspedycji na niezbadane planety, przy pracach zagrażających
życiu człowieka oraz przy pracy z materiałami rozczepialnymi.
  Zabezpieczenia   polegały  na  tym,  że  odpowiednie  jednostki  dostawały
określony  procent  inteligencji.  Tak  aby nie rozwinęły się zbytnio i była
możliwa  kontrola  nad  nimi  w przypadku awarii. A te procesory użyte tutaj
najprawdopodobniej  mają  zniesione wszystkie poziomy zabezpieczeń, ale tego
jeszcze do końca nie był pewien.
  Szedł  długim prostym korytarzem a po drodze mijały go modele T-10 i T-110
przeznaczone  do transportu. Przewoziły jakieś skrzynie. Starał się wyczuć w
nich coś nienormalnego, podniesiony poziom inteligencji lub coś w tym stylu,
ale  wszystko  na  nic.  Albo  dobrze  udawały  albo  były  głupie  jak but.
Próbował zachodzić im drogę, odbierać skrzynie, ale nic w ich zachowaniu nie
zobaczył  nienaturalnego.  Prawdziwe  niespodzianki miał dopiero w zanadrzu.
Szedł  dalej, minął model S-98 i coś go ruszyło. "Czemu strażnik nie stoi na
swoim  miejscu?"  pomyślał.  To  mógł  być  podstęp.  Gdyby teraz zawrócił i
próbował  dowiedzieć się co się stało, że zszedł ze stanowiska mógłby wpaść.
Gdyby  tego  nie  zrobił  to  też  by  było  dziwne.  Stanął, odwrócił się i
krzyknął:
  - S-98, czemu nie jesteś na pozycji? - czekał co odpowie robot.
  -  Mam  opuścić  magazyn,  dostałem  nakaz  z  centrum kontroli robotów. -
Bezdusznym głosem odparł robot po czym dalej powoli posuwał się na przód.
  "Muszę  mu  odpuścić  i  udawać,  że  się  nic nie stało. Oni na pewno już
wiedzą,  że  tu  jestem".  Centrum  sterowania  znajdowało  się trzy poziomy
wyżej, nad ziemią. Tutaj w oświetlonych korytarzach musiało znajdować się od
groma  kamer  i  czujników.  Nie  miał jeszcze pomysłu jak to obejść. Szukał
jakiegoś terminala, jakiejś końcówki, komputera wpiętego w sieć. Spojrzał na
mapę korytarzy wiszącą na ścianie. Skręcił na prawo, zszedł schodami w dół i
znalazł  się  na poziomie 2. Znowu musiał podać identyfikator. Strażnik S-77
zachowywał się tak samo normalnie jak reszta robotów.
  Wszedł do pomieszczenia, w którym stały trzy komputery powiązane z centrum
sterowania.  Teraz  zaczął  mieszać  w  systemie.  Na początek zdobył numery
pozostałych    strażników    i    wyłączył    je    za   pośrednictwem   fal
elektromagnetycznych.   Wiedział,   że   te   które  będą  się  poruszać  to
inteligentne maszyny, które zabezpieczyły się przed wyłączeniem.
  Teraz  pozostało  mu niewiele czasu aby dostać się na poziom 0 i spróbować
opanować  magazyn.  Wychodząc  z  pomieszczenia  natknął się na robota S-56.
Stał obok drzwi i ani drgnął. Sprawiał wrażenie wyłączonego.
  "Pewnie udaje" pomyślał i krzyknął w jego stronę:
  -  Hej,  S-56  co  tu robisz? - ale robot stał jak przedtem, nie był głupi
żeby dać się zdemaskować.
  Zaczął biec. Robot, którego zostawił powoli sunął w jego stronę. "Ha, więc
jednak   miałem   rację"  pomyślał.  Zapamiętał  numer  i  jeszcze  bardziej
przyśpieszył  kroku.  Podczas biegu mijał wyłączone roboty serii T. Gdy brał
następny  zakręt wpadł na S-19. Niewiele myśląc wyrwał mu broń. Mały zgrabny
blaster  był  teraz  zbawiennym  lekarstwem  na  chorobę, która dotknęła ten
magazyn.  Zobaczył  jak  na  prostej ustawiły się dwa roboty serii S. Zaczął
strzelać.  Jeden został uszkodzony a drugi tylko nadpalony. Nie miało to dla
niego  znaczenia.  Rozbroił  je  i pomknął dalej. Gdy dostał się do głównego
magazynu  zobaczył,  że wszędzie jest tu pełno kamer i dziwnych czujników. Z
boku stał terminal.
  Jego  palce  zaczęły  tańczyć  na  klawiaturze  w rytm muzyki jego umysłu.
Wyświetlił  mapę podziemi. Był bez wyjścia, a roboty szły w jego stronę. Nie
musiały  się  śpieszyć, bo nikt stąd nie jest w stanie uciec. Ale jego wzrok
spoczął  na  teleporterze. "Nie powinno go tu być" pomyślał. Ale skoro jest,
pozwolił   sobie   na   pół   godziny  zwłoki.  Potrzebny  był  kod  dostępu
uruchamiający  teleporter. Teraz starając się ominąć zabezpieczenia próbował
go  zdobyć.  Czuł,  że  ktoś przeszkadza mu w penetracji systemu. Dziwił się
nawet  dlaczego  nie  wyłączą  zasilania,  ale  widocznie  ktoś na górze nie
myślał logicznie. "Mam go!" krzyknął w myślach. Zrzucił komputer na ziemię i
używając  następnego  kodu,  jaki  dostał  od  Bena  otworzył sejf. W środku
lśniła  cała  seria procesorów logicznych. To stąd ją brali. Ale ktoś musiał
najpierw  dać  im  kod dostępu. Od spraw bezpieczeństwa sprzętu był Ben. Nie
zastanawiał  się  długo.  Teraz  musiał zrobić tu porządek. Gdzieś tutaj był
skład   pocisków  do  blasterów  i  małe  wyrzutnie  taktyczne  do  operacji
naziemnych. Skierował się do wyjścia.
  Znowu  T-78  zajechał  mu  drogę.  Na  niego  pociski  z broni ręcznej nie
działały,  był  odpowiednio  wzmocniony  specjalnie  do  transportu towarów.
Rzucił  się  na ziemię i rozpruwając sobie mundur o gąsienice jezdne znalazł
się  po  drugiej  stronie  robota.  Modele  T były za wolne, żeby zareagować
odpowiednio szybko. Asterey zaczął biec w stronę zbrojowni. Szybkimi ruchami
palców  wprowadził  kod  dostępu  i zatrzasnął drzwi. Tu znalazł wszystko co
potrzebował.  Umieścił  detonatory  i  działa  w  jednym miejscu. Pouzbrajał
głowice  taktyczne,  paliwo  i  moduły  z  tlenem  przeniósł  w  drugą cześć
pomieszczenia.  Jak to wszystko wybuchnie, to cały kompleks nadaje się tylko
na  złom.  Będzie  się o to martwił jak go sprowadzą na Ziemie. W tej chwili
wiedział, że musi przeżyć.
  Cztery  detonatory rozmieścił symetrycznie w sali po czym otworzył drzwi i
jednym  pociskiem  taktycznym  powalił czekające przed drzwiami roboty. Miał
czystą drogę. Zaczął biec do teleportera.
  Wbiegł   do   kapsuły,   zaczął  wstukiwać  alfanumeryczny  kod,  nacisnął
detonator,  usłyszał  odgłos  eksplozji  ale  wciąż  tu  stał. Za chwilę nie
będzie  tego  miejsca na mapie a on wciąż tu tkwił. Wydarzenia zaczęły dziać
się  w  ułamkach  sekund.  Teleporter  był  odłączony  od  sieci. Włączył go
wprowadził  kod  i zniknął. W tym momencie kapsuła uległa zniszczeniu. Znowu
udało  mu  się  wyjść cało z tego bagna. Potężne targnięcie całym kompleksem
dało znać jak wiele było przechowywanej broni. Też wbrew przepisom.
  -  Witaj.  -  Ben  był przygotowany na tą wizytę. Trzymał w ręku blaster i
najwyraźniej chciał zrobić z niego użytek.
  -  Tak  myślałem  Ben.  Ale  to  było  do  Ciebie nie podobne. Po co Ci te
procesory?  Chciałeś  mieć  armię robotów na swoje usługi? - Asterey grał na
czas.
  -  Teraz to nie istotne, wszystko zepsułeś. Myślałem, że tam na dole sobie
nie  poradzisz, ale wymknąłeś się. Jesteś lepszy niż myślałem, a może to nie
dopatrzenie z mojej strony. - Ben kurczowo ściskał broń.
  -  No  dalej,  strzelaj!  Na  co czekasz? - Asterey wiedział, że za chwilę
doprowadzi  go  do  stanu  zmieszania. Każe mu do siebie strzelać, a Ben nie
lubi robić co mu się każe, wiec zacznie myśleć. I to był ten moment.
  Asterey  skoczył  na Bena, chciał mu odebrać broń, ale nie zdążył go nawet
obezwładnić. Ben nie żył, zginął przez przypadek.
  Wyszedł  z  biura  Bena,  skierował  się  do  budynku Policji Konfederacji
Ziemskiej.  Wiedział,  że  zacznie  się  teraz  długi  proces i nie wszystko
będzie dla nich jasne. Jak on nie cierpiał przesłuchań...
  Po  wyjaśnieniu  wstępnym  dostał  dwa dni wolnego. Należało mu się po tym
czego  dokonał.  Być  może  uratował skórę ważniakom z Korporacji Gwiezdnej,
być może uratował planetę przed buntem robotów. Teraz to już przeszłość.
  Znowu był w domu ze swoją dziewczyną.
  -  Muszę  już  iść.  Czas  na  mnie.  Ci z Korporacji chcą ze mną gadać. -
Gładził jej włosy i muskał wargami jej szyję.
  -  Zawsze  się  gdzieś  spieszysz.  Nie  możesz  zostać  jeszcze chwilę? -
błagalnym  tonem wypowiedziała tak jak zawsze. Wiedziała dobrze, że nie może
zostać ale miała nadzieje, że kiedyś pobędzie z nią dłużej.
  -  Zostanę, oni mogą zaczekać... - Oplątał ją swoimi potężnymi ramionami i
zaczął całować, coraz niżej i niżej...

Mózg

Autor: Cobretti

                                    Mózg.

                       [ Dariusz Majgier - Cobretti ]

  -  Mój  Mózg...  boje  się,  zróbcie  cos, proszę... - Drawn rozpaczliwie,
resztka sił błagała o pomoc.
  Żołnierze   z   szesnastej   miedzykolonialnej   zgromadzili   się   wokół
zastygającego  ciała  swojej  koleżanki.  Tylko  ona miała jeszcze naturalne
ciało,  reszta  żołnierzy  to  tylko jedno wielkie zbiorowisko przeszczepów.
Jedyne co mieli naturalne to mózgi.
  -  Ja  umieram,  zróbcie cos, mój Mózg... - słowa zaczęły się gubić, a jej
ostatni oddech został przerwany przez kolejny wybuch miny rozrywającej.
  Nie zostało zbyt wiele czasu. Mózg po trzech, czterech minutach stawał się
bezużyteczną  masa  zepsutych  komórek  i  skrzepów.  Czas  zaczął się teraz
liczyć jak nigdy.
  Tylko za pomocą autodoka można było podtrzymać mózg przy życiu, dostarczyć
odpowiednia  ilość  tlenu i zadbać, aby żadna z kluczowych części składowych
tego  unikalnego tworu przyrody nie została uszkodzona poprzez nieodwracalne
zmiany  jakie  zachodzą  po  ustaniu  czynności życiowych. Problem w tym, ze
autodok był w tej chwili jakieś 432 kilometry stad a łączność z baza została
przerwana.
  Trzy minuty nie były nawet wystarczające dla teleporterów stacjonarnych, a
jednak  kumple  z  jednostki zaryzykowali własnym życiem żeby ratować jedyna
dziewczynę jaka im pozostała.
  -  Ted  odsuń  się! Na cztery włącz teledetektory pozycji powrotnych, a na
pięć  daj  całą  moc z procesorów systemów dematerializacji, jak nie wyjdzie
to trudno, i tak przeżyłem ponad 36 lat w armii.
  - Dwa, trzy, cztery...
  -  Masz  pozycję  powrotną  i  35  sekund na zabranie autodoka, dłużej nie
wytrzymają fazowniki materii...
  - Pięć...
  Zniknął,  nikt  nie  mógł  zaręczyć  ze  dotarł  właśnie  tam gdzie został
wysłany,   czasami   wiązka  materii  w  teleporterach  przenośnych  ulegała
odkrzywieniu,  nawet  nie  można  było  zaręczyć czy kiedykolwiek go jeszcze
zobaczą. Zresztą przekonają się o tym za 49 sekund.
  Greger  pomimo  swoich  178  lat  nie wyglądał na starca, wszystkie części
składowe  swojego  ciała  miał  najwyższej  jakości, każdy mięsień, ścięgno,
kość były przygotowane do zadań jakie mieli wykonywać na Teranie. Ta planeta
to  ostatni teren na którym przechodzili końcowe szkolenie przygotowujące do
starcia  na  Planecie  Wojennej  nr 36. Chcieli się tam znaleźć w komplecie,
niestety,  jedyna  część  ich ciała, która była podatna na uszkodzenie stała
się przeszkodą.
  Każdą  część  z  ludzkich organów dało się wykonać na zamówienie, wszystko
oprócz  mózgu,  który  stanowił  integralna  cześć składową człowieka. Drawn
leżała  teraz  bez  czucia i już zaczęły się procesy niszczące komórki w jej
mózgu.  Greger  powinien  się  już pojawić, zaniepokojenie narastało z każdą
sekundą. Nagle w miejscu skąd został wysłany pojawił się jakiś dziwny czarny
obłok, zaraz potem zmienił kolor na czerwono rdzawy, a gdy opadł ujrzeli jak
Greger  zastygł  bez  ruchu,  spojrzał  na  nich  i rozleciał się na miliony
drobnych  jak  ziarenka  piasku  cząstek  z  jakich  został  zbudowany  jego
organizm. Niestety teleportować się mogli tylko prawdziwi ludzie...
  Właśnie stracili Drawn...

Niedokończone piwo

Autor: Cobretti

                             Niedokończone piwo.

                       [ Dariusz Majgier - Cobretti ]

  Stał  na ulicy, wpatrzony gdzieś w dal, oparty o stary murek, jaki jeszcze
tutaj  pozostał.  Był  ubrany  w jasne jeansy, t-shirt i sportowe buty. Jego
ubranie  nie  było  pierwszej jakości, o nie. Za to było zawsze odpowiednie,
nie  wiadomo  jak  on  to robił, że zawsze miał nienagannie czyste ubranie i
idealnie   ułożone  włosy.  No  i  ten  wyraz  twarzy,  z  reguły  poważny i
zdecydowany, ale i tak jego dawni przyjaciele wiedzieli dokładnie co wyraża.
Nie  raz  pojawiał  się  na nim uśmiech zadowolenia, który tak bardzo lubiły
dziewczyny.
  Dziewczyny  -  nie  miał  żadnej  na  stałe,  raczej starał się znaleźć tą
jedyną,  lecz  wciąż  nie  spełniały  jego oczekiwań. Były albo głupie, albo
naiwne, albo brzydkie. Miał wysokie wymagania, więc pierwsza lepsza panienka
mu nie wystarczała. Wystarczyło spojrzeć na niego i już wiedziałeś, że coś w
nim  jest.  Nie  jedna  dziewczyna miała okazję poznać go trochę lepiej, ale
nigdy  do  końca.  Bo  nikt  go chyba jeszcze nie rozgryzł, wciąż tchnęło od
niego tą nutką tajemniczości.
  Oczy  ukazują  duszę.  Wiedział  o  tym. Starał się panować nad wszystkimi
emocjami  i nie okazywać ich na zewnątrz. Zarówno gniew jak i radość. Czasem
tylko pozwalał sobie na pełen luz gdy był z nową dziewczyną lub gdy był sam.
  Przyjaciele?  Chyba  nie  istnieli,  nie  ufał  zbytnio nikomu bo tak było
lepiej  dla  niego  i dla innych. Kumple? Owszem, miał ich całe mnóstwo, ale
żadnemu  nie  powierzyłby  swojego  życia.  Kumple  to rzecz zawodna i o tym
wiedział.  Sam  nigdy się na sobie nie zawiódł i miał do siebie bezgraniczne
zaufanie.  Zresztą od dziecka wolał działać w samotności, zawsze dotrzymywał
słowa i nigdy nikogo nie zawiódł. Wszyscy zawodzili, tylko nie on. I miał do
wszystkich o to żal.
  Siedział  na  tym  murku  i  postanowił  wejść  do  knajpki,  która leżała
niedaleko   stąd.   Usiąść,   wysączyć  jedno  piwo  i  zabrać  się  za  coś
konkretnego.  Zrobił  jak  pomyślał. Zszedł z murka, i wolno skierował się w
stronę  zabudowań.  Wszedł  do środka. Było dosyć spokojnie jak na tego typu
knajpkę,  oddaloną  od  miasta  o kilka kilometrów. Grała jakaś przytłumiona
muzyka  z  radia,  a  w  powietrzu unosił się dym z papierosów. Pomyślał, że
brakuje  jeszcze  kilku jazzmanów zasuwających na saksofonie. Zresztą on sam
lubił muzykę i czasem, gdy nie miał co robić grywał na klawiszach.
  Rozglądnął  się  po  sali.  Po  prawej  stronie, w kącie zauważył kumpla z
dziewczyną. Podszedł do nich, nie lubił siedzieć sam.
  - Cześć Tom. Jak się masz? Kimberly! - rzucił na powitanie.
  -  Cześć,  nie sądziłem, że będziesz w tej okolicy. Co cię tu sprowadza? -
odrzekł Tom.
  - Przyłącz się do nas, fajnie że jesteś. - Kimberly nie ukrywała radości.
  Uśmiechnął  się,  zawsze  się  uśmiecham, gdy widział piękne dziewczyny. A
dodatkowo  Kim  była  nie  tylko  piękna,  ale  i  mądra.  Tom był spokojny,
wiedział,  że  za  Kimberly  się  nie  weźmie.  Nigdy  nie  interesowały  go
dziewczyny, które miały chłopaka i mężatki. To była jego żelazna zasada.
  -  Wybaczcie  na moment, wezmę sobie piwo. Zaraz wracam. - i oddalił się w
kierunku baru.
  Lubił Tom'a i Kim. Byli świetną parą. Nie wiele było tak dobranych par jak
oni.  Zamówił piwo, było schłodzone i kufel pokrył się delikatną rosą. Wziął
kufel w rękę i podszedł do stolika.
  -  Przechodziłem  niedaleko stąd, postanowiłem wstąpić. Liczyłem na to, że
spotkam kogoś znajomego. - znowu posłał uśmiech w stronę Kimberly.
  Kim  odpowiedziała dokładnie tak samo. Jej białe zęby i pełne wargi robiły
na  nim  wrażenie.  Zresztą  nie tylko na nim. Chwilę temu do knajpki weszło
czterech  chłopaczków,  może  nieco  starszych  od niego. Widać było, że nie
przyszli tutaj pogadać tylko szukać zaczepki.
  Spojrzał  na nich. Nigdy nie lubił takich śmieci, nie nadawali się na nic.
Zapite, zaplute brudasy nie dające pożyć spokojnie zwykłym ludziom. To przez
nich  ginęły  samochody,  okradani  byli ludzie starsi, wieczorami nie można
było pokazać się w ciemnych zaułkach. Nie spuszczał ich z oczu.
  A  oni gapili się na Kim. To go wkurzało, ale nie mógł nic zrobić, patrzeć
można się każdemu. Olał ich i rozmawiali dalej.
  Rozmowę  przerwało  hałaśliwe  ulokowanie  się tych czterech kretynów przy
stoliku  obok.  On  wiedział, że nie siedli tutaj przypadkowo, chodziło im o
Kim.
  - Niezła jesteś ślicznotko! - krzyknął jeden.
  Tom spojrzał mu w oczy. Powiedział w tym spojrzeniu wszystko. On zrozumiał
go  doskonale,  bo jemu nie trzeba było wszystkiego dwa razy powtarzać a nie
był  głupcem.  Zrozumiał,  że gdyby do czegoś doszło nie może pozwolić, żeby
Tom  się  wdał  w  bójkę  bo  nie miał by z nimi szans. Zabijaka był z niego
żaden.  No  i  podstawowa  rzecz.  To  spojrzenie oznaczało prośbę. Prośbę o
wsparcie  dla  Kim. Na wszelki wypadek. Jemu nie trzeba było tego mówić, Kim
była  dla  niego jak siostra, nie dał by skrzywdzić żadnej dziewczyny, a już
na pewno nie Kim.
  -  Uspokójcie  się,  okey?  -  powiedział  do  nich i zmierzył ich twardym
spojrzeniem.
  Oni zaśmiali się tylko i dopiero teraz zaczęli pozwalać sobie na więcej.
  - Dasz mi dupci mała? Zobacz, kumplowi stanął. He, he, he, he, he.
  No  tak,  więc  nie  załatwi  tego  dyplomatycznie.  Tego się obawiał, ale
jeszcze raz spróbował użyć słów:
  -  Dajcie spokój, dobra? Zostawcie ją. - i tak wiedział, że to nic nie da.
Jednak spróbował, żeby być w zgodzie z samym sobą i swoimi zasadami.
  Faktycznie,  na  niewiele  to  się zdało. Kim zaczęła się trochę obawiać i
zaproponowała,  żeby  z  tąd wyjść. Pomysł nie był zły, ale i tak pewnie nie
tak łatwo by się wyszło. Postanowił poczekać i zobaczyć co się wydarzy.
  -  Kim,  nie bój się, nie dam Ci zrobić krzywdy. A ty Tom, siedź i nie rób
nic  głupiego.  Poradzimy coś na nich. - stwierdził to tak pewnym głosem, że
uwierzyli, choć on sam nie był do końca pewien czy da radę coś zrobić.
  Nagle  jeden z tych popaprańców chciał włożyć rękę pod spódnicę Kim. Teraz
wszystko  potoczyło się błyskawicznie, bez żadnego zastanawiania się, niemal
mechanicznie  i  odruchowo, potężnym kopnięciem z półobrotu powalił na deski
amatora  kobiecych  wdzięków.  To  na  chwilę  ich  zbiło z tropu, ale zaraz
zaczęli próbować atakować. I to chyba na poważnie, bo jeden wziął krzesło.
  -  Kim  przejdź  w  spokojniejsze miejsce, proszę! - krzyknął i posłał jej
następny  uśmiech.  Zaraz  potem  powalił  następnego  amatora walk wschodu,
poprzez  szybki obrót i wyprowadzenie ciosu na krtań. Następny z atakujących
zamachnąwszy  się  krzesłem  stracił  panowanie nad środkiem ciężkości, więc
wystarczyła dzwignia na rękę i ściągnięcie na parter półobrotem, przy okazji
zawadzając  głową  delikwenta  o  nogi  stolika.  Został  jeszcze jeden oraz
następnych  dwóch  podnoszących się z ziemi. Ten jeden coś nie kwapił się do
ataku,  raczej  tylko  stał  i  patrzył co się wydarzy. No więc on zajął się
niedobitkami  z  ziemi.  Cios  na  żebra,  poprawka  w  splot, dwa strzały z
poślizgiem  na  piszczel i kopnięcie w kość ogonową. Klient nie był w stanie
wstać  ponownie.  Drugi  nie  próbował już nawet się bronić więc tylko dwoma
ciosami  na twarz dla bezpieczeństwa zabezpieczył sobie trzeciego agresora a
czwarty wymiękł całkowicie. Było po sprawie.
  Tom  patrzył  i  nie  za  bardzo  wiedział  co  powiedzieć, chyba wszystko
potoczyło  się  za szybko. Zresztą wszyscy w knajpie patrzyli się na niego i
nie za bardzo wiedzieli nawet co się stało. Dopiero barman stwierdził, że ma
u niego następną kolejkę gratis. Zresztą nie tylko on ale również Kim i Tom.
Był z siebie zadowolony, może nawet dumny. W knajpie zrobiło się dość gwarno
z jego powodu. Znowu się przydał i mógł pomóc. A pomagać lubił bardzo. Robił
to za nic, no może za słowo "dziękuję". Bardzo sobie cenił podziękowania, bo
gdy  ktoś  mu  nie  powiedział,  że  docenia to co zrobił był wściekły na tą
osobę.  Słowo  "dziękuję" nic nie kosztuje, więc uważał, że choć tyle mu się
należy.
  Tom spojrzał na niego. Znowu spojrzenie, znowu nie musiał myśleć co Tom mu
chce   powiedzieć  poprzez  to  spojrzenie.  Podziękował  mu  najlepiej  jak
potrafił.  Kim  widział  teraz  w  całej  okazałości, jej długie blond włosy
opadały  na  ramiona.  Spojrzał na jej twarz. Promienisty uśmiech wykwitł na
jej  twarzy  niczym słońce podczas burzy. Też mu pięknie podziękowała. Znowu
się do niej uśmiechnął. To już trzeci raz, dużo jak na niego.
  -  Tom,  Kim!  Chodźmy stąd. Może pójdziemy do mnie? Dokończymy rozmowę, w
końcu  nie  często  się  spotykamy.  -  zaproponował  i  wiedział, że mu nie
odmówią.
  -  Chodźmy  stąd. Dobrze, że się tutaj kręciłeś. Gdyby nie ty... - nie dał
mu dokończyć.
  - Przecież nic wielkiego nie zrobiłem. Ot po prostu, nie pozwoliłem się im
za bardzo rządzić - skwitował to z nijakim wyrazem twarzy.
  -  Dobrze  wiesz  jak  bardzo nam pomogłeś. Wiesz jak ja się bałam! Jesteś
niesamowity,  gdzie  się  tak  nauczyłeś  walczyć?  -  Kim  była  trochę pod
wrażeniem.
  -  W  zasadzie  nigdzie,  trochę znam ju-jitsu no i oni nie byli dobrzy. W
przeciwnym  wypadku  to  ja  bym  tam leżał. - Spojrzał Kim w oczy, objął ją
ramieniem i poszli do domu.
  Jak  przyjaciele.  Ale  on nie miał przyjaciół, owszem miał kumpli i niech
tak  zostanie. Jeszcze przez jakiś czas rozmawiali o wydarzeniach w knajpie.
To  oczywiste że pomogła mu obecność Kimberly, gdyby nie ona nie miał by się
przed  kim  popisywać, a on zawsze lubił robić wrażenie. No i usłyszeć słowa
podziękowań i uznania. Docenili go przecież. A jutro znowu mu się coś pewnie
przytrafi...

Prom kosmiczny

Autor: Cobretti

                               Prom Kosmiczny.

                       [ Dariusz Majgier - Cobretti ]

  -   Crew,   dostaliście   to   zadanie.  -  szef  sekcji  do  spraw  lotów
międzygwiezdnych      przyszedł     osobiście     poinformować     człowieka
odpowiedzialnego  za sprawy bezpieczeństwa lotu promu kosmicznego z ziemi na
orbitę.
  -  Wiec  jednak  dostaliśmy  tą  robotę!  -  Crew wyglądał na zadowolonego
faceta.  - Idę powiedzieć o tym chłopakom. Ucieszą się. - Tak, zawsze chciał
być najważniejszy i teraz dostał swoją szansę.
  Mieli  przetestować  oprogramowanie  i  komputery  sterujące całym lotem i
dbające  o  bezpieczeństwo  ludzi,  którzy za kilka miesięcy mieli spróbować
dostać  się  na  orbitę  i  naprawić  uszkodzony moduł transmitera. Całe ich
zadanie  miało  się skupić na podzieleniu ludzi na dwie niezależne od siebie
grupy  programistów,  a  następnie  ścisłą  współpracę  w  celu wykrycia jak
największej  ilości  błędów w oprogramowaniu i oprzyrządowaniu, które będzie
stanowiło serce i mózg promu.
  Crew  przyszedł  na salę w której czekali młodzi ludzie z poza firmy o jak
najgorszej  reputacji w świecie komputerowym. Oczywiście każdy wiedział czym
się   zajmowali,  byli  wśród  nich  i  weterani,  którzy  przez  włamania i
wykradanie  informacji z ośrodków naukowych, banków, baz wojskowych spędzili
część życia w więzieniach. Wyglądali na zwykłych ludzi, ale umysł i intelekt
mieli  niezwykły  a  nikt  nie  potrafił spożytkować ich możliwości w sposób
właściwy.  Zarówno dla wiedzy, jak i dla zaimponowania spędzali całe godziny
przed  monitorami  i  klawiaturami tylko w jednym celu: złamać hasło, zdobyć
informacje, udowodnić sobie że są najlepsi i nikt nie może im dorównać.
  To  właśnie  Crew  ich  tutaj  zebrał i znalazł dla nich zajęcie godne ich
kunsztu i możliwości.
  -  Słuchajcie,  dzielimy się na dwa zespoły, w których prace koordynacyjne
poprowadzą   ludzie  z  naszego  ośrodka.  Wy  będziecie  odpowiedzialni  za
działania  mające  na  celu  zniszczenie  systemów kontroli lotu, testowania
programów  w  sytuacjach extremalnych i nieprzewidywalnych. W końcowej fazie
będziecie  się  starali  tak manipulować programami i sprzętem, żeby przejąć
nad  nim  kontrole.  Ale w odróżnieniu od waszej dotychczasowej działalności
ta  będzie  legalna.  -  Crew  przerwał, ogarnął wszystkich wzrokiem, nabrał
powietrza i kontynuował.
  -  Każda  z  drużyn za wykrycie jednego błędu dostanie 10 tysięcy dolarów.
Oczywiście  dzielicie  się  po równo i o każdym błędzie informujecie drużynę
przeciwną.  Nie  chcę  żeby  błędy  się  powtórzyły.  Każda  z drużyn będzie
testowała  oprogramowanie na rożne sposoby, całkowicie odmienne. O wszystkim
dowiecie się bezpośrednio od waszych przełożonych.
  Teraz  stojąca  z  boku  dwójka  programistów zrobiła krok do przodu. Crew
zwrócił głowę w ich kierunku.
  - Wierzbowsky i Oberstein zajmą się wami osobiście i w razie jakichkolwiek
pytań macie się zwracać bezpośrednio do nich. To na razie wszystko.
  Crew  wyszedł uzgodnić szczegóły i odebrać pakiet oprogramowania. Sprzęt i
odpowiednio  wyposażone  hale  komputerowe  czekały  na  gotowych  na  każde
wyzwanie  hackerów.  Dzisiaj mieli wolne. Testy zaczynały się dopiero za dwa
dni.  To  tego  czasu  piloci  mieli  ich  poinformować  na  jakie  elementy
oprogramowania  należy  zwracać  szczególną  uwagę,  opowiadali  o systemach
zabezpieczeń,  o sposobach łączności z ziemią i ostatecznych decyzjach jakie
podejmował ostatni z pięciu komputerów jaki miał być na wyposażeniu promu.
  Na  trzeci dzień, po odpowiednim przygotowaniu teoretycznym zjawili się na
hali  maszyn. Pierwsza drużyna objęła wschodnie skrzydło, a druga zachodnie.
Pozostało  tylko  wprowadzenie  do  sposobów testowania oprogramowania. Jako
pierwszy zabrał głos Wierzbowsky, prowadzący grupę drugą.
  -  Wiecie  na  czym  polega teoria czarnej skrzynki?? - na sali zapanowało
rozbawienie.  Jak  to,  oni  mieli  by  nie  wiedzieć.  Wierzbowsky wiedział
dokładnie,  że  pytanie było banalne, ale musiał powiedzieć swoje, zgodnie z
przepisami.
  - Naszym celem będzie wprowadzanie danych wejściowych i badanie zachowania
się  programu  na wyjściu bez analizy i zagłębiania się w strukturę i budowę
oprogramowania.  Będziemy  traktować  cały  ten  majstersztyk, jaki odwaliła
jedna  z  wiodących  firm  za  wielką  niewiadomą.  Tylko wprowadzamy dane i
patrzymy jak zachowuje się program. Jeżeli coś będzie się działo nie tak jak
powinno  to  dostajemy  za to szmal i musimy poinformować drużynę przeciwną.
Więc wasza w tym głowa, żeby wykryć tych błędów jak najwięcej. Nie chodzi tu
o  jakiś  tam  program.  Chodzi tu o ludzkie życie, więc pieniądze nie grają
roli,  zrozumieliście??  -  Wierzbowsky  podniósł  szklankę  z  wodą do ust,
przełknął napój i kontynuował.
  -  Trójka  astronautów  ma  do nas pełne zaufanie. Są do naszej dyspozycji
przez  24  godziny  na dobę. Czas w jakim będziecie pracować nie jest niczym
normowany.  Możecie  tu  siedzieć  choćby od dziś do końca testów. Chcę żeby
wszystko   grało   i  nie  było  żadnej  wpadki  za  trzy  miesiące.  Jeżeli
którykolwiek  z was zacznie nawalać jest zwolniony natychmiast. Pamiętajcie,
nie  Ci,  którzy zaprogramowali system odpowiadają za ludzkie życie gdzieś w
głębi   kosmosu,   ale   właśnie   zespoły   testujące   oprogramowanie   są
najważniejsze.  To od nas zależeć będzie czy wyłapiemy błędy, które na pewno
się  gdzieś  musiały  pojawić. Nie ma oprogramowania bezbłędnego. Oberstein,
teraz  Ty  powiedz  chłopakom  na  czym  polegać  będzie wasza rola. - dopił
resztę wody ze szklanki i usiadł na swoim miejscu.
  Oberstein przechadzał się po sali i powoli tłumaczył wszystkim zebranym.
  -  My  zajmiemy  się  czymś  całkiem  odmiennym,  mianowicie przeźroczystą
skrzynka,  lub  jak  kto  woli  białą.  Nie  będzie  nas  interesowały  dane
wprowadzane  wprost  do  programu, jak również wyniki końcowe. Owszem, macie
rację.  Będą,  ale  nie w takim stopniu jak poprzednią grupę. My skupimy się
na  samym  programie,  algorytmie  jego zapisu i budowie procedur i funkcji.
Będziemy  się pastwić nad jego wnętrzem, czyli będziemy niejako dopełnieniem
zespołu  drugiego.  Całą  resztę  powiedział  Wierzbowsky, więc nie chcę się
powtarzać.  Dodam  tylko  że  nie  jest to niedzielna wycieczka na grzyby do
lasu.  Chcę  żebyście  dali  z siebie wszystko, żebyście wgryźli się w każdy
możliwy   fragment  programu  i  ocenili  jego  złożoność  i  każdy  element
sprawdzili  linijka po linijce. Ci ludzie mają tu wrócić cali i zdrowi. Będą
mieli  jeszcze  szansę  w  razie  spartolenia przez was roboty, ale nie mają
prawa  z  niej  skorzystać.  Wiecie czemu?? Bo jesteście najlepsi i macie to
udowodnić. Nie mi, nie firmie, ale całemu światu, jasno się wyraziłem?
  Na  sali  dały  się  słyszeć  pomruki  zadowolenia.  Niektórzy  z własnymi
notebook'ami  na  kolanach już zaczęli działać. Zaczynał się wyścig o życie.
Wygrać ze śmiercią, to jest dopiero frajda.
  W drzwiach pracowni pojawił się Crowe.
  -   Panowie,   za   10   dni   odbędzie   się  wykład  poświęcony  ogólnym
zabezpieczeniom  i systemowi podejmowania decyzji przez komputery pokładowe.
Będzie  również  omówiona  rola  piątego komputera na pokładzie. Wiem, że to
znacie  na  pamięć, ale jeżeli chcielibyście posłuchać raz jeszcze to gorąco
zapraszam. - Tak samo szybko jak się pojawił, zniknął.

  Zaczęła  się cicha rywalizacja. Tak na prawdę nie chodziło im o pieniądze,
ani   też   o   sławę.  Chcieli  się  sprawdzić.  Domowe  komputery  im  nie
wystarczały,   zabawki   w   instytutach   obliczeniowych  nie  wytrzymywały
konkurencji   z   profesjonalnymi,   ściśle  sprecyzowanymi  co  do  działań
komputerami  nawigacyjnymi  i  ich systemami operacyjnymi. Każdy chciałby tu
być  i  móc  pracować  w  tak  doborowym  gronie. Większość z nich znała się
dobrze  przez  Internet.  Mieli  swoje sekrety, których nikt nie znał. Mieli
swoich  przyjaciół,  wypróbowanych  i  sprawdzonych.  Tutaj  mieli okazję do
prawdziwych  działań  i  do  specjalizowanego sprzętu. Po 9 dniach na koncie
pierwszej  ekipy pojawiły się trzy wykryte błędy. Ekipa druga niestety miała
puste konto. Każda z drużyn chciała wykryć jak najwięcej, ale w końcu i sami
twórcy   tego   systemu   i   programu   nie   byli  głupcami,  oni  również
przeprowadzali  próby  i testowali wystarczająco długo to nad czym pracowali
od kilku lat.
  Zbliżał  się  wykład  poświęcony  najnowszemu  systemowi sterowaniu promem
kosmicznym,  który  miał  zastąpić dotychczasowe, stare i nieco przestarzałe
systemy.  Ten  był  lepszy  z  dwóch  powodów. Był o wiele nowocześniejszy i
zastosowane  algorytmy  powalały na całkowity brak ingerencji w tok programu
przez  jakikolwiek czynnik ludzki. Oczywiście, był tylko jeden feler takiego
rozwiązania  -  musiało  być  niesłychanie  sprawne  i  nie można było sobie
pozwolić na jakąkolwiek pomyłkę ze strony komputerów i oprogramowania.
  Crew  siedział  wygodnie  w  fotelu  na  środku  sali.  Mówił  spokojnym i
opanowanym głosem.
  -  Cztery  komputery główne i jeden zapasowy. Razem pięć komputerów. Piąty
komputer  to  ostateczność,  nie  można  sobie pozwolić na jego użycie. Jest
pomyślany  jako  rozwiązanie  awaryjne.  Ale po kolei panowie. - Omiótł salę
wzrokiem,  wszyscy  słuchali  chociaż  na  pewno  znali to już wystarczająco
dokładnie, aby móc sobie darować ten wykład.
  - Wszystkie cztery komputery wykonywać będą ten sam program. Równolegle i
  w  tym  samym  czasie będą przetwarzały te same dane i tak samo reagowały.
Wszystko  po  to,  żeby  jak najbardziej zadbać o ludzkie bezpieczeństwo i o
pewność podejmowanych decyzji. Ale nie jest wykluczone, że człowiek mógł się
pomylić  w  oprogramowaniu.  Dlatego  powołano  nasze  zespoły,  żeby  takim
pomyłkom  zapobiec. Oczywiście, nadal nie będzie stuprocentowej pewności, że
systemy  są  sprawne  do  końca,  i  właśnie  dla  takiego  przypadku został
pomyślany  i  wykonany  cały  projekt  sterowania  lotem.  -  Na sale weszli
Oberstein i Wierzbowsky, ale Crew nie przerywał...
  - Ponieważ będą pracowały cztery komputery równocześnie, mogą wydarzyć się
różne   schematy   wykrycia   błędu,   zarówno  w  samym  sprzęcie  jak  też
oprogramowaniu.  Jeżeli  wyniki  obliczeń  jednego  z  komputerów  nie  będą
identyczne  jak  pozostałych  trzech, w wyniku porównania - pozostała trójka
wyłączy jeden wadliwy komputer i lot będzie kontynuowany. To jest oczywiście
najprostsze rozwiązanie i najbardziej prawdopodobne. Ale może zajść sytuacja
gorsza.  Na dwóch komputerach mogą pojawić się odmienne wyniki obliczeń, lub
co  gorsza  trzy  komputery  mogą  się  mylić. Wtedy nie można jednoznacznie
powiedzieć,  za  pomocą  którego  komputera  należy  sterować  lotem  promu.
Ponieważ obliczenia są niesłychanie dokładne i skomplikowane, nie można tego
powierzyć  przypadkowi.  Tym bardziej gdy w grę wchodzi ludzkie życie. Po to
został  skonstruowany piąty komputer. Jego konstrukcja i oprogramowanie jest
wykonane  przez  inną  firmę  niż  podstawowa  czwórka. Jest on standardowym
wyposażeniem  każdego  promu  tej  klasy.  A  jego zadanie jest tylko jedno:
sprowadzić   załogę   na  ziemię.  Jak  najszybciej,  jak  najbezpieczniej i
bezwzględnie.  Misja  zostaje  przerwana  i  wszystkie  komputery podstawowe
zostają  wyłączone. Sterowanie całkowicie przejmuje ten jeden komputer i bez
względu  na  wszystko musi sprowadzić bezpiecznie załogę z powrotem. Koniec.
To  tyle  o  roli  komputerów.  A  teraz  do  roboty.  Ten  system  musi być
niezawodny, co jest chyba oczywiste. Ci ludzie muszą wrócić.
  Andelly,   Rock   i  Troph  siedzieli  w  pracowni  naukowej  uniwersytetu
stanowego.  Śledzili swoją przyszłą misję na monitorach komputerów. Widzieli
dokładnie  każdy  zaplanowany  manewr, każdy ruch jaki mieli wykonać i każdą
część  jaką  mieli wymienić. Oglądali przebieg naprawy transmitera już setny
raz. Znali każdy szczegół, każdą operację i wszystkie teoretyczne zagrożenia
i  niespodzianki  jakie  ich  mogły  czekać.  Byli zwolennikami pedantycznej
szkoły przetrwania. Lepiej wszystko sprawdzić na ziemi niż mieć jakiekolwiek
problemy  na  górze.  Tutaj  na  nowoczesnym sprzęcie mogli do woli testować
sytuacje  w  jakich  mogli się znaleźć lub w jakich nigdy by się znaleźć nie
chcieli.  Byli  młodzi,  zbyt  młodzi  by zginąć i pozostawić na ziemi swoje
rodziny,  przyjaciół  i znajomych. Dlatego przykładali się do tego co robią,
tym  bardziej  że  nie  było  innych specjalistów mogących ich w razie czego
zastąpić.  Siedzieli wiec tam prawie codziennie. Tym bardziej że czas startu
zbliżał się nieubłaganie. Codziennie ubywał jeden dzień, zostało ich jeszcze
20.
  Zespół pierwszy wyłapał jak do tej pory tylko 3 błędy. Zaczęli od trzech i
na  trzech  prawdopodobnie  zakończą.  Tak  myśleli  i nie liczyli raczej na
zmianę  wyników.  Za  to  zespół  drugi  miał  ich na swoim koncie ponad 18.
Cieszyli  się,  bo  wiedzieli,  że  dzięki  nim podniosło się bezpieczeństwo
pasażerów  promu.  Ponad  połowa  błędów  to  usterki sprzętu komputerowego.
Trzeba  to  było  naprawić i testować na nowo. Od siedmiu dni cisza. Żadnych
wyników,  zdawało  się,  że  systemy  są już sprawne. Niestety, nic bardziej
mylnego.  Jeszcze na 5 dni przed startem ekipy wyłapały 1 błąd. Nic ważnego,
kwestia kolejności zainicjowania procedur samo testujących. Ale lepiej, żeby
wszystko   miało   swoje   miejsce   tak,   jak  to  zostało  przewidziane w
harmonogramach, dokumentacjach i opracowaniach technicznych lotu.
  Zostało  jeszcze  nie  całe  29  godzin.  Andelly,  Rock  i  Troph razem z
rodzinami  wybrali  się  do  zoo. Syn Rock'a spytał go wtedy dlaczego żyrafy
mają  taką  długą  szyję.  Troph  i  Andelly zaczęli się nawet z tego powodu
kłócić.  Czy dlatego żeby sięgać wyżej i móc zrywać liście, czy żeby móc się
po prostu napić, bo długie nogi nie pozwoliłyby na skorzystanie z wodopoju i
zwierze  umarłoby  z  pragnienia. W końcu żona Troph'a pogodziła ich, mówiąc
że długa szyja jest im potrzebna po to, żeby mieć głowę bliżej gwiazd. Z tym
się zgodzili wszyscy.
  Na  drugi  dzień  wydarzył  się  wypadek,  który  radość  zamienił w łzy a
szczytne  cele  w  rozpacz i przygnębienie. To stało się zaraz po starcie. W
dwunastej  sekundzie  lotu  prom  eksplodował. Nie mieli szans, podobnie jak
pilot,  któremu  zatnie się fotel katapultujący. To stało się zbyt szybko, i
trwało ułamki sekund. Byli tu i odeszli w nicość. Po prostu rozpłynęli się w
ogromie przestrzeni. Przestali być.
  Zszokowane  miny  gapiów,  obsługi  naziemnej,  operatorów lotu, personelu
technicznego,  zaplecza  medycznego.  Czemu?  Dlaczego  zdarzyło  im się coś
takiego?  Czy  była  to  wina oprogramowania? Może usterka techniczna, jakiś
szczegół  w  konstrukcji  samego  promu?  Dlaczego  właśnie oni... byli tacy
młodzi  i  tyle  jeszcze  mogli  w  życiu  osiągnąć.  Brali  pod  uwagę taką
możliwość,  tu  nigdy niczego nie można być pewnym, ale nie spodziewali się,
że  jednak ich to dosięgnie. Teraz się to nie liczyło, oni zostali już tylko
w pamięci bliskich, żon, synów i córek...

  Fragment raportu Komisji do Spraw Bezpieczeństwa Lotów Kosmicznych
  Nr NCR-1218A78:
  (...)
  Główną  przyczyną  wybuchu promu kosmicznego była nieszczelność pierścieni
uszczelniających  zbiorników  z  paliwem. W wyniku przedostania się ciekłego
tlenu  do  komory spalania nastąpiła lawinowa reakcja termiczna i naruszenie
integralności  pojemników z paliwem. Na wskutek niekontrolowanego połączenia
substancji napędowych nastąpił wybuch paliwa, a co za tym idzie, zniszczenie
samego promu.
  (...)
  Śmierć  ponieśli  na  miejscu Richard Andelly, Andrew Rock, Michael Troph.
Pośmiertne  odznaczenia  przyznane przez prezydenta jak również nazwanie ich
nazwiskiem  Ośrodka  Badań Lotów Kosmicznych nigdy w pełni nie oddadzą tego,
do czego przyczynili się jako piloci i naukowcy.
  (...)
  Winę  za  zniszczenie promu ponosi obsługa techniczna i główny konstruktor
systemów napędowych promu.
  (...)


  A teraz na poważnie:
  W  katastrofie  promu  kosmicznego  Challenger  na  przylądku Canaveral na
Florydzie 28 stycznia 1986 roku śmierć ponieśli:
  - Francis Scobee
  - Judith Resnick
  - Ronald McNair
  - Michael Smith
  - Sharon Christa McAuliffe
  - Ellison Onizuka
  - Gregory Jarvis

Rean & Alice cz.I

Autor: Cobretti

                             Rean & Alice cz. I

                       [ Dariusz Majgier - Cobretti ]

  Cele  w  dalszym ciągu nie zniszczone. Straty znikome. Szanse na przeżycie
17  procent,  wciąż  maleją.  -  podręczny  pager  bezlitośnie pokazywał jak
brutalna  może  być  rzeczywistość. Tym razem to nie ćwiczenia, nie istnieje
możliwość  wyłączenia  nawet  jednej  sekcji  łazerów.  Z  dwudziestu trzech
robotów bojowych zostało jeszcze dwadzieścia jeden.
  Oni o tym dobrze wiedzieli. Całe lata poświęcali na przygotowywanie się do
takich  akcji  jak  ta.  Oddział  Zeta - wprawdzie dwuosobowy, ale jak dotąd
niepokonany.  Tym  się  chlubili,  to  była  ich  druga nie symulowana akcja
bojowa.  Procent  strat  wynosił  zero  i  mieli  nadzieję, że tym razem też
wyjdą z tego piekła cali.
  Alice  i  Rean - twardziele z Zety. Zgrani tak doskonale, że nawet podczas
nietypowych  manewrów  jedno  potrafiło  przewidzieć posunięcie drugiego. Im
mniej  ludzi  tym  sprawniejsza akcja i mniejsze straty bez względu na to co
mogłoby to oznaczać. Oni o tym wiedzieli.
  Na  niebieskim  ekranie  monitora ukazały się wreszcie dwa punkty. To byli
oni.    Zachodnie   skrzydło   kompleksu   akcji   defensywnych   nie   było
najmocniejszym punktem obronnym. Wśród plątaniny korytarzy, za każdym rogiem
mógł stać robot bojowy, przygotowany do odpalenia pocisku rozrywającego.
  Szli  powoli  w  stronę  magazynu z nadzieją, że dotrą tam przed łazerami.
Kończąca   się  amunicja  nigdy  nie  jest  lekarstwem  na  sukces.  Tylko w
magazynach  mogli  pobrać  dodatkowe  wyposażenie bojowe. Najważniejsze były
pancerze klasy AA. Bez nich od razu mogliby podciąć sobie żyły.
  -  Alice,  przyśpiesz  trochę. Zdaje się, że mamy łazera na ogonie. - Rean
wyraźnie nie był w nastroju do żartów.
  W  chwilę później z bocznego korytarza wychynął mały pełzający robot. Jego
czujniki  termiczne zareagowały na ciepło emitowane przez ludzi. Szybki ruch
dwóch sprzężonych wyrzutni i zapalająca się kontrolka podziałała na nich jak
kubeł  zimnej  wody. Natychmiastowy uskok z drogi pocisków znowu uratował im
życie. Chwila przerwy na przeładowanie i przewaga była po ich stronie.
  - Tyły są moje!  - między odgłosami detonacji doszedł go głos Alice.
  Potężne  targnięcie odrzuciło Reana na ścianę. Zadowolony z siebie pokazał
tylko palcem w stronę zdruzgotanego łazera.
  - Mówiłem ci Alice, że go dopadnę.
  - Pieprzysz, on miał być mój!  - wyraźnie rozluźniona spojrzała na pager.
  -  Zostało jeszcze 20. Prowadź do magazynu. Jeśli tam dotrzemy postawię ci
piwo. - zażartowała
  - O co się założysz, że je wypiję.  - Rean szczerzył zęby w uśmiechu.
  W  centrum  dowodzenia,  na  monitorze,  ubył  jeden punkcik symbolizujący
łazera.  Błąd  w  oprogramowaniu  nie pozwalał na rozbrojenie robotów. Wciąż
czekały  na  następnych  kadetów,  którzy  próbowali  swych  sił  w  ośrodku
treningowym  na  Moraku.  Alice  i  Rean mieli jedyną w swego rodzaju misję,
musieli  wystawiać  się  na  wabia i po kolei likwidować poszczególne sekcje
łazerów. Nie chodziło tylko o forsę, oni to po prostu lubili robić.
  Komandor  Spoke  wskazywał  palcem  na  obrzeże  monitora, lustrując każdą
zmianę  położenia  jednego  z  dwudziestu  pozostałych  robotów.  Jego palec
zawisł  dokładnie  nad czerwoną plamką oznaczającą zaplecze bojowe kompleksu
treningowego.  Nie  jeden  z  ludzi stojących za komandorem zastanawiał się,
czy  w  ogóle  misja jaką powierzył swoim asom, jest do wykonania. Ale Spoke
wiedział,  że przeszkolenie jakie przeszli w przeszłości było wystarczające,
sam ich szkolił, a do siebie miał bezgraniczne zaufanie.
  -   Dlaczego  nikt  nie  dał  im  nadajnika?  Dlaczego  nikt  nie  dał  im
odpowiedniej  broni?  Gdzie  u  licha  jest  człowiek, który projektował ten
kompleks, i dlaczego oprogramowanie nie było przetestowane do końca?
  - Spokojnie.  Na wszystko znajdzie się...
  -  I ty mi mówisz - spokojnie? Człowieku, tam są moi ludzie, ja odpowiadam
za ich bezpieczeństwo. - Spoke nie wydawał się zadowolony.
  I  istotnie  nie był, nikt na jego miejscu by nie był. Tym bardziej, że od
kilku  chwil,  dwa  punkty  posuwające  się  nieustannie  naprzód - stanęły;
zatrzymały  się  przed  wejściem do magazynu. Nie wiedział dlaczego nie mogą
wejść do środka, i to go w tej chwili najbardziej denerwowało.
  - Rean, otwórz te pieprzone drzwi!
  - Nie mogę Alice, nie dam rady!  - Rean kurczowo mocował się z zamkiem.
  Od  zachodniego  skrzydła  zbliżały  się  dwa  majaczące kształty. Jeszcze
trochę,  jeszcze  tylko  dwa  zakręty i cele pojawią się w zasięgu skanerów.
Powoli i bezszelestnie parły naprzód.
  Ciszę  przerwał łomot działka zaporowego. Rean właśnie starał się rozwalić
na  drzazgi  drzwi,  nie  zważając na zawartość pomieszczenia. Wiedzieli, że
łamią  regulamin,  ale nie mieli wyjścia, zresztą była to ich jedyna szansa.
Musieli  się  dostać  do  środka,  aby pobrać sprzęt, nawet kosztem własnego
życia.  Ostatnie  pociski poświęcili na ten pieprzony zamek. W końcu puścił.
Pomijając  fakt,  że  gdyby  jakiś  zabłąkany  pocisk  wpadł  do  magazynu i
rozniósł  z  pół ośrodka treningowego, udało im się dostać do wnętrza. Teraz
był najgorszy moment z całej akcji.
  -  Alice,  stań przy wejściu. - Alice nie czekając na to polecenie, już od
pewnej chwili stała przy wejściu do magazynu i nasłuchiwała.
  - Jak by tak któryś z nich teraz zaczął obstrzał magazynu...  - zaczęła.
  W  tym  samym  momencie usłyszała znajomy chrzęst działka i delikatny szum
silniczka elektrycznego.
  - Rean!  Szybko!  - ale on już przeładował swojego NX'a.
  Teraz plunął całą serią w głąb korytarza. Alice zrobiła to samo, z tym, że
w  przeciwnym  kierunku.  Grzmot  rozrywanych pocisków, wzmożony przez echo,
podziałał  na nich jak muzyka. W jej rytm na końcu korytarza fruwały strzępy
łazera  i  pozostałości  z zabudowy fragmentu korytarza. Żaden z łazerów nie
zdążył  nawet  ustawić się do odpalenia pocisków, nie mówiąc o przechwyceniu
celu.
  Ale nie było czasu na odprężenie, wciągali na siebie z pośpiechem pancerze
klasy  AA,  bo  gdzieś tam, za ścianą, mogły czaić się następne egzemplarze,
być  może  lepiej  wyposażone.  Na  szczęście  znaleźli  tu także, przenośny
nadajnik,  dzięki  którym  mogli  połączyć  się z dowództwem na powierzchni.
Zaczynali odżywać, teraz wiedzieli, że nic ich nie powstrzyma od wypełnienia
misji, że zgarną tę forsę, a Spoke będzie zadowolony.
  Zostało  jeszcze  18.  Szanse  na  przeżycie  nadal  maleją  -  pager  był
nieubłagany.  Komputer  zbierał dane, analizował je bit po bicie i przesyłał
na ciekłokrystaliczny wyświetlacz umieszczony na wewnętrznej stronie uprzęży
bojowej Alice.
  -  Jak  to  maleją?  -  oburzył  się  Rean.  -  W końcu dopiero teraz mamy
prawdziwą  przewagę,  mamy broń, łączność z bazą, i w zasięgu wzroku żadnego
łazera. Więc jak do diabła mogą maleć?
  -  Nie  wiem  Rean,  może  znów  błąd  w oprogramowaniu. Przecież komputer
analizujący  dane  korzysta  z programu. Może wirus, może sabotaż, może ktoś
się chce nas pozbyć. Kto wie? - ściszyła głos.
  -  Dobra,  Alice, bierzemy sprzęt, kilka granatów, parę taśm z pociskami i
małe  działko  zaporowe.  Jeżeli  wszystko  pójdzie  dobrze, za kilka godzin
będziemy  na  powierzchni.  -  Rzucił  też  kilka słów do słuchawki - Spoke,
słyszysz   mnie,  wytrzymaj  jeszcze  trochę,  jak  wyjdziemy,  wszystko  ci
opowiem.  Wiem,  że chciałbyś sam zająć się tymi łazerami, ale my damy sobie
radę nie gorzej niż ty, w końcu twoja szkoła nie?
  -  Stary,  będziemy  tu czuwać, żebyś mógł mi powiedzieć jak było na dole,
spokojna głowa. Nieźle cię słychać. Over.
  Alice skończyła dobierać sprzęt i gdy tylko ruszyła w stronę zdruzgotanego
przejścia zgasło światło.
  -  Co  jest  u  licha? Przechodzimy na podczerwień! - A do Spoke'a dodał -
Mamy  tu  mały  kłopot,  włączcie zasilanie awaryjna, jakieś akumulatory czy
coś, bo panują tu nieliche ciemności.
  -  Robimy  co  w  naszej  mocy.  Uważajcie  na  siebie,  za chwilę powinny
zabłysnąć lampki serwisowe. - Odezwał się czyjś głos.
  To  nie  był  Spoke,  ten głos przypominał Rean'owi pewnego znajomego jego
kumpla,  byłego  kumpla.  Kiedyś  był  jego  partnerem, jeszcze zanim poznał
Alice  i  został komandosem w piechocie międzygalaktycznej. Nieraz wspominał
jak  razem  z  nim zaliczali kolejne akcje, może nie takie jak ta, ale i one
były  wezwaniem  dla  pary  nieustraszonych  młodzieńców.  Były.  Znowu  się
zamyślił.  Byli  dla siebie jak rodzeństwo, do czasu tego paskudnego wypadku
na   promie  zrzutowym.  Pamiętał  tylko  rozhermetyzowanie  kadłuba  i  syk
uchodzącego  powietrza.  Potem  białe  ściany, lekarze, aparaturę medyczną i
śmierć   najlepszego   przyjaciela.  Pogrzeb  był  prosty,  kilku  wspólnych
znajomych, była dziewczyna i ojciec zmarłego, komandor Spoke...
  Z  zamyślenia  wyrwał  go  oślepiający  błysk  po prawej. Za chwilę drugi,
niemal  tuż  przy samej głowie. Nie, teraz był już znowu zimnym wyrachowanym
niszczycielem.
  - Przylgnij do ściany! - darła się Alice.
  Ale on jej nie słyszał i na oślep walił serią po wszystkim co przypominało
robota.  Ten miał jakieś osłony, pomimo tylu oddanych strzałów nie rozleciał
się  na  kawałki jak inne, wciąż co sekundę wystrzeliwywał pocisk, za każdym
razem korygując pozycję.
  Ale  Rean był szybszy. Zanim Alice zdążyła wbić w kolbę nowy magazynek, on
użył   granatów  przeciwpancernych.  Tym  razem  efekt  był  należyty.  Kupa
żelastwa eksplodowała i znowu okryła ich ciemność.
  -  Tu Spoke. Wiem, że dalej macie ciemno, muszę was zmartwić, ale awaryjne
nie  działają.  Może  uda  się  coś zrobić, lecz nic nie mogę zagwarantować,
elektronicy  analizują  uszkodzone obwody i według nich powinniście mieć tam
chociaż oświetlenie serwisowe. Jak coś się zmieni dam znać.
  - Jakoś sobie poradzimy. - Doszedł go głos Alice. - To wszystko. Over.
  I  dalej  przemierzali  ciemny  korytarz,  kierując  się  do pomieszczenia
serwisowego,  skąd  co parę minut wyjeżdżał łazer. Podczerwień niewiele im w
tej  chwili  dawała, była bardziej pomocna przy lokalizowaniu źródeł ciepła,
jak  na  przykład  silniczki  w robotach. Podchodzili do skrzyżowania, teraz
wolniej,  jeszcze  bardziej skupieni niż zwykle, gotowi do nagłego uskoku, i
nasłuchujący  każdego  obcego  odgłosu.  Cały  czas słyszeli tylko delikatny
szmer  wentylatorów i odgłosy swoich butów pancernych. Panowała cisza, wśród
niej  mogła  się  kryć śmierć, nie mogli popaść w rutynę, bo była ona zgubna
dla  każdego  przeceniającego  swoje  siły. Korytarz na przeciw siebie mieli
pusty,  niewiadome  czaiło się po lewej i prawej stronie. Niemal dokładnie w
tej  samej  sekundzie  Rean i Alice, wyskoczyli do góry i upadając po środku
korytarza zajęli pozycje gotowe do strzału.
  Napięcie  opadło,  korytarz  był pusty, po prostu mogli być w sektorze nie
zajętym  przez  roboty. Należało kierować się na lewo, im szybciej tam dojdą
tym szybciej załatwią te paskudztwa zanim się rozpierzchną po całym ośrodku.
  - Rean, słyszysz? - spytała z przerażeniem. - Będzie ich chyba z osiem.
  Zajęli  się  przygotowaniem  działka  zaporowego, ustawili go przy odnodze
ślepego zaułka. Manewr był ryzykowny, ale oni lubili ryzyko.
  -  Alice,  mamy do końca tego korytarza trzy zakręty, jeżeli nie damy rady
przy trzecim, nie będziemy mieć odwrotu.
  -  Wiem.  -  przytaknęła. - Ale za to żaden łazer nie zajdzie nas od tyłu,
będziemy   mogli  skupić  się  na  skuteczności  co  daje  nam  to  przewagę
techniczną.
  -   Więc,   oby  się  udało.  Działko  jest  nieźle  podrasowane,  powinno
powstrzymać  kilka  robotów,  a  resztą  zajmiemy  się  my. Chodź, już czas,
nadchodzą.
  Istotnie,   odgłosy   gąsienic  poruszających  się  po  idealnie  gładkich
nawierzchniach  korytarza,  przybierały  na  sile. Z boku działka zaporowego
paliła  się pomarańczowa dioda, sygnalizująca gotowość do odpalenia pocisków
rozrywających.  Łazerów  było  9.  Posuwały  się  kluczem,  jeden  szedł  na
przodzie,  niejako  wystawiając  się  specjalnie na obstrzał, reszta, po dwa
ciągnęły  za  nim. Ostatnie dwa pilnowały tyły, taka mała armia uzbrojona po
zęby i to nie atrapami, a prawdziwymi pociskami rozrywającymi.
  Nagle kolor diody w działku zmienił kolor na czerwony.
  -  Słyszysz,  jak  im  daje popalić. - Rean szczerzył zęby, reszta to będą
niedobitki, i damy sobie z nimi rady.
  W tym momencie działko ucichło.
  - Co jest! Przecież one do niego nie strzelają, to nie jest człowiek!

Virtual Reality

Autor: Cobretti

                              Virtual Reality.

                       [ Dariusz Majgier - Cobretti ]

  Tysiące,   miliony   najdrobniejszych   porcji   informacji   na  sekundę,
transportowane   z   satelity   przekaźnikowego   na   Ziemię   wciąż   były
przechwytywane  przez  speców  z Cybernetic and Bionic Reality. Bit za bitem
bez  przerwy  napływały do centralnego komputera korporacji i były poddawane
wymyślnym,  jak  na  systemy komputerowe o poczwórnej dokładności, torturom,
mającym na celu odkodowanie informacji jaki niósł przekaz.
  Główny  komputer  nie miał z tym żadnych problemów. Był wyspecjalizowany w
łamaniu  zabezpieczeń i w czasie rzeczywistym, na bieżąco, analizował dane i
dostosowywał sposoby odkodowywania tajnych informacji.
  Cała  sala  lśniła w bieli, gdzie niegdzie pobłyskiwały lampki kontrolne a
systemy  wspomagania  sztucznej inteligencji starały się wyłapać najbardziej
znaczące wyrazy-klucze, mogące nieść potencjalnie ważne informacje.
  Systemy  wyszukiwania  typu Smart były już tutaj mało przydatne, algorytmy
przeszukiwania  i  analizy  stanowiły  o  tym czy gdzieś tam, daleko w głębi
kosmosu, ludzkiemu życiu nie zagrażało niebezpieczeństwo.
  W  pewnym  momencie  biała sala ożyła, nie zdarzało się to często bowiem z
reguły  komputer  sam  mógł przeanalizować przekaz i zdecydować o jego małej
przydatności.  W tej chwili miał albo problem, albo zawarte w przekazie dane
miały  fundametalne  znaczenie  dla  bezpieczeństwa  lub  sytuacji  ludzi na
Torp'ie, w 21 koloni karnej.
  -    Nie    jest    możliwe   jednoznaczne   zdefiniowanie   przekazu   nr
17-13-17-47-235-ACCQAW  z  bazy  na  Torp'ie. - Meldunek powtarzał się co 12
sekund, czekając aż ktoś wreszcie go przejmie i stwierdzi o co tak na prawdę
chodzi.
  Spece z CBR zareagowali jak zawsze... flegmatycznie i ospale.
  -  Hej,  Sleem,  idż  to wyłączyć i załaduj tą frazę do słownika, niech na
drugi  raz  nie  zawraca  nam  głowy.  -  Beher nie mógł sam pójść bo akurat
studiował  plany  budowy  komputerów  w  nanotechnologiach  i wciąż nie mógł
zrozumieć jednej rzeczy.
  Sleem,  jak  to  Sleem,  wstał od stolika i powoli poszedł zobaczyć co się
stało.
  - Sleem, jak to możliwe, żeby komputery mogły być tak małe, że mógłbym ich
nie  zauważyć???  Sleem,  kurcze,  wyobrażasz  sobie  że  można  by na Twoim
zakutym  łbie  postawić  cały  ośrodek  obliczeniowy?? - wyraźnie rozbawiony
znowu zagłębił się w najnowszych opracowaniach ze Space and Science.
  -  Taaak  Beher,  tak  samo  jak można by Twoją gębą straszyć dzieciaki na
filmach  VR. - Sleem wyglądał tak jakby się właśnie obudził. Pewnie tak samo
się też czuł.
  Kobiecy  głos  cały  czas  powtarzał  ten sam tekst. Ale żadna kobieta nie
musiała  użyczać  swojego  głosu,  komputer  sam  potrafił generować odgłosy
naturalne nie do odróżnienia od rzeczywistości.
  -  O  cholera, żeby ingerować w strukturę atomu trzeba mieć dobry wzrok, a
ja  noszę  okulary. He, he, he. - wyraźnie rozbawiony tekstem Beher odrzucił
gazetkę na pulpit sterowniczy i rzucił na trójwymiarowy ekran gierkę.
  Grali  prawie  codziennie,  szczególnie bawił ich czterowymiarowy tetris i
parę  genialnie  wykonanych  programów symulujących nalot obcych cywilizacji
na  Ziemię.  Pełna  gama  odczuć:  zapach,  dźwięk, trzy wymiary, reakcja na
myśli,  symulowanie  stanów psychicznych... Tak!! Można było nawet umrzeć ze
strachu,  te  gry wymagały badań psychiatrycznych do ich używania. Nie można
było  przesadzić. Pamiętał przypadek gdy twórcy tego oprogramowania w celach
testu  zabili najprawdziwszego człowieka. 'I to tylko dlatego żeby sprawdzić
jego reakcje na prawdziwy strach' - pomyślał.
  Z zamyślenia wyrwał go głos Sleem'a brzmiący przez interkom.
  -  Beher, rusz dupsko i chodź na dół. Ja tego też nie rozumiem, nie dziwie
się, że komputer nie mógł tego rozgryźć.
  - Idę, już idę, czy na prawdę beze mnie już sobie nie możesz poradzić? Czy
będę  Ci  musiał  trzymać  jak będziesz się chciał odlać?? Sleem do cholery,
masz  mózg  więc  przestań  myśleć jajami. Chyba jesteś najlepszym specem od
kodowania więc jak komputer nie wydolił to sam się tym zajmij a nie pociskaj
mi  kitów,  że  czegoś nie rozumiesz. W końcu ja jestem tylko szefem, i moja
ingerencja w te...
  -  Czy  Ty  się  nigdy nie zamkniesz Beher?? - przerwał mu w pół zdania. -
Patrz i powiedz mi co to znaczy...

  'Oni  to  Oni, nie pytajcie. Pojawią się tak nagle jak tutaj. Śmierć i Oni
to jedność. Nikt nie przeżył, ja też uległem zniszczeniu. Czas wsteczny: 1.
                                                Rio-Er-12 - komputer bazowy'

  -  Sleem,  chłopcy na górze robią sobie z Ciebie jaja, to wszystko. Czy ty
na  prawdę  nie  widzisz,  że to nie ma sensu. Obejdź standardowe procedury,
spróbuj  kodów  jakie  przerabialiście  w  podstawówkach,  to musi być dobry
dowcip.  Czy  Ty  na  prawdę  nie możesz mnie wołać w ważniejszych sprawach.
Odrywasz  mnie  od najlepszych gierek jakie stworzyły firmy komputerowe od 3
lat.
  - Zamknij się Beher. To poważna sprawa, myślisz, że gadasz z amatorem? Oni
nie   mają   szans,  kodowanie  omawiane  w  szkole  to  dla  mnie  kaszka z
mleczkiem,  myślisz,  że  tego  nie  sprawdziłem.  To  co  widzisz  przyszło
rzeczywiście  z  bazy  na Torp'ie i ma znaczenie właśnie takie jakie ma. A w
ogóle  przekaz  był  nie zaszyfrowany i nie pochodził od człowieka. Nadał go
komputer główny i to w czasie wstecznym. - na chwile zawiesił głos.
  - Czy Ty wiesz co to znaczy czas wsteczny, Beher?? - umilkł.
  -  Chcesz powiedzieć, że czas wsteczny rzeczywiście istnieje?? Słyszałem o
tym  zjawisku,  ale  nigdy  nie  dane było mi to zobaczyć na własne oczy, to
jest ponoć niemożliwe z technicznego punktu widzenia. Przecież czas wsteczny
był jak dotąd możliwy do uzyskania tylko w technice Virtual Reality, ale tam
było  to  proste.  Wystarczyło  się  cofnąć w czasie i jeszcze raz spróbować
wykonać pewne czynności, zresztą wszystko załatwiał komputer.
  -  No  więc  wyobraź  sobie  Beher, że chyba mamy na prawdę do czynienia z
czasem  wstecznym. Ten komputer nadał to po jego zniszczeniu. Wiem, że brzmi
dziwnie,  ale  chyba  na  tym  to  polega.  Jakimś  cudem  potrafił po swoim
unicestwieniu  zmienić  bieg  czasu,  wysłać  informację dla nas na Ziemie i
ponownie zginąć.
  -  Bez  sensu!!  Skoro  mógł  cofnąć  czas  to  mógł  zmienić również bieg
wydarzeń!  -  Na  twarzy  Behera malowało się zdumienie i zaczął myśleć, tak
intensywnie, że nagle usłyszał siebie z przed chwili:
  -  Bez  sensu!!  Skoro  mógł  cofnąć  czas  to  mógł  zmienić również bieg
wydarzeń!
  Tym  razem coś go ruszyło, przypomniał sobie te gry komputerowe, które tak
dobrze  potrafiły  naśladować  rzeczywistość,  że  aż  trudno było rozróżnić
fikcję od prawdy. Nagle zrozumiał.
  -  Sleem.  Wiem  w  czym  jest  problem. - zadowolony spojrzał na kumpla z
ośrodka.
  - Taaa, no wiec mów bo ja ciągle nie rozumiem o co chodzi z tym przekazem.
-  Sleem  dalej  zastanawiał  się  co  może  nieść za wiadomość ten strzepek
informacji.
  - My gramy! Ty, ja, ten dziwny tekst, ten ośrodek - to gra! Wystarczy siłą
woli  zakończyć  grę  i będziemy znowu wśród żywych. Nie wiem jak Ty, ale ja
bym się z chęcią skupił nad czym innym. - teraz mu ulżyło, rozgryzł problem.
  -  Zgadzam  się.  Jakieś  czasy  wsteczne,  antymateria,  nanotechnologie,
ciekawe  co  jeszcze  byśmy wymyślili. O mały włos a byśmy zapomnieli, że to
gra!  Czy Ty wiesz co mogłoby się wtedy stać?? - teraz faktycznie zabrzmiało
to groźnie.
  Problem w tych grach polegał na tym, że sterowanie grą wymagało ingerencji
ze  strony  człowieka.  Tylko  własna  wola  mogła zakończyć ten pojedynek z
komputerem  w  całkiem  innym świecie. W świecie VR, w którym programy miały
wpływ na psychikę, odczucia i były w stanie przejąć kontrole nad organizmem.
  Tak,  zaczęło się to od pomysłu zdolnego studenta informatyki. On wpadł na
genialny  algorytm  samo  uczenia  się  programów  i sposoby wpływania VR na
ludzką  psychikę.  Zresztą  stosowano  to później w medycynie i symulatorach
bojowych  dla  piechoty kolonialnej. To była twarda szkoła, z tą różnicą, że
tam  nad  graczami  czuwał automat czasowy, a tutaj Sleem i Beher byli zdani
tylko na siebie.
  - Sleem, słyszysz mnie, wstawaj. - Beher próbował podnieść kumpla z zimnej
posadzki. Nie wiedział dlaczego stracił przytomność.
  Sleem  leżał nadal, po chwili zaczął reagować normalnie ale niczego tak na
prawdę nie był pewien.
  -  Sleem,  jest problem. Nie wiem na jakim poziomie wewnętrznym jesteśmy i
jak  długo  gramy w tą cholerną grę. - oczy utkwił w przyjacielu, w nadziei,
że otrzyma od niego odpowiedź.
  -  Ja  też  nie wiem jak głęboko zabrnęliśmy w to bagno. Jeżeli gramy zbyt
długo  to  nie  dziwie  się  dlaczego  straciłem  przytomność. Organizm musi
odpocząć,  pamiętasz  te  badania jakie wykonywali ludzie z SRTR nad wpływem
snu  na  człowieka. Wytrzymuje się maksymalnie 4, 5 dni. Potem tracisz mowę,
przestajesz słyszeć, musisz się przespać bo inaczej umrzesz. - powiedział to
tak, jak by sam w to nie wierzył, ale wyraźnie coś się z nimi działo.
  Z  reguły  gracze  nie  zapędzali  się  daleko,  poziom  drugi  lub trzeci
wystarczał  w  zupełności.  Ciężko  było  zakończyć  grę  i być dalej w grze
pamiętając o tym. Tak więc poziom zagłębienia w gry w grze nie mógł być zbyt
wielki.  Można  było  zgubić  panowanie  nad  tym,  gdzie się teraz człowiek
znajdował i to mogło doprowadzić do szaleństwa.
  -  Gdzie  byliśmy ostatnio? Beher, do cholery rusz głową bo zginiemy w tej
grze  i  to  nie  ze  strachu  a  z wycieńczenia i na dodatek tego wcale nie
odczujemy.   Mam   wrażenie,   że  wiem  jak  działają  narkotyki  i  środki
dopingujące.  To jest coś takiego jak ta gra. Myślisz, że jest wspaniale ale
tak  na  prawdę  jesteś zmęczony i wycieńczony. To zabójstwo dla ciała. Boję
się, Beher. - spuścił oczy i opuścili następny poziom.
  -  Nic  nie  mogę  poradzić,  za  daleko zabrnęliśmy. Tu jest jakaś ciemna
ulica,  nie  za bardzo widać gdzie moglibyśmy się udać. W ogóle zaczynam się
bać,  że opuszczanie poziomów zagłębienia to tylko symulacja i tak na prawde
możemy  wchodzić  jeszcze  głębiej. Jak to sprawdzić? - spojrzał na Sleema i
ich  spojrzenia skrzyżowały się. Wyglądali obaj tak samo. Strach tkwił w ich
oczach i bali się, że nigdy nie opuszczą tej gry.
  Najgorsze  było  to,  że  tej  gry  rzeczywiście  mogli nigdy nie opuścić,
zasilanie  było  podtrzymywane  przy braku prądu poprzez MPS'y. Pozostało im
kluczyć  tak  samo  jak człowiekowi zagubionemu na pustyni, bez mapy, wody i
kompasu. Tak, mieli tak samo małe szanse.
  - Sleem, patrz, widzisz ten samochód?? Przy nim jest człowiek, zapytamy go
gdzie jesteśmy.
  - To na nic, nie wiemy czy on jest prawdziwy... zresztą jest jeszcze jeden
problem, musimy uważać, żeby się nie rozdzielić. Na razie byliśmy razem, ale
nagle  możemy  znaleźć  się  na innych poziomach gry. Na wszelki wypadek nie
myśl o tym... - Sleem odwrócił głowę od samochodu i zaniemówił.
  Został  sam,  teraz  już  nawet  nie  był pewien czy zna jakiegoś Beher'a,
niczego  nie  można być pewnym w tej grze za wyjątkiem tego, że można z niej
nie powrócić.
  'Przecież  grałem  w  nią  tysiące  razy, zawsze udawało mi się wrócić, co
jest?'  -  zastanawiał się w myślach. 'Rusz głową Sleem, przecież musisz coś
wymyślec.  A  może  ci  się  tylko  zdawało,  że  grałeś? Może to jest Twoja
pierwsza  gra,  może  to ci sie tylko śni, otwórz oczy, no dalej Sleem, zrób
to!'  -  jego  wysiłki  spełzły  na  niczym.  Znalazł  się  właśnie w łóżku.
Śnieżnobiała  pościel  i  delikatne  pukanie  do drzwi... 'Nie!' - pomyślał.
'Mam dość, dłużej tego nie zniosę.'
  Chaos, pustka, odwieczna przepaść, bezmiar czasu, bezład materii, koszmar.
Wszystko naraz, i nic w tym samym czasie. Wyłączył się maksymalnie, przestał
myśleć.  Zaczął  zachowywać  sie  jak  rasowy gracz. Wyimaginowane fazowniki
plazmy pojawiły się w jego dłoni. Od strony zabudowań jakiejś starej fabryki
widać  było  plac  boju.  Skierował  się w tamtą stronę. Dwa potężne Tropery
stały  na  swoich  miejscach  i czekały na walczących. Nie widział czemu nie
było wokół ludzi, w powietrzu unosił się tylko swąd spalonego ciała, okolica
wyglądała  na  opuszczoną.  'Jakiś  ładunek  termiczny'  - pomyślał i zaczął
wchodzić po schodkach do kabiny Tropera.
  Usiadł,  spojrzał  na  konsole  sterowniczą,  włączył  główny  przełącznik
zasilania,  założył  kask.  Gdzieś  w trzewiach maszyny dał się słyszeć szum
silników   i  siłowników  pneumatycznych.  Jego  przekrwione  oczy  wyrażały
wszystko,  nie musiał posługiwać się myślami, miał tylko jeden cel - zabawić
się  na  całego,  zanim  umrze w tej grze bez końca. Odprężył się, rozluźnił
wszystkie  swoje  mięśnie, ogarnął go spokój, poczuł przypływ mocy. Zamyślił
się  na chwile. Przecież gdzieś tam poza grą, zostawił rodzinę, żonę, córkę,
przyjaciół...  a  może  to  też  były  tylko wyobrażenia. Nagle z zamyślenia
wyrwał go potężny wybuch na masce Tropera i usłyszał znajomy głos
  - Zginiesz Sleem, jak pies...
  -  Beher,  oszalałeś!  To  ja! Skąd się tu wziąłeś? Opanuj się! Nie możesz
tego zrobić, Beher!
  - Takie są reguły tej gry Sleem, zapomniałeś? - na monitorze przekazującym
obraz  z  drugiego  Tropera  Sleem  ujrzał  twarz  przyjaciela wykrzywioną w
śmiertelnym grymasie.
  - Ty nie istniejesz Beher, to tylko sen... - sam już nie wierzył we własne
słowa, drugi pocisk grawitacyjny powalił Tropera na ziemie.
  W  tym  momencie  Sleem  znowu odżył, przypomniał sobie swój cel. Przestać
myśleć,  zacząć  zabijać,  wyeliminować przeciwnika z gry. Odżył, zapomniał,
zamienił  się  w  mordercę.  Potężne  siłowniki  stęknęły  i całą swoją mocą
podniosły  Tropera  z  powrotem  do pozycji wyjściowej. Zaczął się morderczy
wyścig  o  pozycję w jak najlepszym miejscu na polu walki. Wszędzie istniały
resztki  budowli,  jakieś  wieżyczki  strzelnicze,  za  które można było się
ukryć.
  Następny   przełącznik   i   blastery   Tropera  uzbroiły  się  w  pociski
jonowo-plazmowe.  Beher  tylko  na to czekał, spokojnie zbliżał się w stronę
zburzonego muru za którym Sleem przygotowywał się do bezpośredniego starcia.
Swoje  poczynania  śledzili  na skanerach, symulowane przez oprogramowanie w
pełnych trzech wymiarach.
  Nagle  Sleem  znalazł  się  na  pokładzie myśliwca i zaczął pikować w dół,
wprost  na  skały  Diabelskiego Kanionu. Jeszcze dobrze nie wczuł się w rolę
pilota, gdy nagle zrobiło się ciemno i usłyszał głosy ludzi.
  - Przestań Jake, to może się odbić na jego psychice, może zacząć traktować
normalny  świat  jak  grę  VR. Nie poradzi sobie potem z samym sobą. - Sleem
starał  się  od  dłuższej chwili przerwać ten test i teraz mówił do głównego
projektanta systemów VR.
  - Jasne Sleem, wyłączyłem już symulator. Za chwilę Beher dojdzie do siebie
i przestanie grać. Spokojnie.
  Slemm  już  nie  panował  nad  sobą. Zastanawiał się czy tak na prawdę nie
nazywa  się  Beher. 'To w końcu jak, Sleem czy Beher? Kim ja jestem, kogo ja
udawałem.  To  znaczy,  że  spotkałem  sam  siebie  i  z samym sobą chciałem
walczyć?  A  gdybym  tak  się  zabił to zginąłbym na prawdę?' - nie kojarzył
niczego,  nawet  był pewny, że dalej gra. Zaczął szlochać. W końcu rozpłakał
się jak dziecko. Załamał się zupełnie...

3 lata potem.
  Przybywało  coraz  więcej ludzi umysłowo chorych, którzy twierdzili, że są
wciąż  w  grze  i  nie  mogą przerwać jej toku. Liczba wypadków śmiertelnych
zwiększała się z roku na rok...
  Miedzynarodowa  Unia  Komputerowa  w  roku  2012  zabroniła  używania gier
komputerowych  VR.  Ale  na  rynku gry tego typu były największym rarytasem.
Zaczął  kwitnąć nielegalny handel grami VR. Stały się one najbardziej cennym
towarem   na   rynku.   Zastępowały  używki,  naturalne  potrzeby,  rodziny,
przyjaciół. Były najgorszą plagą XXI wieku. Ale tak na prawdę najgorsze było
to,  że  nikt  nie  potrafił  już  do końca rozróżniać tych dwóch światów. A
może świat nie istnieje, może to też tylko gra...

Inne - Reportaze

Jak kupowałem drukarkę

Autor: Cobretti

                         Jak kupowałem drukarkę...

                       [ Dariusz Majgier - Cobretti ]

  Przenieśmy się w przeszłość. Jest rok 1993 grudzień 5 dzień tego miesiąca.
Postanowiłem  zaopatrzyć  się  w  drukarkę,  zbliżał się termin pisania prac
dyplomowych, a i w domu drukarka by się przydała.
  -  Czemu nie - powiedzieli rodzice, i tak część kwoty wykładałem z własnej
kieszeni. I zaczęło się...
  Postanowiłem   sprawdzić   ceny   w   okolicznych  sklepach  w  Sosnowcu i
Katowicach,  poprzeglądałem  wszystkie  czasopisma komputerowe. W ręce wpadł
mi  pożyczony  od  kolegi  ENTER nr 12 rok 93. Od razu pochłonąłem artykuł o
drukarkach,  i  test jedenastu tanich drukarek. Było nie było z moim zasobem
gotówki  i  wiedzą  teoretyczną stanęło na tym, że zapragnąłem mieć Seikoshe
SP-2400.  Jak postanowiłem tak też zrobiłem. Ale co przeżyłem podczas okresu
między wybraniem, a kupnem poniżej.
  Jest  10  grudzień,  znów  zjeździłem  kilka sklepów i obcykałem sobie dwa
całkiem  niezłe,  ponieważ  miałem  ją  kupić na raty chodziło też o dogodne
warunki płatności.
  Na  drugi  dzień  wywęszyłem  w  Sosnowcu  nowo  otwartą filię Optimusa. W
Gazecie  Wyborczej  wyczytałem,  iż  Optimus  również  rozprowadza  drukarki
Seikosha,  ale  pod  nazwą Optimus, co ciekawe nawet po interesującej cenie.
Dodatkowo,  cholera,  jeszcze  dochodzi ten vat 22% i krzyżuje mi szyki. Ale
wcześniej  nie  miałem  kasy,  kto  kupił sprzęt przed vatem ten teraz olewa
wszystko.
  Minęło  dwa  dni,  jestem  coraz bardziej napalony. Jedziemy do Optimusa z
ojcem  po  drukarkę.  Oczywiście grzeczna wymiana pozdrowień i przystępujemy
do  rzeczy, mówimy, że chcieliśmy kupić Seikoshę na raty. Gostek odrzekł, że
owszem,  czemu  nie,  ale dopiero od poniedziałku bo w tej chwili załatwiają
sprawy związane z otwarciem rachunku w nowym banku, bo poprzedni splajtował.
Więc  co  było  robić,  pakujemy  się  z  powrotem  do  autka  i go home. Ja
oczywiście podłamany.
  Po  kilku dniach znalazłem ogłoszenie w Gazecie, że na 22 stycznia (ulica,
nie  data)  jest  nowo  otwarty  sklep  z  drukarkami  i  sprzedają na raty.
Oczywiście jadę tam sam zobaczyć co i jak.
  Dzień  dobry,  Dzień  dobry,  macie  Seikoshę  2400,  tak, w jakiej cenie,
6200000,  chciałbym  kupić na raty; jakie warunki muszę spełnić. Oj, przykro
nam,   ale  właśnie  wprowadzamy  sprzedaż  ratalną  i  bank  musi  podpisać
obustronne  porozumienie,  więc  na  raty  będziemy  sprzedawać  dopiero  od
czwartku.
  Ok,  cóż  zrobić.  Biorę  tatę  i  jedziemy  do Katowic po drukarkę. Znów,
cholera,  pech.  Gostek się tłumaczy, że to nie od niego zależy, że chciałby
jak  najlepiej,  ale  bank  nie  podpisał  umowy  i  na  raty sprzeda nam od
poniedziałku.
  Jest  poniedziałek, połowa grudnia, ja już nie wytrzymuję nerwowo, dostaję
pomarańczowej  gorączki,  ledwo  widzę  na oczy. Dziś jest ten wielki dzień,
dziś  będzie  drukarka. Oczywiście jajo. W Optimusie znowu ta sama gadka, że
to  niby  bank jest na wczasach i przez dwa tygodnie nie obsługuje klientów.
To co to ma być za bank, jakieś gówno!!! Pakujemy się do bryki i jedziemy do
Katowic.  Piękne  powitanie,  cieszą  się że nas widzą znowu, bla, bla. Jest
godzina piąta po południu, a oni właśnie zamykali sklep i dla wyjątku nam go
otworzyli.  Zaraz  potem  jakiś gostek pyta o ksero dowodu osobistego, niech
ich  szlag,  oczywiście  nie  mamy,  bo we wcześniejszych warunkach tego nie
było. Co robić szukamy ksero, ale wszystkie pracują tylko do czwartej.
  Zwijamy się do domu.
  Po  dwóch  dniach, jedziemy tam z całym zestawem dokumentów, kser i innych
całkiem  niepotrzebnych  rzeczy. Dzień dobry, dzień dobry, to znowu my i nie
ma na nas haka. Byłem już stuprocentowo pewny, że mam dziś drukarkę. Ale jak
bardzo   się  myliłem  miałem  się  przekonać  za  chwilę.  Gostek  wypisuje
dokumenty,  ja i starszy mamy dość wszystkiego, ja mam nadzieję, a tu gostek
mówi,  że zarobki starszego są źle wypisane i brakuje kilku tysięcy aby było
wszystko  git.  No to wkurwiliśmy się dosadnie i wyszliśmy z tego sklepu aby
już  nigdy  tam  nie  powrócić.  Ku  przestrodze  ten sklep mieści się na 22
stycznia  w  Katowicach, a nazywa się jakoś na Baj (może Bajtbox), a jest na
tyle  chujowy,  że  po zakupie towaru na raty nie otrzymamy od razu sprzętu,
tylko trzeba czekać kilka dni aż przykry Investbank zatwierdzi papiery.
  Tak  oto  mija  następny  tydzień.  Odpadł nam jeden dupiaty sklep, został
Sosnowiecki  Optimus.  Jestem  w  transie,  jeżeli  w tym tygodniu nie kupię
drukary to se (sobie) palne w łeb. Jest już Styczeń, jak dobrze policzyłem.
  Co  parę  dni chodzę do Optimusa dowiadywać się jak tam ten bank, czy będę
mógł  kiedyś,  kurna,  kupić  tą  drukarkę.  Okazuje się, że za każdym razem
odpowiedź jest taka sama.
  -  Nic  nie możemy powiedzieć, ale proszę się dowiadywać. Jak będziemy już
wiedzieć  coś  konkretnego,  to  ewentualnie zadzwonimy, proszę nam zostawić
swój numer.
  Na  szczęście  nie  mam telefonu bo mnie już wkurza ten Optimus. Rozglądam
się  za  jakimś  innym  sklepem.  I  co  się  okazuje?  Niedaleko od centrum
Sosnowca  znajduje  się  ulica  Kościelna.  Na ulicy kościelnej znajduje się
sklep  BAC.  W  sklepie  BAC  znajduje  się moja wymarzona drukarka. W mojej
wymarzonej  drukarce  brak tylko układu z polskimi literami, bo gostek wyjął
go  i  wstawił  do  swojej  Seikoshy.  Cena  jest  w porządku, wszystko gra.
Przyjeżdżamy  ze  starszym do tego sklepu z zamiarem kupienia drukarki, a on
mi  mówi, że trzeba było mu wcześniej powiedzieć to by ją zamówił i by była.
Starszy ma już dość, ja też.
  Umówiliśmy  się  na  jutro.  Przyjeżdżamy  jutro  a on mówi, że ma ale bez
polskich  znaków,  a  jak  chcemy  to  możemy  poczekać,  to on przywiezie z
hurtowni.  Oczywiście  czekamy,  bo jestem zbyt napalony na drukarkę. Za pół
godziny  rozlega  się  w  sklepie  telefon,  i  gostek mówi żonie, że będzie
drukarka,  niech  spisuje umowę. Za drugie pół godziny podjeżdża pod sklep i
co  się  okazuje - jest bez drukarki. Mało brakowało a by mnie szlag trafił.
Już kurna nie chodziło o drukarkę, ale o tego pieprzonego pecha.
  Ponieważ umowa była spisana, a ja koniecznie chciałem mieć drukarkę i to z
polskimi  znakami,  stanęło  na  tym,  że  weźmiemy Seikoshę SP-2400 ale bez
polskich  znaków,  a  na  drugi dzień ma mi gostek załatwić układ z polskimi
znakami.  W  końcu  jak  kupowaliśmy  drukarkę była godzina osiemnasta, pech
chciał,  że  gostek  nie  miał kabelka do drukarki, bo takowy należy dokupić
oddzielnie.  Więc  tego  dnia  miałem  drukarkę,  ale  i  tak nie mogłem jej
podłączyć  do  Amigi.  Poczytałem  sobie instrukcję, zrobiłem kilka wydruków
testowych i polazłem spać.
  Jest  sobota,  już  na  prawdę  nie  wiem ile minęło dni od chęci kupienia
drukarki  po  raz  pierwszy,  chyba  grubo  ponad  miesiąc. Mam drukarkę, po
południu jadę po kabelek i po układ. Kabelek kupuję bez problemu, ale gostek
nie  załatwił  polskich  znaków,  mam przyjechać w poniedziałek. No to kurna
jadę  w  poniedziałek.  Ta  sama  gadka, mam przyjechać we środę. No to jadę
kurna we środę i proszę powstać
                   -NARESZCIE MAM DRUKARKĘ W KOMPLECIE -

Dyskietka

Autor: Cobretti

                                 Dyskietka.

                       [ Dariusz Majgier - Cobretti ]

  Teraz trochę matematyki. CZYSTA ANALIZA.
  Leży  przede mną dyskietka. Najprawdopodobniej zajechana na śmierć, bo nie
chce  się  sformatować.  Stary rocznik, jeszcze z lat 90. Niepozorna, koloru
niebieskiego, z nalepką, na której napisane jest 'Barns'n'Pipes d.2'. Widać,
że  nalepka jest nie od tej dyskietki. Poprzednia została usunięta, i na jej
miejsce  trafiła ta. Kiedyś miałem na poprzedniej napisany tekst flamastrem,
ale jak to w moim przypadku, taka nazwa dysku nie była zbyt długo aktualna.
  Na metalowej przesuwanej blaszce widnieje napis:
        MICRO FLOPPY DISK
        3.5". 2DD
        135 TPI
        DOUBLE SIDED
  Numer dysku 29, wielkie czerwone cyfry nalepione są na lewo od blaszki, na
większej  powierzchni  bocznej.  Tak  się ma pokrótce charakterystyka. Teraz
przejdę  do  przeanalizowania  zawartości takiej dyskietki, zaopatrzyłem się
wcześniej w scyzoryk tak, że nie powinno być problemu.
  Próbuję  dostać  się  z  boku dysku do środka, nie ma problemu. Jedynie po
rogach,  na  połączeniu obu części dysku występują komplikacje. Gdy udało mi
się  dostać  ostrzem  w  miejsce  zabezpieczenia  przed  zapisem miałem mały
problem  jak  to  rozgryźć  aby  niczego  nie  uszkodzić.  Jedno  silniejsze
pociągnięcie  i  na ziemię poleciała zatyczka zabezpieczająca przed zapisem.
Olałem ją.
  Mam  już  górne  rogi  rozwarstwione,  teraz  tnę  nożem  nalepkę na całej
długości   górnej   szczeliny   jaką  udało  mi  się  podważyć  scyzorykiem.
Przecinam  naklejkę  z  opisem dysku centymetr po centymetrze. Przejechałem.
Rozpruwam ścianki boczne, udało się. Teraz delikatnie wyjmuję nośnik.
  Trzy  i pół calowy krążek pokryty super cienką warstwą magnetyczną wygląda
fatalnie,  pełno  na  nim  koncentrycznych wyżłobień, tak jakby głowica była
rysikiem.  Jak  się domyśliłem ślady te pochodzą stąd, że przenosiłem dysk w
niezbyt  sterylnych  warunkach  i  do środka musiał dostać się piasek, który
wywołał totalne spustoszenie na nośniku. Dobrze, że nie uszkodził stacji.
  Po  delikatnym usunięciu nośnika pozostała mi obudowa. Po niecałej minucie
wyskoczyła  mi  gdzieś  sprężynka  odpowiedzialna za przesuwanie się blaszki
chroniącej  nośnik,  a  sama  blaszka  leżała  obok  dwóch części składowych
dyskietki.  Blaszka  wyglądała  jak  blaszka,  nic dodać nic ująć. Ciekawiej
było  ze  sprężynką,  bo  można  ją  było  wyginać i naciągać, a ona czasami
potrafiła  wymknąć  się niepostrzeżenie z moich paluszków i ginęła gdzieś na
dywanie. Potem odkryłem, że blaszkę można również wyginać i zaczęło sprawiać
mi  to  przyjemność.  Wyginałem  i wyginałem. Nie możliwe jest doprowadzenie
blaszki do kształtu pierwotnego, tego nauczyło mnie doświadczenie.
  Spojrzałem  na  dwie  części  obudowy dysku, na pozór się nie różniły, ale
jednak  jedna  część  miała  większą  ilość  dziur  a  druga  większą  ilość
zaczepów.  Nazwałem  jedną  część  częścią  damską a drugą męską. Co więcej,
podstawowa  różnica  to otwór po środku damskiej części, ten sam przez który
widać  metalową  część  nośnika,  zaczepianą  przez  stację  w  celu nadania
odpowiedniej prędkości kątowej nośnikowi.
  W  środku,  a  w  tej  chwili  na  wierzchu  znajduje  się  coś  w rodzaju
prowadnicy,  wyłożonej specjalną warstwą materiału zmniejszającego tarcie do
minimum  między  nośnikiem  a  obudową  podczas  obrotu  nośnika  ze znaczną
prędkością w stacji dysków.
  I to tyle co można zauważyć... stop, jest coś jeszcze, właśnie dostrzegłem
na  tym  materiale plamę z herbaty, widocznie jak był u mnie Baku i trąciłem
ten  trunek  co  mi  zalał  z  20 nośników, część dostała się do tej właśnie
dyskietki.
  Następnym razem rozbiorę coś poważniejszego, może stację dysków...

Gmeranie w sieci

Autor: Cobretti

                             Gmeranie w sieci.

                       [ Dariusz Majgier - Cobretti ]

  Polowanie  na  informacje zaczęło się niewinnie. Szukałem jakiejś ciekawej
książki  po  angielsku.  Najlepiej, żeby była znana i ciekawa. Postanowiłem,
że  czytając  książki  dość szybko nauczę się normalnego angielskiego, a nie
takiego jaki jest wpajany w szkole. Jak postanowiłem tak uczyniłem.
  Do roboty zaprzęgnąłem kilka sieciowych wyszukiwarek. Między innymi Yahoo,
Archie,  i  całą  masę  popularnych search'erów. Co się okazało - ano to, że
książek  jest  mnóstwo,  ale  są  umieszczone  czasem  na  bardzo  odległych
serwerach,  wiec  czas  ściągania  jest  dosyć  długi  i  przeglądanie  jest
utrapieniem.
  Znalazłem  server angielski, w którym literatura była posegregowana latami
napływania.  Wtedy  nie  zwróciłem na niego uwagi, bo aktualnie przeglądałem
pliki  przez  Gophera.  Dobre narzędzie, choć przestarzałe i nie używane tak
popularnie jak przeglądarki WWW.
  Co  znalazłem?  Książki  stare,  do  których wygasły prawa autorskie, bądź
udostępniane  ogólnie.  Między  innymi  stare  dobre  bajki,  kto nie czytał
Alicji  w Krainie Czarów, Królewny Śnieżki, bajek *.H.Andersena (jak on miał
na  imię??), literatury pełnej dedukcji czyli Holmes'a A. C.Doyla, Piotrusia
Pana,  i  innych  z  czasów mojej młodości. Ale starość nie radość jak mówią
młodzi.  Postanowiłem  dostać  w  swoje  łapska  coś  bardziej ambitnego. Po
piętnastu minutach poszukiwań trafiłem na Biblię i to w dodatku po polsku!!,
cool, fajnie mieć takie coś w formie elektronicznej, potrzebujesz cytacik to
proszę,  pięć  sekund  i  po  krzyku  (ale  jakoś nie mogłem znaleźć fajnych
cytacików żeby je tutaj przecytować).
  Po godzinie gmerania wpadłem na coś co mnie olśniło... scenariusze filmów,
to  jest  to!  Na  pierwszy  ogień znalazłem scenariusze do Terminatorów. No
mówię,  do  Terminatora  I  i  II. Odlot! Po angielsku, wiec coś co chciałem
mieć, tym bardziej mnie zmusi do czytania. Ściągnąłem sobie na dyskietki. Po
chwili  natrafiłem  na  prawdziwą  perłę  bo  literatura tego typu jest moją
ulubioną  literaturą, a więc ALIEN I i II, czyli Obcy 8 pasażer i Decydujące
Starcie. No jak dla mnie bomba! Obcego II napisał oczywiście J.Cameron!! Ten
sam  co  napisał  scenariusze  Terminatorów, zabawa się zaczynała rozkręcać.
Przy   okazji   wpadły   w  moje  ręce:  Wyspa  Skarbów,  trochę  literatury
Szekspirowskiej  (chyba  tylko  dla  jaj,  bo  mnie  to  w  ogóle nie bawi),
konstytucja USA, jakieś podręczniki typu Jolli Cook's Book (czyli jak zrobić
napalm  domowym  sposobem,  albo jak spalić komuś mieszkanie nie zostawiając
śladów)  i inne badziewia, trochę mniej ciekawe, a jednak warte zauważenia i
ściągnięcia.
  No  dobra,  ile  można  ściągać  samej  literatury.  Skoro mogę dotrzeć do
wszystkiego   to  może  zabawić  się  w  NetRuner'a.  Biegacza  i  szperacza
sieciowego,  czyli małego Hackera, działającego na dużym polu bitewnym. No i
zaczęło   się.   Najpierw   trzeba   było  opanować  sztukę  wysyłania  tzw.
Fuckmaili.  Spoko,  banalna  rzecz.  Wyciągnąć  hasło,  przechwycić  podczas
telnetów,  też  da  się  zrobić. Tym bardziej, że takie rzeczy są omawiane w
grupach dyskusyjnych i w podręczniku dla Hackerów dostępnym w sieci. Kto wie
jak szukać znajdzie wszystkie dane. Kto nie wie, ten i tak się nie dowie.
  Łażąc  po  sieci pomyślałem o penetracji danych o znaczeniu strategicznym.
Kto   mógłby   takimi   danymi  dysponować...  no  kto?  Oczywiście  agencje
wywiadowcze,  w  końcu  po  to  zostały  stworzone. Wprawdzie do GRU się nie
dostałem,  ale  FBI  i CIA stały przede mną otworem. Poufne dane były nie do
osiągnięcia  (przynajmniej dla mnie, buuuu, muszę się jeszcze wiele nauczyć)
ale  taki rarytas jak CIA World Fact Book zdobyłem bez problemu. Na początek
za rok 1992. Co w nim wyczytałem o Polsce? Ano wszystko, ile mamy lasów, łąk
i  pastwisk,  jakie  produkujemy  wyroby,  ile  lat mają poborowi, jaki jest
stan  armii,  jakie  partie  wygrały  wybory, skład rządu, ile mamy statków,
jakich,  jakie  organizacje  międzynarodowe  działają  w  Polsce,  ile  mamy
kilometrów  kolei wąskotorowych, co tylko zapragniesz się dowiedzieć i co ma
charakter  strategiczny,  miodzik  dla  zbieraczy  danych o różnych krajach.
Jest tych danych od zarypania, aż spamiętać nie idzie.
  I  tutaj  przypomniałem  sobie  o  serverze angielskim, tam były wszystkie
CIAWFB  dla  lat  następnych.  No  i  już  są  na moim twardym, teraz gdybym
planował  mały  atak  nuklearny  na  ruskich  będę  wiedział ile mają głowic
jądrowych...
  Ale  szukałem dalej. Ponieważ bawi mnie lotnictwo, wygmerałem wśród ogromu
danych  trochę oznaczeń samolotów radzieckich w slangu amerykańskiej agencji
wywiadowczej. Przy okazji, krótki opis każdego modelu ruskich samolotów, też
nie lada gratka dla hobbystów-agentów.
  Dzień  zbliżał  się  ku  końcowi.  A  jeszcze  zostało  mi tyle adresów do
spenetrowania...  Pulp  Fiction,  też  scenariusz,  trafił do moich rąk jako
ostatni.  Potem  zacząłem  chodzić  po  polskich serverach, ściągnąłem sobie
ostatnie  numery  Komputera  i  Biura  z  gazety  wyborczej  i  miałem dość.
Następnym  razem pościągam sobie obrazki, będzie co oglądać. Hm.. i to jakie
obrazki,  takich  dziewczyn na co dzień się nie spotyka, ach, gdyby tak taką
spotkać to by się od niej oczu nie oderwało.
  Dobra złażę na ziemię. Już zlazłem. No to czas kończyć. Już skończyłem.

Jabłko

Autor: Cobretti

                                  Jabłko.

                       [ Dariusz Majgier - Cobretti ]

  Mam  w  ręce  jabłko. Niewielkie, czerwone i nieokreślonego gatunku. Lubię
jabłka  ale  nie  wszystkie.  Ideałem  dla mnie jest duże, zielone i kwaśne,
dlatego  lubię  papierówki,  choć  są one z deka za małe. Ale za to ich smak
jest doskonały.
  No  więc  trzymam  sobie  to  małe  jabłuszko,  wypolerowane  na nogawce i
zastanawiam  się  z  której  strony  go  napocząć. Zanim jeszcze zdążyłem go
ugryźć  odłamałem  sterczący  kawałek mocujący jabłko do gałęzi. Hm, wygląda
apetycznie, ale wolę to sprawdzić bo z reguły można się zawieść.
  Soczysty,  pełen  determinacji  kęs,  przekonuje mnie, że jabłko należy do
tych  gatunków, które lubię. Jest lekko kwaśne i słodkie zarazem, ale ogólne
wrażenie  smakowe jest pozytywne. Łupka nie jest zbyt twarda, więc nie czuje
się  jej  tak  bardzo  jak  w  dzikich  gatunkach  jabłek zrywanych często w
zapuszczonych ogródkach.
  Soczystość  jabłka  też jest wyśmienita. Nie jest ono suche i twarde, bądź
też  cieknące  jakąś  nieapetyczną  wydzieliną. To jabłko posiada dość sporo
garbników,  co  da  się  odczuć  dość  cierpkim  smakiem. Podobną właściwość
posiada szara reneta, której zresztą nie cierpię.
  Nie  lubię  również jabłek importowanych do polski z Holandii, według mnie
przesadą  jest,  żeby  jabłka sprowadzać z takich odległości, skoro tutaj na
miejscu mamy tego owocu pod dostatkiem. Zresztą przez przypadek udało mi się
zaobserwować pewną właściwość tych holenderskich jabłek. Otóż wyjeżdżając na
wakacje  dwa  lata  temu,  przez przypadek zostawiłem jabłko w torbie, którą
miałem   zabrać   ze  sobą.  Po  przyjeździe  przypomniałem  sobie  o  tym i
spodziewałem  się  zgnitego,  śmierdzącego  jabłka  a  tymczasem z zielonego
twardego  owocu zrobił się miękki, czerwony i zdatny do jedzenia okaz prosto
z  Holandii.  Okazało  się,  że  mimo  przetrwania  na  skutek  odpowiednich
napromieniowań,  jabłko  takie  straciło  swój  smak  i  ogólne  wrażenie po
konsumpcji  kawałka  było  dalekie  od ideału, powiem więcej, było paskudne,
wiec po chwili zaliczyło kosz na odpadki.
  To  jabłko,  które  w  tej chwili dokańczam jest w porządku, bardzo dobrze
oddziela się miąższ od ogryzka, który pozostaje prawie czysty. Przypomina mi
się  tutaj  mój  kumpel,  który jabłka zjada w całości, łącznie z ogryzkami.
Widać  nie  robi  to większej różnicy, ale ja nie jestem smakoszem ogryzków,
więc  mój  wędruje  do  kosza  i jabłko przestaje istnieć. Zostaje jeszcze w
jamie   ustnej  smak,  niezapomniana  rozkosz  płynąca  z  kubków  smakowych
rozmieszczonych  niesymetrycznie  na  języku,  a  sprawiających, że smak nie
traci się w chwili skończenia spożywania.
  Będąc  dzieckiem  uwielbiałem tarte jabłka, chyba coś do tego jeszcze było
dodawane,  ale  już  nie pamiętam. Wiem tylko, że szklana tarka pozostała do
dziś  i  gdybym tylko miał ochotę na cofnięcie się kilkanaście lat wstecz to
zawsze mogę spróbować.
  Jedno  jabłko to za mało, nie jest wykluczone, że za kilka chwil odejdę od
klawiatury  i  zjem  następne. Tym razem będę pewny tego, że będzie to dobre
jabłko,  bowiem  wypróbowałem  już  tą  partię  jabłek, jaka nawiedziła moją
hacjendę
  Oczywiście  jabłka  najlepiej  smakują  gdzieś  nad rzeką, urwane prosto z
drzewa,  lub  podniesione  po  potrząśnięciu  jabłonką,  tylko skąd ja wezmę
jabłonkę na moim osiedlu? Chyba posadzę...
  Jabłka  również posiadają swoje tajemnice, kryjące się z reguły w krótkich
i prostych korytarzach przebiegających od zewnątrz do wewnątrz owocu. I jest
to  oczywiście  bardzo  niekorzystny  efekt  uboczny  dostania się robaka do
jabłka.  Taki  robak  nie  dość,  że  nic  nie  robi pożytecznego to jeszcze
zmniejsza  aktywną  powierzchnię zdatną do konsumpcji i wywołuje obrzydzenie
podczas  posiłku.  A  w  skrajnych  przypadkach  może  się dostać do aparatu
gębowego człowieka i może doprowadzić do niekontrolowanych reakcji obronnych
organizmu kończących się puszczeniem fraktala.
  Robak,   drążący  tunele,  może  być  również  postrzegany  jako  wskaźnik
przydatności  jabłka  do  spożycia.  Z  reguły spotyka się robaki w jabłkach
słodkich,  choć zdarzają się w kwaśnych. Jeżeli robak w jabłku nie występuje
to  jest  to  z  reguły jabłko jakie lubię, a więc twarde, kwaśne i zielone.
Chociaż  nie  raz  w  swojej karierze jabłkosza rozczarowałem się na jabłku,
oceniając go po występowaniu robaka lub nie.
  Ja tu gadu gadu, a tam mi siostra jabłka zżera....

Spokojna eskapada świąteczna

Autor: Cobretti

                       Spokojna eskapada świąteczna.

                       [ Dariusz Majgier - Cobretti ]

Święta 1995...
(...)
  Stanęliśmy  coś  zjeść.  Zaczynało  się  ściemniać,  jedynie  śnieg, który
pokrywał  większą  część  tego  co mogliśmy ująć wzrokiem powodował, że było
jeszcze  widno.  Naszym celem było miasto oddalone o 332 kilometry od punktu
startu,  przejechaliśmy  ponad połowę trasy ale nic ciekawego się nie działo
więc  byliśmy  przygotowani na kilka następnych godzin nudy. Wszędzie śnieg,
jechało  się  wolno  a dodatkowo tiry i ciężarówki skutecznie uniemożliwiały
szybką  jazdę.  Po  prostu  monotonne,  wolne  poruszanie  się na przód i to
dodatkowo  co  jakiś  czas ograniczane przez ślimaczące się tiry. Oczywiście
zgodnie  z  prawem  Murphiego  samochody na przeciwnym pasie poruszały się o
wiele szybciej.
  Zjedliśmy,  wyszliśmy  na  zewnątrz  baru  -  było już ciemno. Dla taty to
kaszka  z  mleczkiem,  w  końcu  ma  na swoim koncie przejechanych ponad sto
tysięcy  kilometrów.  Noc czy dzień nie robi w zasadzie różnicy. Wsiedliśmy,
przejechaliśmy z dwadzieścia kilometrów i zaczęło się.
  Trasa  stała  się tak oblodzona, że każde szybsze poruszenie kierownicą to
zachwianie  stateczności  samochodu. I tak dobrze, że nasza gablota ma napęd
na  przednie koła i była dobrze dociążona. Pech chce, że te odcinki trasy to
po  prostu  wzniesienia  i doliny. Gramolące się tiry utworzyły dość pokaźny
korek,  a  hamować  na takim lodzie nie jest łatwo. Rzut oka do tyłu i widzę
jak  potężny  tir  na  ruskich rejestracjach sunie po lodzie bo przyczepność
była  zerowa.  Strach w oczach, zgniecie nas jak puszkę, tym bardziej że nie
da  się  posunąć  do  przodu  bo z przodu korek na kilkaset metrów. Dużo nie
brakowało,  gdyby  korek nie poluzował musielibyśmy pakować się do rowu żeby
uniknąć zgniecenia.
  Następny  zjazd,  tym  razem  to  my  nie możemy chwycić gruntu. Po prostu
samochód  nie  trzyma  się  nawierzchni i powoli ale skutecznie sunie w dół.
Tato wykręcił i stanęliśmy bokiem jakieś 20 centymetrów od białego audika. W
takim  tempie  i  podobnymi  scenariuszami  suniemy  po  lodzie  jakieś  1.5
godziny.  Nie  jest wesoło tym bardziej, że jest dosyć zimno i zaczyna padać
śnieg.  Być może dobrze że zaczął padać, bo lód został posypany i coś na nim
leżało.
  W  pewnym  momencie  międzynarodowa  trasa  zmieniła  się w dwupasmówke, w
kierunku,  w  którym jechaliśmy i jednopasmówkę w przeciwnym. Nieco ułatwiło
nam to wyprzedzanie ruskich i ukraińskich zakał drogowych. Cały czas suniemy
z  maksymalną  prędkością  40,  50  km/h w porywach przekraczamy 60 km/h. Na
drodze  pełno  kolein,  gdy  wyprzedzamy  tira  wjeżdżamy  w jedną z nich. Z
naprzeciwka  pędzi  Pontiak  Trans  Sport,  niestety koleina nie pozwala nam
zjechać na poprzedni pas i nie zapowiada się na to w najbliższych kilkunastu
metrach.  Tato  przyśpiesza,  jeszcze  mamy  szansę zdążyć przed Pontiakiem.
Znowu  dwie  próby, nic z tego. Po prostu się nie da! Shit, Pontiak rośnie w
oczach,  podoba mi się jego sylwetka, a jednocześnie wyobrażam sobie co by z
nas  zostało po czołowym zderzeniu. Szczęście, kończy się pas wykolein, tato
natychmiast skręca, jeszcze zdążyło zarzucić lekko tył samochodu, udało się.
Pontiak  nawet nie zwolnił, przemknął obok nas a my znowu mogliśmy normalnie
kontynuować jazdę.
  Dojeżdżamy  do  potężnego korka, nawierzchnia standardowo oblodzona, gdzie
niegdzie  leży  trochę  brudnego  śniegu. Korek na dwóch pasach, nie porusza
się  do  przodu  przez pół godziny. Co dziwne, z naprzeciwka nic nie jedzie.
Wniosek:  musiało  się  coś  wydarzyć gdzieś z przodu, może tir wylądował na
środku  jezdni? Nie wiemy, przeciwległy pas pozostaje przez cały czas wolny,
w  pewnym momencie ktoś decyduje się na szybki atak po tym pasie, z nadzieją
pominięcia  korka,  baz  chwili wahania tato rusza za kilkoma samochodami, w
razie  czego  mamy  kryty  przód,  więc nic nam nie grozi. Za nami zaczynają
dołączać  się  inne  samochody,  dajemy  czadu po przeciwległym pasie, że aż
miło.  Przejechaliśmy tak ze 3 kilometry. Z przodu coś miga na niebiesko. To
pogotowie!!  jedzie  na  pełnym  gazie  w  naszym  kierunku,  tak,  tam  się
rzeczywiście  coś  musiało wydarzyć. Samochody przed nami zaczynają zapychać
puste  miejsca w korku, do nas zbliża się karetka, nie mamy gdzie się ukryć!
Tato  wjeżdża  desperacko  w  maleńką szparę pomiędzy samochodami i stoimy z
całym  kufrem  na trasie karetki, już ja widać dokładnie. Świecimy długimi i
pokazujemy  klientowi z przodu, że musi się posunąć. Pełen poświecenia zsuwa
się  na  skraj  rowu.  W  ostatniej  sekundzie znowu się nam udaje zjechać w
korek.  Szczęście  będzie nam jeszcze potrzebne, więc przydałoby się go mieć
trochę na zapas.
  Stoimy  w  korku  następne  pół godziny, i tak szczęście, że udało się nam
pominąć  tyle  samochodów.  Znowu  zaczynają się górki. Nagle korek puszcza,
powoli  posuwamy  się  na  przód.  Po prostu czujemy się jakbyśmy jechali co
najmniej  setką,  po tylu godzinach stania, wreszcie się ruszyło. Dojeżdżamy
do  jednej  z  górek  i  już  wiemy  dlaczego  powstał  taki  korek. Jedna z
ciężarówek  stoi  pod  stokiem  i  nie  może  wyjechać.  Ta karetka nie była
bezpośrednio  związana  z  korkiem,  ale  cud,  że jej się udało przejechać.
Siedemdziesiąt  metrów dalej stoi dwóch facetów z CB i próbują wezwać pomoc,
bo  tiry  dzisiaj  już  nie  wyjadą  pod  tą  górę.  Tutaj nawierzchnia jest
wypolerowana  do czysta, jest bardziej ślisko niż na lodowisku. Tato robi co
może, ale i tak co chwile mamy szczęście że nie lądujemy w rowie. Mijamy dwa
tiry,   oczywiście   leża   w  specyficznej  pozycji  kilka  metrów  poniżej
powierzchni szosy, tu nawet nie ma jak do nich dotrzeć.
  Pieprzone służby drogowe, podatek idzie się pieprzyć, bo i tak nikt tu się
nie  kręci  żeby chociaż posypać to piachem. Hamulec jest tak samo przydatny
jak  satelitarny  system wyznaczania pozycji samochodu. Tato nawet nie używa
hamulca  bo  powoduje  tylko zarzucanie samochodu, jedziemy sobie po lodzie.
Furgon  przed  nami,  na naszych oczach traci przyczepność i ląduje w rowie.
Mijamy  samochody  na  świeżo  wpakowane  w  zaspy, jeszcze wysiadają z nich
kierowcy  i  klną  jak się tylko da. Korek na przeciwnym pasie nie ma końca.
Stoją   bez   najmniejszych  szans  na  przejazd.  W  samochodach  wygaszone
światła,  niektórzy  ludzie  wysiadają  z autobusów i na piechotę zamierzają
pokonać  czasem  kilka  kilometrów.  Kierowcy  tirów w oświetlonych kabinach
układają się na fotelach, będą spać. Nikt nie wie co się stało.
  Mijamy  już  chyba  z  8  kilometr  korka, gdzie tam.. nie widać końca. Po
bokach  leżą  martwe  samochody,  kierowcy  są  bezsilni,  nie  można  ich o
własnych  siłach  wyciągnąć  z  rowu.  My  suniemy w nadziei, żeby tylko nie
wyskoczyć  z  rytmu.  Przed  nami następny osobowy zalicza pobocze, wydawało
się  że  jedzie  spokojnie,  może  próbował hamować, może drgnęła mu ręka...
Teraz  to  nie  istotne,  martwimy  się  o  siebie, on już dzisiaj dalej nie
pojedzie, a my jeszcze mamy szansę.
  12  kilometr  korka.  O Boże, oni nigdy się stąd nie wygramolą, ślisko jak
diabli,  szczęście  to  dla  nas  chleb  powszedni,  nagle  ginie z lusterka
wstecznego  samochód  za  nami. Tato mówi że nasz ogon leży w rowie, oglądam
się,  już mnie to nie dziwi, przywykłem. Po piętnastu kilometrach dojeżdżamy
do  miasta,  korek  sięga aż tutaj, i wciąż pojawiają się następni chętni do
korka,  oczywiście  nie  mają  pojęcia,  w  jakie bagno się pakują. A z tego
korka nie ma możliwości odwrotu. Cieszymy się, że ten incydent zdarzył się w
przeciwległym  kierunku,  inaczej  nigdy  byśmy  chyba  nie  osiągnęli celu.
Przejechaliśmy  miasto, droga zrobiła się czarna, pojawiły się odśnieżarki i
piaskarki.  Przecież  one  tutaj  akurat  są najmniej potrzebne, drogowcy są
powaleni,  ale  co  zrobić. W każdym razie jedziemy szybko i bez przestojów.
(...)
PS.
  Na drugi dzień w radiu słyszałem jak mówili, że ci ludzie stali w korku 16
godzin...  to  mówi  samo  za  siebie.  Jeszcze  raz mowie, że szczęście nas
jednak nie opuściło. Niesamowite. A odczucia podczas tej przeprawy są nie do
opisania. W każdym razie nie było nudno jak przypuszczaliśmy. To tyle.

Matura od kuchni

Autor: Cobretti

                             Matura od kuchni.

                       [ Dariusz Majgier - Cobretti ]

  Termin  został  wyznaczony  na  10  maja  1994 roku. Nie to, żebym się bał
matury,  byłem  po  prostu  lekko  zaskoczony,  szybko mijającymi godzinami,
dzielącymi mnie od części pisemnej. Zacząłem końcowe odliczanie.

  5 maja 1994
  120 godzin do apogeum. Mamy dziś wyznaczone dodatkowe zajęcia z matematyki
i  polskiego.  Większość się przejęła i przyszła. Ja z Franky'm nie mieliśmy
ochoty na żadne fakultety, więc czytaliśmy "Do(w)cipy za dychę" ubaw był jak
sto  pięćdziesiąt.  Niemal płakaliśmy ze śmiechu za co reszta klasy omal nas
nie  zjadła.  Stwierdziliśmy,  że  na  naukę mamy czas. Mieliśmy się spotkać
jutro u Szymona i uczyć polskiego.

  6 maja 1994
  98  godzin  dzieli  nas  od pisemnej z polskiego. Do Szymona poszedł tylko
Franky.  Ja  sobie  darowałem. Stwierdzili później, że nic się nie nauczyli,
ale  Szymon  dał  im zdjęcia do tablo (te zdjęcia już dawał od miesiąca, ale
zawsze   zapominał).   Więc   omineła  mnie  przyjemność  otrzymania  zdjęć.
Umówiliśmy się na jutro u mnie, tym razem matematyka.

  7 maja 1994
  74  godziny  na  robienie  ściąg.  O  ósmej  rano  pojechałem na giełdę po
wektorowe   czcionki   od  Szujmena,  w  standardzie  AmigaPL.  Przy  okazji
dorwałem  świetny  program matematyczny Mathe-mation. Po giełdzie wpadłem do
szkoły  na  fakultet z matematyki. Wszyscy stwierdzili, że jestem luzak, oni
mieli  książki  i  zeszyty  a ja dyski. Siadłem sobie z Oleumem i zaczął się
kabaret.  Dobrze,  że  prof.Otrębska jest równą kobietą, inaczej chyba byśmy
wylecieli  za  drzwi. Kasia stwierdziła, że będzie miała Amigę. Mile mnie to
zaskoczyło,  z  góry  zgodziłem  się  na  jej  nauczyciela (chyba głupiec by
odmówił).  Mam  czekać  na  telefon,  więc się nie ruszam z domu. O trzeciej
przyszedł  Franky  i  zbadaliśmy  przebieg funkcji, oczywiście korzystając z
kilku książek. Trudna była ta franca (funkcja). Stwierdziliśmy, że ten temat
będzie  na  pewno  i  jak  zbadamy  funkcję  to mamy mierny i matmę z głowy.
Nawet nie wiedziałem jak bardzo się myliliśmy.

  8 maja 1994
  50  godzin  do  finału.  Postanowiłem  zrobić  fachowe ściągi z polskiego.
Nastawiłem  się  na  starożytność,  ale  mógłbym pisać też o współczesności.
Ściągi  robione  na  drukarce,  wydruk  literkami o wielkości 3.5 milimetra,
jednostronne.  Na  każdej  miałem  opisane  poszczególne  epoki.  To  znaczy
epoka,  pisarze,  utwory  i założenia programowe tego okresu. Dymy mogły być
tylko  z  ortografią,  ale  od  czego są dziewczyny. Oprócz epok miałem dwie
biografie: Kochanowskiego i Mickiewicza. I tak minął mi dzień.

  9 maja 1994
  26  godzin  przed  życiowym  egzaminem. Nauczyciele stwierdzili żeby się w
poniedziałek  nie  uczyć.  Czemu  nie,  nawet  mi  to  pasuje.  Więc się nie
uczyłem. Wykręciłem kilka nowych rekordów w PinBallu. Zrobiłem sobie wydruki
fontów  jakie  posiadam  i  załatwiłem  jeden dysk. Do wieczora siedziałem i
odratowywałem  stracone  dane.  Żeby  nie  FixDisk,  chyba  bym sfiksował. W
PageStream'ie   uszkodziłem   sobie   zbiór  PSprefs.  Więc  PageStream  się
zawieszał,  zanim  się  jeszcze uruchomił. Musiałem zrekonstruować cały plik
nic  o nim nie wiedząc. Myślałem, że mnie zczyści ale się do wieczora udało.
Jeszcze raz podkreślam: WARTO MIEĆ KOPIE BEZPIECZEŃSTWA. Do jutra.

  10 maja 1994
  2  godziny  przed  maturą.  Impreza zaczyna się o 8.00. Trochę kiepsko, bo
muszę  rano  wstawać.  Ale,  niech tam, dwa razy wstanę. Oczywiście polazłem
odstawiony jak na mnie przystało. Dobrze, że nie padało. Ekipa czekała przed
szkołą:  Franky  zbierał  kasę,  na  znaczki,  na  świadectwo;  Beatę bolała
głowa,  bo bolał ją ząb, bo rośnie jej ząb mądrości, bo najwyższy czas, żeby
ten  ząb  mądrości  jej  wyrósł,  bo ją przestanie boleć, bo najwyższy czas,
żeby   ją   przestało   boleć,   bo  musi  napisać  maturę.  O!  Reszta  się
niecierpliwiła.  Gdy  zaczęło  się  losowanie  miejsc  (a  losowaliśmy  jako
ostatnia  klasa) okazało się, że pierwsze ławki są nie obsadzone. Padł blady
strach.  Gdy udało mi się wylosować 8 miejsce w II rzędzie byłem zadowolony,
do  czasu  aż  sobie na nim usiadłem. Pięknie, akurat na widoku komisji. Nic
to.   Nie   takie   rzeczy  już  przechodziłem.  Komisja  w  składzie:  moja
wychowawczyni  Bożena Kanios (wicedyrektorka, uczy mnie polskiego), Bogusław
Struzik   (dyrektor),   Maria   Rokita  (uczy  ruskiego),  Anna  Fila  (uczy
polskiego)  i  jeszcze  jedna  babka (niezła laska). Gdy przyszli, rozerwali
koperty,  podyktowali  pytania,  spytali  czy  wszyscy  są  w  stanie pisać,
zaczęło się.

  10 maja 1994
  Godzina  0.  Matura ruszyła, a ściślej mówiąc - ściągi ruszyły. Oczywiście
był  temat  o  literaturze  staropolskiej  (skąd ja to wiedziałem? Ma się to
szczęście)    i    wyciągnąłem   odpowiednie   ściągi:   ze   starożytności,
średniowiecza,   baroku,   renesansu  i  odrodzenia.  Pisałem  o  humanizmie
Najpierw  kulturalnie i ukradkiem przepisałem ściągi na brudnopis, żebym nie
musiał  już  z  nich  korzystać,  a potem rżnąłem z brudnopisu jak się rżnie
panienki. Napisałem na 8 stron! To jest jeden z rekordów dnia. Płodny jestem
jak  cholera.  Zobaczymy  jak  mi  poszło  za  tydzień.  Na polskim nie było
specjalnych  jaj.  Każdy się produkował jak mógł, byle tylko z sensem. Jakiś
szaleniec  wybrał  temat  czwarty,  czyli analiza porównawczą dwóch wierszy.
Komisja  zbytnio  się  nie  naprzykrzała więc można było przepisywać nawet z
książek   (jeżeli   się   siedziało   w   ostatnich  ławkach).  Dziewczyny z
pierwszych  ławek też nie narzekały. Po wyjściu mieliśmy spotkanie dotyczące
matematyki,  dla  niewtajemniczonych:  chodzi o to jak rozwiązać zadania nie
potrafiąc  ich  rozwiązać. Na szczęście nie zabrakło pomysłów. O szczegółach
jutro,  żeby  nie  zapeszyć (i tak tekst piszę kilka dni po maturze, ha, ha,
ha).

  11 maja 1994, czyli wczorajsze jutro.
  Dziś  czas na matematykę. Nie ma co, dziś nawet twardziel naje się strachu
jeżeli  nie  korzysta z tak fachowego serwisu matematycznego. Ale do rzeczy.
Za  50  tysięcy od łebka, pewna studentka matematyki zgodziła się zrobić nam
gotowce. Oczywiście jest to wynik wczorajszej narady. Gotowce miały zawierać
rozwiązania  trzech  zadań.  Były  bite  na  ksero  i pomniejszane na format
ściągi, pięknie opakowane i podklejone taśmą dwustronną pod koszem na śmieci
w  klopie.  O  szczegółach  taktycznych wiedzieli tylko ci co wpłacili kasę.
Reszta trwała w strachu. Znowu na losowaniu dopisało mi szczęście: 11 stolik
w  V rzędzie! Też na początku się cieszyłem, ale gdy wszyscy siedli, okazało
się, że ławka przede mną jest pusta i znów jestem na widoku. Za mną siedział
Micior, a dwie ławki przede mną Cześ. Ale nie jest źle. Mogło być gorzej. Na
przykład  Oleum  wylosował  pierwszą  ławkę  i  szansę  miał znikome. Za nim
siedział P.ivo ze swoją wielką jak ucho słonia myszą (każdy miał maskotkę, a
ja na przekór nie wziąłem).
  Komisja  była  wyjątkowo nieprzyjazna. W jej skład wchodziło dwóch tyranów
Marek  Piekarski  (wicedyrektor,  ma  u  mnie  na  pieńku,  za  to, że wziął
Fraky'owi  karty  i  nie  oddał  -  jego  obawiałem  się  najbardziej), Adam
Szczurowski  (matematyk,  cholernie  tępi ściąganie. Reszta była w porządku:
prof.Otrębska  (nowa  matematyczka, najlepsza jaką poznałem), prof.Karbowska
(stara  matematyczka,  nic  mnie  nie  nauczyła)  i  dwie kobiety z wczoraj:
Rokita  i  ta druga. Zaczęło się. Ponieważ siedziałem w ostatniej ławce, nic
nie  widziałem  i  nie  słyszałem, więc zaraz po rozpoczęciu matury zacząłem
spisywać treść zadań od kilku kumpli jednocześnie. Po chwili miałem wszystko
i  polazłem  do tablic matematycznych szukać wzorów na ostrosłup prawidłowy.
Po  zrobieniu 3 zadania napisałem parę ściąg i puściłem w obieg. Z Franky'im
umówiliśmy  się,  że  jakby  co  to  będziemy  chowali  ściągi  w  tablicach
matematycznych.  Na  szczęście  siedział w rzędzie obok więc mogłem mu dawać
ściągi  idąc  do  tablic.  W  moim  rzędzie  siedzieli jeszcze: Śpik, Kasia,
Agnieszka  a  w  rzędzie  obok  Domino.  Więc  zrobiłem  to trzecie i siedzę
popijając  orange  i  jedząc  bułkę  nadziewaną ogórkiem, serem, rzodkiewką,
jajkiem, sałatą i jeszcze czymś. Mały włos a by się mi to wszystko wysypało.
Kumpel  obok  wywalił  orange  i  było małe zamieszanie. Na szczęście dostał
nową.  A  ja  siedzę  i  czekam na pierwsze i czwarte. Domino pisał pierwsze
chyba  pół  godziny, aż mnie wkurzył. Wreszcie poszedłem do tablic i wziąłem
od niego to pierwsze. Miałem już dwa, ale czy dobrze. Akurat Micior wybierał
się  do  klopa po ściągi i kazałem mu podać Franky'owi pierwsze. Tak to jest
jak  się  wyśle  nieprofesjonalistę.  Jak  mu  podawał,  to akurat wtedy gdy
przechodziła  Rokita.  Franky  rżnął  głupa,  że nic nie widzi. Na szczęście
Rokita okazała się w porządku i kazała mu schować ściągi.
  Wrócił  Micior  i  mówi,  że  ściągi  będą za pół godziny. W między czasie
zawołałem  Otrębską  żeby  mi sprawdziła pierwsze i trzecie. Okazało się, że
mam  dobrze. Zacząłem przepisywać do czystopisu. Za pół godziny podchodzi do
Miciora  Rokita  i  daje mu naszą ściągę. Okazało się, że Czex wziął z klopa
kilka i wykorzystał Rokitę jako posłańca. Dobra nasza, na ściądze jest 1,2 i
3  zadanie.  Pierwsze  i  trzecie mam dobrze, spisałem sobie drugie i jestem
happy.  Sprawdziłem,  już mam wychodzić, a tu się drze Franky żebym podszedł
do  tablic.  Podchodzę,  on też i niby, że się nie znamy zaczynamy gadać jak
agenci.  Powiedziałem  mu  co zrobić w trzecim, bo na ściądze nie zmieściłem
zakończenia.   Zrobił  trzecie  i  wyszliśmy.  Nie  ma  jak  to  studentki z
czwartego roku studiów matematycznych. Za tydzień wyniki. Mamy wolne.

  Tydzień po maturze...
  Dziś mają nas powiadomić o stopniach. Wygląda marnie. Na dzień dobry Beata
dowiedziała się, że jest jedna jedynka. Wszyscy wpadli w amok. Każdy chodził
i  twierdził,  że  to  właśnie on dostał jedynkę. Dobrze, że nie wiedzieli z
czego.  Ja oczywiście też byłem pewien, iż mam jedynkę, ale przecież ona nie
mogła  się  podzielić  na 27 osób, więc mogła mieć ją tylko jedna osoba. Ba,
dobrze,  że  tylko jedna, ale która? Więc siedzieliśmy sobie przed szkołą na
murku  i  dyskutowaliśmy  na  oczywisty  temat.  Potem  przypętał  się jakiś
nauczyciel  i  zwinął  nas na aule w celu oczywistym. Okazało się, iż będzie
wyczytywany  każdy  z  osobna  i przy jego nazwisku podane zostaną stopnie z
Polskiego i matematyki.
  Cztery  klasy  po  prawie 30 osób daje około 120 ludzi, niech każdy będzie
czytany  8  sekund  to  daje  960  sekund napięcia. Napięcie rośnie. Na sali
cisza, same pozytywne oceny. Wreszcie pierwsza jedynka, ale nie u nas. Teraz
my.  Kaśka i Beata mają już ustne z głowy, dostały po dwie piątki, jak chcą,
to  mogą  startować  na  szóstki  (ale nie chcą, ja bym zaryzykował). Capiga
dostał  jedynkę,  więc już wiemy kto i wszystko jasne, reszta zdała. Z matmy
dostałem  trójkę  (cholera, myślałem, że ocena będzie dużo wyższa, pewnie za
brak  opisów),  a  z  polskiego  czwórkę (cholera, myślałem, że ocena będzie
niższa,   niezły  jestem).  I  to  właściwie  wszystko  na  dziś.  Większość
zadowolona,  nie  ważne  jakie  oceny, ważne, że się udało zdać. Teraz tylko
przebrnąć  przez  matury ustne i mamy technika z maturą. O czym każdy myśli?
Po  prostu,  trzeba  się  zacząć  uczyć.  A  co każdy robi? Po prostu, olewa
sprawę, liczy na szczęście. Oj, przydałoby się.

  25.06.1994 - Matura ustna z Polskiego.
  Przyjeżdzamy  z  Franky'iem  do  szkoły na 7.30. Dowiadujemy się jak stoją
sprawy.  Wczoraj  zdawała połowa naszej klasy, dziś pora na drugą połowę. Na
wstępie  okazuje się, że nie zdała Roj, ale ona nigdy nie była inteligentna.
Nie potrafiła opisać różnic między dramatem antycznym i współczesnym. Reszta
zdała, kilka osób, które zdawały przedwczoraj chemię (Oleum, Delta Porc) już
dziś  będą  miały  maturę  z  głowy  (jak  zdadzą Polski). Idziemy pod salę,
patrzymy, komisja jest w porządku (dyr Struzik, B.Kanios i Mirowska). Pomocy
jest  w  trzy  dupy,  aż  nie  wiadomo  z jakich korzystać, chyba z dziesięć
różnych  słowników,  kupa biografii i wszystkie chyba lektury. Nie jest źle.
Przyszła  też Beata, oczywiście nas douczać. Z domu przytachałem kilkanaście
pomocy,  ale okazały się niepotrzebne bo polazłem za drugim rzutem. Dyrektor
wyszedł, wybrałem sobie zestaw VI i czytam:
  - Na podstawie utworów Kochanowskiego przedstaw nawiązania do antyku.
  - Na podstawie utworów C.K.Norwida wykaż kult wielkich ludzi.
  - Na  podstawie  podanych zdań wypowiedz się na temat stylistyki.
  W  tym  momencie ogarnęła mnie rozkosz, wiedziałem, że Polski mam za sobą.
Siadłem  sobie  z  tyłu,  nabrałem  pomocy  i  pisałem,  aż  minął  czas  na
przygotowanie.   Pierwsze   i  trzecie  to  był  pryszcz  (wystarczyło  użyć
Clerasil),  a  na  drugie  improwizowałem z kiepskim skutkiem. U wierszu "Do
obywatela  Johna  Brown"  skompromitowałem  się totalnie. Nie wiedziałem kim
jest  ten  Brown,  pod  tekstem  pisało, że wiersz jest adresowany do Polaka
emigranta,  więc  tak powiedziałem, a dyrektor mówi, żebym lepiej przeczytał
go  jeszcze  raz.  Ja  blady. Reszta mnie naprowadza na niewolnictwo, ale co
ma  Polak emigrant do niewolników. Jak się później okazało, to ten Brown był
murzynem.  Murzynem!!!.  Tak  myślałem, ale mogliby coś o tym napisać, a tak
obniżyłem sobie ocenę. W końcu dostałem czwórkę. Nie jest źle, ale gdyby nie
ten  murzyn mógłbym liczyć na piątkę. Szymon dostał szóstkę, z historii też.
Kujon czy co? Spotkamy się za pięć dni na ustnej matmie.

  30.06.94. Matma...
  Dziś  już  nie  jestem taki wyluzowany, na matmie nie da się lać wody, tak
jak  na  Polskim.  Mogłem  wybrać  inny przedmiot. Ale cóż, ryzyko jest moim
powołaniem.  Zawsze  dopisywało mi szczęście, dlaczego teraz miałoby się nie
udać.  Wpadamy  z Franky'iem pod salę. Tylko 17 osób z wszystkich klas zdaje
matematykę.  Komisja  jest  przewalona.  Piekarskiemu naraziłem się kartami,
Szczurowski lubi uglebiać młodzież, a Karbowska - hm, z nią może być różnie.
Okazuje  się,  że  w  sali  nie  ma  tablic  matematycznych, a ściany świecą
pustkami  (żadnych  pomocy).  Zacząłem  się  czuć niepewnie. Okazało się, że
jestem  przeznaczony  na  pierwszy  ogień.  Przyszła  Beata  z siostrą o rok
młodszą,  ale  obrytą  z matmy lepiej od nas. Anka chce zostać nauczycielką,
zobaczymy za kilka lat. Wywołali nas. Jacek, Cześ i ja to obsada startowa.
  Wchodzimy  i  Jacek  zaczyna mówić jakąś dziwną regułkę typu: Dzień dobry.
Nazywam  się  ...  i  wyrażam  gotowość  przystąpienia do egzaminu ustnego z
matematyki.  Na  szczęście skojarzyłem sobie tą regułkę z Piekarskim, on jej
wymagał  na  egzaminie z geografii. Powtórzyłem ją i siadłem w ławce aby się
przygotować. Z wrażenia zapomniałem kartki, musiałem po nią iść po chwili ku
zdziwieniu  komisji.  Ale  miałem  powody  być  pod  wrażeniem.  Trafiłem na
piekielnie  łatwe  zadania  (mówiłem, że szczęście mnie nie opuści). Zadania
były mniej więcej takie:
  -obliczyć sumę nieskończonego ciągu geometrycznego;
  -podać sposób badania zmienności funkcji;
  -obliczyć  jeden  z  boków  trójkąta  rozpiętego na układzie współrzędnych
(zastosowanie wzorów na wektory)
  W  pierwszym  wystarczyło  zastosować  wzór  podstawić  i z głowy. Badanie
funkcji  to  kilkanaście  punktów.  Wymieniłem  je  i  z  głowy. A w trzecim
miałem  trochę  liczenia,  ale  też się uporałem w mig. Zadanie na szóstkę o
mały  włos nie zrobiłem, ale powiedzieli mi, że z powodu kilku niedociągnięć
i  tak  bym  szóstki nie dostał. Stanęło na tym, że dostałem piątkę. To jest
to, co Cobry lubią najbardziej.

 Klasyfikacja generalna - część pisemna: Polski - 4 ; Matematyka - 3
                          część ustna  : Polski - 4 ; Matematyka - 5

  I  o by było na tyle. Głos zabrał Technik Elektryk - Cobra, człowiek który
oprócz matury ma specjalność Automatyka Sterowania Ruchem Kolejowym.
  Skończyłem Technikum Kolejowe w Sosnowcu.
                                                               ADIOS AMIGOS

Parówka

Autor: Cobretti

                     Parówka. Czasem trzeba coś zjeść.

                       [ Dariusz Majgier - Cobretti ]

  Właśnie  siedzę  i  się  zastanawiam  po co ktoś wynalazł widelec i łyżkę,
sprzęty  jak  najbardziej  utrudniające  zaspokojenie  podstawowych  potrzeb
człowieka, a konkretnie jednej potrzeby - jedzenia.
  Leży  przede  mną  parówka,  bardzo gorąca i ma łupę. Parówka jak parówka,
położyłem  sobie  także  obok talerza widelec i nóż, nóż po prawej stronie a
widelec mam już w ręce /ręku/.
  Tak  apropos,  powinno być w ręku czy w ręce. Odlatuję na moment od tematu
aby  sprawdzić,  udowodnić lub obalić teorię doskonałej polszczyzny. Powinno
być chyba w 'ręce', ponieważ można do tego wyrazu po odcięciu końcówki /taki
przyrostek/  dopisać  na przykład 'ręc-znik' albo 'ręc-znie'. Chociaż pewnie
nasuwają się same skojarzenia typu 'ręk-aw', 'ręk-awiczka', 'ręk-awiczek' co
dowodzi, że również forma 'ręku' powinna być poprawna. Ponieważ nie jestem w
stanie  na dzisiaj przeprowadzić dogłębnej analizy słowotwórczej pomijam ten
temat i będę używał obu tych wyrazów zamiennie. Przechodzę do tematu.
  W  tej  chwili  moja  parówka  jest nieco zimniejsza, bo rozpisałem się na
temat  tego  wyrazu.  Ale  za  to  w  tym momencie rośnie w siłę moja teoria
bezsensu  używania  widelca i noża /przynajmniej w kwestii parówki/. Nic nie
jest  tak  doskonałe  jak  to  co  stworzyła  natura,  i nie chodzi mi w tym
momencie o dziewczyny, to jest temat na osobny artykuł.
  Moja  RĘKA.  Patrzę  na  nią  i  uświadamiam  sobie,  że  te  dwa metalowe
przedmioty  są  w  stosunku  do  niej  tak  prymitywne,  że  aż  głupio. Ale
kiełbaska już przestygła i mogę zastosować moją rękę przy konsumpcji.
  Dotykam parówki, łapię ją w dwa palce, aby się nie potłuścić i ach, ach...
poparzyłem  się.  Jednak  od środka jest jeszcze gorąca. Nic to, przy okazji
wymyśliłem  nowe  zastosowanie  dla noża. Rozgrzane palce przykładam do jego
zimnej,  stalowej  powierzchni  i  wymiana  cieplna  pomiędzy  moim ciałem a
zimnym  metalem  powoduje,  że  mogę przystąpić do prób obierania parówki ze
skóry.
  Najpierw  jednak  musiałem  sobie nieco pomóc nożem, bo nie chciałem sobie
poparzyć  mordy. Tak więc delikatnie ją naciąłem wzdłuż aby lepiej schodziła
łupa. Teraz na przemian chwytam za parówkę i za nóż, bo jeszcze jest gorąca.
Delikatnie  usuwam  skórkę za pomocą ręki i drugiej ręki. Trochę piecze, ale
można wytrzymać. Zresztą coraz mniej piecze.
  Mam  ją  już  obraną.  Dobrze  jest.  Mogę  zacząć myśleć z czym ją zjeść,
poszedłem  do  lodówki  po  ketchup, niestety jestem rozczarowany, nie ma go
tam.  Przeszukałem  wszystkie półki i nie znalazłem jednak mojego ulubionego
dodatku do parówek, pizzy, i innych szybkich frykasów.
  Mam  musztardę,  lekko żółtawą, sarepska pisze. Jest bardzo smaczna, teraz
tylko  wystarczy  kilka  małych  łyżeczek  musztardy umieścić na talerzyku i
wreszcie przejść do sedna sprawy, czyli do konsumpcji.
  Jeszcze  chleb,  mam  akurat  razowy.  Posmarowany  masmixem,  powinien mi
zastąpić  kawior.  Niestety  nie  zastępuje, właśnie spróbowałem. Ach, Eche,
tego..uggh.  jus  moghę  mufić.  No  przełknąłem.  Muszę  na chleb sobie coś
położyć,  bo  strasznie sucho, albo nie, zrobię sobie herbatę. No więc biorę
szklankę, nalewam trochę herbaty /ale nie gotowej tylko takiej z czajniczka,
zaparzonej  wcześniej/  chcę  dodać  cukru,  shit,  znów  ktoś  nie nasypał,
otwieram szafkę niżej i biorę paczkę cukru aby nasypać. Teraz nasypuję 1.287
tysięcznych   łyżeczki   i   wsypuję   do   szklanki.  Całość  zalewam  wodą
przegotowaną, dodatkowo przefiltrowaną przed przegotowaniem i mieszam dopóki
się cukier nie rozpuści. Tam moja parówka pewnie już wystygła.
  Popijam  trochę  i się rozkoszuję aromatem. Jest akurat taka gorąca, że da
się  pić,  ma  dokładnie  taką  temperaturę  jaką lubię. Lata treningu robią
swoje.
  Siadam przed parówką i zaczynam konsumować, ponieważ mówiłem, że można się
obejść  bez  sztućców  to  biorę  parówkę  w  rękę, wkładam czubek do porcji
musztardy  i  kęs  odgryzam  najlepszym  narzędziem  rżnącym jakie stworzyła
natura  /nie  chodzi mi o to chłopcy!!/ zębami. Następnie rozkoszuję się tym
kawałkiem,  bo jestem głodny a w chacie akurat niczego nie ma bo jestem sam.
Zaraz  za  pierwszym  wędruje  drugi  kawałek  i  zagryzam  chlebem, herbatę
właśnie  piję,  bo  jak wystygnie to już nie będzie to samo, ...już wypiłem.
Ugh. No teraz następny kawałek i następny.........
  ....już  zjadłem całą parówkę, teraz należy pomyć naczynia, tu również nie
ma  cudowniejszego narzędzia niż moje ręce /sorry, że ja o tych rękach, wiem
co czuje ten, któremu ręce oberwał granat/.
  ...pomyłem,  idę  odpocząć,  po dobrym posiłku należy odpocząć, bo inaczej
nie wypada...

Przebiec

Autor: Cobretti

                                  Przebiec.

                       [ Dariusz Majgier - Cobretti ]

  Biegałeś  kiedyś  sam??  Nie do autobusu lub po kwiaty dla dziewczyny, ale
tylko  po  to  żeby  się przebiec. Dla podbicia kondycji i poprawienia sobie
szybkości, no i dla osiągnięcia celu.
  Jest  upalne  lato, temperatura w dzień przekracza 30 stopni, nie ma sensu
próbować  zrobić  kilkunastu  kilometrów bo można się wykończyć, a to ma być
przyjemność.  Wiec szybciej jak o 19.00 nie próbuję się wybrać na dzisiejsza
trasę.  Co  dzisiaj??  Spróbuję  zaliczyć  Katowice  Bogucice  i tam okrążyć
przynajmniej  raz nieduże jeziorko a potem odbić na Mysłowice, żeby wreszcie
potężną  pętlą  powrócić  w miejsce startu czyli do Sosnowca na Środulę. Tak
na oko będzie z 15-16 kilometrów.
  Dobre, wyrobione buty, które mnie nie uwierają, krótkie spodenki i koszula
z  własnoręcznie  poobcinanymi rękawami po wierzchu. Jeszcze tylko zegarek i
ciasno  umocowana  torebeczka na pasku. Mogę ruszać. Dzisiaj nikt ze mną nie
biegnie,  nie  będzie  narzucania  tempa  i  nie będzie się do kogo odezwać.
Całkiem  inaczej  biega  się  samemu niż z osoba towarzyszącą. Trzeba mieć w
sobie  samozaparcie  i stale kontrolować swój rytm, bo nawet się nie zauważa
jak  w  pewnym momencie się zwalania lub nagle zaczyna przechodzić ochota do
biegania.
  Specjalnie  szlak  będzie  oddalony  od  wszelkich dróg i tras komunikacji
miejskiej,  będę  musiał się śpieszyć żeby obrócić w dwie strony, zdążyć się
wykąpać,  zjeść  kolacje  i jeszcze cos porobić w domu. Fajnie, przynajmniej
będzie trochę spokoju.
  Ruszam  powoli,  rozgrzewam  stawy, zaczynam biec ścieżką wśród zarośli co
najmniej  na  metr.  Po  prawej mijam piaskownie. No i zaczyna się, zaczynam
biec  i  myślę  sobie  o rożnych rzeczach. Na tej piaskowni cztery lata temu
zginął  mój  kumpel.  Razem  skakaliśmy  do piachu, często popisywaliśmy się
przed  dziewczynami  kto  skoczy  z  większej  wysokości i dodatkowo w locie
wykona  salto.  Obok był staw i łapaliśmy w nim raki, a w pobliżu stoi wieża
halogenowa  i często na nią wchodziliśmy. Cala góra wieży kiwała się na boki
i  wydawało  się  ze  zaraz runie, ale to tylko złudzenie. Pewnego dnia, jak
zwykle przyszli wszyscy na piaskownie poskakać. Mnie tam nie było, słyszałem
jak kumple mówili ale i tak wiem dokładnie jak to się stało. Czasami piach z
piaskowni  był  spuszczany  potężnymi  rurami do szybów kopalnianych. Kumple
skakali  w  ten  piach  i próbowali swych sił w tym, jak długo wytrzymają na
wsysanym  piachu. Jeden został wciągnięty po kolana i wyszedł, kumpel chciał
wygrać...  niestety  nie  udało  mu  się wygrzebać z piachu, wciągnęło go na
zawsze. Płacz matki, straż pożarna, pogrzeb, pusta piaskownia.
  Biegnę  dalej,  mijam ogródki działkowe, zaraz wbiegnę w dzielnice starych
familoków.  Patrzą  na  mnie, nie znają mnie, a tutaj jeżeli pojawi się ktoś
nie  znajomy to z reguły nie powinien wybiec na własnych nogach. Widzę grupę
chłopaków  żłopiących  wódkę,  patrzą  się  na  mnie.  Wiadome,  trzeba użyć
psychologii,  gdybym  w  tej  chwili  zatrzymał  się lub zwolnił nie miałbym
szans,  dopadli  by mnie. Wiec biegnę ostro w ich stronę i nie spuszczam ich
z oczu, patrzę się na każdego i otwieram delikatnie usta. Patrzą się na mnie
i  nie  wiedza  co  zrobić,  wiem  ze  mnie  nie tkną bo ich zbiłem z tropu.
Jestem w miarę łatwym łupem bo przy takim tempie szybko opada się z sił. Tak
jak  myślałem,  mijam  ich  bez  problemu,  rzucają jeszcze jakieś hasła ale
nikt się nie rusza z miejsca. Spękali chłopcy, psychologia wygrała.
  Mały  mostek,  z  boku huta Buczka, dzielnica wygląda potwornie, co drugie
okno  to melina, a bramy to mordownie. Większość młodych ludzi patrzy się na
mnie,  jestem obcy a tutaj każdy każdego zna. Spoko, nie pierwszy raz jestem
tutaj  i  wiem jak się zachować. Mijam następną grupkę, tym razem stoją przy
kiosku  ruchu.  Podobny  manewr, ale tym razem trącam jednego klienta, który
specjalnie  ustawił  się  na  drodze.  Nie  mogłem  go  ominąć bo to oznacza
uległość,  a  tutaj  prawa  są  inne  niż na miłych i przytulnych osiedlach.
Trochę  ich  rozwścieczyłem  ale nikt bezpośrednio mnie nie zaczepił. Dobra,
teraz  wybiegam  niedaleko mojej szkoły, skręcam pod ślimak, i zaczynam biec
równolegle do torów kolejowych w kierunku SPRI.
  Tu  już  jest  spokojnie, przypominam sobie moja praktykę w pomarańczowych
kamizelkach  na  torach.  Zabawa  była  przednia,  szczególnie  z malowaniem
naprężaczy  do  napędów.  Lało się puszkę farby na naprężacz a potem pędzlem
rozprowadzaliśmy  ściekającą  farbę. Marnotrawstwo jak cholera, ale na kolei
nikt  się  takimi  rzeczami  nie przejmował. Kopaliśmy kiedyś rów pod kabel,
upał,  robota ciężka bo kopaliśmy w tłuczniu, który się dodatkowo obsypywał.
Chcieliśmy iść szybciej do domu wiec każdy się sprężał jak mógł. Wykopaliśmy
z  20  metrów tego rowu, a tu przychodzi majster i mówi ze mu się powaliło i
kopiemy  nie w ta stronę. Mamy to zasypać i kopać w druga. Myśleliśmy ze nas
szlag  trafi. Bez gadania rzuciliśmy łopaty i poszli do domu. Potem mieliśmy
przewalone, ale kto się tym przejmował.
  Przebiegam  obok SPRI, obok budynku stoi niezła dziewczyna, podoba mi się.
patrzę  się na nią, zauważyła mnie i się uśmiechnęła. Dobrze opalona, długie
blond  włosy,  patrzę  się na nią. Wytrzymuje mój spojrzenie i rzuca do mnie
krótkie  'cześć'.  Odpowiadam  'się  masz  skarbie'  uśmiechnęła się jeszcze
bardziej,  zwolniłem, widzę obok owczarka, niezły piesek, idealnie pasuje do
niej.  Zatrzymałbym  się, pogadał, ale jestem cały spocony i umęczony, a mam
jeszcze trochę trasy przed sobą. Kurcze, żałuję że nie poznałem jej w innych
okolicznościach,  ale  nic  to. Mowie jej jak sprawy stoją i umawiamy się na
jutro,  na  imię  miała  Agnieszka,  niestety  to wszystko co o niej wiem bo
nazajutrz nie przyszła.
  Biegnę dalej i myślę o niej, niezła jest. Mijam osiedle w budowie, jeszcze
ulice  i  jestem na stawikach. Tak tutaj jest nieźle, ściemnia się powoli, a
jezioro  i  park obok nadają temu miejscu trochę romantyczności. Mijam ludzi
chodzących  wokół jeziora, dziewczyny które na mnie patrzą, pary snujące się
wieczorami.  Fajnie się biegnie. Okrążam jezioro i zaczynam forsować ulice i
tory  kolejowe. Po drugiej stronie następne jezioro już w Bogucicach ale tym
razem spotykam tutaj całkiem innych ludzi, to wędkarze zastawiają zestawy na
wieczór. Pytam czy biorą, oczywiście nic z tego, jest za gorąco. Sam łapałem
ryby  wiec  wiem  dokładnie  czym  dysponują i na co będą łapać, przy okazji
domyślam się kto na jaka rybę się zasadza. Ja zawsze lubiłem garbusy (okonie
z charakterystycznym garbem, dobrze wyrośnięte) nie maja praktycznie żadnych
ości  a  mięso jest bardzo smaczne. Oni tutaj maja nadzieje na ploteczki lub
leszczyka.   Niedaleko  w  krzakach  stoją  spiningowcy,  maja  nadzieje  na
szczupaka.  Kiedyś  widziałem  jak  facet  próbował  wyciągnąć w tym miejscu
szczupaka i złamał kij. Taki szczupak! Chciałbym takiego wyciągnąć, na razie
jednak myślę czy wytrzymam cala trasę.
  Znowu  biegnę  wzdłuż  torów i myślę sobie ze jednak gdzie się nie spojrzy
tam  leżą  tory  kolejowe.  Kolej  na  Śląsku  ma  specyficzne znaczenie. To
podstawa   transportu,  szczególnie  dla  takich  dziedzin  jak  górnictwo i
hutnictwo.  Teraz  waga  kolei  w transporcie zmniejsza się, wypierana przez
przewoźników  samochodowych,  ale  kiedyś  kolej  była potęga. Biegnę dalej,
jeszcze   trochę   i   będę   w  Mysłowicach.  Niedaleko  stąd  jest  giełda
samochodowa.   Jedna  z  większych  w  kraju,  handluje  się  tutaj  zresztą
wszystkim.  Teraz  to  po  prostu wielki opuszczony i rozjeżdżony plac, stoi
bezużytecznie.  Następne  osiedle,  znowu  pojawiają  się  grupki młodzieży,
oczywiście  bez  alkoholu  się  nie da normalnie funkcjonować. Ja wole sobie
pobiegać,  alkohol  mnie  nie  bawi,  chcą niech pija, grunt ze są spokojni.
Mijam ich, nieźli agenci.
  Na  placu  popisują  się  skaterzy.  Nieźle im to idzie, sam miałem kiedyś
deskę,  ale  jakoś nie mogłem opanować co trudniejszych sztuczek, wiec sobie
darowałem   karierę   na  tej  płaszczyźnie.  Wolałem  zająć  się  rowerem i
niebezpieczna  jazda  na  nim.  Niestety  rower  rozwaliłem w drobny mak, po
prostu  nie  wytrzymał  takiej dawki jazdy terenowej jakiej mu zaserwowałem.
Jestem  już  wyraźnie  zmęczony,  biegnę  trochę  wolniej, koszulka mokra od
potu,  co  nieco  mi  pomaga  bo nie pocę się tak intensywnie i jestem nieco
chłodzony.  Teraz  czeka  mnie  przeprawa  przez opuszczone tereny niedaleko
rzeki Przemszy. Tak na prawdę to Przemsza jest ściekiem, który nie zamarza w
zimie  z  powodu  swojego  składu chemicznego. Kiedyś owszem, były tu raki a
woda  była  krystalicznie  czysta.  Taki już urok śląska, kiedyś tu wszystko
było  białe,  ale staje się czarne, tak jak płuca i powietrze, które właśnie
wdycham.  Wdech, wydech, wdech, wydech. Wciąż w tym samym rytmicznym tempie.
Nie  mogę  wypaść z rytmu, bo inaczej zacznę się męczyć. Tak jest dobrze, to
tempo  mi odpowiada, wiec biegnę dalej. Widzę tutaj jakieś dzikie wysypisko,
stare  rozwalone  samochody,  zardzewiałe  pralki  i  lodówki. Mijam potężny
komin,  w  pobliżu szumi rzeka, musi być tutaj zapora. Tak jest, dobiegam do
niej  i  na  chwile się zatrzymuje, Przemsza się pieni, opada trochę niżej i
wcale  fajnie  to wygląda. Jest tylko mały problem, strasznie od tej rzeczki
śmierdzi,   wiec  czym  prędzej  ruszam  dalej.  Wbiegam  na  jeszcze  jeden
wyludniony teren.
  Ściemnia  się  coraz  bardziej,  dobrze  ze  tutaj  nikogo  nie  ma,  taka
wyludniona  okolica  robi nieźle wrażenie. Jest pusta i niebezpieczna. Gdyby
mi się tutaj cos stało nikt by mnie nawet nie znalazł. Z tego co widzę, nikt
tu nie zaglądał od wieków. Żadnych śladów opon, ani nawet stop ludzkich. Nie
ma  butelek,  nie  ma  połamanych  gałęzi  i  śladu  ognisk. Pusto. Wszystko
pozarastało, krótkie spodenki są w tym miejscu mało odpowiednie. Cóż, jednak
temperatura  jest  nadal wysoka i gdybym miał długie, to chyba bym tutaj nie
dobiegł.
  Nie  chce  mi  się już biec, chciałbym już być z powrotem w domu ale i tak
dobrze  ze  mam już ponad polowe za sobą. Chyba podkręcę tempo, jak dam rade
oczywiście.  Dało  się,  tylko problem jak długo wytrzymam, zobaczę, jak nie
dam  rady  to  usiądę i odpocznę. Ha, jak siądę to nie będzie mi się chciało
wstawać i biec dalej. Tak sobie myślę o tym i nawet nie zauważyłem jak znowu
wszedłem   na   moje   poprzednie   tempo.  Biegnę  dalej.  Myślę  o  jednej
dziewczynie. Powinienem z nią pogadać o pewnej rzeczy, która nurtuje mnie od
dłuższego  czasu.  To nie jest takie proste, ciężko z nią rozmawiać o takich
sprawach. Są pewne rzeczy, których nie da się tak po prostu wyjaśnić. Wydają
się  oczywiste,  ale  wyglądają zupełnie inaczej. Po prostu nie są tym, czym
się  wydają.  Taki bieg to dobry moment na przemyślenie paru rzeczy, całkiem
inaczej  się  myśli  o  tym  na  spokojnie a całkiem inaczej w biegu. Mam po
prawej  stronie  nasyp  kolejowy  i  zamierzam  biec po podkładach. Nie chce
myśleć  o  niczym,  podkłady  są  blisko siebie wiec nogi zaczynają pracować
intensywniej,  aż  do bólu. Tak teraz czuje każdy mięsień w nodze. Zbiegam z
nasypu,  odbijam  w  lewo.  Przebiegam  nad ulica i pocieszam się ze już nie
zostało daleko, jeszcze jakieś dwa kilometry i będę w domu.
  Teraz kawałek robię po asfaltowej alejce, biegnę i niespodzianka, spotykam
kumpla  z  dziewczyna.  Zamieniam kilka słów, przy okazji odpoczywam. Fajnie
maja,  snują się wieczorami a ja biegam. Jutro wieczorem tez będę z panienka
wiec  nie  problem.  Teraz  biegnę  obok hotelu robotniczego, jedyny sklep w
okolicy,  otwarty zresztą cala dobę jest oblegany przez pijaczków. Ci ludzie
robią  z  siebie  pośmiewisko,  przynajmniej  w  moich oczach. Biegnę dalej,
opuszczona  ulica  z  potężnymi  drzewami  po  obu  stronach.  Mijam ogródki
działkowe  na  których  jako  mały  chłopak  zbierałem  kasztany  i  łapałem
ślimaki.  widzę  moje  osiedle,  palące się światła i cudowny zachód słońca.
Uwielbiam  zachody słońca, mógłbym je oglądać godzinami, oczywiście nie sam.
Myślę w tej chwili o jednym z zachodów jakie fotografowałem. Miałem na dobre
uchwycenie tylko parę minut, potem ten najlepszy moment przechodzi. Nie było
to  takie  proste  bo  robiłem  ujęcia  przez  rożne  obiektywy  i z rożnymi
zestawami filtrów. Zdjęcia wyszły Xtra.
  Mam  na  przeciw osiedle, nogi są zmęczone do granic wytrzymałości, staram
się  je  jeszcze  dobić  robiąc mały wypad na pobliska górkę. Wybiegłem, ale
podczas  zbiegania  nogi  są  jak wata, mam wrażenie ze zaraz się przewrócę.
Jeszcze  tylko  przebiec  przez kładkę nad jezdnia i jestem w domu. Spotykam
kumpla,  jednego, drugiego, koleżankę. Zaczynamy rozmawiać, przywracam sobie
normalny  oddech  i  spada  mi liczba uderzeń serca, tętno automatycznie tez
spada  a  kumpel  proponuje  mi  jeszcze  nocna  grę  w  kosza.  Nie na dziś
wystarczy,  pojutrze  zagram.  Rozmawiam  jeszcze trochę i idę do domu wziąć
kąpiel.  już  myślę gdzie się przebiec następnym razem. A może teraz mięśnie
rak?? Wiem, pójdę z kumplami popływać, zobaczymy ile razy opłynę jezioro.

Inne - Felietony

Pogramowanie w Amosie cz.1

Autor: Cobretti

                    Podstawy programowania w Amosie cz.I

                       [ Dariusz Majgier - Cobretti ]

  Jak  wszystko  inne także i to jest inne. I tak oto podany został przykład
rekurencji. Ostatnio usłyszałem niezły dowcip: Idą trzy ślimaki po torach, a
z  tyłu  nadjeżdża expres. I słychać - ślup, ślup, eche, eche, eche (tak jak
to robi pluto), ślup.
  Czas jest sprawą względną. I tak do końca nie wiadomo czy czas płynie a my
stoimy  w  miejscu,  czy  to  my  płyniemy  a  czas  stoi w miejscu. Chociaż
słyszałem,  że czas nie chuj, nie stanie. Ja nawet nie wiem czy czas płynie,
czy  leci,  ale  za  to zamyka się w obrębie koła o pewnej średnicy. Jest to
wynik  doświadczeń  empirycznych:  ponieważ  zegarek  ma  tarczę  okrągłą, i
wskazówki  mają  pewną  długość  różną  od  zera, więc czas zakreśla okrąg o
promieniu  równym  długości  wskazówki.  Oczywiście  można uwzględnić zmiany
temperaturowe  dla  długości  wskazówki,  która  to  jest  dłuższa  latem, a
krótsza zimą.
  Wszystkich  oburzonych przepraszam, wiem, że są zegarki cyfrowe i co wtedy
z  czasem.  Ano  tak  samo. I tak cyferki powtarzają się co pewien czas więc
trzeba  użyć  estymatora przybliżającego zależność długości okręgu do ilości
cyfr   znaczących   zegarka   cyfrowego.  O  wiele  bardziej  skomplikowanym
problemem   jest   przedstawienie  kołowej  teorii  czasu  dla  chronometrów
nietypowych np. paląca się świeca, klepsydra, zegar wodny.
  Równie  niewygodny  jest  dokładny  zapis  czasu. Ponieważ wartość czasu w
określonym  czasie  (znowu rekurencja) nie jest dyskretna, wobec tego trzeba
użyć   algorytmów   przekonwertowania  wartości  rzeczywistych  na  wartości
całkowite.  Nie  jest  to takie proste, chociaż możliwe, ale obarczone dużym
błędem względnym.
  Z   matematycznego   punktu  widzenia  powinienem  całą  tą  tezę  poprzeć
odpowiednimi  wzorami  i metodą indukcji matematycznej dowieść, że zaiste to
co powiedziałem jest fikcją, ale nie do końca. Bowiem tak naprawdę to koniec
nie jest zdefiniowany. Wiadomo że on jest, tylko nie wiadomo dokładnie kiedy
następuje.  Taki  np.  symbol  nieskończoności  wyglądający  jak  dwie całki
złożone  jedna  lewą,  a  druga  prawą stroną i dodatkowo przesterowane o 90
stopni. Ponieważ zawsze do nieskończoności można dodać drugą nieskończoność,
lub  też  jedną pomnożyć przez drugą, bardzo łatwo jest zdefiniować rachunek
nieskończony.   Sumowanie   nieskończoności   jest   tak  samo  banalne  jak
odejmowanie.    Np.   5   nieskończoności   +   7   nieskończoności   =   12
nieskończoności.  Inny  przykład  3 nieskończoności - 8 nieskończoności = -5
nieskończoności.  Ponieważ  -5  nieskończoności  leży  po przeciwnej stronie
osi  więc  metodą podstawianie otrzymujemy 5 skończoności. Podobnie z innymi
działaniami.   Pamiętać   należy   o   znaku   -,   gdy  wystąpi  to  trzeba
przekonwertować nieskończoność na skończoność, a to już jest łatwo napisać w
paskalu lub asemblerze.
  Nie do końca zbadane są rachunki różniczkowe i całkowe. Całki nieoznaczone
nie  powinny  sprawić  kłopotu.  Gorzej  z  dokładnymi  obliczeniami  miejsc
znaczących i błędów względnych i bezwzględnych. Ale jeżeli zadana dokładność
nie  jest  wymagana,  powyżej  wymienione  błędy można pominąć. Interpolacja
funkcji  opartych na nieskończonościach jak również aproksymacja nie została
dowiedziona  matematycznie.  Ale  skoro  potraktujemy  odpowiednią funkcję z
nieskończonością  stopnia  N  dla  jednej zmiennej rachunkiem różniczkowym i
następnie  otrzymane  wyrażenie  zlogarytmujemy  przez proste podstawienie z
niewiadomej  wartości  całki  oznaczonej  danej  w  określonym przedziale to
myślę,  iż  prostą  metodą  iteracji  dobrniemy  w  końcu  do  końca  (znowu
rekurencja).
  Rekurenja  jest  takim fenomenem, gdzie to co określamy określamy przez to
właśnie.  Tak  jest  np.  z  silnią  lub np. obrazem w obrazie który zawiera
właśnie ten obraz, który zawiera ten właśnie obraz i tak w kółko.
  Dla  odmiany  kółko nie zawsze jest okrągłe. Weźmy pod uwagę nieskończenie
krótki  odcinek  koła.  Jest  to  prosta.  Tak więc każdy okrąg składa się z
prostych,  co  oznacza,  że  okrąg  nie  jest  okrągły jak sugeruje nazwa. Z
okręgiem   (nie  okrągłym  jak  udowodniłem)  związane  jest  wiele  różnych
paradoksów.  Pada  pytanie:  zmierzyć  średnicę. Dla informatyka nie jest to
pytanie  jednoznaczne,  każdy  informatyk zada sobie pytanie którą średnicę.
Przecież  okrąg ma nieskończenie wiele średnic. I po to między innymi był mi
potrzebny   wstęp  do  rachunku  nieskończonego.  Teraz  jesteśmy  w  stanie
określić  liczbę  średnic.  Ponieważ jest ich nieskończenie wiele (ale tylko
raz)  więc  mamy  liczbę  średnic równą jeden. I w ten oto sposób informatyk
wyjaśnia  sobie  problem  mierzenia  średnicy  okręgu.  Ponieważ  z wyliczeń
wychodzi  raz,  więc  mierzy  średnicę  raz  i  wyciąga  z  tego błąd średni
kwadratowy średniej i dostaje wynik, który właśnie udało mu się zmierzyć.
  Teraz  zmienię  swój punkt widzenia o 90 stopni. I co mi to daje, ano mogę
udowodnić, że wszystko to co zostało dowiedzione przed chwilą to fikcja.
  Rachunek    nieskończony   nie   może   istnieć,   bowiem   nie   istnieje
nieskończoność.  Tylko  bardzo  zaciekli  matematycy  wciskają sobie kit, że
nieskończoność  istnieje  i  można  to  udowodnić.  Gówno  prawda! Jak można
udowodnić   nieskończoność,   skoro  jej  jeszcze  nikt  nie  zmierzył,  nie
policzył,  ani  nie  wyznaczył  doświadczalnie.  Po prostu nie może istnieć,
ponieważ  wszystko  co  nas  otacza jest skończone i policzalne. Taki piasek
na   wszystkich   plażach   świata  też  można  policzyć,  kwestia  chcenia.
Matematykom  się  nie chce, wolą wszystko zrzucić na barki informatykom. Ale
ja  się  nie  dam. Taki czas, wydawałoby się, że jest nieskończony, i będzie
płynął  wiecznie. Nawet w teorii względności umieszczono jako czwarty wymiar
czas, bowiem założono, że będzie trwał wiecznie. Jajo. Może się pewnego dnia
urwać,  tak jak film, jak papier toaletowy, jak urwisko, jak wszystko. To że
będzie trwał wiecznie to tylko przypuszczenia, ja też przypuszczałem, że dla
pewnej  funkcji  -0.5  da  jej wynik ujemny bo -1 dawało, niestety srogo się
zawiodłem, a było już za późno. Mam teraz kolokwium do zaliczenia.
  Ten  przykład  niech  świadczy,  że  nie można bagatelizować sprawy. Weźmy
takie  na  przykład  atomy  wodoru, jest ich we wszechświecie najwięcej, ale
można  je  zliczyć.  Teraz  pora  na zadanie sobie pytania. Więc jak to jest
naprawdę   nieskończoność   istnieje  czy  nie.  Żadna  odpowiedź  nie  jest
wyjściem,  żadne wyjście nie jest odpowiedzią. Odpowiedzi jest nieskończenie
wiele, a jednocześnie jedna, czyli ta właśnie.
  Nie  mam  sił już pisać, teraz idę badać niezbadane i zadam sobie trud aby
wymyślić  pytania, których normalni ludzie nie potrafią zadawać, bo się boją
odpowiedzi. Bo to co ich otacza, ich przeraża. Czym jest śmierć, gdzie spały
dinozaury  i  w  jakiej  pozycji,  czy  ludzie  pierwotni dysponowali bronią
chemiczną,  ile sarinu potrzeba aby struć całą Japonię, czy każda mucha jest
w  stanie  złożyć  jajka, z których wylęgną się białe robaczki wyśmienite na
ryby,  jak  to  jest,  że  monitor  pokazuje  to co chce komputer, czy lampa
naftowa   była   w  stanie  symulować  tranzystor,  a  przez  to  mogła  być
zasadniczym  elementem  komputerów I generacji, po co jest Algebra Boola, co
znaczy tajemniczy skrót ZM, lub ZU2.
  Jeżeli  chcecie  znać  odpowiedzi  na  te  i inne pytania nurtujące Was od
zawsze  to  zaglądnijcie  do podstaw programowania w amosie, w moim wydaniu,
rzecz jasna (i to jest właśnie rekurencja).

Pogramowanie w Amosie cz.2

Autor: Cobretti

                        Programowanie w Amosie cz.II

                       [ Dariusz Majgier - Cobretti ]

  Wracając  do rachunku nieskończoności... (Ponieważ okazało się, że podjęty
temat  nie  jest  taki  banalny,  na  jaki wyglądał). Zdefiniowałem ostatnio
rachunek na liczbach całkowitych. Padły pytania co z liczbami rzeczywistymi.
Nic,  oczywiście postępuje się podobnie jak z całkowitymi. Np. jeżeli chcemy
uzyskać  1/2  nieskończoności to po prostu usuwamy liczby podzielne przez 2.
Jeżeli 1/3 to podzielne przez 3. I sprawa się wyjaśniła.
  Co  więcej,  okazało  się że czas może stanąć! I to w najmniej oczekiwanym
momencie,  czyli  wtedy  gdy  akurat  trzeba  coś  zrobić  na czas. Tak było
ostatnio,  gdy  musiałem  się  dostać na zajęcia w szkole. Patrzę na zegarek
raz,  patrzę  po chwili drugi raz i mam wciąż ten sam czas. To nie był żart,
to  stało się na prawdę! Czas stanął w miejscu. Dopiero po dokonaniu wymiany
baterii  okazało  się że czas ruszył. Myślę, że w przyszłości będzie to dość
popularna   metoda,  stosowana  zamiast  hibernowania.  Sam  nie  zauważyłem
również, żebym się zestarzał w tym momencie, czyli działa.
  Jakie  jeszcze wnioski można wyciągnąć?? Ano takie, że czas jest zamknięty
w  baterii.  Bo  dopiero  przy  jej  włożeniu  zaczął mijać. Czyżby ludzkość
znalazła  sposób  na  przechowywanie czasu? Specjalne kapsuły czasowe są jak
widać dostępne w każdym dobrym sklepie elektronicznym.
  No  i  przy  okazji  znajduje  tutaj zastosowanie stare polskie przysłowie
much:  czas  to  pieniądz.  Bo taka bateria kosztuje, to zostało stwierdzone
empirycznie.  A  wracając  do much, to okazało się że mają one jeszcze kilka
ciekawych  przysłowiów  (heheh): ciągnie go jak muchę do gówna, albo z innej
beczki:  tam  skarb twój gdzie gówno twoje. Taki to już jest ten świat much,
brutalny, wulgarny i do dupy.
  Bawiąc  się  zagadnieniami  rekurencji,  odkryłem pewną nową, nieokreśloną
dotąd  zależność  i  definicję. Jest nią KURENCJA. Skoro rekurencja wykonuje
się  zwykle  pewną  ilość  razy,  czasem  nawet nieskończoną, to dla odmiany
KURENCJA  wykonuje się tylko raz. No i rzeczywiście, można spróbować wykonać
kurencyjne procedury lub funkcje w pascalu, C, Clipperze lub Delphi. Działa,
czyli   jako   naukowiec,   wywiązałem   się   z  odkrywania  nie  odkrytego
wyśmienicie.
  Dalej,  weźmy  na  przykład  taki  fenomen  jak  zamek.  Ha,  na pewno nie
domyślasz  się  o  jaki  zamek  mi  chodzi!  No  i dobrze, w takim razie coś
łatwiejszego...  bit. Może przyjmować wartości 0 i 1. I nic więcej. Proste??
Teoretycznie   tak,   ale   w  praktyce  taki  bit  to  może  wywołać  takie
zamieszanie,  że  się  w pale nie mieści. Pytanie w jakiej pale, bo tego nie
zdefiniowałem. Pała jak pała, jakby chciała to by się zdefiniowała.
  Jeden  jedyny  bit,  mający  za  to  dwie wartości. Równie często mylony z
bajtem.  Co  oczywiście  jest teoretycznie możliwe. W końcu można by też się
uprzeć  i  przyjąć  że w bajcie jest właśnie jeden bit zamiast standardowych
ośmiu. Tylko, że wtedy byłby to przerost formy nad treścią.
  Jeszcze  jeden  motyw, czyli język polski. Czy lepiej napisać wyraz 'jaka'
czy  'jonka'.  Chodzi  mi o wadę wymowy pisaną bez używania żadnych polskich
liter.  W  pierwszym  przypadku  nie da się przekazać prawidłowo tego co się
chce  powiedzieć i przy okazji kaleczy się i tak język. A w drugim przypadku
tylko kaleczymy język. Wychodzi na to że druga forma jest o wiele lepsza.
  I  problem  prawie  nie do przejścia. Zakładam, że muszę napisać komuś, za
pomocą  klawiatury,  że  mam uszkodzony klawisz z literą A. W jaki sposób to
zrobić skoro ten klawisz jest niewciskalny??? Oczywiście, należy napisać coś
takiego:  'Nie  mogę  użyć  litery ' ''<--tu jest ta litera A.. tylko jak to
zrobić,  skoro  nie  mamy  tej litery?? Gdyby to była litera X to napisałoby
się,  że  nie  mam  litery  IKS,  i  po kłopocie. Ale to jest A. Które brzmi
dokładnie tak samo jak się go pisze. Trzeba by użyć tricku, bardzo prostego,
ale  pewnie  przez  jego  prostotę  bardzo trudnego do wymyślenia. Po prostu
trzeba  wziąć  w  leasing  (wydzierżawić, wynająć, wypożyczyć, jak kto woli)
drugą  klawiaturę.  Za pomocą tej drugiej klawiatury należy napisać, że jest
uszkodzona litera A i następnie oddać klawiaturę z powrotem. Proste??
  Liniowe  przetwarzanie  danych  to  całkiem  poważny problem, nie tylko ze
względu  na  swoje  przeznaczenie, ale również na to, że nie do końca został
zbadany.  A  wiec  skoro  istnieje  przetwarzanie kołowe (cykliczne) to może
istnieć  liniowe.  Najlepszym  przykładem niech będzie twardy dysk.. Jest to
typowy  przykład  kołowego  przetwarzania  danych.  Dysk się obraca w koło i
szczytuje   lub   zapisuje   dane.   Co  zrobić  aby  przejść  do  liniowego
przetwarzania  danych?  Należy  zbudować twardy dysk o kształcie nośnika np.
prostokątnym,  tudzież  kwadratowym  (kwadratowe przetwarzanie danych, zwane
inaczej  kwadraturą  koła  [przejście  z koła na kwadrat]). Ścieżka na dysku
staje   się   teraz   linią   prostą,   zamiast   okręgiem.   Napęd  głowicy
czytająco-zapisującej  umieszczony  jest  na prostej prowadnicy, a dostęp do
danych  odbywa  się  na starej jak świat zasadzie. Dla lepszego zobrazowania
zaprezentuje poniżej kształt ścieżki i system napędowy głowicy.

ścieżka  _______________________________________________________________
    głowica      ___/^

  Więc  ta  głowica jeździ sobie tam i z powrotem. Co oczywiste, nie jest to
tylko  jedna  ścieżka  i  jedna  głowica.  Ponieważ  dysk  jest  w kształcie
prostokąta,  to  takich  ścieżek  zmieści  się  tam  tyle,  na ile umożliwia
technika  upakowania ścieżek na płacie magnetycznym. Co oczywiste, zależy to
od  sposobu  formatowania takiego płatu. Jak również od ilości głowic, które
będą  taki  napęd obsługiwać. Dodatkową atrakcją mogą być ścieżki krzyżujące
się  nawzajem. Tzn. nie tylko w poprzek ale i wzdłuż następuje odczyt danych
na  nośniku.  Dostaję  się  wtedy  najbardziej  czadowy  dostęp  do  danych,
połączony   z  odjazdowym  zderzaniem  się  głowic  czytająco-zapisujących i
poprzez   analizę   spektralną   widma   atomów   wydzielanych  przy  takich
zderzeniach,  można  za  pomocą licznika Gingera-Whelera analizować szybkość
poruszania   się  naprzemiennego  każdej  głowicy  na  traku.  Czyli  wesołe
miasteczko w niedziele na parkingu osiemanstokołowych ciężarówek. Czad!
  Jak wesołe miasteczko to też musi być karuzela. Karuzela kojarzy się nieco
ze  starą  płytą  (najczęściej  czarną  [analogową]). Pytanie: ile na takiej
płycie  było  rowków??  Zakładam,  że  była to standardowa płyta adapterowa,
duża,  obracająca  się  ze stałą prędkością 33 obr/min i zapisana w całości.
Powiedzmy,  że grała przez godzinę. No ile miała rowków?? Dupa, nie zgadłeś.
Pomimo  skomplikowanych wzorów na obliczanie ilości rowków, nie udało Ci się
prawdopodobnie,  bo  rzadko  kto  zna właściwą odpowiedź. Otóż jest to jeden
rowek!  Tylko  że ciągnący się przez całą płytę, tak jak spiralka, lub stary
znudzony  wąż,  leżący  gdzieś  w  buszu afrykańskiej jungli. Apropos, czy w
dżungli  jest  busz?? Nie byłem jeszcze, więc nie wiem, ale przy najbliższej
okazji sprawdzę.
  Słyszałem  również,  że  jakieś  problemy  sprawia  formatowanie dysków na
większe  pojemności.  Dziwne,  bo nie miałem z tym żadnych problemów. Sprawa
jest  tak  błaha,  że  chyba  nie powinienem jej tutaj w ogóle poruszać, ale
tylko dla przypomnienia o tym nieco napiszę.
  Na  początek  trzeba  by się zastanowić, od czego zależy wielkość dysku po
sformatowaniu.  Widać  to  na  pierwszy  rzut  oka, od dziurek na dysku. 720
mają  1  dziurkę,  1.44  dwie dziurki, no więc 2.88 będą miały trzy dziurki.
Łatwo  się  domyślić  jak postępować w celu dalszego zwiększania pojemności.
Metoda  jest  nieudokumentowaną  przez  producentów  dysków, długo zetrwało,
zanim ją do końca dopracowałem.
  Drugi  wariant  to  formatowanie  na  większy  format  za  pomocą narzędzi
bardziej  wyrafinowanych.  Chodzi  o zwiększenie ilości ścieżek na dysku. Tu
trzeba  mieć  trochę  doświadczenia,  bo  nie  zawsze  za pierwszym razem to
wychodzi.  Należy  się  zaopatrzyć  w wiertarkę, tylko nie udarową, żeby nie
biła.  Polecam  tylko  markowe  wiertarki.  Do  takiej  wiertarki mocujemy w
specjalnym  uchwycie  (do  kupienia  na  giełdzie  komputerowej)  dyskietkę,
dowolną, byle nową. Następnie delikatnym narzędziem jakim jest pazur Kazuara
zarysowujemy  nowe  ścieżki  na  dysku.  Dysk  musi  być  na bardzo wysokich
obrotach,  czyli  wrzucamy  wiertarkę  na  jak najwyższy bieg. Taaa, dobrze,
teraz   można   taką  dyskietkę  używać  dla  formatów  max.  12MB.  Większe
pojemności  są  determinowane przez odpowiedniej jakości (cieńsze) narzędzia
pracy (pazur nietoperza).
  Jest jeszcze trzeci sposób zwiększenia objętości dysku. Poprzez poprzeczne
bocznikowanie  kwandrylem kubimerozy. Nie zawsze relewantnym do kwerendy dla
naszych  percepcji.  Co nie wyklucza obojętne potraktowanie nośnika zestawem
magnesów,  lub  elektromagnesów.  A  zresztą  co ja będę tłumaczył, na pewno
wiesz o czym mówię.
  Zapraszam  na następny raz, będzie mniej techniki a więcej rozważań natury
psychologicznej  -  między innymi o zachowaniu tłumu. Poprę to przykładami z
rzeczywistości. Aloha.

Pogramowanie w Amosie cz.3

Autor: Cobretti

                       Programowanie w Amosie cz.III

                       [ Dariusz Majgier - Cobretti ]

  Jak  to  jest  z tym prądem, a może go nie ma? Naukowcy ostatnio opierając
się  na  empirycznych doświadczeniach, skłonni są sądzić, że tak na prawdę w
drucie  żyją  krasnoludki. Przy okazji tłumaczyłoby to wszystkie zagadnienia
związane z bajkami. Mało tego, zostałoby znalezione brakujące ogniwo łączące
świat  bajek ze światem rzeczywistym. Zresztą postaram się pokazać, że coś w
tym jest.
  Na  początek najłatwiejsze do udowodnienia: prądu nie widać i krasnoludków
nie  widać,  czyli  mają  ze sobą dużo wspólnego. I każde zjawisko ma swoich
zwolenników  i przeciwników. Takie krasnoludki nie są możliwe do zauważenia,
gdyż  żyją  w  kablu,  a  jak  wiadomo  do kabla nikt nie zagląda. Nie darmo
powstało powiedzenie, że elektryka prąd nie tyka. Być może to krasnoludki są
odpowiedzialne  za  śmierć tylu osób porażonych prądem. Swego czasu chodziły
pogłoski, że krasnoludki dysponują tajną bronią, małą i skuteczną o zmiennym
natężeniu  rażenia.  Więc  znowu  potwierdza  to życie. Albo dlaczego kable,
szczególnie miedziane są tak chętnie skupowane przez skupy złomu?
  Problem polega na tym, że ludzie skupujący kable uwierzyli w krasnoludki i
zapragnęli  je  mieć tylko dla siebie. Ale prąd jest potrzebny nie tylko dla
przeciętnego  człowieka.  Kolej,  z  której  kable  miedziane  wynoszone  są
najczęściej  ponosi  niepowetowane  straty.  Przecież krasnoludki są towarem
unikatowym.  Jeżeli  pozbawi się kolej dostępu do krasnoludków to kto będzie
odpowiedzialny  za  zmiany  w  rozkładach  jazdy?  Nie będzie na kogo zwalić
winy..
  Krasnoludki  występujące  w kablu i odpowiedzialne za przesył prądu nie są
jedynym  gatunkiem  krasnali!  Okazało  się że bliskimi kuzynami krasnali są
chochliki  drukarskie.  Obecnie  przeżywają  wyż  demograficzny,  bo zostały
wprowadzone  do  drukarni  urządzenia  zasilane  prądem,  więc  mają idealne
miejsce  do  osiedlania  się  i już teraz mogę przewidzieć, że nastąpi coraz
częstsze pojawianie się błędów w prasie.
  A   z   wszystkich   krasnoludków  najbardziej  interesuje  mnie  sierotka
Marysia... eee, to chyba nie ta bajka, miałem na myśli królewnę Śnieżkę:-)
  Jak  to  jest,  że  społeczność  krasnoludków  w  ogóle  nie  przystaje do
społeczności   ludzkiej?   No   bo  na  przykład,  idę  sobie  spokojnie  na
przystanek autobusowy i co widzę? Cały autobus nabity na fuul, drzwi się nie
otwierają  a  ludzie  patrzą  na  niego jak zaklęci. Żal mi się zrobiło tych
ludzi,  a  dodatkowo  się  śpieszyłem  więc  postanowiłem jechać tym nabitym
autobusem i przy okazji poeksperymentować z tłumem.
  Nikt  nie  próbował nawet dostać się do tego autobusu, więc skorzystałem z
pomocy  buta  i  potraktowałem drzwi tym właśnie przedmiotem umieszczonym na
mojej  nodze.  Drzwi  ruszyły,  po  trzech  butach na korpus autobusu, jakiś
gostek blokujący drzwi odpadł od bandy i drzwi zostały zdobyte. A ludzie, ta
banda  dzikusów,  ruszyła  szturmem na moje drzwi! Zshokowało mnie to nieco,
więc  sam wlazłem do tego autobusu i zamknąłem drzwi od wewnątrz, na co tłum
zareagował  niecodziennym  oburzeniem...  Jakieś  wrzaski, krzyki, że łobuzi
niszczą autobus.
  Olać tłum, nie byli warci tej jazdy, pojechałem sam i stwierdziłem, że nie
ma  co  się poświęcać dla bandy napalonych podróżników. A byli tak podjarani
myślą "że pojadą" aż sam się bałem co się może wydarzyć, przecież mogli mnie
zmieść  z  powierzchni  ziemi, a tupot oszalałych ze szczęścia ludzi dał się
słyszeć pewnie pod ziemią, na co podenerwowane dżdżownice mogły zareagować w
sposób nienaturalny i stracić potomstwo! A tego bym sobie nie darował.
  Z przykrością patrzę na moja myszkę. Ktoś jej wytatuował napis Highscreen.
To  chyba  krasnale  nie miały co robić, jak mogła dać się tak podejść. Żeby
było  śmieszniej,  ktoś się naoglądał za dużo filmów z cyklu SuperMen - no i
wytatuował  jej  jeszcze Super Mouse II. Chyba byłem ślepy, bo nie widziałem
pierwszej części mojej myszy.
  W  ogóle  z  moją  myszą dzieje się coś nienaturalnego. Ostatnio przestała
przyjmować  pokarm  stały,  serek ją nie rusza i zamiast łapek ma taką bulwę
pod  brzuszkiem.  Spuchnięty  brzuszek  z  głodu?  Też  tak myślałem ale ten
brzuszek  można  wyjąć  i  jest  ciężki,  wiec chyba nie z głodu. Po wyjęciu
brzuszka  (taki  kulisty  się zrobił) okazało się że ma potworną dziurę, a z
wnętrza  wystają  dwie rolki napędowe. Mysz mi się scyborgizowała, to pewne.
Może ćpała scalaki, albo co... To te krasnale jej tak dogodziły, może by tak
urządzić polowanie na krasnale??
  Ech,  nie  ma  co. Trzeba przeanalizować kompresję tekstu. To też nie jest
proste  zadanie,  gdyż  nie  wchodzi  w rachubę tylko kompresja, ale również
kodowanie jednostronne algorytmem DES. Mowa oczywiście o długopisie, tudzież
piórze,  ewentualnie  ołówku  i  pisaku. Kodowanie jest jednostronne, to nie
ulega  dyskusji.  Mając  przyrząd piszący jestem w stanie zdekodować przekaz
przelewając  zawartość  wkładu  na papier, ale w drugim kierunku ta operacja
nie  jest  możliwa. Dane pakowane są bardzo wydajnym algorytmem, bowiem żeby
wypisać  wkład  trzeba poświecić dość sporo kartek, a wszystko to mieści się
na początku w maleńkim pojemniku bądź to wkładzie bądź to w naboju.
  Wracając do zagadnień związanych z czasem, nie udało mi się drogą reversji
dojść  do  cofnięcia  czasu  poprzez  odwrócenie  czynności klepsydry. Skoro
piasek  opadał  do  naczynia  niższego,  automatycznie  mijając  to  poprzez
odwrócenie  klepsydry, wykonując czynność odwrotną, czas powinien z powrotem
się  cofnąć,  no  ale nie chciał, wciąż upływał, aczkolwiek moje próby nadal
trwają i nie wykluczone, że kiedyś się uda.
  Z ud, najbardziej lubię uda kobiece.
  Za   to   udało  mi  się  zasymulować  w  warunkach  domowych  wyładowanie
atmosferyczne,  może  nie  w  milionach voltów, ale kilku tysięcy i o bardzo
małym  natężeniu.  Ofiary niestety musiały być i to śmiertelne. Pożegnałem w
ten sposób świętej pamięci zasilacz...
  Bawiąc  się  w  niedoszłego  truposza,  doświadczyłem  na  własnej  skórze
oddziaływanie prądu na organizm człowieka.
  Miejsce wydarzeń: mój pokój.
  Czas trzepnięcia: około wieczora.
  Powód: wymiana żarówki.
  Wykręcając  żarówkę, tak bardzo się zaangażowałem w tą czynność, że zbiłem
osłonę  szklaną  i  została  mi tylko część metalowa, którą nijak nie mogłem
wykręcić,   bowiem   była   w   bardzo  niedostępnym  miejscu.  Lekkomyślnie
postanowiłem  użyć  pincety,  nie  domyślając  się  co  też mi się za chwilę
przydarzy.  Jak  każdy wie, pinceta jest metalowa i doskonale przewodzi prąd
który  transportują wspomniane wcześniej krasnoludki. Pakując pincetę w celu
uchwycenia  i  odkręcenia reszty spalonej żarówki doznałem dziwnego uczucia,
czas stanął w miejscu.
  Ciało  nagle stężało, mięśnie się poskurczały i miałem wiele szczęścia, że
pincetę  szybko  przez  przypadek  opuściłem. Przez około 4 minuty cały czas
odczuwałem  drżenie  ciała i nie dało się tego nijak opanować. Na palcach, w
miejscu  trzymania  pincety  pojawiły się czarne punkty świadczące o..., sam
nie  wiem  o czym. Po kilku minutach drżenie ustało i szybki test psychiki i
świadomości pozwoliły mi ustalić moje reakcje psychomotoryczne - byłem dalej
normalnym człowiekiem i miałem sporo szczęścia, że przeżyłem. Przepływ prądu
nastąpił  po  prawej stronie ciała, a stojąc na gumowej wykładzinie udało mi
się  zapobiec  przepływowi  prądu  przez  całe ciało wraz z sercem. W każdym
razie  nie  radzę  nikomu próbować zabawiać się w ten sposób. Fakt, czad był
niesamowity  i  czuć  się  można  jak  na  prawdziwym  odlocie,  ale  lepiej
odlatywać samolotami niż napięciem.
  Ech,  samo  życie  przynosi  takie  dziwne  przypadki, jak np. kilkukrotne
bliskie  śmierci  przygody,  bo to nie pierwszy raz jak wyszedłem z jakiegoś
wydarzenia  cało,  a  śmierci w oczy dane mi było zaglądać już kilka razy. I
tym   optymistycznym   akcentem   kończę   następną  i  nie  ostatnią  część
Programowania w Amosie w moim wydaniu...

Twardy

Autor: Cobretti

                                  Twardy.

                       [ Dariusz Majgier - Cobretti ]

  Nagle  zacząłem  wirować.  Z  początku  bardzo  wolno,  ale przyśpieszenie
sprawiało,  że  zaczynałem  odżywać.  Po  nie  z pełna 3 sekundach uzyskałem
pełną  moc  wirowania.  Wow!  Ale  było  extra.  Teraz  wirowałem  ze  stałą
prędkością kontową i było cudownie.
  Po moich talerzach przesuwały się głowice, chodziły tam i z powrotem przez
cały  czas.  Widać  że  używały jednego z mniej popularnych sposobów odczytu
danych. Czułem się jak karuzela pędząca wraz z dziećmi w wesołym miasteczku.
  No   i  to  śmieszne  uczucie,  gdy  nagle  zostawałem  namagnesowany  lub
rozmagnesowany   w   pewnych   partiach  moich  dysków.  Ścieżki,  clustery,
sektory, głowice, talerze... byłem podzielony na jakieś dziwne, nie widoczne
na pierwszy rzut głowicy obszary. Za to jaka radość jak głowice trafiały tam
gdzie miały trafić, bez tych podziałów nikt nie dałby rady nic tu znaleźć.
  Wirujący  seks!  Zdałem  sobie  sprawę,  że mój właściciel przegląda teraz
obrazki  z  panienkami  pozbawionymi  ubrania!  To jest to, od razu zacząłem
szybciej  wirować. Wow! Widać, że pracuje w multitaskingu, głowice pędzą jak
oszalałe,  żeby  nadążyć  ze  wszystkimi zachciankami Nigdy nie lubiłem, gdy
uruchamia się kilka programów na raz, to jest strasznie męczące.
  O!  Zgubiłem cluster! Heh, jak ja się z tego wytłumaczę? Po prostu jeden z
elementów Fat nie ma powiązania z plikiem. Fajnie, czyli mam ten cluster dla
siebie do czasu aż właściciel przeleci mnie jakimiś narzędziami dyskowymi.
  Defragmentacja  jest  jak  kąpiel  i  czesanie. Wychodzę cały poukładany i
nienagannie  posegregowany.  Wszystko  odbywa  się  szybciej,  i głowice nie
reagują tak nerwowo. Mniej się niszczę! Lubię defragmentację, tylko trwa ona
zdecydowanie za długo, buuu.
  Szumię  delikatnie  i  cicho.  W tej chwili tylko się obracam nie myśląc o
niczym.  Widać nic się nie dzieje. Fajnie. Pracuję zwykle całymi godzinami i
chwila  wytchnienia jest jak najbardziej na miejscu. To nawet lepiej, że nie
wyłączył  komputera, tylko odszedł. Przy częstych uruchomieniach niszczę się
bardzo,  mechanizmy  parkowania  się zużywają, siły odśrodkowe niekorzystnie
działają  na  strukturę  dysku,  no  i elementy ślizgowe mogą kiedyś odmówić
posłuszeństwa  i  mogę  zacząć  skrzypieć  i  buczeć. Wtedy zwykle nadchodzi
starość. Ale może mój pan zaniesie mnie do servisu, żeby mnie przesmarowali,
bo nie chcę tak szybko ginąć.
  Oczywiście  najgorsze  są  dla mnie błędy CRC i straty Fatu. Wtedy zaczyna
się  mozolne  formatowanie.  Bue,  to tak jakby nagle zmieniali Ci życiorys,
stajesz  się  zupełnie  kim innym, a o przeszłości możesz zapomnieć. Albo na
przykład  nowe  partycje. Tego też nie lubię Dzielił Ci ktoś kiedyś ciało na
pół, albo na więcej części? No widzisz, myślę, że mnie rozumiesz.
  Grzeję  się. Gdyby nie wentylacja bym się mógł zapocić. Zresztą w ogóle we
wnętrzu  tego pudła jest ciepło i niewygodnie. Gdy jestem sam to jeszcze mam
fajnie,  ale gdy przyniesie nowy dysk twardy to muszę się dzielić zasobami z
innymi. I tak dobrze że mój pan ustawia mnie zawsze na master. Nie lubię być
sługą! Uff, ale wiruje!
  Nie  cierpię  również  jak  się  mnie  przenosi.  Wtedy  bardzo łatwo mnie
uszkodzić.  Jakieś  wstrząsy,  uderzenia,  mikrourazy, obroty! Brrr, to jest
najgorsze  dla mnie. Jestem taki delikatny jak poranna mgiełka. Pomimo mojej
twardej  nazwy  jestem bardzo czuły na wszystkie zmiany położenia. Muszę być
idealnie  wypoziomowany,  bo  inaczej siły odśrodkowe mnie rozrywają i męczę
się potwornie.
  Ach,   jak   nie  cierpię  skanowania  powierzchni  dysku  przez  programy
testujące.  To  tak  jakby  Ci  ktoś jeździł grzebieniem bo nagiej czaszce i
nie  miałbyś  możliwości  obrony. Za to delikatne drapanie po sektorach przy
kopiowaniu  jest w miarę znośne. Zresztą zależy to od długości plików. Lubię
duże  programy,  najlepiej  w jednym kawałku. Problem jest jak jakiś program
składa  się  z  setek  króciutkich  pliczków.  To tak jak byś zamiast kromki
chleba  miał  skonsumować  tysiące  okruszków. Ani to wygodne ani przyjemne.
Dlatego czasem z pomocą przychodzą mi programy kompresujące.
  Ostatnio mój właściciel kupił UPS. Przynajmniej wiem kiedy mogę spodziewać
się,  że  mnie  wyłączy.  Bo  to dość nieprzyjemne uczucie gdy nagle tracisz
panowanie  nad  sobą  i zamierasz. Trochę to przypomina hibernację, ale jest
dość nagłe. Kręcę się coraz wolniej i wolniej i nic nie mogę na to poradzić.
  Równie  przykre  są  nieprawidłowe połączenia kabli sterujących. Zasilanie
mam,  ale  nie  mogę przesłać ani odebrać danych. Duszę się i nie mogę wtedy
złapać oddechu. Czuję się jak ryba wyrzucona na brzeg jeziora.
  O!  Zaczęło  się.  Znowu  brakuje  prądu,  włączył  się  buczek UPS'a. Coś
ostatnio  ciągle  dają  się  we znaki chwilowe zaniki prądu. Ale intensywnie
teraz  pracuje! Zaraz się zamęczę! Widać właściciel przyszedł i robi szybkie
kopie  i  zrzuty swojej pracy. Zaraz się rozjadę. Ależ tyram. I tak w kółko.
Więc  chyba  zaraz zacznę zwalniać bo mnie może wyłączyć. Na wszelki wypadek
dodam jeszcze, że muszę sprób...
  Cisza.

Informacja. Początek problemów

Autor: Cobretti

                      Informacja. Początek problemów?

                       [ Dariusz Majgier - Cobretti ]

1) Na początku był chaos.

  Dym,  ogień,  blask  światła, sygnał dźwiękowy. Wydobywane piski, wrzaski,
nieartykułowane  wyrażenia,  coś  co  mogło  przypominać  dzisiejsze sposoby
wysławiania się noworodka, chcącego powiedzieć matce, że jest głodny.
  Owszem, jakkolwiek byłoby to prymitywne i tak spełniało swoją rolę, i o to
przede  wszystkim  chodziło.  Człowiek  pierwotny  nie zdawał sobie sprawy z
tego,  że  to  czym  dysponuje  zostanie  wkrótce  zastąpione wyrafinowanymi
systemami przekazywania danych.
  Trzy  niezbędne do egzystencji rzeczy: pokarm, woda i rozmnażanie. Wkrótce
pojawi się czwarta - Informacja.

2) Czy chaos zrodził porządek?

  Koń,  gołąb,  chorągiewki, symbole, znaki, posłaniec. Nie ważne jak, ważne
żeby  dotarła  na  czas.  Mało  tego,  ważne  żeby w ogóle dotarła. Z reguły
docierała, dlatego tak szybko zaczęła zdobywać sobie miejsce wśród ludzi.
  Czym  byłoby  życie  na  ziemi  bez  przekazywania  sobie  informacji, jak
wyglądałaby  codzienność  bez  normalnie  funkcjonującej  poczty,  radia lub
telewizji?  Wtedy  jednak  nikt  o  to  nie  pytał,  nie było tego. Czas nie
zatrzymał się w miejscu. Zaczął się wyścig z informacją.

3) Przekaż wiadomość i podaj adresata.

  Łódź,  dyliżans,  kurier.  To co dało ludziom szansę porozumiewania się na
duże  odległości,  stawało  się jednocześnie problemem nie do rozwiązania. A
czas  nie  stał  w  miejscu,  problemy  stawały  się  nieaktualne,  a  fakty
przedawnione. Ludzie potrzebowali czegoś szybszego.
  Dziś  masz  ją natychmiast, kiedy tylko zechcesz. Wtedy jednak czekałeś na
nią  dniami, tygodniami, miesiącami. Musiał istnieć sposób, aby dało się ten
proces przyśpieszyć. Człowiek nigdy nie lubił czekać.

4) Same chęci nie wystarczą. Potrzeba geniusza.

  Samolot,  samochód,  telefon.  Rok  1876  A.G.Bell  opracowuje pierwszy na
świecie  telefon.  Przełom  w  przesyłaniu  informacji  okazuje  się dopiero
początkiem  drogi  prowadzącej  do  nowych technik przekazu, o których w tym
czasie nawet sobie nie wyobrażano.
  Jeden  człowiek  mógł  zdziałać  tak  wiele?  To co w takim razie byłoby w
stanie  zrobić  więcej  ludzi.  Wystarczyło  ich  zebrać,  dać  im niezbędne
wyposażenie i czekać. A czekać nie trzeba było długo.

5) Czy mógłbyś powtórzyć? Jasne, nie ma sprawy.

  Fax,  modem,  podczerwień, fale radiowe, łączność satelitarna, światłowód.
Człowiek  zawsze  będzie dążył do rozwiązań nowoczesnych, bez względu na to,
czy  będzie  to  służyło  dobry  czy  złu.  Siła  światła  spójnego  została
wykorzystana  w  dwóch celach. Ale samo światło nie było by nic warte, gdyby
nie niosło z sobą informacji, która nie raz ratowała ludziom życie.
  Niesamowite  możliwości,  być  może  tylko  dla człowieka żyjącego tutaj i
teraz.   Kiedyś  ktoś  napisze  podobny  tekst  o  przesyłaniu  informacji i
stwierdzi, że i tak byliśmy zacofani w porównaniu do tego co mogliśmy odkryć
i  wynaleźć.  Być  może  jesteśmy  o krok od nowych technik, ale nie zdajemy
sobie z tego sprawy. Czas pokaże czy się mylimy.

6) Nie informacja jest problemem tylko czas.

  Internet. Podaj dziedzinę wiedzy i zakres materiału a za 10 minut będziesz
miał  wszystkie  opracowania u siebie na biurku. Tylko kiedy to przeczytasz?
Kiedy  to  opracujesz?  Kiedy  to przeanalizujesz? Chcesz więcej informacji,
dostarczę  Ci  jej,  ale  kiedy zdążysz ją przeżuć i strawić. Wciąż więcej i
więcej,  nie  wystarczają już pobieżne dane, liczy się precyzja, dokładność,
kompletność.  Znaleźć  nie  jest problemem, ale gdzie jest czas potrzebny na
przeanalizowanie danych...
  Teraz  nie  istnieje  problem  szybkości.  Pojawiły  się  nowe przeszkody.
Bariery  wydawałoby  się  nie  do przejścia. Informacja nas zalewa, jest jej
coraz  więcej  i nie możemy nadążyć za nowymi danymi. Człowiek zawsze chciał
zgromadzić  jak  najwięcej  wiedzy.  Ba.  Ale  jak  ją  obrabiać  i  jak  ją
wykorzystywać,  gdzie  ją  składować  i jak wybrać rzeczy użyteczne od szumu
informacyjnego.  Gdzie  ją  sprawdzić i jaka jest pewność że informacja jest
prawdziwa. To są pytania, i najpierw na nie trzeba znaleźć odpowiedź.

7) Bóg dał mi rozum, czas go wykorzystać.

  Racja.  Tym bardziej, że wiemy jak. Systemy ekspertowe, bazy wiedzy, sieci
neuronowe,  neurokomputery,  logika  rozmyta, bazy danych. Wszystko wymyślił
człowiek,  nikt  tego  nie  stworzył,  to  my kreujemy świat i my znajdujemy
odpowiedzi na pytania, które sami zadajemy.
  Komputery mogące myśleć to niedaleka przyszłość i nie jest powiedziane, że
za  20  lat  w każdym domu nie znajdzie się mały przenośny komputer wpięty w
wielką międzynarodową sieć mogący podejmować za nas decyzje, mający wpływ na
nasze życie i być może sterujący pośrednio ludźmi.
  Być może przyjdzie czas, że komputery będą wpadać na genialne pomysły i to
one  same  będą  w  stanie  zaprojektować  nowe  komputery  jeszcze lepsze i
jeszcze  bardziej  wydajne  niż  dotychczas. Ten proces będzie wieczny i być
może  kiedyś  człowiek  będzie  komputerom  zbędny, tak samo obojętny jak my
dzisiaj  z  obojętnością spoglądamy na mrówki chodzące po chodniku lub ptaki
siedzące na gałęzi drzewa. Może...

Magnat autobusowy

Autor: Cobretti

                             Magnat autobusowy?

                       [ Dariusz Majgier - Cobretti ]

  Siadam  z  kalkulatorem  i  zaczynam analizować sens istnienia komunikacji
autobusowej...  przynajmniej  u  nas  na  Śląsku. Bo po za nim nie jestem na
tyle zorientowany aby móc to wnikliwie przeanalizować.
  Hm, trzymam przed sobą bilet z końca marca, akurat w marcu podrożały znowu
bilety,  niech  ich  szlag. Cena biletu to 1 zł, ulgowy 0.5 zł. Jaki wniosek
można  na  podstawie  biletu  wysnuć?  Bardzo  dużo  wniosków,  tylko trzeba
wiedzieć, że takie możliwości istnieją.
  Seria  biletu: A 2512127. Czyli pierwszy wydruk bo A. Mam przy sobie bilet
o  numerze  2512127, czyli tyle biletów zostało w ciągu miesiąca (nie całego
jeszcze)  sprzedanych.  Ile zarabia na tym KZK GOP? właśnie tyle złotych ile
sprzedał  biletów.  Dużo  nie?  A  teraz  zastanów  się co się dzieje z tymi
pieniędzmi.
  Można  na przykład kupić 5 nowych w miarę dobrych autobusów (Ikarus) każdy
za  około  5  miliardów  starych  złotych.  Dużo nie? Ale przecież wcale nie
pojawiają  się  nowe  autobusy.  No  dobra,  no to może kasa idzie na remont
przystanków  autobusowych? Też dobry dowcip, ostatni remont jaki pamiętam to
przybicie  gwoździami  (!) nowego rozkładu jazdy. Hm, w takim razie idzie na
wypłaty  dla  kierowców,  ludzi  obsługi,  lub innych ludzi związanych z tym
molochem. Policzyłem, że gdyby każdemu zapłacić po 7 milionów to dało by się
tym  obdarować  około  4 tysięcy ludzi, dużo nie? To co w takim razie dzieje
się  z  tymi  pieniędzmi? Może za nie grają sobie w bilard, a może w kręgle,
chodź nie widziałem kręgielni koło zajezdni.
  A   teraz   lepszy   numer,   zabawię  się  w  symulację  przedsiębiorstwa
komunikacyjnego.  Cobra  GOP.  Kupuje  autobus,  jeżdżę nim sam. Na początek
Ikarusa,  powiedzmy  5  letniego.  Wydaje  4  miliardy na autobus + części +
paliwo.  Bilety  mam  po złotówce jak państwowy przewoźnik. Kursuję sobie na
trasie  od  mojego  domu  do  Katowic  centrum. Średnio robię rundkę tam i z
powrotem  w  godzinę.  Czyli  w  ciągu doby obracam około 10 razy (ja jestem
leniwy,  lubię  sobie  odpocząć  po  pracy). Rano na przystanku tłok jak sto
pięćdziesiąt. Zaraz mi się przypomina niedawna scenka:
  Stoję  z kumplem na przystanku, przyjeżdża autobus. Nawalony jak biszkopt,
że  nawet  dupska  nie  ma  jak  wsadzić  a  dodatkowo  chłopaczek drzwi nie
otworzył,  bo  się  zaparł  i  chyba  nie lubi tłoku. Dobra, ja i kumpel nie
myślimy  nad  tym długo bo i nie ma nad czym myśleć. Widzę że ludzie stoją i
chyba  się tym autobusem nie zabiorą (a czas to pieniądz) śpieszę na ratunek
(jak  to  ja...). Leci potężny bucior na drzwi. Raz, drugi. Wreszcie dupek z
wewnątrz   odpadł  na  10  centymetrów  od  drzwi,  kumpel  poprawia,  drzwi
puszczają.  No  i  cały ten pieprzony tłum, który do tej pory nic nie zrobił
chce  zdobyć  nasze  drzwi.. Nie tak szybko. Na spokojnie wlazłem pierwszy i
potężnym  buciorem  pożegnałem  szanownego pasażera, który zablokował drzwi.
Teraz  spokojnie  wpuszczamy  tłum  ku  uciesze  naszej  i  innych  ludzi do
autobusu. Jednak udało mi się nim zabrać. A i przy okazji trochę dobrego dla
ludzi na początek dnia uczyniłem. Hehe.
  Wracając  do mojej korporacji. Mam czym jeździć, wiec liczę zyski. w ciągu
dnia  10 kursów w trakcie jednego kursu (pętli) jestem w stanie na spokojnie
przewieść średnio około 400 pasażeros.
  Kurna,  liczę  i wychodzi mi że w ciągu miesiąca jestem w stanie wyciągnąć
ponad  miliard,  dużo  nie?  A  jednak  nie...  mi  jest  za mało. Po pięciu
miesiącach  mam  już  trzy nie nowe autobusy i trochę odłożonej kasy, akurat
jestem  w  stanie  zatrudnić  kierowców.  Teraz  mam na miesiąc 8 miliardów.
Drobnocha, nic w porównaniu z tym co jest mi potrzebne, tym bardziej że masę
forsy  ściągnie  ode  mnie fiskus - pieprzę ich, ale dać trzeba. No i dobra,
teraz  przydałoby  się  wybudować  zaplecze  dla  mojego sprzętu, małą chałę
remontową,  zajezdnie,  przystanki,  całą  pieprzoną  infrastrukturę  a  mam
wciąż za mało kasy.
  Trzeba  zacząć  przewozić więcej ludzi. I co? Mam podnieść cenę? Nie wręcz
przeciwnie,   obniżam  ją!  Teraz  ma  mam  więcej  ludzi  do  przewiezienia
(teoretycznie).  Zaczynam pracować na najruchliwszych trasach, ale państwowe
przedsiębiorstwo musi też troszczyć się o trasy podrzędne.
  No tom, kurcze wpadł, miałem pokazać, że kasa gdzieś wsiąka, a okazało się
że  żeby  prowadzić  takie  przedsiębiorstwo  trzeba  jednak  mieć  skądś te
pieniądze.  Cóż  nie  myślałem chyba nad tym nigdy dopóki nie musiał powstać
ten  tekst.  Ale  mimo  wszystko można na tym także zarobić, inna sprawa, że
robią to kosztem pasażerów, co jest mało ciekawe.

Szkoła bezsensu

Autor: Cobretti

                              Szkoła bezsensu.

                       [ Dariusz Majgier - Cobretti ]

  Studia.  Wydawałoby  się,  że  jest  to zaszczyt. Móc studiować i zdobywać
wiedzę. Ale niestety, nic z tych rzeczy. Studia to strata czasu.
  Idąc  na  studia informatyczne myślałem, że zdobędę tutaj solidne podstawy
informatyki,  że  ugruntuję  sobie  już  posiadaną  wiedzę  i  posiądę  nowe
umiejętności   pozwalające   mi  na  późniejsze  podjęcie  fachowej  pracy i
możliwości prowadzenia firmy.
  Faktycznie,  tak  to  na  początku  wyglądało.  Miałem  mieć w końcu prawo
informatyczne,    różne   języki   programowania,   bazy   danych,   systemy
informatyczne,  algorytmy  i  struktury  danych, systemy expertowe. Wykładać
mieli  sami  utytułowani  ludzie,  mający  duży zasób wiedzy i potrafiący ją
przekazać studentowi, który miał ją za kilka lat spożytkować.
  Łudziłem  się,  że zależy tym ludziom, na tym, żeby ludzi znających się na
rzeczy  wypromować  i  pomóc ją odpowiednio ukierunkować, ale niestety, moja
szkoła to bagno.
  Ilość  teorii  jaka  tutaj  dominuje  zniechęca  do nauki, nie ma dla niej
konkretnego  zastosowania.  Co z tego że jesteśmy karmieni wiedzą skoro jest
ona  co  najmniej  przeterminowana  o  kilkanaście  lat.  W  informatyce gdy
staniesz  w  miejscu  to  cofasz  się  do  tyłu.  A  my nawet nie staliśmy w
miejscu, my się cofaliśmy!
  Zaczęło  się  na Prawie. Na żadnych zajęciach nie widziałem na oczy choćby
jednej   umowy   jaką   należałoby   spisać  przy  wykonywaniu  programu  na
zamówienie,  a jest to chyba najbardziej popularny typ umowy informatycznej.
Nigdy  nie  widziałem na zajęciach umowy licencyjnej, nie poznałem od strony
prawnej  funkcjonowania  firmy,  sposobów  egzekwowania  ochrony patentowej,
zgłaszania  patentów  i  znaków  firmowych,  nie pokazali nam nawet banalnej
umowy  o  pracę.  Za  to  wykłady  trwały całymi godzinami i poświęcone były
omawianiu  tego  co  było  zamieszczone w Ustawach, co przecież mogłem sobie
przeczytać. Czyli czas został zmarnowany, a wiedzy nie przybyło.
  Następny mądry przedmiot to Wprowadzenie do Informatyki. To że bajt składa
się z bitów to chyba wie nie tylko informatyk. Tracić pół roku, tylko po to,
żeby  poznać binarny sposób liczenia to chyba lekka przesada. W końcu studia
to nie przedszkole informatyczne i chyba ktoś tu o tym zapomniał.
  Tak..  sztandarowy  język  programowania  to  Pascal.  Niestety,  chybiona
propozycja  dla  studenta,  który  by  chciał  coś  konkretnego napisać. Tym
bardziej,  że były to tylko podstawy. A gdzie programowanie obiektowe, gdzie
pisanie  programów  pod  Windows?  A chyba teraz to jest najważniejsze. Mało
tego.  Pytam  wykładowcę  o  proste  rzeczy  a  on mi mówi że nie wie jak to
zrobić!!  To  był  banał,  ale  zanim to zrobiłem straciłem trzy dni cennego
czasu.
  Szkołę  sobie darowałem, zacząłem się uczyć dla siebie i tego co mi będzie
w  przyszłości  potrzebne.  Chodzę  tylko  dla  tego  świstka co pokaże moim
pracodawcom, że mam studia. Innego powodu studiowania nie widzę.
  Przedmiot  Systemy  Wyszukiwania  Informacji zwalił mnie z nóg. Oczywiście
przestarzała  kobiecina,  z  masą  tytułów  chciała pokazać studentom że ona
rządzi.  No  i pokazała. Lała teorię jak leje się pot podczas gorącego lata.
Ale  ta  teoria nic nie wnosiła bo zabrakło praktyki. Nigdy nie zastosowałem
tego  co mówiła na studiach. Owszem stosowałem to od dawna, ale w domu i sam
do  tego  dochodząc.  Przy  okazji  szkoła  straciła  z  jej  powodu  trzech
najlepszych  programistów  na  roku.  Tylko dlatego, że nie znało się zapisu
formalnego  jakiejś  udziwnionej funkcji systemu, która nigdy do niczego nie
będzie w życiu potrzebna.
  Bazy danych, czyli następne lanie wody. Dużo mówimy mało robimy. Tak jakby
się   uczyć  latać  samolotem  za  pomocą  samych  wykładów.  Dobry  dowcip.
Zauważyłem,  że  im  bardziej utytułowany wykładowca tym bardziej bije mu na
czachę!!  Nie  chcę  być  taki,  wiec  chyba więcej niż magistra nie zrobię.
Ćwiczeniowcy  są w porządku, i tak wiedzą, że ta szkoła to parodia, więc nie
utrudniają  życia i nie próbują uziemiać studentów dla swojego widzi mi się.
Wiedzą,  że  w  tej  szkole nie można zdobyć wiedzy i pozwalają nam sobie ją
sobie  zdobywać  samemu.  Również  na  pytania odpowiadają że nie wiedzą jak
rozwiązać  dany  problem,  a  nie  jak wykładowcy, którzy zaczynają kręcić i
pieprzyć takie bzdety, że dalsze pytanie nie ma sensu.
  Architektura  Systemów Komputerowych to największa parodia jaką widziałam.
Uczyliśmy  się  starego  Intela  8080!!  O takie cuda jak procesory RISC czy
nawet  Pentium  nie pytaliśmy wykładowcy, bo on się gubił przy 8080! Wykłady
były  tak  durne  i  bezsensowne,  że  nie  było po co chodzić. A pytania na
egzaminie  o  różnicę  między dwoma miastami w Polsce to już chyba nie musze
komentować.  Oczywiście  zaliczyć  u  niego egzamin to czysta loteria ale ze
stosunkiem  94%  szans,  że  się  nie zda i 6 %, że się zda. A jak mu kumpel
powiedział  co  o nim myśli to go wywalił z egzaminu. Jak widać za szczerość
i wolność słowa, też można wylecieć.
  Miałem  nadzieję, że po przejściu sesji dojdą mądrzejsze przedmioty. Nic z
tego.  Projektowanie  Systemów  Informatycznych  było podniecające tylko dla
wykładowczyni.  Dobrze,  że  prowadząca ćwiczenia wiedziała, że to jest mało
konkretny przedmiot.
  Potem  Systemy  Expertowe  i  znowu  ta staruszka z paseczkiem na brzuszku
zaczęła pokazywać że ona rządzi. Nic konkretnego i przydatnego..
  Pytam  się czy chodzę do szkoły po to żeby się nauczyć czy zmarnować czas?
Szkoła  nie  nauczyła  mnie  niczego, mało tego, to co mi implikowali to już
historia  i  nikt nie stosuje podobnych metod, ani też takowych technologii.
Owszem,  może  dwadzieścia  lat  temu  by  mnie  to  zainteresowało, ale mam
wrażenie,  że to od nas, od kilku studentów, cały wydział informatyki mógłby
dowiedzieć   się  w  rok  więcej  pożytecznych  rzeczy,  niż  od  tej  zgrai
naukowców, co tylko podorabiali się tytułów i myślą, że są ważniakami.
  Owszem, jest kilku ludzi, którym jestem wdzięczny, jak i trzy przedmioty z
kilkunastu,  które  mi  cokolwiek  dały.  Ale  jest to niczym w porównaniu z
ogromem  poniesionych  wydatków,  straconego  czasu, niepotrzebnych szkoleń,
stresów  i  innych z góry skazanych na niepowdzenie akcji. A potem mówią, że
szkole brakuje pieniędzy... przez ich głupotę!
  Po  co  komu  taki  wydział??  Co to miało być, przedszkole dla napalonych
lamerów czy studia specjalistyczne dla fachowców od informatyki??
  Czy ktoś kiedyś poruszy sprawy istotne z punktu widzenia przyszłości?? Czy
o   nowinkach  technicznych  powie  się  na  zajęciach,  czy  dalej  jedynym
sposobem szybkiego dostępu do nowinek będzie Internet.
  Szkoła  informatyczna,  a  dostępu  do internetu na uczelni nie uświadczy,
mało  tego, nawet sprzęt jakim dysponuje jest przestarzały, a oprogramowanie
nieaktualne.
  Kończąc   studia   bez   osobistego   przygotowania   człowiek  wychodzi z
przeświadczeniem,  że  ma  duży  zasób wiedzy. Faktycznie ma, ale całkowicie
bezużytecznej i nikomu do szczęścia nie przydatnej. Może co najwyżej napisać
książkę  o  jakichś  bzdetach  i  będzie to następna pozycja na rynku, która
tylko  leży  na  półkach  i  nikt jej nie kupuje. Bo fachowcy są eliminowani
podczas  studiów.  Nie  liczy się wiedza praktyczna, a tylko nudne regułki i
udziwnione  wzory,  często  źle  podawane  na  wykładach.  Tym  bardziej, że
wykładowca  nie  trudzi  się zbytnio i rżnie wykład wprost z książki. Żal mi
tych  ludzi,  ale  siebie  jeszcze bardziej. Tracę czas i nic nie mogę na to
poradzić,  bo  nic  nie  mogę  w  tej  sprawie uczynić. Próbowałem, ale dość
szybko przestałem, bo zanosiło się że będę miał w związku z tym problemy. No
cóż... pozostawiam to bez komentarza...

Jak przechwycić wirusa

Autor: Cobretti

                          Jak przechwycić wirusa.

                       [ Dariusz Majgier - Cobretti ]

  Jest kilka sposobów, między innymi taki jak niżej wymieniony: Konieczne są
dwa  komputery,  nie muszą być takie same, od biedy wystarczą nawet i XT'ki.
Ich  powolność będzie atutem. Więc akurat znalazłem przy okazji zastosowanie
XT'kow  do  bardzo poważnych prac badawczych nad szybkością rozchodzenia się
wirusów  po kablu. Ale o tym za chwilę. Dobra, zakładam, że dwa komputery to
nie  problem.  Teraz  trzeba  by skonstruować odpowiedni kabelek. Akurat pod
ręką  mam  kabelek  do  transmisji  szeregowej po RS232, będzie jak znalazł!
Trzeba się jeszcze postarać o wirusa, przecież cały trick polega na złapaniu
właśnie  jego.  Trzeba  się  udać  na  najbliższą giełdę lub pierwszy lepszy
piracki  serwer.  Tam  się  zawsze  znajdzie masę wirusów, nawet można sobie
wybrać typ i rodzaj uszkodzeń jakie ma wywołać.
  Najlepiej  wybrać Kaczora, jest niezawodny i wspaniale się namnaża. Zawsze
będzie  pewność,  że  jest i eksperyment się powiedzie. I nie ważne jest czy
siedzi na twardym, czy na dyskietce i tak po jakimś czasie będzie wszędzie.
  Teraz  do  dzieła. Trzeba go przecież przechwycić. W tym celu trzeba wziąć
drugi   komputer,   jeszcze   nie  zainfekowany,  gdzie  będzie  się  chciał
przedostać  ten  wirus. 100% pewności, że on będzie się chciał przenieść, bo
każdy  wirus  tylko  jedno  ma  w  głowie,  właśnie  to, żeby się przenosić.
Oczywiście  można  spotkać  wirusy  typu  Defender,  które mnożą się tylko w
jednym celu - unicestwić właściwe szkodniki, ale nie o nich tu będzie mowa.
  Po połączeniu dwóch komputerów w dowolny sposób.. Novell, Microsoft, Unix,
albo  najprościej  poprzez  złącze  RS  za  pomocą Nortona Comandera zacznij
przygotowywać  się  do  ostatniego starcia. Do pierwszego komputera pakujemy
wirusa  w  dowolnej formie, zarówno jako plik wykonywalny lub jako zbiór już
zainfekowany. Tylko uwaga! Drugi komputerek nie może ulec zainfekowaniu.
  Sprawa  najważniejsza,  podłączamy kabelek do zainfekowanego komputera nie
jest  istotne  jaki  kabelek i z jakiej sieci użyjemy. Mając włożony kabelek
podłączamy  następnie  drugi  komputer do sieci i odpalamy go. Tylko jeszcze
nie wkładamy kabelka do tego komputera, bo by się popsuła cała sztuczka.
  Sprawa  wygląda tak: mamy komputer z wirusem i bez wirusa, oba włączone, a
kabel  jest  podpięty  na razie do tego zainfekowanego. Teraz przydałoby się
znać  długość  pliku  z  wirusem, i mieć pewność, że kabel wystarczy na tego
wirusa.  Ale  nic  to, skupić się trzeba nad tym co robimy. Bierzemy kabelek
do  ręki,  druga  rękę  trzymamy przy wtyczce od komputera zainfekowanego. W
momencie  włożenia wtyczki od kabla do czystego komputa, wirus będzie chciał
natychmiast  przeniknąć w trzewia systemu operacyjnego nowego komputera. Ale
tu   go   spotka  niespodzianka!  Ponieważ  wkładamy  kabel  przy  włączonym
komputerze,  nastąpi  krótkie  zwarcie,  co  nam oczywiście uszkodzi komput.
Wirus  zostanie  sparaliżowany na ułamek sekundy i zanim rozpocznie ofensywę
zwrotną  miną  ułamki  sekund. W tym czasie drugą ręką należy wyrwać kabel z
komputera  zainfekowanego.  Jest,  jest!!!  Krzyczysz.. i masz racje, jeżeli
tylko kod Wirusa nie był dłuższy niż kabel to masz schwytanego i uwięzionego
wirusa w kablu!
  Co na to wirus?? A no nic, miota się straszliwie, możesz przyłożyć ucho do
kabla  to  usłyszysz te przeraźliwe wrzaski i walenie ogonem w osłone kabla.
Tutaj  też  musisz  uważać  na  to,  żeby  kabel  był koniecznie ekranowany,
opancerzony  w  ołów,  zalany  szczelnymi  powłokami  gumowymi  i  dodatkowo
zabezpieczony  żywicą  epoksydową. Tak spreparowany kabel należy podesłać na
adres  wielkich  korporacji  mających  całe  muzea  wirusów przechwyconych w
kablu.
  Mówisz  sobie  -  zostanę  łapaczem  wirusów.  Masz  rację, zabawa wciąga,
przestają  się  liczyć  pieniądze  wydawane  na  sprzęt, szkoła, praca, dom,
rodzina.  Całe  życie  poświęca się łapaniu wirusów do kabla, co sprawia, że
stajesz się wykwalifikowanym VirusBaster.
  Po   jakimś   czasie   przestanie   Ci  to  wystarczać,  zaczniesz  szukać
mocniejszych wrażeń, przerzucisz się na zwierzęta, później na ludzi...
  Sam   nie   wiesz  kiedy  zginiesz  unicestwiony  sam  przez  siebie,  ale
ostrzegałem jak to się może skończyć.

Inne - Personal Script 2.5

Personal Script ver. 2.5

Autor: Cobretti

                           Personal Script v.2.5

         Wszystkie prawa pogwałcone (G) Dariusz Majgier, 01.01.1997

==> Twój pierwszy raz...

  Jeżeli  wcześniej  to  robiłeś,  nie  czytaj tego punktu, tylko przejdź do
następnego.  Jeżeli  to Twój pierwszy raz to muszę powiedzieć Ci, że podobne
skrypty  są  pisane  przeze mnie od dwóch lat i czytając je możesz odrobinkę
zgłębić  tajemnice Cobrettiego, poznać go tyle o ile i nawet może uda Ci się
wyniuchać  coś niesamowitego. W każdym razie jest to najobszerniejsze info o
mnie  jakie krąży po sieci - w razie potrzeby zawsze mogę coś dopowiedzieć i
wyjaśnić.
  Oczywiście Personal Script'y to mój pomysł, a jakże! Wymyśliłem je pewnego
letniego  poranka, siedząc na sieci i mówiąc o sobie chyba setny raz jakiejś
wielbicielce.
  No i czekam na podobne opracowanie od Ciebie, bo zacząłem już zbierać PS'y
innych  ludzi i mam sporą kolekcję. No i nie przejmuj się, że będę się tutaj
troszeczkę  wychwalał,  bo nie leży to w mojej naturze, ale jak to mawiają -
Jak się bawić to się bawić, drzwi wywalić, nowe wstawić:-)
  A  w PS'ie wszelkie wychwalanie zgodne z prawdą jest chyba jak najbardziej
wskazane, co nie?

==> Dla stałych odbiorników...

  No  i  spotykamy  się  kolejny raz. Jak zwykle trochę dodałem, ale jeszcze
wciąż  za  mało.  Jak  kiedyś  będę  miał  czas,  to zrobię z tym wielgachny
porządek  Póki  co wszystko leci w telegraficznym skrócie - mam nadzieję, że
się nie zanudzisz na śmierdź:-)
  Wciąż  mi się przytrafia masę dziwnych i zaskakujących historii i zdarzeń,
nie  jestem w stanie tego wszystkiego odnotować, chyba zatrudnię sekretarkę.
Ostatnio np. przytrafił mi się tytuł Człowieka Roku '96...
   No to przechodzę do sedna.

==> Jak mnie znaleźć...

  Adres domowy:
  Dariusz Majgier
  █████████████████████
  ██-███ Sosnowiec
  Polska

  E-mail: na razie █████████████████
          później może być inny, więc polecam e-mail ███████████████
  WWW:    http://www.cto.us.edu.pl/~majgier też na razie, a polecam
          http://venus.wis.pk.edu.pl/cobretti/  ten jest pewniejszy
  Fido:   ███████████  to przynajmniej powinno być stałe:-)

  Telefon miejski: +048 (0-██) ███-██-██
  Telefon kolejowy: ███-██ z Katowic, kierunkowy do Katowic chyba ███

  WoW,  powiesz  -  można  sobie  ze  mną  połączyć  się  wszystkim  prawie!
Oczywiście,  ale  preferuję bezpośrednie kontakty. Przy okazji zaznaczam, że
telefon  kolejowy  jest  dostępny na każdej stacji kolejowej i jest darmowy,
tak więc możesz ze mną gadać do woli.
  Możesz  mnie  zastać wieczorami w domu, tylko nie zawsze moim, ale to jest
chyba  mało  istotne:-)  W  razie  czego  próbuj  na  następny dzień. Kiedyś
przecież muszę się w moim domu pojawić. Gdzieś trzeba nocować:-)

==> Jak wygląda Cobra...

  Wzrost: 184 cm, może troszkę więcej, dawno się nie mierzyłem...
  Waga: 77 kg, zważyłem się specjalnie dla potrzeb tego skryptu!
  Znaki  szczególne:  kilka  razy rozcięty łuk brwiowy bo w przedszkolu była
śliska podłoga, hehehe i udało mi się zawsze przygrzmocić głową w kran...
  Czego  nie  posiadam:  nie mam żadnych nałogów. Nie! Oczywiście że mam ale
nie  tego  typu,  co  się  samo  przez  się  rozumie, jak poczytasz dalej to
zobaczysz.  Nie  posiadam  na  sobie  zbędnych  przedmiotów  typu łańcuszki,
kolczyki  i  inne  paskudztwa.  Zarostu  tez  nie posiadam, chyba ze nie mam
czasu  się  ogolić  (ale  przystojny  jestem zawsze, co potwierdzi nie jedna
dziewczyna:)))
  Styl:  typowo sportowy, sportowe garnitury, marynarki, a najlepiej T-shirt
i dżinsy, w lecie tylko krótkie spodenki i T-shirt. Ewentualnie T-shirt i na
to  marynarka  /spodnie  w  domyśle/,  buty  zawsze  sportowe  i  koniecznie
wodoodporny zegarek.
  Fryzura:  na dziś krotko ostrzyżony, w lecie typowy Universal Soldier, jak
troszkę  podrosną  będzie  rozdziałek  po  środku  mojej  zakutej pały Kolor
włosów podchodzi pod ciemny blond.
  Aha! Nie są prawdą pogłoski, że mam w domu kapsułę teleportacyjną!

==> Moja kariera naukowa...

  Urodziłem się w Krakowie, na ul. Kopernika, w szpitalu nr 4.
  Można  śmiało  powiedzieć  o  mnie  "Urodzony 7 kwietnia" dodatkowo w 1974
roku,  może  o  mnie  tez  film  nakręcą, ha? Dla dokładności podaje godzinę
4.00,  sam  sprawdzałem!  Bo na zegarku znam się od dziecka. Sam sprawdzałem
młoteczkiem co ma w środku, okazało się że nic ciekawego - dopiero po latach
wróciłem  do  sedna  sprawy  i się okazało, że jednak coś ciekawego zawiera.
Jednak wskazówek do życia się w nim nie odnajdzie.
  A  w chwilę po urodzeniu startowałem do nauki, żeby było co napisać w moim
skrypcie  jak  dorosnę.  Skąd  wiedziałem  ze go napisze?? Nie ważne, zawsze
miałem najlepsze źródła informacji.
  Rozpocząłem  naukę w SzP nr 4 w Przemyślu /1 i 2 klasa/, ale chodziłem tam
tylko  żeby  się ponudzić i zaliczyć obecności I tak wszystkiego co tam mnie
chcieli  nauczyć,  nauczyła mnie moja Xtra Babcia!! W przedszkolu potrafiłem
czytać   i   pisać  wiec  chodziłem  zadowolony,  bo  mało  kto  znal  wtedy
zaszyfrowane informacje w gazecie lub książce.
  Tutaj tez po raz pierwszy trafiłem na ludzi, którzy chcieli mnie zwerbować
do  szkoły  muzycznej.  Niestety  byłem  twardy i się nie dałem. Przeszedłem
testy  i  okazało się ze mam bardzo dobre wyczucie rytmu i dobry słuch. Co z
tego,  skoro trafili na strasznie uparte dziecko. Babcia nawet nie dala rady
mnie  namówić,  wiec  stanęło na tym ze na skrzypcach grac nie będę. No tak,
wyobraź  mnie sobie grającego na skrzypcach???!!!??? co najmniej dziwne:-)
Ale Vanessa Mae wyczynia ze skrzypcami cuda, i gdybym wcześniej zobaczył jak
można na nich grac, pewnie bym się skusił.
  Następnie  zaliczałem  SzP  nr 42 w Sosnowcu, co mi wyszło chyba na dobre,
ale  tego  co  tu  narozrabiałem  to już się chyba nie da powtórzyć:))) A ja
byłem  bardzo grzecznym chłopczykiem:))))) Tyle tylko ze wszyscy nauczyciele
mieli  mnie  dość  z  dyrekcja  na  czele.  Zawsze brakowało mnie na jakichś
głupich  pochodach  z  kwiatkami.  A  po  za tym wariacki obowiązek noszenia
mundurków  starałem  się znieść na własną rękę. No wiec chodziłem ubrany jak
chciałem,  i  wszyscy  mnie  za  to  ścigali.  Jest  teraz  o czym opowiadać
wnukom:))) (Jeszcze nie mam wnuków, ale za jakiś czas, kto wie...)
  Oczywiście  tutaj po raz kolejny trafiłem do szkoły muzycznej. Tym razem z
własnej  nie  przymuszonej  woli.  Rodzice  kupili  pianino  na którym sobie
grałem  i  pewnego  dnia zapragnąłem wzbogacić swoje umiejętności muzyczne i
wyrobić  sobie  szlify  profesjonalisty. Shit!! Jaki to był głupi pomysł, to
do  dziś  nie  mogę  przeboleć.  Same  nudne kawałki grałem, zero perkusji i
mocnego  uderzenia,  po  pół roku powiedziałem, ze nie będę chodził bo i tak
nic  nowego  się  nie  nauczyłem,  a tylko tracę czas. Stanęło na tym, ze po
wielkich  namowach  ze strony rodziców i samej dyrektorki szkoły, która mnie
akurat  uczyła,  skończyłem  jeden rok szkoły muzycznej. O rok za dużo, wole
już zdecydowanie mój keyboard, MIDI i komputer.
  Po  szkole  podstawowej przyszedł czas na Technikum Kolejowe w Sosnowcu /5
letnie/,  tutaj  nabrałem solidnych podstaw wiedzy i wyspecjalizowałem się w
obsłudze  urządzeń  nie  spotykanych  na  co  dzien.  Obrabiarki,  agregaty,
prądnicę,  pompy  i masę innych urządzeń, a przede wszystkim jestem w stanie
zbudować  od  podstaw  prywatna  siec kolejowa. Jak będziesz chciał speca od
kolei to wiesz gdzie się zgłosić, no nie?:-)
  Mam  tytuł  technika  elektryka w dziedzinie: Automatyka sterowania ruchem
kolejowym.  Na  swym  koncie mam także olimpiadę wiedzy o kolei /2 miejsce w
Polsce/  olimpiadę  elektroniczna  i  parę  innych  drobnych osiągnięć. Z ta
olimpiada to był niezły przekręt, dzisiaj mogę co nieco ujawnić. Mogłem mieć
pierwsze  miejsce  i  wygrać  ten  pojedynek ale problem był w nagrodach. Za
pierwsze miejsce był Translator Ang-Pol, za drugie Walkmen.
  A ja akurat potrzebowałem Walkmena i dlatego zająłem drugie miejsce. Myślę
ze  parę  osób wiedziało dlaczego nie zająłem pierwszego, ale nie byli pewni
tego  manewru. A ponieważ to moja wiedza wiec sam sobie wyznaczyłem nagrodę,
szkoła  mnie wtedy jakoś nie obchodziła bo i tak nic od niej nie dostałem za
mój wyczyn.
  A maturę zaliczyłem z matmy na 3 i 5 a z polskiego na 4 i 4.
  Obecnie studiuje na Uniwersytecie Śląskim Informatykę III rok, na Wydziale
Techniki  tez  w  Sosnowcu.  I mam się nieźle, tylko uczą nas masę bzdurnych
przedmiotów  i  tego nie wybaczę szkole nigdy. Wszystkiego co jest na prawdę
potrzebne  musze  uczyć się sam. Mało tego, pewnym osobom przeszkadzał fakt,
że  wiem  za  wiele  i chcieli mnie wyeliminować z tej gry, więc mam za sobą
komis  z Systemów Wyszukiwania Informacji i jako jedyna osoba go zaliczyłem.
Jestem  cholernie  dumny  z  tego  faktu, ale wszystko na nic, bo w tym roku
znowu  trafiam  na  tą samą kobiecinę i prawdopodobnie uwali mnie na twardo.
Takie  życie.  Ale  nie  problem.  Poradzę  sobie jakoś - jak to mawiał Baca
zawiązując but dżdżownicą:-)
  A  21  listopada  1996  stała się rzecz niesamowita - zostałem Człowiekiem
Roku  -  Internet  '96 i to w skali całego świata! Pisała o mnie cała polska
prasa,  byłem zapraszany do rozgłośni radiowych, a nawet przyjechała do mnie
do  hacjendy  telewizja.  Jestem  pierwszym  w  historii świata człowiekiem,
wyróżnionym przez kanadyjską korporację SkyNet Communications za całokształt
mojej  działalności  na  Internecie.  To jest na prawdę wielkie wydarzenie i
zamierzam  wykorzystać  ten  fakt  do poprawy kilku rzeczy w Polsce - bo nie
chcę  spocząć  na  laurach  ale  także  pomóc innym. Prawdziwą frajdą będzie
wyjazd do Kanady - zawsze chciałem zawitać za Wielką Wodę.

==> A to Cobry lubią najbardziej...

  Interesuje  mnie  wszystko,  ale w pewnych zakresach. Na przykład nie bawi
mnie  w  ogóle  historia,  ale  za  to  historie  komputerów  znam na pamięć
Podobnie   jest   z   innymi  dziedzinami.  Przy  okazji  napomknę  że  moje
zainteresowani i tak sprowadzają się do kobiet:-)
  Moje zainteresowania są niesamowicie wszechstronne, oczywiście z dominacja
zagadnień informatycznych.
  Fotografia  /samodzielne  wywoływanie  filmów/  tylko czarno białych bo na
sprzęt  do  kolorowych  nie mam w tej chwili kasy. Możesz mnie prosić o moje
zdjęcie, ale nie wiem czy dostaniesz bo to przeważnie ja robię zdjęcia, wiec
mnie na nich nie ma :-(
  Elektronika:  z  tej  dziedziny  to pamiętam działający nadajnik-odbiornik
dzięki  któremu  udało  mi  się  skutecznie zakłócić lokalne radio... Antenę
stanowił  karnisz, a tak w ogóle to niezłe przekręty były z zabawa napięciem
220  Volt.  Małe  kopniecie  i do dziś nie jestem normalny, miałem przebicie
gdzieś  miedzy  rozumem  a  7  zmysłem.  Szczególnie  bawi  mnie elektronika
cyfrowa,  na  spokojnie  mogę  zaprojektować i zbudować komputer, potrzebuje
tylko dobrego zaplecza technicznego.
  Muzyka  /szczególnie  elektroniczna,  współpraca komputera z sekwencerami,
procesorami      dźwięku,     MIDI,     przetworniki     analogowo-cyfrowe i
cyfrowo-analogowe, także zwykle klawisze/, sam gram na klawiszach i mam parę
dyskotek  na  koncie. Dziewczynom to się podoba najbardziej, nie wiem czemu.
Może  lecą  na  D.J.'ow,  którzy  w  dodatku  zasuwają  na klawiszach...:)))
Chwilowo  dysponuję  SB16Pro,  zawsze jakaś karta, przynajmniej można na tym
wszystko zrobić.
  Co  słucham:  mh..  ciężka sprawa, praktycznie wszystko co mi się spodoba,
ale  przede  wszystkim  Techno, Rap, Disco /tylko nie Disco Polo, bo to jest
kaszana!!/,  muzyki  elektronicznej.  Oczywiście lubię jakieś wolne, świetne
kawałki  Preferuję eksperymentalne utwory, bo oklepana linia melodyczna mnie
tylko zniechęca.
  Co  czytam: uwielbiam wszelkie książki których akcja dzieje się w kosmosie
i  w  przyszłości,  najlepiej dodać do tego trochu komandosów i szybka akcje
/ALIEN  trzy  części/, oprócz tego inne S-F, trochę dobrych psychologicznych
/MARSZ Kinga/, i może jakieś extra książki które po prostu się czyta.
  I  nie jest prawda pogłoską ze przeczytałem kolejna książkę telefoniczna i
pamiętam wszystkich bohaterów!!
  Biologia: zawsze trzymałem w domu dziwne stworzenia, od pająków począwszy,
poprzez  różnego rodzaju gady, a na kanarku skończywszy. Gdybym nie mieszkał
na  osiedlu  miałbym chyba prywatne zoo. Bawi mnie przyroda i dzika puszcza,
tudzież  wyludniona  wyspa  byłaby  dla  mnie świetnym miejscem - sorry, nie
wyludniona! Z dziewczyną!:-)
  Co   mnie   jeszcze   ciekawi:  opracowania  reklamowe  /design,  layout/,
opracowania  naukowe  na  tematy  wybiegające  w  przyszłość  i  mało znane,
modelarstwo,  alpinizm,  śmigłowce bojowe, wojna w Vietnamie, przystosowanie
człowieka  do  życia  w  ekstremalnie  trudnych  warunkach  /nie chodzi tu o
survival, tym tez się interesuje/ i cala masa innych rzeczy, o przypomniałem
sobie ze byłem wędkarzem, i wcale nie jest prawda ze chodziłem na walenie:-)
  Sport:  trenowałem  ju-jitsu 1 rok, koszykówką bawiłem się zawodowo 1 rok,
płacili  mi  175 zloty za mecz.. hehe, to były czasy.. oprócz tego siłownia,
boks,  biegi,  pływanie  i strzelanie z procy!!. No i oczywiście zdążyłem co
nieco zapoznać się z hokejem, zresztą w niezbyt ciekawych okolicznościach. A
w  zawodach  na  kręgielni w Karpaczu zająłem 2 miejsce, to był mój pierwszy
kontakt  z  kręglami  od  czasu  dzieciństwa,  kiedy  to ustawiałem sobie 12
żółtych, plastikowych kręgli i turlałem w ich stronę piłeczkę...
  Ostatnie  moje  zajęcie  to  zbieranie biletów autobusowych, tramwajowych,
trolejbusowych,   kolejowych,   lotniczych,   z   metra   i  każdego  środka
komunikacji  miejskiej  i  międzynarodowej.  Mam  już dosyć pokaźną kolekcje
/ponad  1000  biletów/  z  kilkunastu krajów, oczywiście najwięcej z polski,
wszystkie skatalogowane i opisane /zarówno z roku 1935 jak i współczesne/.
  Cos  nie  typowego jak na faceta: robić na drutach i szydełku tez umiem, z
gotowaniem  sobie  radzę  nie gorzej, a i na maszynie cos przelecę...:)))) i
parę  innych  rzeczy  tez potrafię...na przykład byłem ministrantem i miałem
najbardziej odlotowa komżę!!!

            JEJKU! TRZEBA IŚĆ SPAĆ, BO JUŻ SIĘ PÓŹNO ZROBIŁO:-)

==> Kobiałki...

  To  jest  ta  lepsza część życia, tudzież najbardziej stymulująca psychikę
człowieka,  dająca  masę  niesamowitych  odczuć i takie tam inne duperele:-)
Dlatego te kilka linijek poświęcam Dziewczynom.
  Nie  jest  dla  mnie najważniejsze czy jest piękna czy brzydka, oczywiście
preferuje   te   pierwsze,  ale  podstawa  jest  to  co  sobą  reprezentuje.
Inteligentna,  potrafiąca  się  znaleźć  w  każdej  sytuacji,  uśmiechnięta,
zmysłowa,  delikatna.  Taka,  żeby można z nią było przegadać cały wieczór i
się  nie  zanudzić.  Równocześnie mającą w głowie odpowiedni zasób wiedzy, a
nie tylko wbudowany moduł samozachowawczy.
  To  ma być moja żona, matka moich dzieci, ktoś odpowiedzialny, mądry, ktoś
potrafiący  się  zachować w każdej sytuacji, mający jakąś wiedze, potrafiący
sobie   poradzić   beze   mnie,   gdy  mnie  zabraknie.  Musi  być  lojalna,
odpowiedzialna,  wierna  i będącą również cudowna kochanka (moja, of course)
delikatną,  konkretną,  a  niech to... nie wyliczę tu wszystkich zalet bo mi
skryptu braknie!!!
  Kolor  włosów,  oczu,  wzrost?? To się nie liczy, wszystko zależy od Niej,
musi  być  elastyczna  w poglądach, ale z konkretnym, własnym stanowiskiem w
niektórych sprawach. Po za tym, hm.. no właśnie, resztę dopowiedz sobie sam.
Jak  tu  opisywać  coś  tak  wspaniałego, samemu nie będąc poetą i nie mogąc
wydobyć  piękna  opisu.  No  cóż...  może  kiedyś napiszę na temat Dziewczyn
poemat? Kto wie.:-)
  A  przede  wszystkim  cenie  sobie  szczerość,  bo sam jestem niesamowicie
szczery,  może aż do bólu. Jeżeli dziewczyna kłamie, pali papierosy i zażywa
browarek  to  nadaje  się  tylko  na przemiał, albo może nawet na to się nie
nadaje...

==> Co robię ostatnio...

  To  nie  jest  takie  proste  do  ustalenia  jak się na pierwszy rzut okaz
wydaje.  Bo robię to na co jest zapotrzebowanie - trzeba zaliczyć egzamin to
zaliczam,  ktoś zamówi program to piszę, trzeba ugotować zupę to gotuję, mam
propozycję  pracy  nad jakimś projektem to współpracuję... w zasadzie jestem
w  stanie  zrobić  wszystko,  co  chyba  nie  jest  zbyt  wielkim dla Ciebie
zaskoczeniem.

==> Prószę, proszę, proszę...

  Mam  prośbę: jeżeli możesz, będę wdzięczny za przysłanie biletów z Twojego
okręgu,  mogą  być  skasowane, nie robi mi to różnicy, normalne, miesięczne,
okresowe lub jakiekolwiek tam są, oczywiście ze środków komunikacji...
  Za  każdy  podobny  skrypt  do  mojego również będę wdzięczny, szczególnie
zależy  mi  na  Twoich danych personalnych, w celu możliwości skomunikowania
się w razie potrzeby, nie tylko za pomocą sieci.
  Mała kartka z wakacji będzie również bardzo milo widziana...
  DZIĘKI!! - to na wypadek, gdyby moje prośby były spełnione pozytywnie.

==> No i czas się pożegnać...

  Nie  na  długo  - być może znajdę kiedyś chwilkę i updatnę ten plik o nowe
fakty. Póki co trzeba jednak zwijać się z tym tekstem.
  Resztę pytań kierować bezpośrednio do mnie, odpowiem na pewno. Ewentualnie
czekam na maile:)) tez postaram się poodpowiadać w miarę szybko:)))
  Gorący buziak dla dziewczyn, facetów poklepuje po plerach.

                    [ End of Personal Script ver. 2.5 ]